Król-Duch

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj


Król-Duch • Juliusz Słowacki
Król-Duch
Juliusz Słowacki

Rapsod pierwszy

Pieśń I

I

Cierpienia moje i męki serdeczne,
I ciągłą walkę z szatanów gromadą,
Ich bronie jasne i tarcze słoneczne,
Jamy wężową napełnione zdradą...
Powiem... wyroki wypełniając wieczne,
Które to na mnie dzisiaj brzemię kładą,
Abym wyśpiewał rzeczy przeminięte
I wielkie duchów świętych wojny święte.

II

Ja, Her Armeńczyk, leżałem na stosie[1]
Trupem... przy niebios jasnej błyskawicy.
Kaukaz w piorunów się ciągłym rozgłosie
Odzywał do ech ciemnej okolicy;
Niebo sczerniało... ale świeciło się
Grzmotami... jak wid szatańskiej stolicy...
A ja, świecący od ciągłego grzmota,
Leżałem. – Zbroja była na mnie złota.

III

I duch nie wyszły z umarłego ciała
Czuł jakąś dumę, że spokojnie leży;
A nad nim ziemia poruszona grzmiała
I unosiły się duchy rycerzy.
– Trójca widm mój stos ogniem zapalała,
A ja czekałem, aż piorun uderzy:
Tak byłem pewny, że w owe rumiane
Grzmotem powietrze – jak duch zmartwychwstanę.

IV

Już przybliżały straszne czarownice
Chwast zapalony i suche piołuny,
I moje blade oświeciwszy lice,
Wrzeszcząc, posępne swe śpiewały runy:
Kiedy je trzasły aż trzy błyskawice
I trzy siarczane, ogniste pioruny,
I tak strzaskały płomienie czerwone,
Żem je nie martwe sądził, lecz zniknione.

V

Wtenczas to dusza wystąpiła ze mnie,
I o swe ciało już nie utroskana,
Ale za ciałem płacząca daremnie,
Cała poddana pod wyroki pana,
W Styksie, w letejskiej wodzie albo w Niemnie
Gotowa tracić rzeczy ludzkich miana,
Poszła: – a wiedzą tylko wniebowzięci,
Czym jest moc czucia a strata pamięci!

VI

Tam, kędy dusze jasne jak brylanty
Swe dobrowolne czyniły wybory,
Moc utrudzona biegiem Atalanty
Szukała tylko szczęścia i pokory...
Orfeusz między ptaki muzykanty
Szedł umęczony i na sercu chory;
A jam pomyślał, że mu śpiewem będzie
Składać i skrzydła rozszerzać łabędzie.

VII

Ulises poszedł w prostego oracza,
Aby odpoczął po swych wędrowaniach.
– Tak ludziom Pan Bóg zmęczonym wybacza
I odpoczywać daje w zmartwychwstaniach!
Niech wyniszczony pracą nie rozpacza,
Że mu na ogniach braknie i błyskaniach,
Ani też myśli, że jest upominek
Dla ducha większy jaki – nad spoczynek...

VIII

Ja sam, z harmonią obeznany młodą
Własnego ciała, nie chciałem odmiany
I siadłem smutny nad letejską wodą,
Nie usta moje myjąc – ale rany.
Odtąd już nigdy nad cielesną szkodą
Nie płakał mój duch z ciała rozebrany.
Ani za wielką sobie brał wymowę
Otwierać tych ran usta purpurowe.

IX

Wszakże letejską przykładając wodę
Do ran – by pamięć boleści straciły
– Niejedną poniósł na pamięci szkodę,
Niejeden obraz stracił senny, miły.
Jutrzenek greckich różaną pogodę
Duchy mu nagle ręką zasłoniły,
A pokazały – jako świt daleki
– Umiłowaną odtąd – i na wieki!

X

Ani gwiaździście, co się w morzach palą,
A mają w świetle tęczowe kolory
I są gwiazdami w ciemnicy pod falą
Tak błyszczącymi, że mórz dziwotwory
Delfiny w morzu swoje łuski skalą
I obchodzą je cicho, jak upiory,
A płynąć wierzchem nad nimi nie śmieją
– Tak mocno w morzu te gwiazdy jaśnieją:

XI

Ani tych gwiaździc jasność tajemnicza
Tak nie przeraża owe pierwopłody,
Jak piękność, którąm ja poznał z oblicza
We mgłach letejskiej zapomnienia wody.
Nad nią dźwięk – duchów girlanda słowicza;
– Pod nią – jakoby złote zajścia schody
Na świat daleki i zamglony wiodły,
Na kwiatki jasne pod ciemnymi jodły.

XII

Z tych łąk i z tych puszcz jakby wiatr poranny
Pieśnią zapraszał na ziemię szczęśliwą;
Szedłem... choć strzały numidzkimi ranny...
Niepewny, czy śmierć? czy żywota dziwo?
Czy Irys... którą na świat znosi szklany
Obłok?... a tęcze świecące nad niwą
Tyle kolorów i słońc tyle mają,
Że ją nad ziemią na światłach trzymają?

XIII

Ona przede mną do lesistych zacisz
Weszła... a harfy śpiewały wiatrzane:
"Dobrze ją poznaj – bo wkrótce utracisz.
Jak sny przez dobre duchy malowane;
Żywot... tysiącem żywotów zapłacisz
– A zawsze jedną tę serdeczną ranę
Przyciśniesz w piersi rękami obiema
– Tę jedną smętną ranę – że jej nie ma!

XIV

"Sławę ci damy... lecz tobie obrzydnie
– Serce ci damy... ale spustoszeje.
Przyjdzie do tego, że będziesz bezwstydnie
Urągał w Bogu mającym nadzieję".
Na to Ja: "Niechaj me oczy rozwidnię
Rubinem, który z jej ust światło leje
– A nie dbam o to, co mię dalej czeka:
Żywoty ducha – czy męki człowieka?

XV

"W jednę girlandę męki me uwiążę
Jak człowiek, który za tysiące czuje,
I tą girlandą jako świata książę
Czoło uwieńczę i ukoronuję;
Niechajże na mnie idą duchy węże!
Niech mię świat walczy otwarcie lub truje!
Niech mię ognistą otoczy otchłanią...
Choćby aż w piekło wiodła – pójdę za nią!"

XVI

Pamiętam ten głos – i straszne zaklęcie,
Na które odwrzasł mi duch: "To Królowa!"
I całe mego ducha wniebowzięcie
Upadło... A wtem jasność przyszła nowa,
I w tym powietrzu jako w dyjamencie
Ukazał się wid... Piękność.... córka Słowa,
Pani któregoś z ludów na północy,
Jaką judejscy widzieli prorocy...

XVII

Słońce lecące trzymała nad czołem,
A miesiąc srebrny pod nogami gniotła;
Szła nad lasami i leciała dołem
Nad chaty, jako komeciana miotła;
Tęcze ją ciągłym oskrzydlonym kołem,
W słońcu girlandy niby z kwiatów plotła,
I na powietrze rzucała niedbale
Perły – jaśminy i maki – korale.

XVIII

Błękit się cały zdawał uśmiechniony,
Pełny języków złotych niby fala.
Jak atlas, który bierze różne tony
I drżąc swe hafty gwiaździste zapala
– Tak niebo za Nią od północnej strony
Gwiazdy swoimi łyskające z dala,
Różnym się dało gwiazdom pozłacanym
Ukazać w ogniu, od zorzy rumianym.

XIX

Więc czego woda letejska nie mogła,
To Ona swoim zrobiła zjawieniem,
Że moja dusza na nowe się wzmogła
Loty... i nowym buchnęła płomieniem.
A jako pierwszy raz ciało przemogła
I uczyniła swoim wiernym cieniem
– Opowiem. – Ja, Her, powalony grzmotem
Nagle... gdzieś w puszczy... pod wieśniaczym płotem

XX

Budzę się. – Straszna nade mną kobieta
Śpiewała swoje czarodziejskie runy:
"Ojczyzna twoja" – wrzeszczała – "zabita!
Ja jedna żywa... a ty zamiast trumny
Miałeś mój żywot. – Popiołem nakryta
I zapłodniona przez proch i pioruny,
Wydałam ciebie, abyś był mścicielem!
Synu popiołów, nazwany Popielem...

XXI

"Sam jeden jesteś... ale cię przymioty
Ojców napełnią... a Ja dam dwa duchy:
Na prawo stanie-ć jeden anioł złoty,
Na lewo jeden z krwi i zawieruchy;
Ci dwaj... ty trzeci... i mój głos jak grzmoty
Pędzący w zemstę". – To mówiąc, pieluchy
Moje chwytała i trzęsąc nad głową,
Rzucała dzieckiem jak skrą piorunową.

XXII

Jeszczem nie dorósł, a już karmem duszy
Zemsta mi była – a nauką zdrada.
Często bywało, że ktoś włos mi ruszy
I we śnie do mnie jak anioł zagada;
Gdy spojrzę – liść się tylko zawieruszy
I w kształt złotego widna wstaje – pada
– Czasem na moją pierś tumanem runie
– Ręka mi zadrży, nóż się sam wysunie.

XXIII

O! pierwsze mego ducha nawałnice,
Jakże wy straszne wstajecie w pamięci!
Widzę tę straszną krew jak błyskawicę,
W której się mój duch niby gołąb kręci;
Dziś nieraz, kiedy w czarną okolicę
I w puszczę wejdę... to mię coś tak smęci,
Że rad bym własne wyrywał wnętrzności!
Albo u bolów swych prosił litości!

