Komedya omyłek (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt czwarty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Komedya omyłek
Rozdział Akt czwarty
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom X
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Tytuł orygin. The Comedy of Errors
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
AKT CZWARTY.
SCENA I.
Plac publiczny w Efezie.
(Wchodzą: Drugi Kupiec, Angelo i Komisarz).

2 Kupiec.  Termin upłynął od Zielonych Świątek;
Nie nalegałem odtąd na wypłatę,
I dziśbym nawet jeszcze nie nalegał,
Gdybym nie musiał zbierać gotowizny
Na podróż, którą do Persyi zamierzam.
Racz się uiścić, lub będę zmuszony
Oddać cię w ręce pana komisarza.
Angelo.  Właśnie, że sumę, którąm ci jest dłużny,
Mam dziś odebrać od Antyfolusa.
Przed chwilą złoty dałem mu łańcuszek,
O piątej ma mi wypłacić należność;
Chodź, proszę ze mną do jego mieszkania,
A tam, z wdzięcznością wręczę ci pieniądze.

(Wchodzą: Antyfolus z Efezu i Dromio z Efezu).

Komisarz.  On sam nadchodzi, skończcie tu interes.
Ant. z Ef.  Ja do złotnika idę, ty tymczasem
Śpiesz kupić batóg, którym poczęstuję
Moją małżonkę i jej sprzymierzeńców,
Że śmieli drzwi me zamknąć mi przed nosem.
Lecz otóż złotnik; ty idź, gdzie mówiłem,
I wracaj spiesznie z batogiem do domu.
Drom. z Ef.  Nim batóg kupię, wprzódy sobie kupię
Jaki tysiączek talarów intraty (wychodzi).
Ant. z Ef.  Pięknie wychodzi, kto na ciebie liczy.
Przyrzekłeś łańcuch i twoją wizytę:
Złotnik i łańcuch znikli jak kamfora.
Pewno myślałeś, że przyjaźńby nasza
Zbyt długo trwała łańcuchem związana,
Dlatego w sklepie wolałeś pozostać.
Angelo.  Wolne są żarty. Lecz chciej notę przejrzeć;
Znajdziesz tam wagę złota do karatu,
Próbę metalu i koszta roboty;
Wszystko wynosi trzy dukaty więcej
Niż dług mój temu należny kupcowi.
Jeżeli łaska, zapłać mu natychmiast,
Bo czas mu drogi, okręt już pod żaglem.
Ant. z Ef.  Nie mam przy sobie tyle gotowizny,
A że mam ważny załatwić interes,
Do mego z nim się pofatyguj domu,
Zabierz łańcuszek, oddaj go mej żonie,
I powiedz, żeby należność spłaciła.
Może z powrotem zastanę was jeszcze.
Angelo.  A więc sam pragniesz swój prezent jej wręczyć
Ant. z Ef.  Nie, ty go ponieś, bo mogę się spóźnić.
Angelo.  Chętnie, daj tylko; czy masz go przy sobie?
Ant. z Ef.  Jeśli ty nie masz, ja go także nie mam;
Możesz do domu bez pieniędzy wrócić.
Angelo.  Proszę, skończ żarty, powierz mi łańcuszek,
Bo wiatr i przypływ wołają na kupca,
A moja wina, że jeszcze na lądzie.
Ant. z Ef.  Widzę, że chcesz się tym żartem wywinąć
Z niedotrzymania danego nam słowa;

