Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego/Żywila

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego
Podtytuł Zarys literacki
Data wydania 1886
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.
Żywila. — Córka Tuhana.

Pierwsza miłość poety nietylko pozostawiła w jego utworach bezpośrednie wspomnienia, ale nadto stała mu się pobudką do przenoszenia marzeń i myśli o niej w postaci kobiece, którym nadaje odrębny, samoistny charakter i każe działać wśród różnorodnych warunków otoczenia i czasu.
Najpierwszem wcieleniem myśli o Maryli była postać Żywili w powiastce pod tymże napisem ogłoszonej w lutowym zeszycie „Tygodnika Wileńskiego“ z r. 1819. Nietylko imiona tu rymują z sobą, ale i niektóre szczegóły przypominają stosunek Mickiewicza do Wereszczakówny. Bohater nosi nazwę herbową poety, Poraj; jest on w porównaniu z księżniczką Żywilą biednym rycerzem tak jak szlachcic zaściankowy, Mickiewicz, w porównaniu z możną i bogatą rodziną Wereszczaków. Rzecz się dzieje w rodzinnych stronach poety i Maryli, w Nowogródzkiem. Czas zdarzenia przeniesiony do tej epoki, kiedy Litwa była jeszcze pogańską.
Żywila jest ideałem wiernej miłości, ale zarazem ideałem bohaterstwa i poświęcenia uczuć jednostkowych, kiedy tego dobro ojczyzny wymaga.
W Nowogródku, Słonimie i Lidzie panował niegdyś możny i potężny książę na imię Koryat, który miał córkę jedynaczkę, „arcy-nadobną niewiastę,“ będącą, w szczególnem zamiłowaniu u sług i poddanych swoich,“ ponieważ rada „ubogie ludzie wspierała“, a srogi umysł ojca łagodziła. Zwano ją Żywilą, „to jest Dyaną; gdyż i gładkością prawie cudną boginiej tej równała się i myślano pospolicie, iż ku małżeńskim ślubom znaczne wstręty miała; bo gdy książęta a pany możne z dalekich stron przysyłali posły, upraszając ją sobie ku małżeństwu, wszystkim stale wzbraniała się; stąd wieść szła, iż w panieńskim stanie do końca żywota być chce“ [1].
Istotnym wszakże powodem tej odpornej postawy księżniczki względem licznych zalotników, była głęboka miłość dla Poraja, „męża z rycerskiem sercem, który przez swe wyśmienite przewagi wojenne mocno był księciu Koryatowi spodobany” i podczas jego niebytności rząd nad całem państwem sprawował. Z miłością tą jednak ukrywać się musiała Żywila, pewna będąc, że ojciec na związek jej z ubogim rycerzem nie zezwoli. Kochankowie zatem musieli „tajemne schadzki miewać, gdzieby miłości swoje wynurzali i wzajemnie się pocieszali“.
Książę Koryat wróciwszy z wojny, ujrzał swą córkę wielce zmienioną. „Ony łzy, ony wzdychania, ony bladości, ony lękania się i drżenia ustawiczne przed ojcem, dały mu wszystko jako było, wyrozumieć“. Dumny, a bezwzględnie surowy książę zgromił swe dziecię, mówiąc: „Córko odrodna! na to cię przywiodła rozpusta a wszeteczność, iż zhańbiłaś na wieki dom ojcowski; idź precz zprzed oblicza mego; i ty i kto cię na tę niecnotę zaprawił, śmiercią okrutną pomrzecie”.
Napróżno jednak obiecywał bogatą nagrodę temu, ktoby imię „gamrata“ księżniczki wykrył; daremne były wszystkie jego „posłuchy i śledzenia“. Sam Poraj „pokątnie nieszczęścia swego płakał,“ ale na dworze „w wesołą twarz ubrać się umiał,“ tak iż żadne nań nie padło podejrzenie. Żywila zaś pomimo gróźb ojca statecznie w cierpliwości trwała, nazwiska kochanka wydać nie chcąc. „Ojcze mój — mówiła — znam, iżem winna znacznej winy; karaj mię, otoć jestem; znam, iżem niegodna znaleźć u ciebie miłosierdzie; przedsię drugiej duszy niewinnej gubić z sobą nie mogę, abych ciężej jeszcze bogów nie obraziła”. A chociaż ojciec plan zmienił i pochlebstwem, jedwabnemi słowy chciał tajemnicę wydrzeć z serca córki, ona i wtedy wytrwała, milcząc, łzami i szlochaniem tylko odpowiadając. Wówczas książę Koryat, uniesiony gniewem, „kazał jedyną córkę swoje w łańcuchy wsadzić i do lochu pod straż wrzucić, skąd miała być niedługo wywiedziona ku traceniu”.
