Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 255, dnia 12 listopada

Pani Sara Bernhardt w roli ambasadora, który „płaci długi". - Zgodna praca pp. Rozenbluma i Jeleńskiego dla Kas Pożyczkowych wobec „moralnej odpowiedzialności" warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. - Słówko o „magdalenkach" i o magdaleniarzach. - „I znowu... smutno!..."


Warszawa rozpływa się w oczekiwaniu; wkrótce w tej ojczyźnie jednokonnych tramwajów ukazać się ma urocze zjawisko - Sara Bernhardt!...

Pani, a podobno panna - Sara Bernhardt jest, jak twierdzą jej przyjaciele, nie wiem już którym z rzędu cudem świata. Jest nie tylko genialną aktorką, ale jeszcze - maluje, rzeźbi, ubiera się fenomenalnie, jeździ balonem namiętnie, pisuje komedyjki i jest tyle ostrożną, że sarna w nich nie gra. Prócz tego jest ona piękna jak hiszpański anioł, chuda jak rosół w taniej kuchni i - czuje niepokonany wstręt do miłości, czegom jednak nie sprawdzał.

Z dwoma ostatnimi przymiotami mogłaby nie chwalić się w Warszawie. My, północni barbarzyńcy, nie lubimy kobiet abstrakcyjnych, tylko - użyteczne, i przekładamy rozsądek w formach soczystych nad geniusz, któremu towarzyszą fizyczne braki. Zdaje się jednak, że znakomita artystka wynagrodzi te niedostatki - doskonałym paryskim akcentem, który do skończenia świata będzie miał u nas przywilej odkupywać wszystkie grzechy, nawet te, jakich nie odpuszcza się kobiecie.

Pani Sara pokaże nam wszystko, co ma najlepszego - w swoim repertuarze. Na scenie teatru będzie zachwycać nas nieporównaną grą, a w swoich prywatnych salonach błyśnie nam przed oczy: rzeźbami, obrazami, krzesełkiem, na którym siedziała w balonie, dwunastoma tuzinami sukien według najoryginalniejszego modelu, a zapewne i innymi częściami swojej zajmującej garderoby, nie pomijając najniebezpieczniejszych dla młodzieży.

Wszystko to zrobi pani Sara nie dla pieniędzy, nie dla sławy, nie dla zaimponowania ludożercom, ale - przez patriotyzm.

- Chcę spłacić Polakom dług, zaciągnięty u nich przez Francję! - zwierzyła się genialna artystka pewnemu reporterowi z Wiednia. I zapewne wieść o kapitaliku, jaki wiezie do nas pani Sara w celu „zapłacenia długu", zrodziła pogłoskę, że w Warszawie jakiś bank francuski ma zamiar - otworzyć filią. Nie domyślano się, że ową filią będzie jedna z najpiękniejszych cór Francji.

Lękam się bardzo, czy pani Sarze Bernhardt uda się zasłonić spódniczką rumowiska stu bitew, jej, której wiotką postać pierwszy lepszy tamburmażor nakryłby - swoją bermycą. W każdym razie pani ta oddała własnej ojczyźnie dwie kapitalne usługi. Naprzód, Francja w łatwy sposób uwolni się od długów, które jej od dawna ciężą, a po wtóre - sama bez wysiłku odzyskać może należności od swoich znowu wierzycieli. Wystarczy bowiem, ażeby najznakomitsza niemiecka aktorka udała się do Paryża, w celu „spłacenia Francji długu zaciągniętego przez Niemcy w 1870 roku", i - zgoda o Alzację!...

Wobec takiego rezultatu wielka artystka lepiej zrobi wyrzekając się polityki i spłacając tylko dług naturze - swego geniuszu. Długi zaś międzynarodowe niech zostawi czasowi, który rzeczy te umarza w sposób najprzyjemniejszy dla obu stron: dla tej, która nic nie płaci, i dla tej, która nic nie odbiera.

Kasy pożyczkowe dla rzemieślników funkcjonują podobno bardzo dobrze, rozumie się: o ile istnieją. Widać to nawet z ogłoszeń warszawskiego lombardu, w którym dziś na jednego żądającego pieniędzy przypada po kilkanaście rubli, dawniej zaś na jednego rubla przypadało kilkunastu żądających.

Kasy pożyczkowe, jak wiadomo, otworzone zostały już w dwu cyrkułach; brakuje więc bagatelki: kapitału dla siedmiu lub ośmiu pozostałych! Braku tego nic zapełni ofiarność publiczna, nie można się łudzić, słusznie więc p. Rozenblum przedstawił nową kombinację tej treści:

Kasy zaciągną u osób prywatnych pożyczkę na mały procent do wysokości połowy swego kapitału, a za pewność tej sumy odpowiadać będą tylko - kapitałem własnym.

