Kobieta trzydziestoletnia/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Honoriusz Balzac
Tytuł Kobieta trzydziestoletnia
Data wydania 1880
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Waleria Marrené
Tytuł orygin. La Femme de trente ans
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



IV.

Palec boży.

Pomiędzy rogatkami Włoskiemi a rogatkami Zdrowia na bulwarze wewnętrznym prowadzącym do ogrodu Botanicznego, istnieje miejsce godne zachwytów artysty lub podróżnego, przywykłego nawet do najpiękniejszych widoków. Jeśli dojdziemy do lekkiéj wyniosłości, począwszy od któréj bulwar ocieniony wielkiemi drzewami zwraca się z całym wdziękiem leśnéj alei, widzimy przed sobą prawie pod stopami głęboką dolinę zaludnioną fabrykami o sielskim pozorze, pełną zieleni, oblaną ciemnemi wodami Bievry. Po drugiéj stronie tysiące dachów ścieśnionych jak głowy tłumu kryją nędze przedmieścia Saint-Marceau. Wspaniała kopuła Panteonu, ponura kopuła Val-de-Grâce panują dumnie ponad miastem rozłożoném nakształt wielkiego amfiteatru, którego wschody rysują kręte ulice. Z tego miejsca proporcye tych dwóch budynków zdają się olbrzymie, przygniatają one ogromem swoim i wątłe domy i smukłe topole. Nalewo obserwatoryum, przez którego okna i galerye przenikające światło tworzy grę niepojętą, z razu podobne jest do czarnego bezkształtnego widziadła. A w oddali wytworna kopuła Inwalidów pali się w słońcu pomiędzy błękitniejącą massą Luksemburgu i szaremi wieżami św. Sulpicyusza. Widziane ztamtąd linie architektury pomieszane są z roślinnością, poddane kaprysom nieba zmieniającego nieustannie barwy i światła. Zdala wielkie budynki zaludniają powietrze, w pobliżu wznoszą się gęste drzewa i wiją się zaciszne ścieżki. Naprawo przez rozpadlinę znajdującą się w tym szczególnym krajobrazie widać zdaleka długą wodną taflę kanału św. Marcina, oprawioną w czerwonawe głazy, zdobną topolami, otoczoną iście rzymskiemi budynkami śpichlerzy zapasowych. Tam na ostatnim planie mgliste pagórki Bellevillu obciążone domami i wiatrakami łączą swoje kontury z konturami obłoków.
A przecież wśród tego wszystkiego jest miasto niewidzialne. Pomiędzy linią dachów otaczających dolinę i tym horyzontem mglistym, niby wspomnienia dzieciństwa, istnieje miasto olbrzymie, zgubione w przepaści pomiędzy szczaytmi[1] Pitié i szczytami wschodniego cmentarza, pomiędzy cierpieniem a śmiercią. Miasto to odzywa się głucho nakształt oceanu ryczącego poza skałami wybrzeża, jak gdyby mówiło: „Ja tu jestem“.
Jeśli jednak słońce rzuci swoje blaski na tę część Paryża, jeśli oczyści i uwyraźni zarysy, pozapala szyby gdzieniegdzie, zabarwi dachówki, ozłoci krzyże, pobieli ściany, zamieni ciężkie pary w gazową zasłonę; jeśli wydobędzie bogate przeciwieństwa i głębokie cienie; jeśli niebo jest lazurowe a ziemia błyszczącą; jeśli przemawiają dzwony: wówczas z tego miejsca można dojrzéć jeden z tych czarodziejskich widoków, o których wyobraźnia nigdy zapomniéć nie jest w stanie i których obraz zachowa jak obrazu cudnéj zatoki Neapolu, Stambułu lub Florydy. Temu pysznemu koncertowi barw nie braknie żadnego dodatku. Tam odzywają się dźwięki świata i poetyczna cisza samotności, głosy miliona jestestw i głos Boga. Tam leży stolica cała pod cieniem spokojnych cyprysów Père-Lachaise.