Wtem Iwan, kniaź ruski, pustosząc Litwę, podciągnął pod Nowogródek, w przeddzień świąt Peruna, kiedy miano tracić Żywilę. Poraj dał wówczas dowód swej dzielności, wroga na głowę poraził, a sądząc, że czas był najstosowniejszy potemu, błagał Koryata o uwolnienie księżniczki i oddanie jej sobie za żonę. Książę skrył swój gniew, bo mu Poraj był jeszcze potrzebny, ale bądź cobądź życzenia rycerza nie spełnił i przemyśliwał nad zgładzeniem Poraja, którego podejrzywał, że chce go stolicy pozbawić. Poraj, przeniknąwszy księcia“, idzie do obozu kniazia Iwana, obiecuje mu poddać miasto pod tym wszakże warunkiem, że Żywila żoną jego zostanie. Kniaź Iwan przystał.
Nad ranem w święto Peruna Poraj wybija więzienie i znajduje ulubioną swą bladą, półżywą, na lichom posłaniu ladajako porzuconą, w ciemnicy. Obaczywszy Poraja, zemdlała. Wyniesiono ją na ulicę, ratowano, „a ona się nie czuła;” zbiegł się lud, powstały krzyki i wołania; ona „przedsię nie czuła“. Nareszcie otworzyła oczy i ze zdziwieniem ujrzała „ciżbę ludu” i „zbrojne męże nieprzyjacielskie. Gdy usłyszała od Poraja, że to bojownicy Iwana, „zemścicieła“ ich krzywd, znowu o mało nie zemdlała, ale niebawem „nagle miecz od boku Poraja wychwyciwszy, tak silnie sztychem w piersi mu uderzyła, iż naskróś przepadł,“ przy czem wołała: „Zdrajco, tak-li u ciebie małą była ojczyzna, iż ją dla trochę tej gładkości zaprzedałeś? Człowieku beze czci, tak-li odpłaciłeś za moje stateczne miłości?... Aza wy, obywatelowie, przecz stoicie, jakoby nie do was mówiono, przecz nie obrócicie na tych oto zbójców gniewu i zemsty waszej?“ Po tych wymownych, a pełnych grozy słowach rzuciła się z mieczem na nieprzyjaciół blizko stojących; a lud wszystek poruszony „jakoby kto ogniem rzucił,“ wziął się do oręża, zaczął gnębić Rusinów, niespodziewających się napadu.
Wroga odparto, ale Żywila stargawszy swe siły i w więzieniu i w walce wewnętrznej, którą stoczyć z sobą musiała, ażeby pogardzić kochankiem i zabić go; wreszcie i wysiłkiem w walce z nieprzyjaciółmi, ledwie miała dosyć mocy, by przybiedź do ojca, którego z więzienia wydobyto, i wydać okrzyk miłości dziecinnej i wymówki zarazem: „Ojcze mój!“ Poczem „padła bez dusze“. Pochowano ją pod Mendogową górą, kędy kopiec usypano i drzewa na pamiątkę sadzono, przekazując pamięci potomnych imię wybawicielki od hańby.
Toż samo męstwo, co Żywila, ale w objawie biernym nie zaś czynnym przedstawia Córka Tuhana, którą nam daje poznać poeta w balladzie pod napisem „Świteź“.
I znów jesteśmy w czasach pogańskich i znów car Rusi grozi Litwie zniszczeniem. Książę litewski Mendog wzywa księcia Tuhaua, panującego nad Świtezią, miastem bogatym w sławne orężem ramiona i w kraśne twarze, ażeby pośpieszył na obronę stolicy, Nowogródka. Tuhan zebrał mężów pięć tysięcy, już ma wyruszyć, gdy mu bezpieczeństwo własnego miasta, niemającego innych szańców prócz piersi i mieczy rycerstwa, przyszło na myśl. Ze swem wahaniem zwierzył się córce, o twarzy jasnej, ustach jak korale, dzielnej i ufnej w pomoc bożą. Córka nie wstrzymywała ojca: „Idź — mówiła — kędy sława cię woła; Bóg nas obroni; dziś nad miastem we śnie widziałam jego anioła:

