Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 283, dnia 17 grudnia

Wspomnienia Wiednia. - Tamtejsi ludzie przed pożarem Ringteatru i tamtejsi policjanci po pożarze. - Martwe środki ostrożności i żywy człowiek. - Słuszne i niesłuszne strony opinii Wł. Sabowskiego. - Potrzeba służby teatralnej - Wymusztrowanej. - Jutrzejszy odczyt p. A. Makowieckiego.


Jak raz trzy miesiące temu byłem w Wiedniu. 14 września, po godzinie ósmej wieczorem, zobaczyłem kolejowych tragarzy wiedeńskich, ubranych w koszule w białe i szafirowe pasy, ludzi czerstwych, sytych, zadowolonych, którzy z tym samym spokojem dźwigali na ramionach olbrzymie kufry, z jakim - przypinali damie rozerwaną woalkę albo przysłuchiwali się krzykliwemu gderaniu publiczności.

Uderzyło mnie to, że zniecierpliwieni długą zwłoką w wydawaniu pakunków - wiedeńczycy wrzeszczeli jak czajki, ale nie gniewali się; grozili tragarzom policją, sądem, piekłem i - dziwili się, jeżeli oczekiwany kuferek przyszedł do nich natychmiast.

Zdawało mi się, że w tym osobliwym dworcu nie tylko służba i celnicy są grzeczni z obowiązku, ale i publiczność ma obowiązek udawać niegrzeczną i rozdrażnioną.

Toteż pewien przysadzisty kupiec, który w jednej sekundzie pienił się i siniał z gniewu, zaraz w następnej, spostrzegłszy, że nikt na niego nie zważa, najtkliwszymi pocałunkami obdzielał swoją żonę i dzieci, które przyjechały po niego na dworzec. A potem znowu wrzeszczał:

- Podajcie mi tu natychmiast mój kuferek i - walizkę tego pana, bo on jest - Amerykaninem!...

Tragarz spojrzał przez ramię na Amerykanina, ale - kufrów nie oddał, bo jeszcze na nie kolej tnie przyszła.

Po godzinie nudów wsiadłem do ajnszpenera. Ponieważ nie wiedziałem, dokąd jechać, więc miałem do woźnicy tak długą, piękną mowę, że biedak aż podrapał się za ucho. Tymczasem rada wojenna, złożona z kilku poddworcowych próżniaków, wytłumaczyła mi, że ja chcę jechać albo na Praterstrasse, albo na Hauptstrasse, fiakr zawołał kilka razy „aha! ha!" a stojący w cieniu policjant - przypatrzył się numerowi jednokonki.

Tego samego dnia o dziesiątej w nocy byłem już w Wiedniu jak w domu, a kelnerzy, szwajcarowie, sztubenmedcheny i gospodarze hotelu usiłowali mnie przekonać, że: ja chcę pójść do piwiarni Drehera, wypić zajdel i zjeść kilka par frankfurterów. Żadnym zaś sposobem nie mogli zrozumieć tego, że ja chciałbym zjeść parę oryginnlnyob kiełbasek wiedeńskich i wypić najlepszego piwa.

Od tej chwili przez dwa tygodnie przypatrywałem się wiedeńczykom, odkrywając główne rysy ich charakteru. Widziałem, jak tam wszyscy co dzień wszystko myją: powozy, szyby, podłogi. Widziałem tłumy śmiejące się: na ulicy, w teatrze, na koncercie Straussa, na Wurstelpraterze. Nawet ten śmiał się, który, wraz ze swoim psem, ciągnął wózek jarzyn. Uśmiechał się także w wyszarzanym surducie nędzny człowiek, któremu jeść się chciało, a żebrać - nie było mu wolno.

Czy mogłem przypuścić, kręcąc się wówczas między tymi ludźmi chędogimi, wesołymi i dziwnie uprzejmymi, że w kilka miesięcy później spadnie na nich tak straszna klęska jak - pożar Ringteatru?...

I kto mi zaręczy, że aktorem tego widowiska ze krwi i ognia nie był który z moich wiedeńskich przyjaciół?...

Może szwajcar, który każdej nocy otwierał mi bramę, podawał zapaloną świecę i klucz do numeru i w czapce na bakier, klepiąc mnie po ramieniu, mówił:

- Gute Nacht, mein Herr!... Gute Nacht!...

A może - ta sztubenmedchen, w podeszłym wieku i bufiastym czepcu na głowie, która aż załamała ręce z rozpaczy, gdym jej powiedział, że w całym numerze nie ma mojego parasola za guldena i dwadzieścia centów?...

A może ten zahlkelner od Drehera, który co wieczór witał się ze mną tak serdecznie i - robiąc mi reklamę między gośćmi - nieznacznie pokazywał... palcem na czoło?...