W piękny poranek wiosenny, w chwili kiedy słońce podnosiło wszystkie piękności krajobrazu, spoglądałem na nie oparty na grubym jaworze. I widząc ten pyszny i bogaty obraz pomyślałem z goryczą o pogardzie, jaką mamy nawet w książkach naszych dla własnego kraju. I przeklinałem tych biednych bogaczów, którzy nie ceniąc naszéj pięknéj Francyi, kupują za złoto prawo pogardzania swoją ojczyzną, przebiegają galopem i admirują przez lornetę widoki Włoch tak już spospolitowane.
Spoglądałem z miłością na Paryż nowożytny i marzyłem, kiedy niespodzianie odgłos pocałunku przerwał moję samotność i spłoszył filozoficzne dumania.
W alei ciągnącéj się na szczycie wzgórza, pod którém płynie woda, spoglądając ku mostowi Gobelinów, dostrzegłem kobietę ubraną z wykwintną prostotą, która wydała mi się jeszcze dość młodą i któréj łagodna twarz zdawała się odbijać wesołą szczęśliwość krajobrazu. Piękny młody człowiek stawiał właśnie na ziemię najśliczniejszego chłopczyka, jakiego wymarzyć można, tak iż nie mogłem odgadnąć, czy pocałunek, jaki dosłyszałem, dany był matce, czy dziecku.
Jednakże myśl czułości pełna widniała w oczach, w ruchach, w uśmiechu dwojga młodych. Zapletli ramiona z taką radosną szybkością i zbliżyli się do siebie z tak doskonałą harmonią ruchów, iż zupełnie sobą zajęci nie dostrzegli mojéj obecności.
Ale drugie dziecko niechętne, zadąsane i odwrócone do nich plecami rzucało na mnie spojrzenia nacechowane zdumiewającym wyrazem. W czasie gdy jéj braciszek biegał tu i owdzie, to wyprzedzając młodą parę, to pozostając w tyle; to dziecko równie piękne, równie wdzięczne jak tamto, ale delikatniejszych kształtów, pozostało milczące i nieruchome w postawie uśpionego węża. Była-to dziewczynka.
Przechadzka pięknéj kobiety i jéj towarzysza miała coś machinalnego. Przebiegali jedynie małą odległość zawartą pomiędzy mostem i powozem stojącym na skręcie bulwaru. Gdzie szli, to nie zajmowało ich wcale, byli oboje zatopieni w sobie, tylko zatrzymywali się, spoglądali na siebie, śmieli się stosownie do rozmowy, jaką prowadzili, słabnącéj, szalonéj lub poważnéj.
Ukryty za jaworem, zachwycałem się tą rozkoszną sceną i byłbym zapewne uszanował jéj tajemnicę, gdybym nie spostrzegł na twarzy małéj dziewczynki śladów głębszéj myśli, niżeli wiek jéj zdawał się na to pozwalać.
Kiedy jéj matka wraz z młodym człowiekiem odwracała się doszedłszy do niéj, często pochylała głowę podstępnie i rzucała tak na nich jak na brata przelotne a zadziwiające spojrzenie. Nic nie mogłoby oddać przenikliwéj żywości, naiwności złośliwéj i dzikiéj uwagi, co ożywiały koleją tę twarz dziecinną z oczyma lekko podkrążonemi, kiedy piękna kobieta lub jéj towarzysz muskali złote włosy i pieścili świeżą szyjkę chłopczyka, który czasem przez igraszkę próbował krok swój mierzyć z ich krokiem. Niezawodnie widziała już męzką namiętność na drobnéj twarzy téj szczególnéj dziewczynki. Ona cierpiała lub myślała. Co zaś jest większą zapowiedzią śmierci w istotach zakwitających, czy cierpienie ciała, czy myśl przedwczesna pożerająca zaledwie kiełkującą duszę? Matki wiedzą może takie rzeczy.