Kombinacja posiada dobrą i złą stronę. Dobra polega na tym, że fundusz obrotowy kas mógłby się znakomicie powiększyć bez odwoływania się do publicznej ofiarności. Złą jest ta strona, że gdyby dłużnicy kasy byli niesumienni, czemu przeczą fakta, lub gdyby zarząd instytucji był niedbałym, czego nie podobna przypuścić, wówczas kasy bardzo prędko straciłyby nawet dzisiejszy fundusz, święty fundusz, bo pochodzący z ofiar.

W rezultacie widzimy, że propozycja p. Rozenbluma była praktyczna i że, sądząc z tego, co wiemy, należało ją przyjąć. Tymczasem odrzucono ją dlatego, że Towarzystwo Dobroczynności lękało się „odpowiedzialności moralnej", w razie gdyby trafiło się co złego.

Chwalebną jest ostrożność, ale do pewnej granicy. Jeżeli więc sprawa wygląda tak, jak nam ją przedstawiły dzienniki, to chyba szanowne Towarzystwo ze swoją teorią „odpowiedzialności moralnej" przekroczyło już ową granicę.

Wobec tego można by zapytać się, na ile „moralnych rubli" ceni Towarzystwo swoją "moralną odpowiedzialność" i czy kapitał ten nie dałby się użyć do zapełnienia luk w jego własnym budżecie? Towarzystwo, ofiarowując kasom pożyczkowym, zamiast kapitałów p. Rozenbluma, swój fundusz „moralnej odpowiedzialności", widocznie ocenia go na rzeczywiste ruble i kopiejki. Czy zatem nie robi więcej, niż mu nakazuje obowiązek, i więżąc tak okazałą sumę w kasach pożyczkowych, czy nie wyrządza krzywdy sekcjom bliżej go obchodzącym?

Wolę przypuszczać co innego. Kasy pożyczkowe są najmłodszym dzieckiem Towarzystwa Dobroczynności, które niby dobra matka jak oczka w głowie strzeże ostatniej córy. Prezenta pozwala jej przyjmować, na guwernerów zgadza się; ale gdy jaki obcy zuchwalec chce sięgnąć - dalej, niż na to pozwalają konwenanse, mówi mu:

- Przepraszam, nie można!...

- Ależ - rzecze na to konkurent - ja pukam nie do apartamentów pani, tylko jej córeczki!...

- Tak, ale na mnie ciąży „odpowiedzialność moralna" za Skutki - szepce zarumienione Towarzystwo, modląc się w duszy, ażeby p. Rozenblum zaatakował raczej jego kasę swoim obrotowym kapitałem.

Na takie dictum p. Rozenblum odparł, że jego kapitał już nie jest rozporządzamy, i poczyna atakować młodą instytucję z innej strony.

Wobec gry, w której kawaler chce i panna chce, ale nie zgadza się mama, jeden z najgorliwszych promotorów i członków zarządu kas, p. Jeleński, wystąpił z nową kombinacją.

Ogłosił on w „Kurierze Porannym", jak sam mówi - „prośbę" do naszych potężnych instytucyj finasowych, ażeby one datkami wsparły zakład, ratujący w biedzie rzemieślników.

Słyszałem zdanie: że zapewne instytucje finansowe nie dadzą nic, ponieważ nie mają żadnej racji do uwzględniania czyichkolwiek „próśb".

Okrągłe to słówko, ale nie wytrzymuje krytyki. W odezwie p. Jeleńskiego mieszczą się przecie dwie rzeczy: prośba, którą można uwzględnić lub nie - i - instytucja, w imieniu której przemawia. Nie o to więc chodzi, czy kto rozkazuje, czy prosi ale o to: czy rzecz, o której mówi, zasługuje na poparcie i czy nasze towarzystwa i banki poprzeć ją chcą i mogą?

Nie śmiem kłaść nacisku, drażliwa to bowiem sprawa: radzić akcjonariuszowi, ażeby otworzył kieszeń, która zwykle bywa podatniejszą u ludzi ubogich. W każdym razie p. Jeleński postąpił jak rycerz, ofiarując, choć na jednym punkcie, przymierze tym, z którymi dotychczas walczył, wprawdzie z rozmaitym powodzeniem, ale zawsze w kilku edycjach.

