Król i chora niewolnica

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dżalal ad-Din ar-Rumi
Tytuł Król i chora niewolnica
Pochodzenie Obraz literatury powszechnej
Redaktor Piotr Chmielowski,
Edward Grabowski
Data wydania 1895
Wydawnictwo Teodor Paprocki i S-ka
Druk Drukarnia Związkowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Julian Święcicki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron

1. Król i chora niewolnica (z „Mesnewi“).

Niech każdy bacznie powieści tej słucha,
Odtworzy ona stan mojego ducha.
Onemi czasy żył mocarz wspaniały,
Któremu wszystkie ziemie hołdowały.
Pewnego razu król ten w licznem gronie
Za zwierzem dzikim odbywał pogonie.
Po górach, lasach goniąc zwierząt stada,
W sidła miłości sam niebaczny wpada.
Napotkał dziewczę na ustroniu dzikiem
I król — poddanej stał się niewolnikiem.
Serce mu w piersiach drżało, jak ptaszyna
W klatce — zapłacił — i jego dziewczyna —
Ach! jak przybycia błogosławił porę.
Niestety! spostrzegł, że dziewczę jest chore.
Pan osła musi obejść się bez siodła,
Gdy lanca wroga zwierzę mu przebodła.
Ma dzbanek — wody nie dadzą te strony,
Gdy wodę znalazł — już dzbanek stłuczony.
Lekarzów mnóstwo do chorej zaprasza:
„Dwa życia zbawić ma tu mądrość wasza.

Me życie niczem!... Mojem życiem — ona,
Jej zdrowie balsam wleje mi do łona.
Kto wróci zdrowie niej kochance choréj,
W nagrodę weźmie pełne złota wory“.
Więc rzekli: „idzie o głowy nas wielu,
Toć sztuka musi przywieść nas do celu.
Wszakże to my tej ziemi Mesyasze,
Cierpienia giną przez starania nasze“.
I w dumie żaden nie rzekł: „Z łaską Boga“.
Więc też zawiodła ich próżności droga!...
Chorobę wszystkie potęgują leki
I wyzdrowienia dzień wiecznie daleki.
Dziewczyna włosem staje się i cieniem,
Łzy z oczu króla wciąż płyną strumieniem.

Nareszcie zjawia się cudowny lekarz, zwiastowany mu we śnie od Boga; ten zręcznie badając chorą, dowiaduje się, że przyczyną jej cierpienia jest miłość dla złotnika z Samarkandy. Każe więc sprowadzić do niej kochanka.

Przez sześć miesięcy żyli kochankowie
Szczęśliwi — i dziewczę odzyskało zdrowie.
I teraz przyszła kolej na młodziana;
Lekarza ręką czara wypełniana
Jad straszny niesie w zdrową pierś złotnika.
Wynędzniał młodzian, wdzięk z twarzy mu znika,
A dziewczę patrząc na jego brzydotę,
Powoli targa struny uczuć złote,
Bo miłość, którą powab ciała zrodzi,
Jak prędko przyszła, tak prędko uchodzi.
O bodaj nigdy nie posiadał wdzięku,
Tożby dziś z piersi nie wyrzucał jęku,
W oczach by nie miał krwawych łez nędzarzy, —
Zgon swój zawdzięcza tylko własnej twarzy.
I młodzian woła, wciąż myśląc o zgonie:
„Paw największego ma wroga... w ogonie!
Gronostajowi ja-m podobien, Boże,
Co futru gwoli ostać się nie może!“...
To mówiąc, skonał. A cóż jego miła?
Przestawszy kochać... do zdrowia wróciła.

(J. A. Święcicki).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dżalal ad-Din ar-Rumi i tłumacza: Julian Święcicki.