Co do mnie, nie znam teraz nic straszniejszego nad myśl starca na czole dziecinném; bluźnierstwo w ustach dziewicy jest może mniéj potworne.
To téż postawa prawie osłupiała téj dziewczynki już myślącéj, powolność jéj ruchów, wszystko to zajęło mnie mocno. Przyglądałem się jéj ciekawie. I naturalnym popędem spostrzegacza, porównywałem ją z bratem, usiłowałem podchwycić podobieństwa i różnice pomiędzy niemi. Ona miała ciemne włosy, czarne oczy i przedwczesną potęgę, tworzącą bogaty kontrast z jasnemi włosami, z oczyma koloru morza i wdzięczną słabością brata. Dziewczynka mogła mieć siedm lub ośm lat, chłopczyk zaledwie cztery. Dzieci te były ubrane jednako. Wszakże przyglądając się im wyraźniéj, dostrzegłem w kołnierzykach różnicę błahą z pozoru, która jednak zdawała się świadczyć o jakimś romansie w przeszłości i zwiastować dramata na przyszłość. Była-to w gruncie rzecz mała. Dziewczynka miała tylko poprostu obrąbiony kołnierzyk, gdy tymczasem kołnierzyk chłopczyka był ładnie haftowany; zdradzało to tajemnicę serdeczną, jednę z tych niewyznanych różnic uczucia, które dzieci czytają w duszy matek, jakby za pomocą ducha Bożego. Wesoły, nieopatrzny jasnowłosy chłopczyk podobnym był do dziewczynki z białości cery, z wdzięku ruchów, ze słodyczy fizyognomii, gdy tymczasem starsza pomimo siły i piękności rysów, przypominała chorowitego chłopca. Jéj oczy żywe pozbawione téj mgły wilgotnéj, która nadaje tyle wdzięku spojrzeniom dziecinnym, wydawały się jak oczy dworaków wysuszone ogniem wewnętrznym. Wreszcie białość jéj miała matowe oliwkowe odblaski świadczące o potędze charakteru.
Dwa razy braciszek przybiegał do niéj i ofiarował jéj ze wzruszającym wdziękiem, ze śliczném spojrzeniem i zachwycającą minką, małą myśliwską trąbkę, do któréj od czasu do czasu przykładał usta; ale za każdym razem odpowiedziała tylko ponurém spojrzeniem na jego słowa:
— Helenko weź ją, — wypowiedziane pieszczotliwym głosem.
Dzika i przerażająca pod pozorną niedbałością dziewczynka, drżała i nawet czerwieniła się widocznie, ile razy brat zbliżał się do niéj. Ale on nie spostrzegał czarnego usposobienia siostry a jego wesoła pieszczotliwość, prawdziwie dziecinna, odbijała tém żywiéj od ponuréj wiedzy dojrzałości, zapisanéj już na twarzy dziewczynki, która przyciemniała ją burzliwą chmurą.
— Mamo! Helenka nie chce się ze mną bawić — zawołał malec, chwytając, aby się poskarżyć, chwilę, w któréj matka wraz z młodym człowiekiem stała milcząca na moście Gobelinów.
— Daj jéj pokój, Karolku, wiész, że ona jest zawsze mrukliwa.
Te słowa przypadkowo wymówione przez matkę, odwracającą się w téj chwili dla dalszéj przechadzki, wycisnęły łzy z oczów Heleny. Połknęła je w milczeniu, rzuciła na brata głębokie spojrzenie niewytłómaczone dla mnie i przyglądała się ze złowrogą uwagą wzgórzu, na którém stali, nurtom Bievry, mostowi i mnie wreszcie. Lękałem się być spostrzeżonym przez szczęśliwą parę, bo zapewne mieszałbym ich swobodę; odszedłem więc pocichu i ukryłem się po za bzowy żywopłot, którego liście zasłoniły mnie przed każdém spojrzeniem. Usiadłem spokojnie na wzgórzu patrząc w milczeniu po kolei na krajobraz i na tę ponurą dziewczynkę przez szpary liści, które mi na to pozwalały.
