Kobieta trzydziestoletnia/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Honoriusz Balzac
Tytuł Kobieta trzydziestoletnia
Data wydania 1880
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Waleria Marrené
Tytuł orygin. La Femme de trente ans
Indeks stron



KOBIETA TRZYDZIESTOLETNIA.





I.

Pierwsze błędy.

Na początku miesiąca kwietnia 1813 r. ranek niedzielny obiecywał jeden z tych dni wiosennych, w których Paryżanie pierwszy raz w roku widzą ulice bez błota i niebo bez chmury.
Przed południem kabryolet zaprzężony parą dzielnych koni skręcił z ulicy Castiglione na ulicę Rivoli i zatrzymał się za kilku ekwipażami, stojącemi przed nowo otworzoną kratą na środku tarasu Feuillants.
Tym lekkim pojazdem kierował mężczyzna o powierzchowności smętnéj i schorowanéj. Szpakowaty włos odkrywał żółtą czaszkę i nadawał mu pozór przedwczesnéj starości. Rzucił lejce służącemu, który konno jechał za pojazdem i wysiadł, ażeby wysadzić na rękach młodą dziewczynę, zwracającą powszechną uwagę z powodu ślicznéj choć drobnéj urody.
Wdzięczna osóbka dozwoliła mu objąć się wpół, gdy stanęła na stopniu pojazdu i zarzuciła mu ręce na szyję a on postawił ją na chodniku bez zgniecenia falbanek zielonéj repsowéj sukienki. Kochanek nie byłby tyle starannym. Nieznajomy musiał być ojcem dziewczyny, która nie dziękując mu nawet wzięła go poufale pod rękę i pociągnęła żywo do ogrodu. Stary ojciec zauważył zachwycone spojrzenia kilku młodych ludzi i smutek widniejący na jego twarzy zniknął na chwilę, a chociaż doszedł on do wieku, w którym mężczyźni zrezygnować się muszą na ułudne uciechy, jakie im jedynie pozostawia miłość własna, zaczął się uśmiechać.
— Biorą cię za moję żonę — szepnął do ucha młodéj towarzyszki, prostując się i zwalniając kroku ku jéj wielkiemu zmartwieniu.
Zdawał się pełen kokieteryi dla córki i używał może więcéj od niéj spojrzeń zachwytu, jakie przechodnie rzucali na jéj drobne nóżki obute w ciemno-bronzowe prunelowe buciki, na śliczną figurkę odznaczoną stanikiem sukni i świeżą szyję niezupełnie zakrytą haftowanym kołnierzykiem. Czasami téż suknia jéj podnosiła się i pozwalała dostrzedz ponad bucikiem okrągłość nóżki obciągniętéj jedwabną ażurową pończoszką. To téż niejeden ze spacerujących prześcignął tę parę, ażeby zobaczyć jeszcze młodą twarzyczkę, około któréj igrały pukle ciemnych włosów. Delikatną jéj białość podnosiły jeszcze odblaski eleganckiéj kapotki z różową podszewką i niecierpliwość malująca się w jéj rysach. Czarne jéj wielkie oczy otoczone krystaliczną przezroczystością białka, błyszczały dowcipem z pod długich rzęs, ponad niemi rysował się regularny łuk brwi ciemnych. Życie, młodość złożyły swoje piętno na téj ożywionéj i ślicznéj twarzyczce, na téj figurce cudnie utoczonéj, pomimo paska umieszczonego według ówczesnéj mody pod samemi piersiami.
Nie zważając na hołdy młoda dziewczyna zwracała się niespokojnie ku Tuileries, które były zapewne celem jéj żywych kroków. Było trzy kwadranse na dwunastą. Jakkolwiek była to wczesna godzina, kilka strojnych kobiet powracało od pałacu z niezadowolnionym wyrazem twarzy, jak gdyby żałowały, że się spóźniły na jakieś oczekiwane widowisko. Kilka słów pochwyconych z ust tych kobiet bardzo zaniepokoiło ładną nieznajomą. Starzec wzrokiem więcéj ciekawym niż szyderczym śledził ślady niepokoju i trwogi pokazujące się na ślicznéj twarzy towarzyszki, zwracał na nią zbyt baczną uwagę, by nie miał w tém jakiéjś ukrytéj ojcowskiéj troski.
