Kotlety (Kraszewski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kotlety
Podtytuł powieść prawdziwa
Pochodzenie „Bałamut Petersburski” nr 33
Redaktor Bułharyn i inni (red.)
Data wydania 27 grudnia 1830
Miejsce wyd. St. Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
𝕶𝖔𝖙𝖑𝖊𝖙𝖞.
Kotlety
POWIEŚĆ PRAWDZIWA.

Ani się gniewu lękam, ani dbam o łaski.
Trembecki.

Ponieważ tak jesteś łaskaw, kochany P. Bałamucie, że wszystko co ci przysyłają, chętnie przyjmujesz[1], sądzę, że nieodmówisz przyjęcia pary kotletów na śniadanie od jednego z twoich dobrych, choć nieznanych przyjaciół. Choć to nie wielki podarunek, ale i tym gardzić nie należy. Lepsza jest zapewne pieczenia cielęca lub barania, ale, wierz mi, i kotlety mogą smakować. Kończąc tę odezwę, przystępuję do rzeczy, i zaczynam od doniesienia, co to za jeden, który ci ten artykuł posyła.
Ja, jestem sobie — jedno nic dla świata, dla siebie zaś wszystkiem. Nazywam się z łaski Boskiej Kleofas Fakund Pasternak, i należę do grona włóczęgów i postrzegaczów, którzy lubią patrzać na ludzi, źbierać z nich wzorki i pisać o nich aby się trochę sami z siebie pośmiali. Mieszkam w ciemnym zaułku na poddaszu, a jeśli opis mego mieszkania przyda się na co, łatwo go nakréślę. Idzie się do tego schronienia po czterdziestu kilku wschodach ciemnych jak filozofia Kanta, a koszlawych i połamanych jak tłumaczenia Żugarzewskiego. Krztusić byś się musiał, kochany panie, jak ów kot Krasickiego, gdybyś zajrzał do mnie; płaciłem bowiem komorne uczciwej familijce żysiów nie najwymyślniejszych w ochędówstwie. Znajdziesz naprzód oczywisty brak podłogi i niektóre autentyczne dowody wilgoci na ścianach; dziury bardzo oryginalne w pułapie i okno, do połowy papierem zaklejone, a troje drzwi, prowadzących do moich gospodarzy, odkryją ci widok obrazów, prawdziwie flamandskich, domówstwa żydowskiego. Przed oknem zastanowiłby cię stolik dosyć nie chędogi, zarzucony mnóstwem papierów i katedra moja o trzech nogach. Ale chcę bydź krótkim, i nie będę ci opisywał ani łoża mego, okrytego kocem ze starą skórzaną poduszką; ani kanapy drylichem pociągniętej; ani półek obciążonych staremi książkami bez okładek, między któremi Kandyd i Djabeł kulawy pierwsze miejsce trzymają; ani mojej garderoby, zawieszonej na kształt draperyi po ścianach; ani komina, ugarnirowanego flaszkami, słoikami i garnuszkami, na który rzadko ogień zawita.
Po opisie mieszkania od razu się domyślisz jak moja figura wygląda. Oto jestem sobie podługowaty, mam nogi do wędrówek najzdatniejsze, bo nadzwyczaj cienkie, przytem szyję na której postrzeżesz wszystkie żyły i muszkuły. Włosy jeżą mi się wcale zgrabnie na głowie, i dla tego też od lat piętnastu nie tykam ich grzebieniem; nos stosowny jest do całej figury i rzuca cień przyzwoity na twarz bladą żółto­‑zielonawego koloru, jak zwyczajnie u literata. A oczy! ach P. Bałamucie, żebyś też widział moje oczy: co to za piękność! Oto wystaw sobie, że niedostatek brwi w całej sile dozwala połyskiwać dwóm czarnym kołóm, ale to tak czarnym jak węgiel. Żywość poruszeń ich porównałbym chyba do szybkich obrótów kart w ręku szulera, zamieniającego dwójkę w trójkę lub asa; a obok tego wystaw sobie oczy adwokata, lichwiarza i żyda, a będziesz miał cały moich własnych oczu wyraz. Słowem oczy moje, są w najnówszym dzisiejszym guście. O garderobie tyle tylko powiem, że mam świąteczną i powszednią, parasol, kapelusz i jeszcze wiele rzeczy, które u mnie wiszą na ścianie. Kończąc zaś ten opis dodaję, iż nie bez przyczyny go uczyniłem: miło znać człowieka wprzódy nim się jego pismo przeczyta. A gdy teraz znając mnie powierzchownie, otworzysz Lawatera i Galla i z nich o mnie wyrok wydasz, mam nadzieję iż powiesz, że co ja napiszę, to bydź musi doskonałe. — Ale cóż to mi się wyśliznęło? — własna pochwała! która w infimie jeszcze słyszane przywodzi mi na pamięć przysłowie: propria laus sordet. Niegodziwa pamięć! ona zawsze cóś z kąta wywlecze, czego człowiek najmniej się spodziewa. Ale piszmy dalej.