I żebym pierwszy nie zaczął wymówek,
Jak swarna żona, pierwszyś kłótnie zaczął.
2 Kupiec.  Czas nagli! Proszę, zakończmy interes.
Angelo.  Słyszysz, co mówi? Powtarzam, łańcuszek.
Ant. z Ef.  Daj go mej żonie, dostaniesz pieniądze.
Angelo.  Wiesz, że przed chwilą sam ci go wręczyłem;
Więc lub łańcuszek lub daj mi znak inny.
Ant. z Ef.  Żarty posuwasz trochę za daleko.
Gdzie jest łańcuszek? Pokaż mi go, proszę.
2 Kupiec.  Czas mój zbyt drogi, abym czekał dłużej;
Daj mi natychmiast stanowczą odpowiedź,
Albo go oddam w ręce komisarza.
Ant. z Ef.  Daj mi odpowiedź! Cóż ci mam powiedzieć?
Angelo.  Czy chcesz zapłacić to, co mi winieneś?
Ant. z Ef.  Nic nie winienem, bo nie mam towaru.
Angelo.  Dałem ci towar, pół godziny temu.
Ant. z Ef.  Nic mi nie dałeś, a krzywdzisz mnie srogo.
Angelo.  Nie ja, lecz ty mnie wyrządzasz tu krzywdę
I szkodzisz memu w mieście kredytowi.
2 Kupiec.  Więc go aresztuj na moje żądanie.
Komisarz.  W imieniu księcia, więźniem moim jesteś.
Angelo.  To plamę rzuca na me dobre imię —
Więc lub bez zwłoki dług ten wypłać za mnie,
Lub cię natychmiast każę aresztować.
Ant. z Ef.  Zapłacić sumę, której nie winienem?
Więc mnie aresztuj, jeźli śmiesz, waryacie!
Angelo.  Oto są koszta; pod straż weź go swoją.
W podobnym razie, na taką bezczelność,
Dla mego brata nie miałbym litości.
Ant. z Ef.  Jestem posłuszny, póki nie dam kaucyi,
Lecz na zapłatę twojego żarciku
Nie znajdziesz dosyć złota w twoim sklepie.
Angelo.  A ja ci jeszcze na twój wstyd dowiodę,
Że są w Efezie sądy i sędziowie.

(Wchodzi Dromio z Syrakuzy).

Drom. z S.  Jest, panie, w porcie okręt z Epidamnus,
Co tylko czeka swego kapitana,
A zaraz potem kotwicę podnosi.

Nasze bagaże są już na pokładzie;
Kupiłem balsam, wódkę i oliwę;
Żagle napięte, wiatr dmucha od lądu,
I tylko braknie nas i kapitana.
Ant. z Ef.  Głupi baranie i pałko szalona,
Jaki mnie okręt z Epidamnus czeka?
Drom. z S.  Okręt, którego szukać mi kazałeś.
Ant. z Ef.  Jam ci, pijaku, batóg kazał kupić,
I powiedziałem na co i dlaczego?
Drom. z S.  Bodajem pierwszy batogiem tym dostał,
Jeśliś nie kazał mi okrętu szukać.
Ant. z Ef.  W stosownej chwili nauczę cię, błaźnie,
Jak się rozkazów pana swego słucha.
Teraz do domu leć i Adryanie
Oddaj ten kluczyk, powiedz jej, że w biurku,
Okrytem moim tureckim dywanem,
Jest rulon złota, niechaj ci go wręczy.
Aresztowany byłem na ulicy,
Summę tę złożyć muszę na rękojmię.
Ruszaj, a śpiesz się! — Teraz, komisarzu,
Więźniem twym jestem do jego powrotu.

(Wychodzą: Kupiec, Angelo, Komisarz i Antyfolus z Efezu).

Drom. z S.  Do Adryany! Tam gdziem obiadował!
Gdzie mnie Kamila mężem mianowała!
Lecz na jej stanik ręce me za krótkie.
Śpieszę jednakże, bo taka sług dola,
Że prawem dla nich każda pańska wola (wychodzi).

SCENA II.
Pokój w domu Antyfolusa z Efezu.
(Wchodzą: Adryana i Lucyana).

Adryana.  I on tak kusić śmiał cię, Lucyano!
Czy nie mówiła jego ci źrenica,
Że miłość była miłością udaną?
Czy był posępny? Czy blade miał lica?
Czy jakim znakiem oko nie zdradzało,
Co się w głębinach serca jego działo?