XXIV

Do gwiaździc morskich tajemniczej jaśni
Porównywałem to ludu zjawienie,
Który żył w chatach próżen wszelkiej waśni,
A miał z jabłoni swój napój i cienie.
Królowie jemu panowali właśni,
Cudowne jakieś Lecha pokolenie!
Mające w sobie całe Polski Słowo
– I moc... i rózgę cudów mojżeszową.

XXV

Teraz wiem, jako duch pod ziemią widzi
– A w ślepym często ten cud ujrzysz dziadu,
Którego wiejski ci pies nienawidzi,
Żurawianemu gdy podobne stadu
Za nim się wleką duchy; – świat zeń szydzi,
Ale go chłopek czuje królem gadu
I wie, że na te źrenicy blachmany
Bije świat duchów tęczą malowany.

XXVI

Te oczy, ręką zasłonione bożą,
Czasem pod ziemią idą złota żyłą,
Aż im się ciemne kurhany otworzą,
Jak gdyby słońce pod ziemią świeciło!
Blachy się złote na wzrok ludzki srożą!
Proch ludzki wstaje pod wzdętą mogiłą
I w kształt człowieka znowu się układa,
Na nogi wstaje i w proch się rozpada.

XXVII

Oni to widzą – właśnie... gdy gromada
Urąga... śledząc zamyślone czoło.
– Ta Mądrość, która cały świat spowiada,
Dawniej perłową wieńczona jemiołą,
Z królem na tronie lub przy królu siada
I w płomieniste się upiorów koło
Zamyka: nie czar... nie próżna guślarka,
Lecz Mądrość – chorób duchowych lekarka.

XXVIII

Więc wkoło – wioski w wieńce kaliniane
Strojne i roki poświęcone duchom,
Mogiły kozom i pasterzom znane,
Trzody dziwiące się ptaków rozruchom,
Mogiły dawne... dawno zapomniane!
Dawno oddane mgłom i zawieruchom...
Z darni odarte [...]
[...]

XXIX

Czasami tylko jaki Zwyczaj dawny,
Indyjski, na kształt złotego upiora
W lasach powstanie. – Kiedy rycerz sławny
Umrze... to lud go grzebie jak Hektora:
Dwanaście koni bije i krwią spławny
Stos... gdzieś pod lasem... pod mgłami wieczora,
Ubrany w rogi jelenie i w głowy,
Zamienia w ogień i w słup purpurowy.

XXX

Wieszcze się jawią w ogniu i guślarze
Przepowiadają przyszły świat nieznany.
Co w pieśni stworzą, to się wraz pokaże
Przyprowadzone na świat przez szatany.
Każdy wiek wielkie miał prawdy ołtarze,
Cześć ducha, ducha namiętne kapłany,
Którzy, wyroki uprzedzając boże,
Dla ciał nie krzyże mieli – ale noże.

XXXI

Wzgarda je wielka ku ciału paliła,
A duch upajał jak sok bachusowy.
Niejedna teraz Druidów mogiła,
Którą oplata wkoło krzew różowy,
Kiedy ją słońca strzała wskróś przeszyła
I przeszył ogień zorzy brylantowy,
Gdy wejdziesz w ciemne granitowe bramy,
Pokaże ci swe słońca: krwawe plamy.

XXXII

– A jednak ty się nie cofasz przed nimi,
A choćby miesiąc był, nie czujesz trwogi
– Ale jak żuraw skrzydłami ciężkimi
Próbujesz nowej po błękitach drogi.
Między głazami dawniej czerwonymi,
Między miesiącem i polnymi głogi
Srebrne się ciągle jakieś wstęgi snują,
Po których myśli jak sny przylatują.

XXXIII

W jakich kościołach, duch z wysokim czołem,
Sądząc, że nigdy świat się nie odmieni,
Obecność wtenczas mię dręczącą kląłem,
Nogą trącałem czoła tych kamieni:
"Padajcie, głazy, przed ducha aniołem!"
– Krzyczałem – "jako gromada jeleni
Przed mą niszczącą myślą uciekajcie!
Trupy grobowców tych... gińcie lub wstajcie!"

XXXIV

I nic! Urągał mi ten świat cichością
I biegiem, co jak żółw za słońcem chodzi.
Nad południowych gdzieś łąk zielonością
– Bom przewędrował kraj, który mię rodzi
– Inaczej z trupów postępował kością
Lud, który palił umarłego w łodzi
I w mgieł krainę posyłał gościnną
Z umiłowaną kochanką niewinną...

XXXV

Ja, syn wyrżniętych ludów... Ja, istota
Nieznana wtenczas na ziemi nikomu...
Gdy obaczyłem, jako ta łódź złota
Lepszą się zdaje do ziemskiego domu,
Jak płomień nad nią huczy i druzgota
Garście suchego liścia, pęki łomu,
A na te śpiące, we śnie rozkochane,
Rzuca swe straszne jutrzenki różane:

XXXVI

Gdym to obaczył – a wysłuchał śpiewu
Dziewicy (grobów smętnego słowika),
Która złotemu się tej łodzi drzewu
Tak wydawała jak kwiat słonecznika,
A już od krain zaświatowych powiewu
Brała głos nowy i światłość płomyka...
Już tchem – już ogniem była – już bez ciała
– Już mgłą – a jeszcze za światem śpiewała;

XXXVII

– Gdym to obaczył – tom kupcowi temu
(Bo kupiec jakiś to był, który gorzał)
Zazdrościł drogi... sam nie wiedząc czemu...
Drżąc, abym kiedyś duchem nie zubożał,
Skrzydeł nie stracił, które ku złotemu
Światowi niosą, jak lew nie zesrożał,
Nie szedł na tamten świat z szatana trwogą,
Jak duch ... na czarnej łodzi... bez nikogo...

XXXVIII

Przerażon, w lasy wróciłem rodzinne,
A wkrótce wziął mię Lech król za pachołka.
Jam oczy groźne miał i ręce czynne,
I uwiązany cel do wież wierzchołka.
Trucizny wlano w to serce niewinne!
A zemsta, jako pierwsza apostołka,
Ciągle kłóciła mię z ludźmi i z losem
– A głos jej czasem nie był – ludzkim głosem.

XXXIX

Więc ile razy posłucham jej rady,
(A rada była dla ducha fatalna),
To widzę, że mi na świecie zawady
Usuwa jakaś ręka niewidzialna.
Na działającą moc patrzałem blady,
Sądząc – że biała mi orlica skalna
Zlatuje na hełm... usiada na czele...
I drogę moją piorunami ściele.

XL

Żądałem wodzem być... i wraz dwa wodze
Krwi rozszalałej piorun w mózg uderzył.
Ja, co, bywało, za stadami chodzę,
Kiedym się z duchy ciemnymi sprzymierzył,
Teraz tak straszny!... że komu ja szkodzę,
Choćbym się tyko nań myślą zamierzył...
Choćbym oczyma uderzył po stali...
W pancerz... i w serce ruszył – wnet się wali.

XLI

I sczerniał cały świat: a Ja, syn borów,
Patrzałem jako na las do wycięcia.
Spod przyłbic wielkich bladość mię upiorów
Trwożyła. Byłem pierwsza ręką księcia.
Przed sobą dalszych nie widziałem torów
Ani dalszego już celu do wzięcia:
W zamku cedrowym nad gopłową wodą
Byłem najpierwszym złotym wojewodą.....

XLII

Tu, patrz! jak straszne są duchowe sprawy!
Jakie okropne zastawiają sidła!
Raz, gdy z dalekiej wracałem wyprawy,
A piorunów się różne malowidła
Przez długi deszczu włos świeciły krwawy,
Ja i rycerze ujrzeliśmy skrzydła
Orłów pobitych ... w tak wielkiej ilości,
Jak na cmentarzach gdzieś Germanów kości.

XLIII

Pierze leżało zmokłe... lecz niektóre
Skrzydła sterczały z piasku, takiej miary,
Że gdym na dzidę wziął i poniósł w górę
Jedno... to jako wielki upiór szary
Wierzchem o ciemną kity mej purpurę
Dostało – wstając leniwe z moczary:
Niby wyzwany czarodziejstwem runów
Duch śpiący w błocie przy blasku piorunów.

XLIV

Taka w tym skrzydle była tajemnica
I ludzkość, żem się spytał: – "Powiedz, sępie,
Czy was na wiatrach paląc błyskawica
Rzuciła w takie nic... i w takie strzępie?
Czyście się bili o państwo księżyca,
Idąc na siebie zastęp przy zastępie?...
Czyście tu jaki bój toczyli krwawy
O ścierw?... czy tylko gryźli się dla sławy?!

XLV

"Powiedz, jak nazwać to pamiętne pole,
Dziś od błyskawic czerwone rumianych,
Gdzie tyle górnych duchów – dziś na dole!
I tyle skrzydeł leży połamanych?!"
Tom rzekł, w nieszczęścia nauczony szkole
Litować się łez i mogił nieznanych.
A wtem ujrzałem, że rycerstwo bierze
Skrzydła i wtyka sobie za pancerze.

XLVI

Widok ten nowy, wspaniały!... czas późny!...
Błyskawic blaski wszędy!... wojsko w dali;
Gdzie każdy człowiek był jak upiór groźny,
Skrzydlaty... w czarnej rozświeconej stali.
Wszystko tak straszne, żem dreszcz uczuł mroźny
I krzyknął: "Sława Bohu! – świat się wali!
Ja pierwszy moją piersią go roztrącę!
Ja, duch! – a za mną – wojska latające".