Jednego zmroku kiedy w naszem mieście pozapalano latarnie, gdyż to było po pełni; kiedy w szynkach odzywała się harmonijna muzyka kieliszków, a szejne­‑katerynka przygrywała chrapliwym głosem; kiedy nareszcie drążki latały jak opętane, wyszedłem w moim płaszczu, z parasolem dla powagi i w kapeluszu, na wieczorną przechadzkę, w celu zajrzeć gdzie w okno, podsłuchać co gadają, lub zebrać skąd wzorek. Szedłem tedy pomijając oświecone drzącem światłem kramiki, przeskoczyłem parę razy rynsztok, wzdęty i z szumem unoszący resztki doczesne pantofli i garnków, i wśliznąłem się na plac przed Ratuszem. Tu widok mnóstwa zgromadzonych osób zachęcił mię do śledzenia ich rozmów i czynności. Naprzód mi wpadło w oko oblężenie worka starozakonnego Izraelity przez dwóch assesorów, dręczących go nie miłosiernie o pożyczenie pieniędzy. Blade lica Moszki, a rumiane policzki assesorów, których surduty poblakowały na usłudze kraju, kazały mi się domyślać blizkiego szturmu, i że Izraelita układał się o warunki kapitulacyi. Nie wiele tu i zrozumiawszy i skorzystawszy, udałem się dalej gdzie dwóch zacnych panów rozmawiało z sobą. Jeden otyły, wsparty na lasce z gałką pozłacaną, rumiany jak kucharz, z ogromnym kapeluszem i dewizkami półłokciowemi, mało mówił, ale tak wprawnie, żem się ni chwili nie wahał, że to bydź musi obrońca więcej dającego, czyli adwokat. Drugi chudszy, który zapewne nie miał jeszcze czasu utyć na urzędzie, z ogromnemi bokobrodami, z rudawym wąsem, z szyją pływającą w obszernej chustce, w kapeluszu zwiastującym zwolennika mody i fraku eleganta, więcej patrzał i słuchał niż mówił. Ale jakem tylko o exdywizyi zasłyszał, uciekłem, bojąc się aby ta zarazliwa choroba na mój kapelusz i płaszcz nie padła.
Zbliżałem się nareszcie do końca placu, kiedy mi wpadł w oczy jeden z moich dobrych przyjaciół, poczciwy, niech go P. Bóg kocha, P. Epifani Szperka. Oparty o drzewo gryzł jabłko. Nie mogłem się nim nacieszyć, tak wyborną miał minę, i zaczynałem sądzić, że zapewne, jak ów szczur, porzuciwszy Woltera, musiał się gdzieś dobrać do skarbowej mąki; gdy, poprawiwszy na moim garbatym nosie okularów, dostrzegłem, że mój przyjaciel miał frak z dekatyzowanego sukna, takież spodnie, białą chustkę i jakąś kamizelkę. Zdumiony tym widokiem, chciałem pójść po wytłumaczenie tak cudownej przemiany do Owidiusza, kiedy mój kolega, wpatrując się we mnie, poznał mnie i zbliżył się, choć poufale jak na człowieka nagle wzniesionego aż do dekatyzowanego fraka, ale jednak znacznie powolniej jak dawniej. To ten frak przeklęty, pomyślałem sobie, tak go odmienił. Póki chodził w prostem odzieniu, póty inaczej głowę nosił; jakże tylko dorwał się fraka, tak już w niebo pluje. Tym to sposobem, ja nieco porywczy w sądzeniu, jakby mi kto za to łapę wysmarował, zle myślałem o przyjacielu, który mię tymczasem uściskał dość delikatnie i oznajmił, że dostał sukcessyjkę po bogatym stryju. Słysząc taką wiadomość, podskoczyłem z radości, ale w tem zachmurzyło się czoło P. Szperki: myślał że w tem osobiste jakie upatruję widoki. Gdym mu jednak wytłumaczył, że z jego tylko szczęścia czułem się szczęśliwym, dziedzic 500 złotych wspaniałomyślnie na kotlety mię zaprosił, czego, jako człowiek literackim obdarzony apetytem, nie odmówiłem.
Na kotlety? ozwie się może nie jeden czytelnik, a cóż w nich osobliwego? — O! były to istotnie osobliwsze kotlety: proszę cierpliwie do końca mię słuchać.
Ciągnęliśmy siebie wzajemnie, szarpiąc się przez ciemny jakiś korytarzyk, w końcu którego z dziwaczną układnością mój Szperka trzykrotnie zapukał; usłyszeliśmy z drugiej strony za drzwiami głos jakiś nie śmiały, sympatyczno­‑cieńkodrżący. Mój przyjaciel powtórnie odezwał się hasłem: otwórz Józio! — i jak przed Orfeuszem piekła, przed nim otwarły się podwoje tego domu tajemnic. Weszliśmy znowu do korytarza, a drzwi za nami prędko się zatrzasnęły. Postępowaliśmy tedy wśród Egiptskich ciemności; P. Epifani nucił pod nosem śpiewkę,