Była-to trzynasta niedziela 1813 r. Na trzeci dzień Napoleon wyjeżdżał na tę fatalną kampanią, w któréj miał stracić koleją Bessier’a i Duroc’a, wygrać bitwę pod Lützen i pod Bautzen, być zdradzonym przez Austryą, Saksonią, Bawaryą i Bernadotte’a i stoczyć straszny bój pod Lipskiem.
Wspaniała parada pod dowództwem cesarza miała być ostatnią z tych, które tak długo wzbudzały podziw Paryżan i cudzoziemców. Stara gwardya miała po raz ostatni wykonać uczone manewra, których dokładność zadziwiała niekiedy nawet samego olbrzyma, gotującego się wówczas do śmiertelnego pojedynku z Europą.
Smutne przeczucie wiodło do Tuileries świetną i ciekawą publiczność. Każden zdawał się odgadywać przyszłość i domyślać się, że wyobraźnia nieraz zapewne odtwarzać będzie te obrazy, gdy owe czasy heroiczne Francyi podobnie jak dziś wyglądać będą niemal bajecznie.
— Chodźmy prędzéj, mój ojcze — mówiła młoda dziewczyna starając się pociągnąć ojca. — Słyszę odgłos bębnów.
— To wojsko wchodzi do Tuileries — odpowiedział.
— Albo już przeciąga, wszyscy powracają — zawołała z dziecinną goryczą, która wywołała uśmiech ojca.
— Parada zaczyna się dopiéro o pół do pierwszéj — wyrzekł ojciec.
Teraz szedł on prawie za swoją niecierpliwą córką. Widząc jéj ruchy można było sądzić, że biedz pragnie. Jéj mała ręka, obciśnięta rękawiczką, gniotła niespokojnie chusteczkę i podobną była do wiosła prującego fale. Starzec uśmiechał się czasami, ale czasami także wyraz troski osmucał jego twarz wyschłą. Miłość, jaką czuł dla tego ślicznego stworzenia, kazała mu zarówno cieszyć się obecnością i lękać przyszłości. Zdawał się mówić sam do siebie:
— Ona teraz szczęśliwa, ale czy będzie nią długo?
Bo starzy zwykle własnemi cierpieniami obarczają przyszłość młodzieży.
Kiedy ojciec i córka doszli do przedsionka pawilonu, na którym powiewała trójkolorowa flaga i przez który spacerujący wychodzą z ogrodu Tuileries na plac Karuzelu, szyldwachy odezwały się poważnie:
— Już nie wolno przechodzić.
Dziewczę podniosło się na palce i dostrzegło tłum strojnych kobiet po obu stronach staréj marmurowéj arkady, którą miał wyjść cesarz.
— Widzisz ojcze, spóźniliśmy się.
Jéj zasmucona minka pokazywała, jak bardzo chodziło jéj o to, by widziéć świetną rewią.
— A więc chodźmy, Julio, nie lubisz być potrącaną.
— Zostańmy, mój ojcze. Ztąd będę mogła dostrzedz cesarza. Gdyby zginął w czasie kampanii, nie widziałabym go nigdy.
Ojciec zadrżał słysząc te słowa, bo córka miała głos rozrzewniony; spojrzał na nią i spostrzegł pod jéj spuszczoną powieką łzy wyciśnięte raczéj jakimś tajonym smutkiem, który łatwo było staremu ojcu odgadnąć, niż przykrością sprawioną spóźnieniem.
Nagle Julia zarumieniła się i wydała lekki okrzyk niezrozumiany ani przez ojca ani przez szyldwachów. Na ten okrzyk oficer, który biegł z dziedzińca ku wschodom, odwrócił się nagle, doszedł do ogrodowéj arkady, poznał młodą dziewczynę, przysłoniętą na chwilę przez grenadyerską bermycę, i natychmiast zniósł co do jéj osoby i osoby jéj ojca rozkaz, jaki sam wydał nieprzepuszczania nikogo. Potém nie troszcząc się wcale o szemranie eleganckiego tłumu próżno oblegającego wejście, pociągnął ku sobie uszczęśliwione dziewczę.
— Nie dziwię się już ani jéj niecierpliwości ani żalowi, skoro ty jesteś na służbie — wyrzekł starzec do oficera pół seryo pół szyderczo.
— Panie — odparł młody człowiek — jeśli chcesz miéć dobre miejsce, nie bawmy się w rozmowy. Cesarz nie lubi czekać, posłany jestem do niego przez marszałka.