Odezwa p. Jeleńskiego do „kapitalistów" podoba mi się bardziej niż inne. P. Jeleński, zakładający najlepsze w Warszawie czytelnie, pracujący przy spisie jednodniowym i innych obywatelskich komisjach, troszczący się o kredyt dla rzemieślników; zachęcający kapitalistów, ażeby pomagali uboższym, spełnia piękną rolę. Gorączka interesów publicznych, która go trawi i stanowi jego rzeczywistą chlubę, staje się w tych wypadkach motorem czynów, o których nikt nie wątpi, że są użyteczne. I gdyby tylko był cierpliwszym w rozstrzyganiu społecznych kwestyj!...

Wielkie kwestie społeczne są jak motek splątanego jedwabiu, którego rozcinać nie wolno, lecz trzeba rozplątywać. P. J. niecierpliwi się, naukowe obserwacje zastępuje własnym uczuciem, targa nici, z których każda kończy się w czyimś sercu lub w czyjej głowie - i - zbacza od roli, w jakiej widzimy go dziś: ad roli łagodnego pośrednika między pracą i kapitałem.

Miejmy jednak nadzieją, że z czasem to przejdzie i że punktem zwrotu w popędliwej działalności p. Jeleńskiego stanie się chwila, w której dotychczasowi jego antagoniści uścisną rękę wyciągniętą do zgody w imieniu klas pracujących.

W tym miesiącu, w listopadzie, nastała widać epoka cudów: Jeleński ,,prosi" plutokrację o poparcie w sprawie instytucji rzemieślniczej, a instytucja, utworzona i utrzymywana przez arystokrację, odwołuje się do poparcia - demokratycznych czytelników „Kuriera"

Mówię o „Magdalenkach", dla których o pomoc zapukał przed kilkoma dniami hrabia St. AL

Co to są „Magdalenki"?

Są to osoby, dla których „nieopatrzny przykład lub namiętność stały się przyczyną upadku", a które cofnęły się z niebezpiecznej drogi do portu położonego przy ulicy Żytniej, gdzie zawsze mają dozór i opiekę, ale, jak mówi hr. St. AL, nie zawsze wiedzą, co będą jutro jadły.

Na świecie zdarzają się dziwne wypadki.

Niekiedy rozmiłowana a niedoświadczona dziewczyna wykrada się z domu rodziców z kochankiem, który, wywiózłszy ją do Warszawy, porzuca następnie na ulicy. Opuszczona chodzi bez celu cały dzień; chce jej się jeść, dławi ją trwoga, rada by odpocząć. W nocy stójkowy ostrzega ją, ażeby wracała do domu, bo już późno i może dostać się do cyrkułu.

Ale ona nie ma domu, więc głodna, zmęczona, śpiąca, przyjmuje opiekę pierwszego, który na dziś zabezpieczy ją od aresztu.

Na drugi dzień to samo, na trzeci, czwarty... Aż nareszcie nieszczęśliwa znajduje stałe mieszkanie tam, gdzie po cenach przystępnych handlują ludźmi.

Niekiedy w takim mieszkaniu spotyka [się] żonę, którą własny mąż sprzedał za kilkaset rubli, czasami dziewczynę, której ordynaryjna złość wyjednała patent na niewolę i hańbę, obok nich dziesiątki innych.

Tu pędzi życie wiecznie zadłużona, w połowie pijana, odarta ze czci, wstydu, z praw przysługujących nawet zwierzętom. Uciec nie ma gdzie, wszystkie drzwi przed nią zamknięte. Musi więc być przedmiotem targu i uciechy dopóty, dopóki nie otworzy dla niej gościnnego przytułku szpital albo więzienie.

Dla tego rodzaju nędzy dom przy ulicy Żytniej jest rzeczywiście deską ocalenia. Szkoda tylko, że publiczność, którą wzywają do składek, wie o nim bardzo mało.

Nie dosyć bowiem wskazać przewodniczki zakładu; trzeba jeszcze powiedzieć coś o jego wychowankach, a właśnie tę część pominął autor odezwy i co roku pomija ją zarząd instytucji, która, mieszcząc się w Warszawie, stanowi dla Warszawy jakby nowoodkrytą ziemię.

Muszę przy tym zwrócić uwagę szan. autora na złudzenie, jakiemu uległ. Odwołuje się on o pomoc przede wszystkim do „tych, których namiętność stała się przyczyną niejednego upadku".

Otóż mam honor zawiadomić, kogo należy, że „ci" nie dadzą ami grosza, chyba... że wolno im będzie składać datki na rachunek przyszłych uwodzeń i naturalnie od tego kapitału pobierać lichwiarskie procenta z góry.

Jeżeli więc ktoś da, to chyba uczciwy ogół warszawski, który nie tylko nie staje się przyczyną niczyjego „upadku", ale przeciwnie, sam co dzień „upada" i wykręca nogi, już to na drutach okalających wirydarz na Zielonym placu, już to na chodniku ulicy Marszałkowskiej, około wiadomego instytutu.