Hej no! piękna Rózio,
Nie droż się nam z buzią;

ja zaś nadstawiałem ucha na szczególniejszego rodzaju dźwięki, wychodzące, z bocznego pokoju. Smiechy i głośna, żywa rozmowa odzywała się wewnątrz, my zaś kierowaliśmy błędne nasze kroki w stronę z której wychodziła. Ujrzeliśmy naprzód w około ogniska tłumy kucharek i kuchcików; mnóstwo patelni napełniało ten przybytek gastronomiczny słodkim dla nosa zapachem kotletów; ale mamże ci opisać, czytelniku, widok który, mię uderzył na wejściu do pokojów? Widzę, że tego po mnie wymagasz słuchaj: więc! Ujrzałem powiewającą sutanę obok sukni kobiecej, łysinę kleryka spoczywającą na ramieniu restauratorki. Horrendum! wykrzyknąłem zdziwiony, a P. Epifani milczenie mi nakazał, wchodząc do bocznej stancyjki, skądeśmy mogli widzieć wszystko, nie będąc widziani. Chociaż ciekawość moję najbardziej zajmowały szarmanckie i wcale nieplatoniczne westchnienia kleryka do restauratorki, nie mogłem się jednak wstrzymać, żeby nie obejrzeć pokoju w którym byłem.
Była to ciupka z dwoma oknami, do połowy tajemniczą merynosową firanką zawieszonemi. Parawan zasłaniał łóżko gosposi, tak uprzejmej dla gości. Nad niém był krzyżyk i portret nieboszczyka męża, którego nigdy nie było na świecie, ale trzeba było tego portretu dla syna, urodzonego jure caduco, żeby też przecie widział że miał kiedyś ojca. Dwie świece paliły się na stołach przygotowanych do jedzenia. Na jednym z nich łapczywie dojadał kotleta i kostkę oblizywał milionowy plenipotent, o którego majątku różni różnie gadają. W drugim końcu toczyła się żwawa rozmowa dwóch biegłych prawników, którą zakończyła butelka wina. W innem miejscu młodzik, dopijając kawy, trzymał za rękę dziewczynę, pod pozorem aby mu nie umknęła, chociaż, jak mi Bóg miły, dziewczyna tyle chciała uciekać, ile i panicz. Przysunąłem się do kopersztychów, i w prostocie ducha, pierwszy raz je zobaczywszy, sądziłbym, że miejsce w którem zostały umieszczone, musi bydź gabinetem anatomicznym: ale tam gdzie dają kotlety, cóż mogą robić te i tym podobne wyobrażenia. Z kolei spojrzałem znowu na rozczulonego kleryka; stały przed nim talerze i sztutce, w przyzwoitym porządku rozłożone: stąd nie mylny domysł, że jego świątobliwość na czczo umizgów nie odbywa. Minę miał wesołą, błyskały mu oczy, połyskiwały policzki, uśmieh wdzięczył różane usta, słowem był szczęśliwy, ile nim bydź można przy boku ładnej dewotki, która równą ma skłonność do księży jak do nabożeństwa.
Wpatrywałem się długo w tę parę, ale widząc między nimi ciągle dobrą harmonję, obróciłem się w inną stronę. Plenipotent umizgał się już do służącej; adwokaci porzucili spór prawny, i obrócili się ku nowo przybyłej Józi; młodzik żywo cóś szeptał na ucho swojej dziewczynie; słowem wszystko było tak, jak bywało i dotąd bywa na świecie, Ach! pomyślałem sobie, otóż to kotlety! i z nieboszczykiem burmistrzem Cyceronem wykrzyknąć chciałem: o czasy! o obyczaje! o kotlety! — ale, gdym moję perorę do kleryka chciał zastosować i ku niemu się obrócił, drzwi z jego strony się zamknęły, i najpiękniejszy w świecie widok rozczulonego teologa zniknął mi z oczu. Ale i cały urok otaczający mię znikał powoli, i ja oddaliłem się nareszcie z głową pełną myśli o kotletach.
Lecz że zazdrość wcale w moim charakterze nie ma miejsca, to czém mię godny przyjaciel Szperka poczęstował, oddaję nawzajem Bałamutowi. Proszę ten podarunek tak dobrém przyjąć sercem, z jakiém ja go daję, a nie uważać, że dłuższy wstęp jak rzecz sama: zależy to od zapału i natchnienia, którym rozkazywać nie można.
Oczekując nowego zdarzenia do napisania znowu słów kilku, zostaję szczerém a dobrém sercem, mnie wielce mościwego pana a dobrodzieja Bałamuta, z braterskim affektem,

najniższym sługą i przyjacielem,
K. F. Pasternak[2].jacielem

Przypisy

  1. Chętnie, ale nie wszystko, jak o tém i P. Pasternak sam się przekona.
  2. Bałamut nie może obojętnie przyjąć przyjaznych oświadczeń pana Pasternaka, i cieszy się z tej nowej znajomości zawiązującej się z kotletów. Jeżeli bałamutne wieczory samego Bałamuta pozwolą na uskubnięcie od nich cząstki czasu, tę cząstkę chętnie obróci na napisanie artykułu który przyniesie w dani Panu Pasternakowi, a tymczasem zachowa wzajemny afekt braterstwa i przyjaźni.
    Wyd.0000


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.