Skoro Helena straciła mnie z oczów, zdawała się niespokojną, jéj czarne oczy szukały mnie w głębi alei poza drzewami z nieokreśloną ciekawością. Czémże byłem dla niéj?
W téj chwili ucieszny śmiech Karola rozbrzmiewał wśród ciszy jak śpiew ptaka. Piękny młodzieniec jak on jasnowłosy trzymał go w ramionach i całował, obsypując owym tysiącem słówek bez związku, lub odwróconych od zwykłego znaczenia, któremi zwykle przemawiamy do dzieci. Matka uśmiechała się spoglądając na to i zapewne od czasu do czasu rzucała pocichu jaki wyraz dobyty z głębi serca, bo towarzysz jéj zatrzymywał się uszczęśliwiony i patrzał na nią błękitném okiem, pełném ognia i czci bałwochwalczéj. Głosy ich zmieszane z głosem dziecka, rozbrzmiewały jak pieszczota. Byli rozkoszni wszystko troje. Ta scena wpośród tego prześlicznego krajobrazu nadawała mu przejmującą słodycz. Kobieta piękna, biała, wesoła, dziecię miłości, mężczyzna pełen sił młodych, czyste niebo, słowem wszystkie harmonie natury radowały duszę. Uśmiechałem się do tego szczęścia, jakby ono mojém było.
Piękny młodzieniec usłyszał, jak biła godzina dziewiąta. Uściskawszy czule swoję towarzyszkę, spoważniałą i niemal smutną w téj chwili, skierował się ku lekkiemu faetonowi, który czekał na niego pod strażą starego sługi. Szczebiot ukochanego dziecka mieszał się do ostatnich pocałunków, jakie odbierał. Potém gdy już wsiadł do faetonu, a kobieta nieruchoma na miejscu słuchała jego turkotu i goniła wzrokiem tuman kurzawy, znaczący ślad jego na bulwarze; Karol podbiegł do siostry, która stała zawsze koło mostu i słyszałem, jak jéj pytał srebrnym głosikiem:
— Dlaczego nie przyszłaś pożegnać mego dobrego przyjaciela?
Widząc brata na pochyłości wzgórza, Helena rzuciła mu najzjadliwsze spojrzenie, jakie zapaliło się kiedykolwiek w oczach dziecka, i popchnęła go ruchem pełnym wściekłości. Karol pośliznął się na stromym spadku, zaczepił się o korzenie, które rzuciły go gwałtownie na ostre kamienie muru, rozbił sobie o nie czoło, i cały skrwawiony wpadł w błotniste nurty rzeki. Fala otworzyła się i rozprysła pod jego piękną jasną głową. Usłyszałem okropny krzyk biednego malca; ale wkrótce głos jego zalała woda, w któréj pogrążył się z głuchym łoskotem podobnym do kamienia upadającego na dno. Błyskawica nie jest szybsza od tego upadku.
Powstałem nagle i zbiegłem ścieżką nad rzekę. Helena osłupiała krzyczała w niebogłosy:
— Mamo! mamo!
Matka stała już przy mnie, przyleciała jak ptak. Ale ani oczy matki, ani moje nie mogły poznać miejsca, które pochłonęło dziecię. Czarna woda wirowała na ogromnéj przestrzeni. Koryto Bievry ma w tém miejscu dziesięć stóp głębokości błota. Dziecko musiała tam umrzéć, niepodobna było go ocalić. O téj godzinie w niedzielę wszystko spoczywało. Na Bievrze nie ma ani czółen ani rybaków. Nie dostrzegłem nawet nigdzie tyki, którąbym mógł zgruntować cuchnącą rzekę, ani nikogo, coby mógł nieść nam pomoc. Czyż powinienem był mówić o tym strasznym wypadku, albo zdradzić tajemnicę tego nieszczęścia?