XLVII

To mówiąc... skrzydło zmęczone i krwawe
Przypiąłem sobie tak, że hełm nakryło.
Ja biorąc skrzydła... za cel brałem sławę,
A oni chcieli sobie lotu siłą
Pomóc do domów... O! jakże ciekawe
Powody, które rządzą ciała bryłą!
O! jak są różne przed prawdy mistrzynią
Orły... choć wszystkie jeden hałas czynią!

XLVIII

I lecieliśmy do domu weseli,
Mijając drzewa i sady, i chaty.
Rycerze moi przed zamkiem stanęli,
Jam wszedł jak anioł czarny i skrzydlaty.
Karmazyn, który świat od króla dzieli,
Cały się w gwiazdy rozleciał i w kwiaty;
Pokazał się król w odblaskach rubinu
– Spojrzał – i berło upuścił z bursztynu.

XLIX

Widziałem: jako Łaskawość pogodna,
Jaskółka siwych włosów, Dobroć cicha,
Znikła... A nagle twarz trupia i chłodna
Zmroziła mię tak, żem stał na kształt mnicha,
Spuściwszy oczy, patrząc w siebie do dna,
Zali zwycięstwa mego nagła pycha
Jakich tajemnych myśli nie wywiodła
Na jaw i króla w źrenice nie bodła?...

L

A on – na moje skrzydła, na te pióra
Patrząc, (które blask wieczorny zapalił
I okrwawiła tronowa purpura),
Pobladł i berłem mię wskazawszy – zwalił.
Wzięto mię. – Dusza ma czarna, ponura
Już mi radziła, abym się ocalił
Wtenczas, gdy tłumy stały przerażone,
Z mieczem na króla wpadłszy i koronę.

LI

Alem się w jednej błyskawicy gniewu
Na taki wielki czyn śmiał posunąć.
Wolałem, że mi jak wielkiemu drzewu
Przyjdzie tu głową zachwiać się i runąć
– Niż z domowego ciemnej krwi rozlewu
Korzystać... mój miecz w łono starca wsunąć,
I wyjść z wyjętym na słońce orężem,
Co by się zdawał nie bronią, lecz wężem!...

LII

Wzięto mię... a Ja w podziemnej ciemnicy,
Sam, do filarów przykuty kamiennych,
Jako pający, ciemni robotnicy,
Zacząłem z myśli gryzących, bezsennych
Snuć długie pasma. – Widmo mi przyłbicy,
Nakryte orłów skrzydłami płomiennych,
Pokazywało się. Naramiennice
Osiadły blade, ścięte Meduźnice.

LIII

Dusza tak była silna i bogata!
I taką wielką rządzicielką kości,
Że ciągle echem duchowego świata
Gadała – ciągle z jego okropności,
Z tych głębin... gdzie ćma niewidzialnych lata
Jasnoczerwonych słów, sztyletowości
Szepcących... brała straszną siłę sztychu
I tę – jak piorun ciskała po cichu.

LIV

Kto myślał, że mnie więzieniem uciszał
I gonił burze ducha... ten się mylił.
Z ducha mi ciągle szedł grzmot – a Lech słyszał
I czuł, żem ja go gryzł – do ziemi chylił;
Chociaż wtenczas tylko w sobie dyszał,
A żadnej mocy ducha nie wysilił,
Gromadą duchów zarządzałem ciemną,
I te – jak sługi moje – były ze mną.

LV

O! wy, którzy się nigdy nie spotkacie
Z prawdziwą twarzą waszego tu stróża!
Dla których żywot widzialny jest w chacie,
A Bóg w błękitach próżnych się zanurza:
Dla was są próżne tych czynów postacie;
– Dla innych... ducha ton i straszna burza,
Owiewająca moją pieśń żałobną,
Z twarzy do innych rapsodów podobną.

LVI

Raz o północy, kiedym dyszał gniewny
I sądził, że tu jakaś mara biała...
A tam... kształt jakiś czarny i niepewny...
Ówdzie zaś gwiazda biegła i spojrzała
– Ujrzałem lice przecudne królewny,
Której z rąk blasku różanego strzała
Przez proch więzienia i przez pajęczyny
Szła – zamieniwszy jej ręce w rubiny.

LVII

Splecione do nóg złociste jej włosy
Wlekły się prawie po głazów zieleni,
Gdzie zakończone jak dwa złote kłosy
Kwiatkami z drogich błyszczących kamieni.
– Te kwiatki – rzekłbyś – że dwa żywe Losy
Twarzą aniołów za światłych pierścieni
Patrzą się w górę... uczepione skrycie
Do nóg idącej falą Amfitrycie.

LVIII

Te kwiaty z żywych klejnotów się jawią
W pamięci mojej przed rysy innemi.
Reszta mgłą. – A mgły moje tak ją krwawią,
Żem nie spróbował o niej śnić na ziemi;
Lecz szaty jeden fałd wiecznie mi stawią
W oczach pamięci duchy... i z białemi
Nóżkami do mnie te kwiaty idące,
Jak dwa tęczowe na ziemi miesiące.

LIX

A ja gdzieś w głębi... do granitnej nory
Schowany... niby kłąb piekielnych duchów
Wezwany światłem w ohydne kolory,
Jak zbiorowisko członków i łańcuchów,
Skrzydły zjeżony... jak piekielne twory
– (Które my znamy na ziemi z posłuchów,
Słysząc, że niegdyś rodziła natura
Smoki, w płomienie ubrane i w pióra)...

LX

Ja – pomny na to, żem tronowi służył
A doznał zdrady – choć nie miałem winy,
Sądząc, że mi się Lech aż krwią zadłużył,
Dotknięty okiem królewskiej dziewczyny,
Aż skrzydłam na nią moje brudne wzburzył
I z piór pokazał oczy... cały siny..
Z takim sił moich gniewnych natężeniem,
Żem ją mógł wzrokiem spalić – jak płomieniem.

LXI

Biedne my duchy! Zawsze z jednej schedy
Brać musim nasze co piękniejsze szaty.
Oto błyszczący kłem smok Andromedy!
Oto ów drugi straszny wąż skrzydlaty.
Który na słońce idzie w księgach Edy,
I gwiazdy, niebios lazurowych kwiaty,
Ogonem zbiera, w swe czerwone płuca
Wchłania... i z ogniem serdecznym wyrzuca!

LXII

Na nią ja straszny, piekielny i mocny
– A tym straszniejszy, żem był nieszczęśliwy,
Wyiskrzył cały oczu blask północny,
Więcej wtenczas jej – niż wolności chciwy.
– Jak mi ów czysty duch, wtenczas pomocny,
Otworzył wrota (cichością oliwy
Do zamilczenia jęków przymuszone),
Nie wiem – to wszystko poszło w mgły czerwone...

LXIII

On jednak – ten duch – nie wiedząc, co czyni,
Jednym niebacznym słowem pchnął mię w górę.
Ona – ta dziwna na harfach mistrzyni,
Mająca duchów niebieskich naturę,
Czytała w jakiejś Sybilijskiej skrzyni,
(Może przed wieki będąca za córę
Rzymianom), że jej koronę na głowie
Zerwą na koniach lecących orłowie.

LXIV

A ten sen dawny tak jasno wyrzucił
Z drugiego ciała swoje dawne twarze,
Że ojcu rzekła – a ojciec zasmucił
Czoła... i miał już przywołać guślarze
Sny tłumaczące – gdym ja nagle wrócił
– Skrzydlaty orzeł – i moje husarze
Przed zamkiem rzędy długimi ustawił,
I sen jak w jasnej błyskawicy zjawił.

LXV

To mi nieszczęsna powiedziała Pani,
Jakoby sama siebie winująca,
Że wtenczas śniła – gdy w skrzydła ubrani
Spełnialiśmy sen przy blasku miesiąca
W ogniu piorunów. – Lecz ciemni szatani,
Których moc jedno mocą ludzi trąca,
Sprawili: – że snu na nią malowidła
– Na orły spadła rzeź – a na mnie skrzydła.

Pieśń II

I

Księżyc był pełny i gwiazdy świeczniki
Świeciły jasno na niebios lazurze,
W trawach śpiewały skrzeczki i świerszczyki,
Zamek stał cichy na piaskowej górze;
Zimno północne i traw zapach dziki,
I serce smętne bijące w naturze
Dwa razy mocniej zagadało do mnie,
Gdy ona przy mnie... i koń koło mnie.

II

Na jednym ręku niosła swe warkocze.
A drugą północ wskazało odludną.
Na to Ja rzekłem: "Na północ nie wkroczę,
Bo tam jednemu przeciw burzom trudno;
Lecz w koniu do krwi ostrogi umoczę
I będę pędził, aż drugą tak cudną
Jak ty pokażą mi ziemskie narody,
Choćby królowę ognia albo wody.

III

"Jeśli nie... wrócę jak straszydło krwawe...
A ty pamiętaj, jaki stąd ucieka
Cień – obalony miesiącem na trawę
– Z konia... ze skrzydeł orlich i z człowieka.
Miesiąc mu daje tę straszną postawę,
Wiatr stąd wypędza, a nieszczęście wścieka.
A jeśli Pan Bóg go wichrem oszczędzi,
Może na powrót grom go tu przypędzi".