Okrążył Świteź miecza błyskawicą
I nakrył złotemi pióry
I rzekł mi: póki męźe za granicą,
Ja bronię żony i córy.

Tuhan ruszył na odsiecz; a w nocy nieprzyjaciel napadł na Świteź. Wszystko co pozostało w mieście, starcy, kobiety, dziewczęta i dzieci, zbiegło się na zamek, powiadając, że lepiej zabić się samym niż dostać się w moc wroga. Niewiasty zwłaszcza, w których wściekłość zajęła miejsce strachu, zabrały się zaraz do dzieła; zrzucają bogactwa na stosy, przynoszą żagwie, wołając: „Przeklęty będzie, kto się nie dobije!“ Córka Tuhana chciała je powstrzymać od kroku rozpaczliwego, ale napróżno: „klęczą, na progach wyciągają szyje, a drugie przynoszą topór”. Bogobojna księżniczka widzi, że zbrodnia samobójstwa spełnić się może. W głowie jej przemyka się wątpliwość, co lepiej: czy wezwać wroga i podłe przyjąć kajdany, czy „bezbożnemi wytępić się mordy?“* Wówczas myśl jéj skierowana ku niebu, strzeliła modlitwą, błagającą Boga albo o ratunek, albo o zgon rychły:

Jeśli nie moźem ujść nieprzyjaciela,
O śmierć błagamy u Ciebie,
Niechaj nas lepiej twój piorun wystrzela,
Lub żywych ziemia pogrzebie!“

Wtem nagle otoczyła ją jakaś białość, zdawało się że dzień spędza mroki nocy, a gdy spojrzała na dół, nie dojrzała już gruntu pod sobą. Miasto zapadło się w ziemi, pokryte toniami jeziora; mieszkanki Świtezi uniknąwszy zhańbienia i mordu przemienione zostały w zioła cudowne.

Białawym kwieciem, jak białe motylki,
Unoszą się nad topielą;
Liść ich zielony, jak jodłowe szpilki,
Kiedy je śniegi pobielą.
Za życia cnoty niewinnej obrazy,
Jej barwę mają po zgonie,
W ukryciu żyją i nie cierpią skazy,
Śmiertelne nie tkną ich dłonie.

Doświadczył tego car i Rusini; kto tylko zwabiony pięknością kwiecia, ściągnął ramię, by je zerwać, rażony był śmiercią gwałtowną. Stąd w baśniach ludu kwiaty te noszą nazwę „cary“. Córka Tuhana została boginką jeziora, które się na dawnej posadzie miasta rozlało, została Świtezianką.

Trzecie wcielenie ideału mężnej niewiasty i to najpiękniejsze znajdujemy w „Grażynie”.



Przypisy

  1. Cała powiastka pisana jest językiem i stylem, naśladującym polszczyznę wieku XVI; dla charakterystyki zachowuję wydatniejsze formy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.