Helena może pomściła ojca. Jéj zazdrość była zapewne mieczem bożym. Jednakże zadrżałem spojrzawszy na matkę. Jakież okropne pytania mógł jéj zadawać mąż-sędzia? A ona miała przy sobie niczém nieprzekupnego świadka. Wiek dziecinny ma czoło przejrzyste i kłamstwo jest światłem, które rumieni mu nawet spojrzenie.
Nieszczęśliwa kobieta nie myślała jeszcze o męce, jaka czekała ją w domu, ona spoglądała na rzekę.
Podobne wydarzenie musi się odbić strasznie w życiu kobiety i oto jedno z groźnych ech, które od czasu do czasu zakłócały miłość Julii.
We dwa lub trzy lata późniéj wieczorem po obiedzie u margrabiego de Vandenesse, noszącego wówczas żałobę po ojcu, znajdował się rejent. Ten rejent nie był wcale podobnym do małego rejenta, o którym pisze Sterne, był-to tłusty rejent paryzki, jeden z tych zacnych ludzi, co to popełniają głupstwa pod miarą, stawiają ciężką stopę na ranach nieznanych i zapytują o powody skargi. A jeśli przypadkiem dowiedzą się przyczyny swego zabójczego głupstwa, mówią spokojnie:
— Nic o tém nie wiedziałem.
Jedném słowem był-to uczciwy rejent, który w życiu dostrzegał jedynie akty. U dyplomaty była wówczas pani d’Aiglemont. Generał oddalił się grzecznie przed końcem obiadu, ażeby zaprowadzić swoje dzieci do bulwarowego teatru Ambigu Comique albo Gaité, bo chociaż melodramy podbudzają czułość do zbytku w Paryżu, uważają je za widowisko stosowne i właściwe dla dzieci, ponieważ niewinność zawsze w nich tryumf odnosi. Ojciec poszedł więc nie czekając wetów, bo córka i syn męczyli go bardzo o pośpiech, lękając się spóźnić.
Rejent nieporuszony, niezdolny zapytać samego siebie, dlaczego pani d’Aiglemont posyłała do teatru męża i dzieci, a sama z niemi nie jechała, był od końca obiadu jak przyszrubowany do swego krzesła. Rozmowa przedłużyła się przy wetach i służba spóźniała się z kawą. Te drobne wypadki pożerały zapewne czas drogi i przejmowały niecierpliwością piękną kobietę. Można ją było przyrównać do owego rumaka drżącego do biegu. Rejent, który się nie znał ani na koniach ani na kobietach, znajdował poprostu margrabinę bardzo żywą i niespokojnego usposobienia. Uszczęśliwiony, że się znajduje w towarzystwie modnéj kobiety i sławnego w polityce człowieka, rejent chorował na dowcip, brał za zachętę przymuszony uśmiech margrabiny, którą strasznie niecierpliwił, i prawił daléj. Już parę razy pan domu wraz ze swoją towarzyszką zachowywał długie milczenie, kiedy rejent spodziewał się odpowiedzi pochwalnéj; ale w czasie tych znaczących przerw, on spoglądał na ogień i szukał w myśli dalszych anegdot do opowiadania.
Potém dyplomata próbował spojrzéć na zegarek. Wreszcie piękna kobieta włożyła kapelusz jakby do wyjścia, a nie wychodziła. Rejent nic nie wiedział i nic nie słyszał; był zachwycony sam sobą i pewien, że to on tak zainteresował margrabinę, iż zamiast odjeżdżać zostawała, mówił sobie w duchu: „Z pewnością ta kobieta zostanie moją klientką“.
Margrabina stała, kładła rękawiczki, łamała sobie palce i spoglądała koleją na Vandenessa, równie jak ona niecierpliwego, i na rejenta, który zatrzymywał się nad każdym swoim mniemanym dowcipem. Za każdą taką chwilą młoda para oddychała, jakby mówiła sobie: „Wreszcie on sobie pójdzie“. Ale nie. Był-to rodzaj zmory, która musiała w końcu rozdrażnić dwie namiętne istoty i doprowadzić je do jakiéj niegrzeczności. Rejent działał na nich jak wąż na ptaki.