Lucyana.  Mówił, że nie masz żadnego doń prawa.
Adryana.  Bo on ze wszystkich praw się naigrawa.
Lucyana.  Przysiągł, że wszystko obce mu w tem mieście.
Adryana.  Krzywoprzysięzca! Raz nie skłamał wreście.
Lucyana.  Długie prawiłam za tobą kazanie.
Adryana.  A on co na to?
Lucyana.  Że o przywiązanie,
Które w nim chciałam obudzić dla ciebie,
On błaga u mnie dla samego siebie.
Adryana.  Jakże cię kusił na moją niesławę?
Lucyana.  Słowem uczciwszą zdolnem wygrać sprawę,
Podziwiał dowcip, blask mojej urody.
Adryana.  Czy mu w nadziejach nie dałaś nagrody?
Lucyana.  O, siostro, przywdziej cierpliwości zbroję!
Adryana.  Nie może serce, niech język ma swoje.
To starzec zwiędły, łys, zyz, kuternoga,
Upośledzony od ludzi i Boga,
Gbur, zły, uparty, a zakuta głowa,
Szpetniejszą duszę w szpetnem ciele chowa.
Lucyana.  Toś nie zazdrościć lecz cieszyć się winna
Że lichy towar zabrała ci inna.
Adryana.  Nie wierzy serce, co mój język prawi,
Choć w innych pragnę wiarę tą obudzić;
Czajka kihicze, aby strzelca złudzić;
Choć klnie go język, serce błogosławi.

(Wchodzi Dromio z Syrakuzy).

Drom. z S.  Śpiesz się! To kluczyk, biurko i dukaty!
Lucyana.  Coś tak zdyszany?
Drom. z S.  Lecę, jak z armaty.
Adryana.  Gdzie pan? Czy wraca?
Drom. z S.  Pan mój teraz, pani,
Smaży się w piekle, w Tartaru otchłani,
Dyabeł go strzeże wśród wiecznych płomieni,
Którego serce ukute z kamieni,
Dyabeł okrutny, zażarty, surowy,
Wilk — gorzej, — hultaj w skórze bawołowej,[1]

Zdrajca, co milczkiem na biednego człeka
Na skrętach ulic i zaułkach czeka,
Ogar, co nigdy tropu nie zaciera,
Przed sądem, duszę do piekła zabiera.
Adryana.  Tłómacz się jaśniej; co to jest za sprawa?
Drom. z S.  Nie wiem, co za sprawa, ale wiem, że dla tej sprawy siedzi w kozie.
Adryana.  Co? Siedzi w kozie? A na czyją skargę?
Drom. z S.  Ja nie wiem, jaka procesu natura,
Lecz wiem, że strzeże go bawola skóra.
Czy mu nie poślesz na wykup dukatów?
Adryana.  Przynieś je, siostro. (Wychodzi Lucyana).
Ani pojąć mogę,
Co dług ten znaczy; wiem, że długów nie miał.
Czy jaki bilet na siebie wystawił?
Drom. z S.  Za rzecz on większą w komisarza ręku —
Łańcuch, łańcuszek, — czy nie słyszysz dźwięku?
Adryana.  Dźwięku łańcuszka?
Drom. z S.  Nie, pani, zegaru.
Wybiła druga, kiedy mnie wyprawił,
Bije już pierwsza, a jam się nie stawił!
Adryana.  Zegar w tył idzie? Co pleciesz, szalony!
Drom. z S.  Pewno się zegar cofa przestraszony.
Adryana.  Czy czas ma długi? Co za sąd dziecinny!
Drom. z S.  Czas, stary bankrut, fortunie jest winny,
Więcej niż sam wart; przytem, ludzie wiedzą,
Czas jest złodziejem, wszyscy ci powiedzą,
Że czas się skrada jak w nocy, tak we dnie;
Powiedz mi teraz, jakie mówię brednie,
Mówiąc, że złodziej, stary bankrut w biedzie
Na głos sierżanta ze strachu w tył idzie?

(Wchodzi Lucyana).

Adryana.  Dromio, weź złoto, śpiesz do twego pana,
Wróć z nim do domu. O, siostro kochana,
Nie wiem, co myśleć, — widzę w wyobraźni
To dzień nadziei, to znów noc bojaźni.

(Wychodzą).
SCENA III.
Plac publiczny w Efezie.
(Wchodzi Antyfolus z Syrakuzy).

Ant. z Syr.  Kogo napotkam, grzecznie mnie pozdrawia
Jakby dawnego swego przyjaciela,
I po imieniu każdy mnie nazywa.
Ten mnie zaprasza, ten daje pieniądze,
Inny dziękuje za jakieś usługi,
Inny znów robi kupna propozycye.
Przed chwilą krawiec do sklepu mnie wciągnął,
Jedwab’ kupiony dla mnie pokazywał
I na ubranie miarę wziął mi gwałtem.
Wszystko to jakieś figle czarnoksięskie:
To jest lapońskich czarownic ojczyzna.