A może ta miluchna nadzorczyni z freblowskiego ogródka, która z wdziękiem wiedenki i anielską cierpliwością przez całą godzinę usiłowała mi wytłumaczyć organizację początkowych szkółek?...

A może, a może, a może?... Któż wie? Obok ilu ja ludzi przechodziłem w tym mieście, z iloma zwiedzałem jego muzea, z iloma przy jednym stole piłem doskonałe piwo, obrzydliwe wino austriackie i jadłem - Rindfleisch mit Sauerkraut gemischt!...

Kiedy przypominam sobie te rzeczy i obok nich zestawiam tragedię z Schottenringu, ledwo mogę zdobyć się na jedno życzenie:

- Niech was Bóg pocieszy, dobrzy i tak sympatyczni ludzie! Nie miało też na kogo, ale na nich, spaść podobne nieszczęście!...

Pamiętam także typ wiedeńskiego policjanta.

Czy w okrągłej czapce z daszkiem stał on na zbiegu ulic, czy w błyszczącym hełmie i galowym mundurze pilnował wejścia do cesarskiego pałacu, czy pieszo, czy na koniu, policjant wyglądał zawsze zimny, groźny, jak posąg komandora.

Na jego skinienie zatrzymywały się szeregi rozpędzonych powozów. Na jego widok bledli filuci, poważnieli ulicznicy; kamelie Kartnerstrasse robiły miny zakonnic.

Pewnego dnia upił się przeciętny wiedeńczyk z cyrkułu Wiedeń i wsadziwszy za kapelusz gęsie pióro, szedł od Obstmarku do Opeirnhausu, z zamiarem zrobienia grubej awantury. Na początku Elizabeth-Brucke rozpiął marynarkę i wsadził obie ręce w kieszenie; w połowie mostu wrzasnął: „Hoch der Kaiser!..." Wtem spoza blaszanej ściany pewnego budyneczku na prawo mignął mu kaptur policjanta - i niebezpieczny wichrzyciel umilkł jak trusia. Wyjął ręce z kieszeni, w najlojalniejszy sposób zapiął marynarkę, zapomniał na śmierć o gęsim piórze w kapeluszu i już zupełnie trzeźwy szepnął w stronę budyneczku:

- Meine Ehre!...

Dziś wszechpotężna wiedeńska policja, która jeszcze przed dwoma tygodniami nosiła w swoich kapturach bezpieczeństwo stolicy i poszanowanie konstytucji przez lud, dziś policja ta straciła bezpowrotnie urok. Lada terminator już zrozumiał, że w fałdach jej posągowych płaszczów ukrywają się safanduły, w których pedanteria i chęć utrzymania spokojności stłumiła nawet ludzkie uczucia.

Obawiam się, że po takiej lekcji wiedeńscy policjanci staną się po prostu śmiesznymi w oczach dowcipnego ludu, który przez całe lata widział w nich kariatydy społeczeństwa.

Nikogo nie uratowali, choć każdy pokładał w nich nadzieję. Nic nie spostrzegli, choć powinni byli widzieć wszystko, i - zamiast ocalić - zabili setki!

Pokazuje się, że najlepszy regulamin nic zastąpi -- ludzi.

Słyszałem, że w pewnym prowincjonalnym teatrze wybuchł kiedyś ogień. Licznie zebrana publiczność zakotłowała się; czuć było zbliżenie się upiora panicznego strachu, który pożera tłum, gdy go raz ogarnie.

W tej strasznej chwili wpadł na płonącą scenę jakiś człowiek i krzyknął:

- Strzelę w łeb każdemu, kto się ruszy z miejsca!... Strzelić nie miał z czego, ale publiczność - siadła.

- A teraz - wychodzić po kolei!... Pierwsza ławka... We dwie minuty wszyscy wyszli i teatr uratowano.

Nie było w nim ani żelaznej kurtyny, ani wodnego rezerwuaru.

Skąd brać mamy naukę, że w podobnych wypadkach nie tyle znaczą narzędzia, co - człowiek.

Miał więc rację Wł. Sabowski kładąc nacisk nie na kurtyny, nie na zbiorniki wody, ale - na ludzi, chociaż kwestię traktował zbyt obszernie. Żąda on ani mniej, ani więcej, tylko gruntownej zmiany edukacji całego społeczeństwa, dlatego, ażeby raz na kilkanaście lat tysiąc osób mogło uniknąć klęski z Schottenringu. Na jego program, jako program społeczny, sto razy zgoda! Ale na dziś teatry potrzebują czego innego.

Tłumaczę się.