IV

To mówiąc, ręką pogroziłem światu,
A tym wścieklejszy, że sam i bezsilny,
Gwiazdy na polach czystego bławatu
Oczy otwarte i słuch miały pilny.
Na wschodzie wstęga smętnego szkarłatu
Świeciła... szarym równinom omylny
Kształt nadawając, że pod owe zorze
Tak się zdawały płynące – jak morze.

V

Dyjanna – jak liść wierzby – już zielona,
Już jako róży liść różano-złota,
W ognistych się mgieł zanurzała łona,
Zmienna jak w sercu młodzieńczym tęsknota.
A jam skrzydlate obrócił ramiona
Wschodowi – chciwy nowego żywota,
I uciekałem jak duch, z bladą twarzą,
Więcej przed myślą moją niż przed strażą.

VI

Dzisiaj przez ducha świat odkryty,
Cały wiadomy. Wtedy tajemniczy
Jak upiór zloty, a we krwi umyty,
Złotem cię dziwu wabił ku zdobyczy,
A krwią ohydzał wszelki czar zdobyty,
Krzycząc, jak dziecko przydławione krzyczy,
Gdyś go uścisnął – a tarczy błyśnieniem
Takiś wywołał strach, jak objawieniem.

VII

Po ciemnych puszczach, gdziem się błąkał – gnana
Wichrami straszna przyszłości orlica!
– Kto mię napotkał – myślał, że szatana,
Bo wszystko widział wprzód niż moje lica:
Zbroję... i skrzydła... i młot u kolana,
I dzidę, która gorzała jak świeca
Między sosnami, samych niebios blisko,
Miedziane mając ostrze – jak ognisko.

VIII

Na jednym pustym śród sosen smętarzu
Spotkałem smętne i dzikie Germany...
O! duchu! dawnej przeszłości malarzu!
Ty jeszcze widzisz te sosnowe ściany,
Wozy, ogniska, twarze przy rozżarzu,
I rzymskie z białych piszczeli kurhany;
A na nich orły wydarte legionom,
Podobne lampom złotym i koronom.

IX

Ty jeszcze widzisz – i dziś pytasz siebie,
Kto ci przyczynił głosu i języka?
"Liczni" – krzyknąłem – "jak gwiazdy na niebie!
Straszni jak piorun, gdy niebo odmyka!
Przez was świat wytnę! pod wami pogrzebię!
Ja, syn popiołów – ojciec mogilnika!
– Urra ha!..." Gwiazdę pokazałem białą
Dnia wschodzącego lasom. – Wszystko wstało!...

X

Wszystko! – Dziesiątki całe groźnych kroci
Wstały gotowe na rzeź urahanną...
Wszystko!... Na boku tylko śród paproci
Białością swoją mnie zadziwił szklanną
Kształt jakiś śpiący, cudownej dobroci
I ciszy, zorzą oświecony ranną,
Zwalony w dzikich trawach, przy strumieniu,
Posąg... w jutrzenki światłach – jak w płomieniu...

XI

Rzekłem więc: "Czy to jaka jest królowa
Wyrżniętych ludów? nieskalanej bieli?
Którą tu smętnie czarujące słowa
Na fijołkowej uśpiły pościeli?"
– Wtem barbarzyniec ją tak ciął, że głowa
Jak lampa, która ciemność rozweseli,
Skoczyła... chwilę na błękicie trwając,
Jak gwiazda... potem błysnęła spadając...

XII

A Ja, zawrzawszy gniewem... i brzeszczota
Dobywszy... tego barbarzyńca w czoło
Tnę tak, że jako grenada się złota
Rozwali ów łeb... tu połą – tam połą..
A ja – ów zegar widzący żywota
Z tajemnicami, żył czerwonych zioło.
Idący jeszcze wszystkich sprężyn ruchy
– Porównywałem dwie głów... jak dwa duchy.

XIII

Ledwom uczynił to.. nowe mi moce,
Zaledwie statuy zwołane zemszczeniem,
Przybiegły w pomoc... tak, że chociaż proce
Cisnęły na mnie za ów mord kamieniem,
Jam był jak piorun, gdy lasy druzgoce!
I napełniłem ten lud przerażeniem,
A w przerażeniu takim wielkim żarem,
Że mię ukochał i nazwał – Kiejzarem.

XIV

Dziś tam głęboki sen w tej puszczy lata!
A może jeszcze posąg biały leży!
A może jaka nadistrowa chata
Mówi powiastkę moją... i nie wierzy!...
Ani wie, jako na zniszczenie świata
Posąg zemszczony przysłał mi rycerzy,
I obaczywszy mnie jako burzę ciemną...
Duchy gwiażdżące zawiesił nade mną.

XV

Nie wiedzą ludzie, przez jakie ja tony,
Przez jakie czyny, przez jakie męczarnie,
Zebrałem owe duchów milijony,
Które gdy wezwę, to mię strach ogarnie!
Bo ze słońc różnych są i z różnej strony...
Jako girlandy w chmurach i latarnie
Pokazują się – kiedy sam nie zdołam
Czynić – a one na pomoc przywołam.

XVI

Z barbarzyńcami – sam – na uroczyskach
– Człowiek-duch... pilnie uważałem cuda,
Które się jawią przy ludów kołyskach,
A nikną, gdy się szczep na niebie uda:
Lecz zaszczepienie przy piorunnych błyskach
Odbyte, a strach w powietrzu i nuda,
Które panują takim chwilom świata,
Tworzą – jak pianie kurów u Piłata...

XVII

Zda się, że ciągle ptaki ranne pieją...
A pianie smutne jest jak krzyk dziecinny;
Przedrannym strachem niebiosa ciemnieją,
Więcej wychodzi gwiazd na błękit siny...
Ludzie przy ogniach miast swe ręce grzeją
I przerażeni cichością godziny
Gotowi zaprzeć się bożego ducha,
Obzierają się jak zbójce – czy słucha?

XVIII

Jam to czuł, mimo że krew moja biła
Jak piorun w żyły, że hełm od niej dzwonił,
Kita się ogniem czerwonym paliła,
A młot skry takie jak miesiące ronił;
Koń gadał... dzida rosła... szabla żyła...
Wiatry dawały rady... obłok bronił...
O złym dniu wrzaski ostrzegały krucze...
O dobrym – złote żurawiane klucze.

XIX

Przez wszystkie władze ziemskie ostrzegany,
Wpadłem na ziemię moją nieszczęśliwą;
Lech nie żył, a lud jego zabijany
W królewnę patrzał jako w gwiazdę żywą...
Ona też pancerz złoty, malowany
Kwiaty różnymi, jak słoneczne dziwo
Pokazywała w strasznych walk kurzawie,
Podobna białej Anhelicy – Sławie.

XX

Koło niej ciągły tabor z żywych ludzi,
Zbrój czarnych, mieczów, tarcz; nad nią sztandary.
Ilekroć wieczór mgłami się zbrudzi,
To jako ptaki nocne albo mary
Wstają po bagnach Wenedy i Czudzi,
Żółte Połowce, nadmorskie Tatary,
I w twarze nasze strzał tysiącem brzęczą:
A nic gdy biją – straszniejsi, gdy jęczą.

XXI

Jeszcze pamiętam ten wrzask i to wycie
Różnych narodów i różnych języków,
Gdy te ludyszcza przy Wisły korycie
Przyparłem do fal falą moich szyków,
Aż mi o jasnym wyprawili świcie
Najstarszych z wojska swego tysiączników,
Prosząc o pokój i o ziemi bryłę
Taką... że ledwo dla nich – na mogiłę.

XXII

Ja wtedy, pod lwią skórą rudozłotą
Siedząc na prostej powózce Germanów,
Rzekłem: niech pierwej dziewczęta rozplotą
Warkocze – córki najpierwszych Supanów,
Niech sama Wanda, płaczem i tęsknotą
Zmiękczona, przyjdzie nam do roztruchanów
Nalewać wina... Niech ją złotowłosą
Germany moje na tarczach podniosą.

XXIII

A gdy przez ludy dzikie okrzykniona
Królową, z tarczy mosiężnej księżyca
Zaśpiewa nam pieśń na nowe plemiona
I nasze dzikie dusze pozachwyca,
Ja wtenczas drżące otworzę ramiona,
Aby zleciała w nie jak gołębica
I wyprosiła usty różanemi:
Co chce!? niebiosa całe – i pół ziemi?!...

XXIV

Z tym stary Swityn i Czerczak posłowie
Odeszli. A mnie jej postać, wprzód senna,
Zaczęła jaśnieć jako słońce w głowie
I coraz bardziej jawić się płomienna.
Więc potem, kiedy ległem na wezgłowie,
Cała mi w oczach ognista Gehenna
Błysnęła, ciągle piorunami pruta,
Ciemna, czerwona parami jak huta.

XXV

Na piersiach darłem skórzane odzienie,
Ale do łoża byłem jak przykuty.
Wtem ona weszła w te straszne płomienie,
Jak duch tęczami różnymi osnuty;
Nad nią niby z gwiazd grających pierścienie
Wiązały jedną pieśń na różne nuty
– Dzwoniące, cudne! jakieś gwiazdy śliczne!
Niby powietrzne narzędzia muzyczne.

XXVI

Słysząc te głosy, z których dziewczyna
Szła na mnie, z ciała mego wyleciałem.
A ona w ogniu czerwona i sina,
Obracająca powietrznym chorałem,
Jako skrzydłami powietrznymi młyna
Kręcąc... przywiodła duch – że włosy rwałem;
Przez wszystkie jęki i tony, i zmiany
Idący za nią w toń – jak zwariowany.