W pośrodku opowiadania o nikczemnych sposobach, za pomocą których du Tillet, finansista wówczas na widowni, doszedł do majątku (a sprytny rejent wyszczególniał je jak mógł najlepiéj), uderzyła dziewiąta. Dyplomata zrozumiał, że jego rejent był rzeczywiście niedołęgą, że trzeba było pożegnać go poprostu i zatrzymał go rezolutnie w środku frazesu.
— Pan chcesz szczypcy, panie margrabio? — zapytał rejent, podając je swemu klientowi.
— Nie, panie, jestem zmuszony pana pożegnać. Pani chce udać się za dziećmi do teatru, a ja będę miał zaszczyt jéj towarzyszyć.
— Już dziewiąta! czas przechodzi szybko w towarzystwie osób przyjemnych — odparł rejent, który od pewnego czasu rozprawiał tylko sam jeden. Poszukał kapelusza, potém znowu stanął przed kominkiem, wstrzymał z trudnością czkawkę i wyrzekł do swego klienta nie dostrzegając piorunujących spojrzeń, jakie rzucała mu margrabina.
— Kończmy więc, panie margrabio, interesa przedewszystkiém. A zatém jako poślemy wezwanie pańskiemu bratu, rozpoczniemy inwentarz, a potém...
Rejent tak źle zrozumiał zamiary swego klienta, że chciał zupełnie sprzecznie postąpić z instrukcyami, jakie od niego odebrał. Rzecz była nadto drażliwą, by Vandenesse nie sprostował pojęć nieudolnego rejenta i powstała ztąd sprzeczka, która znowu przeciągnęła się czas jakiś.
— Słuchaj pan — wyrzekł wreszcie dyplomata, rozumiejąc dobrze znaki, jakie dawała mu młoda kobieta — mieszasz mi tylko w głowie, przyjdź jutro o dziewiątéj wraz z moim adwokatem.
— Ale mam zaszczyt zwrócić uwagę pana margrabiego, iż nie jesteśmy pewni wcale, czy zdołamy jutro spotkać pana Desroche’a, a jeżeli wezwanie przed południem nie zostanie wydane, termin upłynie i...
W téj chwili powóz zajechał na dziedziniec, i na ten turkot biedna kobieta odwróciła się szybko ukrywając łzy, które jéj się do oczów cisnęły. Margrabia zadzwonił, aby kazać powiedziéć, że niema go w domu. Ale generał powróciwszy nagle z teatru poprzedził kamerdynera i wszedł trzymając za rękę córkę z zaczerwienionemi oczyma i zadąsanego chłopczyka.
— Cóż się to stało? — zapytała męża margrabina.
— Powiem ci to późniéj — odparł generał, idąc do bocznego salonu, którego drzwi były otwarte i gdzie leżały gazety.
Margrabina zniecierpliwiona rzuciła się z rozpaczą na kanapę.
Rejent uczuł się teraz w obowiązku zabawiać dzieci i rzekł do chłopczyka pieszczonym tonem:
— I cóż, mój maleńki, jakąż sztukę grano w teatrze?
Dolina potoku — odparł Gustaw niechętnie.
— Na honor — zawołał rejent — autorzy dzisiejsi nie wiedzą już co wymyślić, Dolina potoku, to istne waryactwo. Dlaczego nie powiedziéć Potok w dolinie, bo przecież nie każda dolina ma potok; autorzy pisząc Potok w dolinie wypowiedzieliby rzecz jasno, wyraźnie, prosto, zrozumiale. Ale dajmy temu pokój. Ciekawym téż jaki dramat może miéć miejsce w potoku i w dolinie? Odpowiedzą mi może, iż główny urok podobnych sztuk stanowią dekoracye, a stosownie do tytułu tutaj powinny być one bardzo piękne. — Czyś się dobrze bawił maleńki? — dodał, siadając przed dzieckiem.