(Wchodzi Dromio z Syrakuzy).

Drom. z S.  Przynoszę ci, panie, złoto, po które mnie posłałeś. Ale jakże udało ci się pozbyć portretu starego Adama w nowej kurtce?
Ant. z Syr.  Co się znaczy to złoto? O jakim mówisz Adamie?
Drom. z S.  Nie o tym Adamie, który raju pilnował, ale o Adamie, który pilnuje więzienia, który chodzi w skórze cielęcia zabitego na powrót rozrzutnika, który szedł za tobą, jak zły twój anioł i pozbawił cię wolności.
Ant. z Syr.  Nie rozumiem cię wcale.
Drom. z S.  Nie rozumiesz mnie, panie? Rzecz to jednak jasna. Mówię o Adamie, który jak skrzypce chodzi w skórzanem pudełku; o człowieku, panie, który znużonych szlachciców klepie po ramieniu i na spoczynek prowadzi; o człowieku, który swoją pałeczką więcej zabrał jeńców do niewoli niż największy bohater swoim buzdyganem.
Ant. z Syr.  Czy mówisz o sierżancie?
Drom. z S.  Tak jest, panie, o sierżancie, który trzyma ludzi niedotrzymujących zobowiązań, któremu się zdaje, że wszyscy ludzie spać się kładą, bo mówi każdemu: daj ci Boże dobry spoczynek!
Ant. z Syr.  Wszystko to dobrze, skończmy jednak błazeństwa. Powiedz mi, czy znalazłeś okręt gotowy tej nocy do żeglugi? Czy możemy odpłynąć?
Drom. z S.  Toć powiedziałem ci, panie, przed godziną, że statek „Pośpiech“ odbija tej nocy, ale właśnie podówczas przeszkodził ci sierżant i poprowadził na okręt „Odwłoka“. Przynoszę teraz aniołów, po których mnie posłałeś, żeby cię wyzwolili.
Ant. z Syr.  Ten człowiek widzę, jak ja, głowę stracił;
W krainie złudzeń błąkamy się oba;
Niech nas z niej jaki anioł wyprowadzi!

(Wchodzi Kortezana).

Kortez.  Dobre spotkanie, mości Antyfolu!
Widzę, że przecie znalazłeś złotnika;
Czy to łańcuszek, któryś mi obiecał?
Ant. z Syr.  Precz stąd, szatanie! Nie kuś mnie, zaklinam!
Drom. z S.  Panie, panie, czy to pani szatanowa?
Ant. z Syr.  To sam dyabeł.
Drom. z S.  Nie, panie, to coś gorszego, to dyablica, a przychodzi odziana suknią panny Letkiewiczówny. Stąd to pochodzi, że kiedy dziewka mówi: „potęp mnie Boże!“ to się znaczy: „zrób mnie Letkiewiczówną!“ Napisano jest: pokazują się ludziom niby aniołowie światłości, a światło jest skutkiem ognia, a ogień pali, a więc te mniemane anioły światłości będą gorzały. Nie zbliżaj się do niej!
Kortez.  Widzę, że sługa, jak pan krotofilny.
Chcesz, to chodź ze mną, dam ci coś dobrego.
Drom. z S.  Jeśli przyjmiesz zaproszenie, weź przynajmniej, panie, długą łyżkę.
Ant. z Syr.  Dlaczego?
Drom. z S.  Bo powiadają, że musi długą mieć łyżkę, kto musi z dyabłem obiadować.

Ant. z Syr.  Co mi, szatanie, prawisz o przysmakach?
Jesteś, jak wszystkie tutaj, czarownicą,
Więc cię zaklinam, precz stąd, precz, szatanie!
Kortez.  Oddaj pierścionek, który mi ściągnąłeś,
Lub za dyament daj mi twój łańcuszek;

Chętnie odejdę, przestanę cię nudzić.
Drom. z S.  Są dyabły, które nie proszą o więcej,
Niż o krwi kroplę, o szpilkę, o słomkę,
O włos, o orzech, o brzeżek paznogcia,
O pestkę wiśni; lecz ta ambitniejsza,
Zachciało się jej złotego łańcuszka.
Panie, roztropność! Gdy dasz, czego żąda,
Dyabeł łańcuchów swych brzękiem nas strwoży.
Kortez.  Daj mi łańcuszek lub oddaj pierścionek;
Nie sądzę, abyś pragnął mnie oszukać.
Ant. z Syr.  Odejdźmy, Dromio. Precz stąd, czarownico!
Drom. z S.  Uciekaj, pycho! jak to paw’ powiada;
Słuchaj tej rady, bo dobra to rada.