Ale trzeba na to, ażeby dom przytułku uchylił rąbek swoich tajemnic!

Radzi byśmy wiedzieć, ile co roku ocala się nieszczęśliwych kobiet, czego one się uczą w zakładzie, i - jakie są formalności. niezbędne do wejścia na drogę cnoty?

Znałem pewną starą damę, która przez cały dzień robiła pończochę, a na każdą nową wiadomość odpowiadała jednym wyrazem: „nieszczęście!"

Bywało mówią do niej:

- Proszę pani starszej, deszcz pada...

- Nieszczęście!...

- Proszę pani starszej na obiad.

- Nieszczęście!

- Proszę pani starszej, pani młodsza ma syna.

- Nieszczęście!...

I tak zawsze.

W niektórych wypadkach nasze dziennikarstwo podobne jest do tej „starszej pani" i na pewne wiadomości odpowiada zawsze jednakowym frazesem:

„I znowu jeden z obywateli ziemskich pozbył się dziedzictwa przodków, rozkolonizowując swój majątek. Smutno!..."

„I znowu kawałek naszej ziemi przeszedł w ręce obcych. Żałosny wypadek!..."

„I znowu Niemcy w naszym kraju zdobyli posterunek. Okropnie!..."

Co to jest? Dla kogo to przeznaczone? kogo to uczy? Czemu zapobiega?...

Czy sądzimy, że Niemcy ulękną się naszego „i znowu..." i przestaną wykupywać majątki? Czy przypuszczamy, że wykrzyknik: „smutno!...", „okropnie!", zapobiegnie procesowi rozkładu, odbywającemu się w pewnych sferach? Czy nareszcie choroba wywłaszczania nas z terytoriów jest takim drobiazgiem, że na każdy jej objaw wystarczy słówko „i znowu..." podobne do frazesu „na zdrowie", który mówimy czasem, gdy ktoś kichnie?...

Dlaczego dzienniki i tygodniki ogólne i specjalne traktują kwestię wywłaszczenia w sposób półsenny? Dlaczego nikt nie zmierzy całej obszerności tej choroby, nie wykaże jej przyczyn, nie oznaczy końca?

Wytarta jak szewcki stołek formuła ubolewań nad wyprzedażą majątków - na umyśle czytelnika wywołuje taki skutek jak niemniej wytarte kalendarzowe formuły: „słońce wstępuje w znak byka" albo: „w znak strzelca". Zamiast nich trzeba raczej postawić jakieś określenie faktu, choćby niedokładne na początek, trzeba się spierać, wyjaśniać i tym sposobem rozbudzić publiczną uwagę, która w tej kwestii usnęła jak „starsza pani" nad pończochą, robioną przez ćwierć wieku.

Moim zdaniem, należy przede wszystkim już nie wylewać suchych łez nad tymi, którzy wyprzedają „ziemię przodków". Między tymi ludźmi a ziemią, której się pozbywają, widocznie pękł węzeł, łączący rolnika z rolą. Oni nie mogą, nie chcą czy nie umieją gospodarować. Serce ich odwraca się od warsztatu, który na przykład dla chłopa stanowi przedmiot dumy i pragnień. Oni w „dziedzictwie przodków" nic nie robią, nic nie znaczą, niczego nie ulepszają, na nic nie są przydatni. Oni, opuściwszy wieś, która jest dla nich więzieniem, mogą być znakomitymi uczonymi, technikami, artystami, wreszcie członkami obu resurs, ale nigdy gospodarzami. Oni są tym dla swego majątku, czym dla człowieka dziurawy surdut, którego nie może się pozbyć i na którego wiekuiste łatanie wychodzi mnóstwo pieniędzy bez pożytku.

Po co więc udany żal prasy? Jeżeli w ogóle w naszej własności większej mają zajść jakieś reformy, toć wstępem do nich musi być usunięcie się ze wsi bankrutów lub abnegatów. Z jakiej racji mamy bliźnim krępować wolność zajęcia się tym, co lubią, i porzucenia tego, co im już stoi kością w gardle? Kto nam daje prawo przykuwać ludzi mających długi do przedsiębiorstwa, które wymaga kapitałów? Niech idą tam, gdzie im lepiej!...

Ale kto kupi ich majątki?...

Czy ja wiem. Kupi ten, kto będzie miał pieniądze: naprzód Niemiec, potem Żyd, potem taki, który o tyle zna się na rolnictwie, o ile handlował świńmi. I tak dopóty, dopóki zdradzony i opuszczony przez swoich kęs ziemi nie dostanie się w żelarzną rękę chłopa.

Czy może i wtedy będziemy wzdychali: „Znowu... smutno"?