W chwili gdy rejent zapytywał, jaki dramat może miéć miejsce w głębi potoku, córka margrabiny odwróciła się zwolna i płakała. Matka jednak była tak silnie zajęta własną przykrością, że nie zauważyła tego jéj ruchu.
— O tak! bawiłem się bardzo dobrze — odparło dziecko. — Był na scenie taki ładny chłopczyk, sam na świecie, bo jego tata nie mógł zostać jego ojcem. I właśnie kiedy przechodził przez most rzucony nad potokiem, taki wielki brzydki brodaty człowiek rzucił go w wodę. Helenka wówczas zaczęła płakać, szlochać; cała sala wołała na nas i ojciec wyprowadził nas prędko, prędko...
Pan de Vandenesse i margrabina byli oboje bez głosu, dotknięci boleścią, która odjęła im władzę myślenia i działania.
— Gustawie, cichoż bądź — zawołał generał. — Zakazałem ci mówić o tém, co się stało w teatrze, ty się już zapomniałeś.
— Niech mu pan daruje, panie margrabio — zawołał rejent — to moja wina, żem go zapytywał; ale nie mogłem wiedziéć doniosłości...
— Powinien był nie odpowiadać — odparł ojciec patrząc ozięble na syna.
Powód nagłego powrotu dzieci i ojca zdawał się teraz dobrze wiadomy i dyplomacie i margrabinie. Matka spojrzała na córkę, zobaczyła ją całą we łzach i wstała, żeby pójść do niéj; ale wówczas twarz jéj przybrała wyraz niczém nieubłaganéj surowości.
— Dość tego, Heleno — wyrzekła — idź osusz twoje łzy w buduarze.
— Cóż ona zrobiła, ta biedna mała? — powiedział znowu rejent, usiłując uspokoić zarazem gniew matki i płacz córki. — Jest tak ładną, że musi to być najgrzeczniejsze dziecko na świecie. Jestem pewien, że sprawia ona pani same pociechy. Nieprawdaż moja mała?
Helena cała drżąca spojrzała na matkę ocierając oczy, starała się uspokoić, ułożyć twarz przynajmniéj i uciekła do buduaru.
— Z pewnością — mówił daléj rejent — pani jest tak dobrą matką, że jednakowo kocha wszystkie swoje dzieci. Zresztą jest pani zbyt cnotliwą, by robić pomiędzy niemi te smutne różnice, których zgubne skutki znamy najlepiéj, my rejenci. Całe społeczeństwo przechodzi nam przez ręce, i widzimy namiętności z ich najohydniejszéj strony — w interesach. Tutaj matka chce wydziedziczyć dzieci swego męża na korzyść dzieci bardziéj ukochanych; gdy tymczasem jéj mąż ze swojéj strony chce czasem oddać cały majątek temu z dzieci, które właśnie matka nienawidzi. A wówczas są-to walki, trwogi, akta, sprzedaże podstępne, fidei-komisy, kontra-rewersy, słowem gmatwanina desperacka, na honor desperacka. Tam znowu ojcowie przez całe życie starają się wydziedziczyć dzieci i kradną mienie żony, tak kradną, nie mogę użyć innego wyrazu. Mówiliśmy o dramatach! ach! gdyby nam wolno było wyjawić tajemnicę niektórych darowizn, nasi autorzy mieliby materyał strasznych domowych tragedyj. Ja nie wiem prawdziwie, jakim cudem kobiety umieją zawsze zrobić to, co chcą, bo pomimo pozorów, pomimo ich słabości nawet, one wiecznie są górą. Ach! co do mnie przynajmniéj nie dam się im nigdy oszukać. Odgadnę zawsze przyczynę różnicy między dziećmi, które świat grzecznie nazywa niepojętemi. Ale mężowie nigdy tego nie rozumieją, trzeba im oddać tę sprawiedliwość. Odpowiecie mi państwo na to, że jest to łaska nie.....