XXVII

Jeszcze noc była – a Ja, hełm na głowę
Włożywszy, wsiadłem na koń... pędzę cwałem.
Pamiętam szare powietrze perłowe
I zamek, wieży sterczący kawałem
Nad Wisłą... gdzie lud tę swoją królowę
Otoczył ludzkim i ceglanym wałem.
Tam przeleciawszy, w róg mosiężny dzwonię
– Grzmię – aż mi wszystkie oderżały konie.

XXVIII

Wychodzi siwy Swityn, wojewoda,
Ze snu czerwone przeciera źrenice.
"Idź" – rzekłem – "bo mi słów wczorajszych szkoda,
Zanadto ostre pokazałem lice;
Niech mi królowa wasza, jasna, młoda,
Naleje czary, podniesie przyłbicę,
A może łatwo ten rozkaz wykona:
Pieśń mi zaśpiewać... paść w moje ramiona".

XXIX

Nic nie rzekł Swityn, lecz mię brzegiem wody
Prowadził, kędy stał tłum ludu mały.
Rybacy srebrne trzymali niewody;
Kilka świec (choć już ranek błyszczał biały)
Nieśli kapłani, z lutniami Rapsody
Siedli na zrębie jednej małej skały,
Pod bladą wierzbą... mgłą ranną okryci.
Na wzgórzach w zmroku zapalono wici.

XXX

Na łące dziewy i panny służebne
Ujrzałem, tam i ów się krzątające.
Te niosły kwiaty, kadzielnice srebrne,
Dyjadematów złotych półmiesiące;
Inne – bławatki do wieńca potrzebne
Zbierały się w trawach – kolorów tysiące
Rzucając w srebrne powietrze, w mgły szare,
Niby wiślanym duchom na ofiarę.

XXXI

Dawny świat! – Obraz dawny wywoływam!
Lecz ileż razy różaność przedwschodnia
I kwiaty, które mgłą okryte zrywam,
I leśne ptaszki budzące się do dnia,
I tęcze, których do myśli używam,
Gdy się zapali mój duch jak pochodnia,
Przypominały obraz on tak rzewny!...
Ubranie martwej na łąkach królewny...
XXXII
Jak miesiąc była, kiedy z niego zetrze
Pierwszą pozłotę słońce w dzień jesieni,
A on się topi w błękitne powietrze
I lekko swego czoła zarumieni,
I nad girlandą lasów, gdzie na wietrze
Drżą liście złote przy liściach z płomieni,
Pełny – okrągły – blady się przemienia
W mgłę... jak cudowna twarz srebrnego cienia...

XXXIII

Taka jej bladość! nieco ku błękitom
Nachylona już zgonu okropnością,
Takie ust perły! Wisły Amfitrytom
Z upiorną niby odśmiechnione złością.
Zresztą – spokojnie się onym kobietom
Dawała stroić modrzewiów ciemnością,
Koroną złotą, wieńcami z bursztynu
– A strach powiększał trupa w oczach gminu...

XXXIV

A cóż dopiero! gdy Ja groźne lice
Odkryłem, z hełmu spójrzałem surowo
I połamawszy miecza w błyskawicę,
Cisnąłem jego kawałki nad głową.
Nade mną ducha mrok i złote świece
Miecza – nad kitą moją purpurową
Jak zawierucha olimpijska wstały!
– Mój duch... na hełmie stanął... w ogniach cały!

XXXV

Krzyk pierwszy, który z ust wyszedł, zwierzęcy,
Już niepodobny krzykowi człowieka,
Zbudził Germanów całe sto tysięcy,
I szli – jak morze huczące z daleka.
Stos wystawiłem okropny! książęcy!
Taki wysoki, że wiślana rzeka,
Na bladych trupów zatrzymana murze,
Stanęła – cała jak upiór – w purpurze.

XXXVI

Lecz pierwej, nim ją oddałem płomieniom.
O! ileż strasznych słyszała lamentów!
"O! włosy! nie dam ja waszym pierścieniom
W ogniu w wiślanych oschnąć dyjamentów!
Każę podziemnym zamienić się cieniom
W gmachy, filarów pełne i zakrętów,
W alabastrowej cię położę trumnie,
Każę strzec wieków śpiewaczce... kolumnie.

XXXVII

"Zbalsamowaną... wiecznym zdjętą spaniem,
Cicho na białych atłasach położę...
Sam przyjdę... jak lew legnę... i wzdychaniem
Śmiertelnym twój sen śmiertelny zatrwożę.
Więc może wstaniesz... i pocałowaniem
Dasz mi ocknienia światłości i zorze?
I słuch mi weźmiesz, w tych podziemnych cieniach
Coś czytająca... wiecznie... na kamieniach?...

XXXVIII

"W kraju bez słońca, bez gwiazd i księżyca,
Gdzie wiecznie smętno, posępnie i głucho,
Ja, rycerz, jako śpiąca nawałnica,
Z otwartą, szklanną źrenicą i suchą;
A ty – jak moja smętna czytelnica,
Perła po perle ton lejąca w ucho,
Taka wyrazów o pieśni mistrzyni,
Że pieśń... z tysiąca lat... chwilę uczyni!"

XXXIX

Tom rzekł, pośmiertne przeczuwając rzeczy
I głosy. I znów zajęty pożarem,
Chciałem ją złożyć na gwieździcach z mieczy,
Upowić krwawym rycerskim sztandarem!
I z onej ziemi, gdzie ciało kaleczy
Słońce niewczesnym i nieludzkim skwarem,
Uciec w Islandów wyspę zamrożoną,
Ogniami siedmiu wulkanów czerwoną.

XL

"Tam ja" – krzyknąłem – "gdzieś na lodowiskach
Założę jako kwiat ujęty w krysztale!
I przy wulkanów rubinowych błyskach
Opłomienioną posadzę na skale
– A sam z dzikimi orły na urwiskach,
Dzikszy niż burze, straszniejszy niż fale!
Gdy góry będą swoje ognie zionąć,
Mrozom się dam zgryźć... i ogniom pochłonąć!"

XLI

Tak mój duch w kształty się piramidalne
Wyrzucał, dawną tryskając naturą;
Tak nowe ciała łańcuchy fatalne
Targał... i piorun zawsze miał pod chmurą.
– Potem więc roki się zebrały walne
I mnie okryły Lechową purpurą.
Lud cały strachem ohydnie znikczemniał;
Jam siadł na tronie, zmroczył się i ściemniał.

XLII

I któż by to śmiał w księgi ludzkie włożyć
Dla sławy marnej, a nie dla spowiedzi?
– Postanowiłem niebiosa zatrwożyć,
Uderzyć w niebo tak jak w tarczę miedzi.
Zbrodniami przedrzeć błękit i otworzyć,
I kolumnami praw, na których siedzi
Anioł żywota, zatrząść tak z posady,
Aż się pokaże Bóg w niebiosach – blady...

XLIII

A nie Bóg nad tą żywota fortecą
Zgwałconą twarzy pokaże? to przecie
Komety złote na niebie przylecą
I bliżej oblicz ukażą na świecie,
Nad zamkiem swoje ogony zaniecą
Ja widma – jedno – i drugie – i trzecie...
Jeśli nie zlęknę się, a krew mię splami...
Kto wie!?... jak słońca przyjdą tysiącami!

XLIV

Niebiosa pełne widziadeł i twarzy
Słonecznych! może z krwawymi oczyma!
– A tu koło mnie powietrze cmentarzy
I ciągła burza, wiatr, ognie i zima,
Wichry skrwawione, głos trupów z kościarzy,
Słońce poblednie, księżyc się zatrzyma?
Gwiazda zajęczy jaka lub zaszczeka?
Wszystko pokaże... że dba o człowieka!...

XLV

"Jeśli nie" – rzekłem – "jeśli z tym motłochem
Postąpię sobie jak król zwariowany,
A żywot jak wąż schowa się pod lochem,
Jak gdyby nie czuł w sobie żadnej rany,
To ludzie są proch! i ja jestem prochem,
Na jeden tu dzień jak miecz ukowany!
A tym straszniejszy – że go własne siły,
Nie duchów ręce z ziemi wyrzuciły".

XLVI

Zaledwo ta myśl poczęła się we mnie,
Wzrok zaraz wydał ją... jasny... i suchy...
Wchodzący w myśli ludzkie potajemnie.
Aby tam widział w kościach, czy są duchy?
Więc naprzód Czerczak, u nóg mi nikczemnie
Prosząc o łeb, pod katów obuchy
Poszedł, a zanim jacyś dwaj prorocy,
Których dziś... krwawe łby... widuję w nocy..

XLVII

Za wojewodą cały dwór i sługi
Posłałem... niby z nim będące w zmowach.
I z wież patrzałem na ten łańcuch długi
Idący na śmierć z świecami, w okowach.
A niebios!... niebios błękitne framugi,
Jakby o zdjętych nie wiedziały głowach,
Patrzały na to ciche – obojętne!
Mnie się wszelako zdawało, że smętne!

XLVIII

Ogromny szereg tych wymordowanych
Poszedł. Myślałem, że duchy zobaczę
Gdzieś do łabędzi podobne rumianych,
Od których jęczy powietrze i płacze;
Albo że ze ścian, ogniem zapisanych,
Wyjdą pająki z ognia... straszne tkacze!
Na ściennych ogniach się swych zakołyszą
I wyrok jakiś ognisty napiszą!