(Wychodzą: Antyfolus z Syrakuzy Dromio z Syrakuzy).

Kortez.  Człek ten oszalał, niema wątpliwości,
Nigdy inaczej takby nie postąpił.
Pierścień mój wart był czterdzieści dukatów,
W zamianę on mi łańcuszek obiecał,
Teraz zatrzymać chce jeden i drugi;
Stąd wnosić muszę, że całkiem oszalał.
Zresztą mam na to drugi jeszcze dowód,
Szaloną jego powieść przy obiedzie,
Że mu przed nosem własne drzwi zamknięto.
Zapewne żona, widząc paroksyzmy,
Z trwogi nie chciała wpuścić go do domu.
Bez straty czasu biegnę teraz do niej,
Powiem, jak w nowym szaleństwa obłędzie
Na dom mój napadł i pierścień mój zabrał,
Bo nie mam chęci dla żadnych waryatów
Tracić odrazu czterdzieści dukatów (wychodzi).

SCENA IV.
Plac publiczny w Efezie.
(Wchodzą: Antyfolus z Efezu i Komisarz).

Ant. z Ef.  Nie bój się, człeku, nie myślę uciekać.
Nim cię opuszczę, złożę w twoje ręce
Sumę, za którą jestem uwięziony.

Żona dziś moja w dziwnym jest humorze,
I nie uwierzy łatwo posłańcowi,
Bo bez wątpienia dziwno się jej wyda,
Że mnie za długi pojmano w Efezie.

(Wchodzi Dromio z Efezu z batogiem).

Otóż mój sługa; myślę, że z pieniędzmi.
Czy mi przynosisz, po co cię posłałem?
Drom. z Ef.  Przynoszę, panie, co wszystkim wystarczy.
Ant. z Ef.  Lecz gdzie pieniądze?
Drom. z Ef.  Dałem je za batóg.
Ant. z Ef.  Co, łotrze, pięćset dukatów za batóg?
Drom. z Ef.  Za taką sumę pięćset ci przyniosę.
Ant. z Ef.  Po co do domu bieżeć ci kazałem?
Drom. z Ef.  Po batóg, panie; batóg ci przynoszę.
Ant. z Ef.  Skosztuj więc bata, skoro go przyniosłeś. (Bije go).
Komisarz.  Miarkuj się, dobry panie, cierpliwość!
Drom. z Ef.  To mnie cierpliwości potrzeba, bo ja popadłem w nieszczęście.
Komisarz.  A ty znowu trzymaj język za zębami.
Drom. z Ef.  Radź raczej mojemu panu, żeby trzymał ręce przy sobie.
Ant. z Ef.  Czy ty zmysły straciłeś, bękarcie?
Drom. z Ef.  Bodajem je był stracił! Nie czułbym teraz twoich cięgów.
Ant. z Ef.  Nie masz czucia tylko na cięgi; prawdziwy z ciebie osieł.
Drom. z Ef.  Nie przeczę, że osieł ze mnie; mógłbyś tego dowieść przez moje długie uszy. Służyłem mu od chwili urodzenia do dzisiaj, a za moją długą służbę nigdy nic nie dostałem od niego prócz cięgów. Gdy mi zimno, grzeje mnie kijem; gdy mi gorąco, chłodzi mnie kijem; kijem ze snu mnie budzi, kiedy śpię; kijem z krzesła podnosi, kiedy siedzę; gdy odchodzę, żegna mnie kijem, wita kijem, gdy powracam; noszę kij na grzbiecie, jak żebraczka swego bachura, i nie wątpię, że gdy mnie okulawi, o tym kiju od drzwi do drzwi chleba pójdę szukać.

(Wchodzą: Adryana, Lucyana, Kortezana, Szczypak i inni).
Ant. z Ef.  Patrz, patrz, co za szczęście! Żona moja się zbliża!