Helena, która wraz z ojcem powróciła do salonu, słuchała uważnie rejenta i rozumiała go tak dobrze, iż rzuciła na matkę trwożliwe spojrzenie, przeczuwając instynktem swojego wieku, że ta okoliczność wpłynie na zwiększenie burzy, która nad nią wisiała. Margrabina zbladła i wskazała przestraszonym ruchem margrabiemu de Vandenesse swego męża, który przypatrywał się zamyślony kwiatom dywanu. W téj chwili pomimo całéj światowéj grzeczności, dyplomata nie mógł daléj utrzymać zimnéj krwi i rzucił na rejenta piorunujące spojrzenie.
— Chodź pan tutaj — zawołał z żywością, prowadząc go do pokoju poprzedzającego salon.
Rejent nie dokończył swego frazesu i poszedł za nim cały drżący.
Vandenesse zamknął gwałtownie drzwi od salonu, w którym znajdował się mąż i żona, i rzekł do niego z hamowaną wściekłością:
— Od obiadu popełniałeś tutaj i mówiłeś same głupstwa. Na Boga, idź sobie pan już, bo skończy się na tém, że będziesz powodem wielkiego nieszczęścia. Jesteś pan doskonałym rejentem, radzę ci więc, siedź w swojéj kancelaryi, a jeśli przypadkiem znajdziesz się w towarzystwie, staraj się pan być oględniejszym...
Powrócił do salonu, nie pożegnawszy się z rejentem. Ten pozostał przez chwilę pogrążony w zdumieniu, nieruchomy, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Kiedy odzyskał słuch po gwałtownym szumie, spowodowanym uderzeniem krwi do głowy, zdawało mu się, że dolatują go jęki, że w salonie był ruch nadzwyczajny i że gwałtownie dzwoniono. Ze strachu, by margrabia go tu nie zastał, odzyskał władzę w nogach i pośpieszył na schody, ale we drzwiach spotkał się ze służbą biegnącą na rozkazy swego pana.
— Oto jacy są ci wszyscy wielcy panowie — powiedział sam do siebie, kiedy wreszcie znalazł się na ulicy, próżno oglądając się za fiakrem — namawiają do rozmowy, zachęcają komplementami; sądzisz, że ich bawisz, tymczasem wcale nie. Robią ci impertynencye, trzymają cię w odległości, a nawet bez ceremonii wyrzucają cię za drzwi. Ja przecież byłem bardzo dowcipny, mówiłem tylko rzeczy słuszne, poważne, przyzwoite. Zalecał mi, żebym był oględnym, alboż mi brak oględności? Cóż u dyabła, jestem rejentem. Ba! jest-to wybryk ambasadorski. Jutro wytłómaczy mi, jakim sposobem ja popełniłem i powiedziałem same głupstwa. Musi mi za to odpowiedziéć, to jest, musi mi na to odpowiedziéć. Ha! może nie mam słuszności. Wreszcie nie mam sobie nad czém głowy łamać. Cóż mi to znaczy?
Rejent powrócił do siebie i przedstawił tę zagadkę swojéj rejentowéj, opowiadając jéj wypadki wieczoru szczegół po szczególe.
— Mój kochany, jego ekscelencya miał zupełną słuszność, twierdząc, żeś popełnił i powiedział same głupstwa.
— Dlaczego?
— Mój kochany, choćbym ci to powiedziała, uczyniłbyś coś podobnego gdzie-indziéj. Tylko radzę ci, raz jeszcze będąc w towarzystwie, mówić jedynie o interesach.
— Jeśli nie chcesz mi powiedziéć dlaczego, spytam się jutro o to...
— Ach! mój Boże, najgłupsi ludzie kryją podobne rzeczy, a ty sądzisz, że ambasador ci je wytłómaczy. Doprawdy, nie sądziłam, że jesteś do tego stopnia pozbawiony rozsądku.
— Dziękuję ci, moja droga.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – szczytami.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoriusz Balzac i tłumacza: Waleria Marrené.