XLIX

Myślałem, że me noce niespokojne,
A dnie, jak noce bez gwiazd, będą czarne;
W ciemnościach jęki albo chrzęsty zbrojne,
Tchnienia na czoło chłodne albo parne!
– I nic!... Ten straszny duch, któremu wojnę
Wydałem, dziecko zostawił bezkarne;
A ja podniosłem pierś dumną i twardą,
Gotów do końca walczyć z bożą wzgardą...

L

Przez dawne oczy to ohydne
Pierwszego ducha dzieło z czasów onych...
Gdy stepy, całe dziś w mogiłach widne,
Wzięły u ludu nazwisko Czerwonych...
Wtenczas ujrzano mię, że w ciele brzydnę
I biorę postać duchów utrapionych.
Ludzie myśleli, że mi gniją trzewa,
A jam był senny jak wąż, gdy poziewa.

LI

Czasami z góry.. na kolec blaszany
Wieżycy wstąpię... i tak jako owce
Najpierwsze państwa karacze, supany,
Każę prowadzić przez różne manowce.
Tam je kładziono w skrwawione kurhany,
Na stos znoszono chwast, czarne jałowce,
A ja, bywało, z góry, jak sęp dziki,
Widzę te w ogniach ruchome mrówniki.

LII

Dziesięć czasami gwiazd i słońc czerwono
Zagore... dziesięć wrzasków razem słyszę;
I nie podnosi mi się duchem łono
Ani się serce strachem zakołysze...
Jako Lucyfer z błyskotną koroną
Stoję...a zbrodni mojej towarzysze
Na większą niż te wszystkie okropności
Patrzą – na mą twarz śmiertelnej bladości.

LIII

Dziwią się wszyscy, że jak pies nie szczekam,
Jak lew nie ryczę, jak człowiek nie zgrzytam;
Nie wiedzą, że ja, duch natchnięty, czekam
Gwiazd, deszczów krwawych; i znów za miecz
I znowu cały świat na siebie wściekam!
I znów się niebios zamroczonych pytam:
Czy mieczem, który w łono ludzkie wrażam,
Która tam władzę niebieską przerażam?

LIV

Co tylko mocy ten mózg napięty,
Tom ja na męki wynalazek użył.
Stosy, na Wiśle spękane okręty,
Kołowrót, który ciał długość przedłużył...
Wszystko w męczeństwie ten kraj niepojęty
Swą cierpliwością wytrzymał i zużył!
A niebo wszystko to cierpliwie zniosło,
Póki kruszyłem duchom: łódź i wiosło...

LV

Poszedłem dalej... i w męki wyborze
Już nic nie mogąc straszniejszego stworzyć,
Zacząłem łamać większe prawa boże,
Myśląc naturę samą upokorzyć.
Matkę mi z lasu stawiono na dworze...
A ja zamiast się u nóg jej położyć,
U tej w łachmanach podartej orlicy
– Ciała użyłem za knot smolnej świecy...

LVI

Rzekłem ludowi, że mnie czarowała,
Że serce jadła, że żony mi truła.
Z włosem palącym się jak ptak latała
I zgasła. Wtenczas twarz mi się popsuła
I pokazała zielonością ciała,
Że się duchowi memu szata pruła;
On jednak w ciele nie wiedział o sobie,
W letargu niby i w czarnej chorobie.

LVII

Raz tylko byłem tak na siebie śmiały,
Że się przejrzałem, w tarczy patrząc lice;
A byłem cały jako trup sczerniały,
Który stoletnią miał w ziemi trumnicę,
A już robaki z niej pouciekały,
Bojąc się oczu jasnych jak gromnice;
I czerwonymi przerażone łzami
Trupa... i kości spróchniałych ogniami.

LVIII

Lecz co dziwniejsze, że tak próchniejący,
Taki upadły i taki zużyty,
Czasem się czułem jak anioł gorący,
Gotów ukochać świat i nieść w błękity
Tę ziemię, jako anioł wzlatujący
Z pieśnią... co była jako szklanne zgrzyty
Harmonik... i szła w ton coraz boleśniej,
Aż upadała w śmiech – w szaleństwo pieśni!...

LIX

Gdy mię, bywało, taki czar omami,
A stoję, ręce wyłamawszy z ramion,
Choć tylko piana toczy się ze łzami,
A usta milczą – to mój duch omamion
Wszystkimi, zda się, kręci księżycami,
A gwiazdy na kształt muzykalnych znamion
Chwyta... i w głosach to ziemskich wyraża:
Tworząc już nie Pieśń Sen, lecz Pieśń Mocarza.

LX

Jeden był tylko przy mnie giermek mały,
Jeden był tylko i ta pieśń go struła.
Głosy okropne w niego wlatywały,
Kości roztrzęsły... pierś mu się popsuła.
Chodził i przez sen gadał, i drżał cały
Jak instrumentu cedrowa szkatuła,
Która muzykant napełnił przelotem
Tonów... i zamkną napełnioną grzmotem.

LXI

A tymczasem mię wielki Pan niebieski
Ubierał w grozę i w powagę strachu.
A strach była jakiś ciemny i królewski,
Który napełnił wszystkie kąty gmachu.
Pod stopą moją suche komnat deski
Grzmiały jak trumny. – O komnat zapachu
Gadał po wioskach z trwogą lud ciekawy,
Że był zaduszny, tajemny i krwawy.

LXII

Na świecie o mnie śniono. – Śród czeladzi
W podziemnych kuchniach gadano, żem blady
Jak miesiąc, gdy się przejrzy w krwawej kadzi,
W której pływają gniazdem wężo-gady;
Że gniazda złota jakaś mię prowadzi
– (Purpurowe tu tłoczono ślady)
W ciemny kraj, gdzie się wszelka dusza wściekła,
Na króla duchów czerwonych – do piekła.

LXIII

A co dziwniejsza... że mię ukochano
Za siłę – i za strach – i za męczarnie.
Gdym wyszedł... lud giął przede mną kolano,
Lud owiec, który się k' pasterzom garnie!
Przed twarzą moja straszliwą klękano,
Widząc dwa skrzydła hełmu jak latarnie,
I między nimi w śrzodku zawieszoną
Tę twarz jak lampę trupią i zieloną.

LXIV

W powiekach rubin i błysk dziwny gore;
Powieki nożem zdają się rozcięte;
A przez czerwoną, rubinową korę
Patrzy duch... widmo przeszłości przeklęte!
Przez jakież, Panie! męki i pokorę,
Przez jakież ciała z krzyża zdjęte
Musiałem ścierać strach z mojego czoła?!
Z oczu wydzierać ciemną skrę anioła?!

LXV

Żem wyzwał słońca twoje i księżyce,
I meteorów ogniska, i burze
I przeciw gniewom twoim niósł przyłbicę,
Żem chciał zobaczyć, sługa – komu służę?
– Żem chciał zobaczyć, Panie! twoje lice,
Cztery pioruny twoje... świata stróże...
Wszystkie potęgi twoje o świat drżące,
I wszystkie słońca, i wszystkie miesiące,

LXVI

Tyś mną pogardził, Panie! i ominął,
I do straszliwej śmierci doprowadził.
– Swityn żył jeszcze. Starzec sławą słynął,
Bił wrogi moje, winy moje gładził,
Granicę mego królestwa rozwinął,
Na dwu srebrzystych morzach mię posadził;
Stary – a miecza do pochwy nie chował.
Jam go jak ojca kochał – i szanował...

LXVII

Pamiętam... biła północna godzina
O konstelacja Łabędź, jak krzyż złoty
Nad wieżą, gdziem był, leciała... jedyna
Sufitów próżnych lampa śród ciemnoty.
Wtem myśl ohydna o śmierci Swityna
W serdeczne moje wstąpiła zgryzoty
Z taką potęgą!... żem wnet ku niej dłoni
Podał, jak dziecko uśmiechnął się do niej...

LXVIII

Potem ją chciałem zmazać, ale ona
Już jako pani mego serca była...
"Sprobuj" – wołała – "jeżeli ten skona...
A żadna zorza by nie zaświeciła?
A żadna gwiazda z tych gwiazd przerażona
Nie przyleciała? Krwi się nie napiła?...
To wtenczas będziesz spokojny o ducha:
Ziemia proch! – człek z niej jak wulkan wybucha.

LXIX

"Płomieniom wolno chodzić po dolinach
I błyskawicom wolno bić w cnotliwe.
Za myślą twoją idź – nie myśl o czynach!
Próbuj, czy niebo martwe jest, czy żywe?"
Tak mi ktoś szeptał. – Gdyby w stu Switynach
Stu ojców moich własnych głowy siwe
Patrzały na mnie z grobu jego wzrokiem,
Nie byłbym cofnął się przed krwi potokiem.

LXX

Wysłałem katy... lecz myśl, gdy się kwieci,
W coraz straszniejsze rozwija się drzewo.
Posłałem drugie... dwór – żonę – i dzieci
Wyciąć. – Był ciemny dzień i grad z ulewą.
Czasami słońce ponuro zaświeci
I gradem złotym jak zwichrzoną plewą
O pancerz chłośnie i z kitą się zetrze
– Bom stał... czekając tych katów – na wietrze.

LXXI

U progu mego żebractwo się szare
Skupiło. Patrzą... król na progu stoi.
Przez deszczu struny widzą jakąś marę
Jęczącą gradem bijącym po zbroi.
– Wtem wyszło do mnie suche widmo stare..
Żebrak.. i blisko stanąwszy podwoi,
Jak posąg, który wiecznym być zaczyna,
Skościał... i podał mi list od Swityna...