Drom. z Ef.  Pani, respice finem, albo raczej, żeby prorokować jak papuga: strzeż się końca postronka.
Ant. z Ef.  Czy jeszcze chcesz paplać? (bije go).
Kortez.  Czy jeszcze powiesz, że mąż twój nie waryat?
Adryana.  Gwałtowność jego zdaje się to stwierdzać.
Czarownik z ciebie, doktorze Szczypaku,
Dobry doktorze, wróć mu dawny rozum,
A dam ci, jakiej zażądasz, nagrodę.

Lucyana.  Jak od wściekłości iskrzą mu się oczy!
Kortez.  Patrz, w paroksyzmie jak się trzęsie cały!
Szczypak.  Daj, proszę, rękę, niech twój puls pomacam.
Ant. z Ef.  To ja ci wprzódy pomacam twe uszy.
Szczypak.  Duchu piekielny, co go opętałeś,
Świętej modlitwy usłuchaj rozkazu,
Wracaj natychmiast do twoich ciemności!
Na wszystkich świętych nieba cię zaklinam.
Ant. z Ef.  Milcz, głupi starcze, nie jestem szalony.
Adryana.  Daj Boże, abyś nie był nim naprawdę!
Ant. z Ef.  Ha, mościa pani, to twój sprzymierzeniec?
Ucztował dzisiaj z tobą w moim domu,
I drzwi, bezczelnie, zamknął mi przed nosem,
Gdy do mej własnej wejść chciałem komnaty?
Adryana.  Bóg świadkiem, mężu, żeś w domu jadł obiad.
Czemuż tam dotąd nie zostałeś ze mną,
Zdała od wstydu i tego zgorszenia!
Ant. z Ef.  W domum jadł obiad! Łotrze, co ty na to?
Drom. z Ef.  Wyznąję, w domu nie obiadowałeś.
Ant. z Ef.  Czy domu mego drzwi mi nie zamknięto?
Drom. z Ef.  Zamknięto, panie, niema wątpliwości.
Ant. z Ef.  Czy nie złajała mnie od słów ostatnich?
Drom. z Ef.  Złajała, panie, od słów cię ostatnich.
Ant. z Ef.  Czy jej kucharka nie szydziła ze mnie?
Drom. z Ef.  Szydziła, panie, kucharka westalka.
Ant. z Ef.  I czy z wściekłością odejść nie musiałem?
Drom. z Ef.  Tej prawdy, panie, kości me świadkami;
Jeszcze potęgę wściekłości twej czują.
Adryana.  Czy się też godzi szaleństwu tak schlebiać?

Szczypak.  Łotr ten zna jego szaleństwa naturę,
I przywidzeniom jego potakuje.
Ant. z Ef.  Płatny przez ciebie złotnik mnie uwięził.
Adryana.  Mężu, jam złoto na wykup twój dała,
Którego Dromio w imieniu twem żądał.
Drom. z Ef.  Może mi dała serce i życzenia, —
Co do pieniędzy, przysięgam, ni grosza.
Ant. z Ef.  Czym cię nie posłał po rulon dukatów?
Adryana.  Przybiegł po złoto, i złoto mu dałam.
Lucyana.  A tego, bracie, i ja byłam świadkiem.
Drom. z Ef.  Bóg i powroźnik będą mi świadkami,
Że byłem tylko po batóg wysłany.
Szczypak.  Sługa jest, widzę, jak pan opętany,
Jak można wnosić z bladych obu twarzy.
Trzeba ich związać i zamknąć w ciemnicy.
Ant. z Ef.  (do żony). Czemu przede mną drzwi dzisiaj zamknęłaś?
(Do Dromia). Czemu ty przeczysz, żeś odebrał złoto?
Adryana.  Dobry mój mężu, jam drzwi nie zamknęła.
Drom. z Ef.  Dobry mój panie, ja złota nie wziąłem,
Chociaż przyznaję, że nam drzwi zamknięto.
Adryana.  Kłamliwy łotrze, skłamałeś dwa razy.
Ant. z Ef.  I ty skłamałaś, bezwstydna niewiasto.
Z występną bandą łotrów tych spikniona,
Chcesz mnie wystawić na ludzkie szyderstwo,
Lecz nim twe oczy tryumf ten zobaczą,
Wyrwę je wprzódy temi paznogciami.

(Szczypak i jego pomocnicy wiążą Antyfolusa z Efezu i Dromia z Efezu).