Dotychczas teatr traktowano jako miejsce wielkiej rozrywki; zdarzające się zaś katastrofy dowodzą, że może on być miejscem wielkiego niebezpieczeństwa, większego niż te, jakim ulegają pociągi dróg żelaznych.

Otóż, jeżeli na żelaznych drogach znajduje się cały korpus ludzi od zapobiegania klęskom, jeżeli są na nich: dróżnicy, zawiadowcy, konduktorzy i nadkonduktorzy, z których trzecia część wystarczyłaby dla administracyjnych celów, reszta zaś czuwa nad bezpieczeństwem, to pytam się, dlaczego tej taktyki nie mogłyby przyjąć teatry?

A dalej: jeżeli straż ogniowa odbywa musztry, dlaczegoby nie mieli jej odbywać - stróże teatru?

Wszyscy potępiają obsługę z Ringteatru, ba! domagają się śmierci zbiegłych z posterunku. Tymczasem czy nie byłoby lepiej - zamiast powiększać liczbę ofiar - po prostu wyćwiczyć obsługę wszystkich teatrów w pełnieniu jej obowiązków?

Zgodnie z tym należałoby:

Codziennie rewidować zbiorniki wody.

Opatrywać gazowe rury i lampy bezpieczeństwa.

Stawiać służbę przy wszystkich kranach, żelaznych kurtynach i drzwiach wyjściowych.

Nareszcie, choćby raz na tydzień, w stosownej porze, na dany znak, zamykać gaz, otwierać drzwi, spuszczać kurtynę i manewrować kranami wodnymi, rozumie się, nie zalewając wodą sceny. Słowem, wykonywać próbę ratunku.

Wówczas, po upływie kilku miesięcy, służba wytresowałaby się tak w podobnych czynnościach, że każdą z nich wykonywałaby machinalnie.

Gdyby jeszcze na galeriach znajdowało się po kilku ludzi obowiązanych do komenderowania publicznością, wówczas zapewne klęski nicejskie i wiedeńskie przeszłyby w dziedzinę legend.

Publiczność nie dlatego płoszy się, że widzi ogień, boć ona lubi mu się nawet przypatrywać, ale dlatego, że nie znajduje w teatrze ludzi, którzy by dawali jej rękojmię, iż uniesie życie z widowiska połączonego z ogniem.

Wśród tłumu, który zaczyna ogarniać popłoch, jeden sygnał dzwonka czy trąbki, oznaczającej czujność, jeden okrzyk: „Stać na miejscach!", może przywrócić porządek. Co najwyżej - zemdleje kilka kobiet, a ktoś niespokojniejszy udepcze sąsiada w odcisk.

Może za wiele poświęciłem miejsca kwestii ognia w teatrze, od którego niech nas Bóg uchowa! Chciałem jednak zwrócić uwagę wstrząśniętej do głębi publiczności, że na świecie nie ma niebezpieczeństwa, którego doniosłość nie ograniczyłaby zimna krew i porządek. Jest jeszcze jeden czynnik, kto wie, czy nie ważniejszy od wszystkich. Gdyby uciekający z Ringteatru byli cokolwiek mniejszymi egoistami, gdyby myśleli nie tylko o ocaleniu swojej garderoby, ale i o nagniotkach swoich bliźnich, wówczas nie tworzyłyby się owe straszliwe zatory z ludzkich ciał, które w okamgnieniu przecinają komunikację.

Ale ażeby ten czynnik wszedł w grę, należałoby pierwej zmienić ludzką naturę. Więc tymczasem..... wymusztrujmy służbę teatralną, stwórzmy korpus bezpieczeństwa w teatrze. Może się do tego celu znajdą nawet ochotnicy? Reszta zaś należeć będzie do dyrekcji.

Ale dość już o rzeczach smutnych.

Sekcja bezpłatnych czytelni Towarzystwa Dobroczynności urządziła, jak wiadomo, szereg odczytów. Parę z nich nie doszło do skutku, więc komitet postanowił uprosić p. Aleksandra Makowieckiego, ażeby zajął wakujące miejsce.

Gdy wniosek ten przedstawiono na sesji, jeden, z obecnych spytał:

- A o czym będzie mówił p. Makowiecki?

- O jednodniowym spisie ludności w Warszawie.

- To na nic! - zawołał interpelant.

- Dlaczego?

- Bo na taki odczyt nie przyjdzie żadna kobieta - i - sala będzie pusta!...

Z czego inni członkowie wywnioskowali, że p. Makowiecki chce powiedzieć coś takiego, o czym panie lubią słuchać, ale - naturalnie - zasłaniając się wachlarzami...

Jeżeli tak jest, to zapewne w dniu jutrzejszym sala nie pomieści słuchaczek!