Pieśń III

I

Na dworach wówczas nasze wojewody
Trzymali sobie nadwornych gęślarzy.
Ci byli jako rycerstwa rapsody,
Zazwyczaj mądrzy, ślepi już i starzy.
Jako pancerze srebrne, długie brody
Na piersiach mieli, a słoneczność w twarzy.
Liry nosili małe, ale sławne,
W koral lub w srebro, lub bursztyn oprawne.

II

W ręku trzymali niby pastorały
Długie, wierzbowe, ostrugane kije.
Tymi – bywało – chłopczyków chorały
Pędzą – i wiodą takt przez harmonije;
A kiedy w górę kij podniosą biały,
Wtenczas z choralnej pieśni piorun bije;
A kiedy spuszczą na dół berło dziada,
To na kolana pieśń jak anioła pada.

III

O takim kiju, z lireczką u pasa,
Stał stary rapsod Swityna u proga.
Na płaszczu – pomnę – była różna krasa
I łaty różne; – zda się, że płaszcz z Boga,
Na którym zorza w błękitach dogasa
I różne światła płoną. – Jego noga
Bosa, dziś świeci przed mymi oczyma.
W obowiązkach, srebrna, jak muszla pielgrzyma.

IV

Tak z wysławioną na przód noga bosą,
Podróżny żuraw, na białym kosturze
Oparty, z twarzą jasną, srebrno-włosą,
Stał w płaszczu starym, jak w błękitnej chmurze,
I list podawał. – Iryda za kosą
Wlekąca tęczę, gwiaździce i róże
Nie jest mi piękną tak... gdy z niebios spada...
Jak to wspomnienie dawne – tego dziada!

V

O! złote serce śpiewaka i sługi,
Tak po męczeńsku cierpiące dla pana!
Miej grób! którego nie rozorzą pługi,
Do zaklętego podobny kurhana;
Wiecznie tu wstawaj w pieśni! i wiek długi
(Aż znowu ta pieśń będzie zapomniana)
Przykładem ludzi do miłości znęcaj!
Śpiewaj! – a liry też czasem pokręcaj!

VI

Niech mi przypomni czary tobie znane
I słowa dobre na serc otwieranie,
Porządne, ważne i uszykowane
Rzędem, jak dźwięku anioły w organie;
A przebacz mi już tę okropną ranę
I to straszliwe nóg przyćwiekowanie,
Któreć odjęło to – coć najboleśniej!
Twój najpiękniejszy czar – wędrowność pieśni!

VII

On mi podawał list – a ja na nodze
Jego oparłem miecz żelazny, krzywy,
I czułem, że mu między kości wchodzę;
A on stał – jak Bóg wielki – bo cierpliwy!
Mieczem przygwożdżon w kamiennej podłodze,
Którą czerwienił krwawy koral żywy...
Stał... obwinięty ów żebrak w błękicie...
I tak się na mnie patrzał, jak na dziecię.

VIII

A ja, nie zdjąwszy miecza z jego rany,
Owszem, głębiej go zapędzając w koście,
Czytałem słowa, które jak szatany
Paliły mi mózg i gryzły wnętrznoście.
Ten list! na sercu moim zapisany,
Nad wszystkie ducha mego okropnoście
Głębiej swe zarzuty wykował!
Bo mną ten człowiek gardził – choć miłował...

IX

"Kacie ojczyzny mojej – i tyranie!
Mój królu wczora! (pisał Swityn stary),
Na dobrowolne poszedłem wygnanie,
Abyś przez mój zgon nie dopełnił miary...
Ty mię wyganiasz... a ja, o mój panie!
Żołnierzy wszystkich serca i sztandary
Zostawiam tobie – sam znikam bez wieści
– Sam nic nie biorę z sobą – prócz boleści...

X

"A byłbym chętnie dał głowę strudzoną
Pod miecz twój; chętnie w ręce twoje złożył
Tę głowę ściętą ale uśmiechnioną,
Której Bóg nigdy śmiercią nie zatrwożył,
Gdybyś ty jeszcze miał człowieka łono
O nad kościami ludzi się nie srożył,
Gardząc miłości ostatnim spojrzeniem,
Mszcząc się nad kością – jak pies nad kamieniem.

XI

"Aniołowie mię dziś ostrzegli złoci
We śnie – twój sam duch stanął pod kotarą,
Tak jak pochodnia świecąca w wilgoci,
Cały oświecon ogniami i parą.
Tyś mię sam ostrzegł!... a to nie z dobroci,
Ale żeś taką dziś stał się poczwarą,
Że słychać ciebie – i czuć – choć z daleka...
Kiedy pomyślisz o śmierci człowieka...

XII

"Duch litośniejszy twój jest ci za szpiega,
On naprzód zgniłe twe serce wypyta,
A potem chodzi i ludzi ostrzega;
Gdy twoje ciało śpi – a ząb twój zgrzyta,
Duch twój wychodzi i po kraju biega,
I targa włosy – jęczy jak kobieta...
Ty, zmordowany jego lamentami,
Wstajesz nie wiedząc, żeś płakał nad nami...

XIII

"Jakiś cię anioł okropny odmienił
I przysłał dzieło wypełnić straszliwe,
Lud rozhartował – a ciebie skamienił,
I kazał ludy orać jako niwę
– Abyś co? – wiatry wiejące spłomienił
Duchami, które wyszły z ciał – a żywe
Wkrótce w anielskiej zjawią się ozdobie
Jak wiatr na ciebie – i przeciwko tobie!...

XIV

"Miej więc dzień jeszcze ten jeden w zarządzie
Siłę, która jest w mieczu i toporze...
Ja ciebie czekam na ostatnim sądzie
Z tym listem... który w mogiłę położę!
Czekam za światem ciebie! na wylądzie
Brzegu, o który grzmi ogniste morze
– Krwią twoją jasne i zafarbowane...
Czekam! – z tym listem przeciw tobie stanę!...

XV

"Tu ci nie błyśnie więcej moje lice.
Choć niedaleko lecę... żuraw szary.
Pobytu mego mają tajemnicę
Ja tylko – mój koń – i mój rapsod stary.
Prędzej byś zgonił letnią błyskawicę
Niż mego konia. – Człowieka zaś wiary
(Jeśli cię starość i pieśń pełna wdzięku
Nie skruszą) spróbuj, królu – masz go w ręku!"

XVI

Taki był straszny starego Swityna
List... ja w nim groźbę jęczącą słyszałem
I opór ducha, który się zaczyna
Od jęku tylko... a staje się ciałem.
Więc jak skrzydlata skoczyłem gadzina
Z całą wściekłością! z całym ducha szałem!
Choćby królestwo całe przyszło ruszyć!
Wszystko!... a złamać harfiarza – lub skruszyć!

XVII

Stary był... pomnę.. Zorian się nazywał.
Gdy go palono, cichszy od owieczki
Na lirze sobie czasami podgrywał
I szedł przez ogień z uśmiechem piosneczki.
Ani klątw rzucał – ani wydobywał
Głosu wielkiego z maleńkiej lireczki
– Głaskał ją tylko (wyjaśniwszy lice),
Niby zlęknioną, białą gołębicę.

XVIII

Zdawał się mówić i twarzą, i ręką,
Jakby nad brzegiem szemrzącego zdroja:
"Nie bój się, liro! bo śmierć nie jest męką!
Ani się lękaj cielesnego zdroja!...
Nie bój się, moja maleńka lirenko,
Nie bój się, siostro! nie bój, córko moja!
– A na cóż by to nasza mądrość była,
Gdyby przed śmiercią skonać nie uczyła?
XIX
"Przyjmowano cię po domach i chatach,
Pókiś ty ze mną była wędrownicą.
Bądźże dziś wdzięczna – a nie płacz przy katach,
Bo się ucieszą i ton twój pochwycą.
Czekaj – wstaniemy oboje po latach,
Gdy błysną łuki z tęcz nad okolicą!...
Wstaniemy razem z wielką jaką zgrają
Harfiarzy, co jak anioły śpiewają!

XX

"Czekajże, liro!... śpij!... Błogosławiona
Ta błyskawica jasna i rumiana!"
Tu, wzięty w złote ogniste ramiona,
Zniknął. – A mój duch uczuł wtenczas Pana.
Czeluść okropna mych ust otworzona,
Suchość i jakaś pożarność gardlana...
Pierś, która wiatru w się więcej nie bierze,
Ostrzegły – że już do piekła należę...

XXI

Dysząc na konia siadłem... od popiołów,
Które pożarły pieśń, obsypan... w szale.
A tłum siepaczy, jakby archaniołów,
Ubrany w złoto, w bursztyn, w miedź i w stale,
W skrzydła – w moc wielka tortur, gwoździ, kołów
Zaopatrzony... za mną w Wisły fale
Rzucił się, gotów mordować do końca.
Wszyscy na koniach jaśniejszych od słońca.
XXII
Ja przodem. – W czerep czarny, ołowiany
Ukrywszy głowę moją jak w kapturze
– (Bom w sobie uczuł wstyd nieopisany,
Twarz mieć jak gryszpan, wzrok jak ogień w chmurze),
Przypadłem w zamek jeden nadwiślany,
Który zastałem cały już w purpurze
– Że trupy swoje wyrzezane chował.
Duch mój przede mną tam był – i mordował.