Adryana.  Zwiążcie go! Niech się do mnie nie przybliża!
Szczypak.  Wołaj pomocy, bo silny w nim dyabeł.
Łucya.  O, nieszczęśliwy! jak zbladł, jak zzieleniał!
Ant. z Ef.  Zabić mnie chcecie? sierżancie, pamiętaj,
Żem jest twym więźniem, czy pozwolisz na to,
Aby w ten sposób z twych rąk mnie wydarli?
Komisarz.  Puśćcie go, proszę, nie mogę pozwolić,
Byście mojego zabrali mi więźnia.
Szczypak.  To trzeci waryat, zwiążcie go natychmiast.
Adryana.  Głupi sierżancie, jakie masz zamiary?
Czy to dla ciebie miłe widowisko,

Gdy nieszczęśliwy sam swej hańby szuka?
Komisarz.  To mój jest więzień, a jeśli go puszczę,
Będę sam musiał jego dług zapłacić.
Adryana.  Nim się oddalę, wszystko zaspokoję.
Bez zwłoki prowadź mnie do wierzyciela,
Niech wiem, skąd ten dług, a wszystko zapłacę.
Ty zaś, doktorze, poleć twoim ludziom
Do mego domu męża odprowadzić.
O, dniu nieszczęsny!
Ant. z Ef.  Nieszczęsna zwodnico!
Drom. z Ef.  Za ciebie, panie, i mnie też związano.

Ant. z Ef.  A łotrze przeklęty, czy i ty chcesz także do szaleństwa mnie przyprowadzić?
Drom. z Ef.  A ty, dobry panie, czy chcesz, aby cię za nic wiązano? Wrzeszcz jak opętany, wołaj dyabłów na pomoc.
Lucyana.  Jak każde słowo zdradza ich szaleństwo!

Adryana.  Nieś go do domu. Ty, siostro, chodź ze mną.
(Szczypak z pomocnikami wynoszą Antyfolusa z Ef. i Dromia z Ef.).

Powiedz mi teraz, kto go aresztował?
Komisarz.  Złotnik Angelo. Czyli znasz go, pani?
Adryana.  Znam, a za jaką aresztował summę?
Komisarz.  Dwieście dukatów.
Adryana.  Skąd dług ten pochodzi?
Komisarz.  Wartość łańcuszka, który mąż twój kupił.
Adryana.  Wiem, że łańcuszek obstalował dla mnie,
Ale wiem także, że go nie odebrał.
Kortez.  Gdy mąż twój wściekły na dom mój dziś napadł,
I pierścień zabrał, który jeszcze teraz
Na jego palcu widziałam dokładnie,
Z złotym łańcuszkiem spotkałam go później.
Adryana.  Być może, lecz go nigdy nie widziałam.
Teraz, sierżancie, idźmy do złotnika,
Bo chcę nakoniec prawdy się dowiedzieć.

(Wbiega Antyfolus z Syr. z dobytą szablą, za nim Dromio z Syr.).

Lucyana.  Wszechmocny Boże! Wymknęli się oba!
Adryana.  Miecz mają w ręku! Szukajmy pomocy,
By ich znów związać.
Komisarz.  Zabić nas gotowi.

Zmiatajmy! (Uciekają: Komisarz, Adryana i Lucyana).
Ant. z Syr.  Widzę, że oręż płoszy czarownice.
Drom. z S.  Ta, co przed chwilą chciała być twą żoną,
Ucieka teraz od ciebie.
Ant. z Syr.  Śpiesz do gospody, pozbieraj bagaże;
Chciałbym już obu widzieć na pokładzie.

Drom. z S.  Nie, panie, noc tę jeszcze zostańmy na lądzie, bo jestem pewny, że nic złego nam nie zrobią. Słyszałeś, panie, jak mówią do nas uprzejmie, sypią nam złoto; to naród tak uprzejmy, mojem zdaniem, że gdyby nie góra szalonego mięsa, która gwałtem chce mnie do małżeństwa przymusić, miałbym chętkę osiąść tu na zawsze i zostać czarownicą.
Ant. z Syr.  Za całe miasto nie chcę tu nocować;
Bież i na okręt żwawo nieś bagaże. (Wychodzą).







  1. Urzędnicy policyjni nosili, za czasów Szekspira, kurtki z bawolej skóry.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.