XXIII

I przestraszyłem się – bo mi z pamięci
Wczora wydane rozkazy wypadły.
Katowie stali wszyscy trwogą zdjęci,
Stali bladymi przede mną widziadły;
Jam wrzeszczał: – "Kto tu prędzej niż me chęci?
Niż myśli moje? kto srożej zajadły
Na krew Swityna niż ja, wpadł w pokoje?
Kto tu wypełnił – jak Bóg – myśli moje?

XXIV

"Duchowi memu to przypisać muszę,
Bo ziemia nie ma takich rozbójników!
Zmiękczyłyby ich te dzieciątek dusze,
Ta wyspa pełna wierzb, olch i słowików;
Te sionki z cedru... które głosem ruszę
– A one pełne ech, jęków i krzyków,
Swityna głosem brzmią na każdym piętrze,
Jakby starego instrumentu wnętrze...

XXV

"Ja jeden – który do szaleństwa skłonność
Mam – wpadłem tutaj o jutrzenki świtach;
Ani sal cisza, ani belek wonność,
Ani pieśń rodu śpiewana w sufitach,
Ani mię zemsty nieudolnej płonność,
Ani szatan tu, ani Bóg w błękitach
Nie zatrzymali. – Nic nie ma na niebie!
Ja sam, jak Pan Bóg, będę sądził siebie!"

XXVI

To mówiąc kostur wraziłem okuty
W ścianę i rzekłem do moich oprawców:
"Tę noc na ucztę; jutro dzień pokuty
Dla mnie i dal was, zbrodni wykonawców".
Tu zamek cały błysnął na kształt huty
Ognisk czerwienią... a ja, tych bladawców
Zbrodniami bladych otoczony wieńcem,
Siadłem – trup jasny pijaka rumieńcem.

XXVII

I ucztowaliśmy w zamku wygodnie;
Swityna własne nam służyły misy,
Stągwie, kobierce, czary i pochodnie,
I krwią cuchnące wonnych ław cyprysy.
Czary nam do rąk podawały Zbrodnie
– Widma... w płaszczach z krwi, z zielonymi rysy,
Stojące z boku upiory czerwone,
Wyraźne... a gdyś spojrzał wprost – zniknione.

XXVIII

A wtem przyleciał giermek zadyszany
I te wyrazy z ust wyrzucił skore:
"Panie! Ogromny znak jest ukazany!
Na niebie miotła płomienista gore".
– Jam zbladł: i kostur wyrwany ze ściany,
(Sądząc, że widzę ducha albo zmorę,
Która mi wróżbę nieszczęśliwą szczeka),
Na wskróś przeszyłam pierś tego człowieka.

XXIX

A sam wybiegłem na ganek odkryty,
Z którego widok szedł po okolicy
Na drżące wielą gwiazdami błękity,
Poddane jednej ogromnej gwiaździcy...
Ta, jako wielki miecz z pochew dobyty,
Karbunkuł miała czerwony w głowicy,
A ten się błyskał i mienił na zarzy
Jak oko w ducha niewidzialnej twarzy.

XXX

Wtenczas... w tej gwieździe oczyma usiadłem
O mocowałem się z nią jak z szatanem;
Truciznami ją serdecznymi jadłem,
Trawiłem jadów duchowych gryszpanem.
Więc czasem ona – a czasem ja bladłem...
Ażem nareszcie padł, jednym kolanem
Przyklękły... dysząc... przejasnymi świty
Jak rycerz w szrankach dzidą w pierś przebity.

XXXI

I obaczyłem w gwieździe niby znamię
Ognistsze... powiek mgnięcie i błysk oka:
Wtenczas uczułem, że mi ducha łamie
Na wieki jakaś moc – straszna – głęboka.
Więc obróciwszy ku ludziom przez ramię
Twarzy – i palcem ognistego smoka
(Który w niebiosach wił jasnym ogonem)
Wskazując, rzekłem: "Przyszła z moim zgonem

XXXII

Kometa". – I tu, coraz bardziej blady
I mieszając się już, rzekłem ponuro:
"Świat zwyciężyłem! i oto są ślady,
Żem duch mający moc – nad tą naturą!
Gwiazdy tę gwiazdę wysłały na zwiady,
Czym żyw? czy jeszcze okryty purpurą
Czynię rzecz króla, człowieka i zboja?
Niebo się zlękło o świat. – To śmierć moja.

XXXIII

"Idźcie... Już więcej nie jesteście sługi
Mojej wściekłości, lecz rycerze twardzi.
Kupiłem naród krwią... i nad jej strugi
Podniosłem ducha, który śmiercią gardzi.
Niejeden sobie wieśniak wieczór długi
Umili pieśnią – i tym się rozhardzi,
Że będzie o swych ojcach przypominał,
Jak śmiało na śmierć szli – gdy król wyrzynał!

XXXIV

"Co do mnie?... jam jest bicz okropny, boży,
I będę cierpiał, co mi przeznaczono.
Za chwilę jednę otchłań się otworzy!
Piorun rozerwie moje wielkie łono!
Wściekłoście... jak psy spuszczone z obroży,
Żądze... jak słońca ogniste rozpłoną!
Ogromne ze mnie na wiatr pójdą cienie,
Wszechmiłość zmyta w krwi – i wszechcierpienie!

XXXV

"Duch mój odpowie. Lecz wy jak dzieciątka,
Jak białych jagniąt jesteście gromada.
Wszystko, com czynił, szło z jednego wątka,
I cały ciężar zbrodni na mnie spada.
W kurhanach tylko zastanie pamiątka
I w pieśni długiej wędrownego dziada,
Żem żył. – Chwasty mi porosną na grobie...
Inny was anioł rozmiłuje w sobie...

XXXVI

"Ale po latach!..." Chciałem mówić więcej,
Wtem się zaczęła kości targanina.
Przez ołowiany kaptur sto tysięcy
Szło iskier... topniał na mnie drut i cyna.
Chciałem zachować dumny kształt książęcy,
Lecz tak pękałem się jak w ogniu glina.
Oczy się chmurą zasłoniły czarną,
I duch się cały skupił w jedno ziarno.

XXXVII

Nic więcej. – Straszne zaćmienie i głusza!
Na sercu ręki bożej położenie;
Docisk ostatni – pod którym się dusza
Pękała w skazy, a wzrok szedł w sumienie.
Więc jako robak, co się w ogniu rusza,
Tak ona – póki w ustach było tchnienie
– Leżała na dnie swej serdecznej plamy...
Aż Bóg otworzył jej – wieczności bramy.

XXXVIII

Taki był koniec mojego żywota,
Śpiewany długo w kraju przez rapsodów,
Którzy nie doszli, w czym była istota
Czynów? w czym wyższość od rzymskich Herodów?
Nade mną była myśl słoneczna, złota,
Do niej moc ciemnych, okrwawionych wschodów
Wiodła mię prosto w złotych celów progi:
Jam szedł... jak rycerz... krwawo – i bez trwogi.

XXXIX

Życie dźwięczało w każdej ducha strunie,
Moc słychać było w każdym moim kroku;
Choć być na takiej drodze? – lepiej w trunie!
Choć z myślą taką? – lepiej z włócznią w boku!
Prędzej czy później – deszcz piorunów lunie
Na orła, który słońce miał na oku;
Na mnie – żurawia z wyciągniętą szyją
W przyszłość – pioruny boże jeszcze biją...

XL

Ale przeze mnie ta ojczyzna wzrosła,
Nazwiska nawet przeze mnie dostała;
I pchnięciem mego skrwawionego wiosła
Dotychczas idzie: Polska – na ból – skała...
Fala ją druga nieraz z drogi zniosła
I duch jej święty poszedł w kwiaty ciała
Bezwonne, martwe... lecz com ja wycisnął
Pod krwią... tym zawsze zwyciężył, gdy błysnął!...

XLI

Śpijże, mój kształcie pierwszy... z ducha zdjęty...
Świecący w dali jak księżyc na nowiu;
Upiorny... za krew wylaną przeklęty...
W koszuli z drutów i w czepcu z ołowiu.
Klątwa na ciebie! jak na dyjamenty,
Na bazaltowe kolumny w pustkowiu
Pierwszej natury – z ducha budowane,
W ciemność i w chmury, i w piorun ubrane...

XLII

Lecz ja na tobie nogę postawiłem
I dalej szedłem; a jużem był boży.
– Morza się cofną, góry pójdą pyłem
I świat się komet deszczami zatrwoży,
Gdy duchem spełnię – co ciałem spełniłem;
Duch – ukazany w pierwszej świata zorzy...
Któremu Pan Bóg swych zasłon uchyla,
A lat tysiące są jak jedna chwila.

Rapsod drugi

I

A teraz tobie cuda niesłychane
Opowiem, moja piękna Przenajświętsza,
Bez ciebie nigdy sam nie zmartwychwstanę
W ten świat, który się podług blasków spiętrza.
Ty, przez jutrzenki widziana różane,
W miesiąców złote utopiona wnętrza,
Ciągle mię wznosisz do się, różo złota,
Zawsze widziana w przededniach żywota!

II

Krwawe były mgły, które ducha gniotły,
Kiedy wychodził z bolącego ciała...
Które ból strzaskał, a węże oplotły,
Gdy ducha gwiazda jasna wywołała.
W mgłach długie, złote, komeciane miotły
Czyniły szelest - a bezdenność grzmiała...
Duch w państwo ducha niewidzialne wchodził,
Jak gdyby ocknął się - i znów się rodził.


Przypisy

  1. Obacz w Platonie pełną tajemnic ducha powieść o Herze Armeńczyku na końcu dzieła p.t."Rzeczpospolita".


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.