Mówiąc to wziął poufale rękę Julii i szybko prowadził ku placocowi[1] Karuzelu. Julia ujrzała wówczas z podziwieniem olbrzymie tłumy cisnące się w małéj przestrzeni pomiędzy szaremi murami pałacu a słupami połączonemi przez łańcuchy, które otaczają wielkie piaskiem wysypane kwadraty w dziedzińcu Tuileries. Szpaler wojskowy strzegący wolnego przejścia dla cesarza i jego sztabu z wielką trudnością powstrzymywał ten tłum, który tłoczył się pełen szmeru jak wielkie rojowisko.
— Więc to będzie bardzo piękne — spytała Julia z uśmiechem.
— Strzeż-że się pani — zawołał oficer.
Pochwycił Julią, podniósł ją szybko silném ramieniem i postawił ją koło kolumny.
Bez téj nagłéj pomocy jego ciekawa kuzynka zostałaby potrąconą przez białego rumaka o aksamitném, złotem haftowaném siodle, którego trzymał za uzdę mameluk Napoleona prawie już pod arkadą o dziesięć kroków poza końmi, oczekującemi na znacznych oficerów, towarzyszów cesarza.
Młody oficer umieścił ojca i córkę koło pierwszego słupa naprawo przed tłumem i powierzył ich skinieniem głowy dwom grenadyerom, pomiędzy któremi się znajdowali.
Skoro oficer zwrócił się do pałacu, wyraz radości zastąpił na jego twarzy nagłą trwogę wzbudzoną ruchem cesarskiego konia. Julia tajemniczo ścisnęła go za rękę może na podziękowanie za tę lekką przysługę, a może téż chciała mu powiedziéć: zobaczę cię wreszcie. Pochyliła nawet lekko głowę i odpowiedziała tym sposobem na ukłon, jaki oficer rzucił jéj i ojcu, zanim zniknął w głębi arkady.
Starzec, który jakby naumyślnie zostawił swobodę dwojgu młodym, stał poważnie trochę w tyle za córką, ale patrzał na nią z pod oka, tylko nie chcąc zdradzić swojéj uwagi, zdawał się cały zatopiony w pysznym widoku, jaki przedstawiał plac Karuzelu.
Po chwili Julia spojrzała na ojca niespokojnie jak uczeń na nauczyciela, on odpowiedział jéj uśmiechem pełnym łagodnéj wesołości, ale bystry wzrok jego śledził oficera dopóki nie zniknął w zagłębieniu arkady, i nie uszedł przed nim żaden szczegół téj małéj sceny.
— Co za piękny widok — wyrzekła pocichu Julia, ściskając rękę ojca.
Ten sam wykrzyknik powtarzało tysiące widzów zgromadzonych na placu, a wszystkie twarze wyrażały najwyższy podziw zachwytu. Drugi tłumny zastęp równie ściśnięty jak ten, co otaczał starca i jego córkę, zajmował szczupłe brukowane miejsce znajdujące się koło kraty Karuzelu. Tłum ten uwydatniał wyraziście, z powodu jasnych strojów kobiet ogromny podłużny czworobok utworzony przez budynki Tuileryów i tę kratę świeżo wzniesioną.
Pułki staréj gwardyi, które miały odbywać przegląd zapełniały tę przestrzeń i tworzyły imponujące błękitne massy na dziesięć rzędów głębokie. Po za kratą i w samym Karuzelu znajdowało się na równoległych liniach kilka pułków piechoty i kawaleryi gotowych do pochodu przez tryumfalną bramę, wznoszącą się na środku kraty a na któréj szczycie umieszczone były wówczas pyszne konie weneckie.
Muzyka pułków stojących przy galeryach Luwru była zakryta przez polskich ułanów, którzy byli wówczas na służbie.
Wielka część czworoboku wysypanego piaskiem była pustą, jako przygotowana arena do ruchów pułków, które w milczeniu rozstawione wedle prawideł sztuki wojennéj odbijały promienie słoneczne w trójkątnych zwierciadłach dziesięciu tysięcy bagnetów. Wiatr poruszając pióropusze żołnierskie, falował niemi jak lasem. Te gromady ludzi niemych i błyszczących uderzały tysiącem sprzecznych barw z powodu różnicy mundurów, wyłogów, broni i akselbantów.
Ten ogromny obraz będący miniaturą pola bitwy wraz ze wszystkiemi dodatkami i szczegółami miał za ramy wysokie i wspaniałe budowy, których nieruchomość naśladowaną była przez dowódców i żołnierzy. Widz porównywał chętnie te mury ludzkie z kamiennemi murami. Słońce wiosenne rzucało snopy promieni na białe świeżo postawione ściany i na odwieczne budowy i oświecało w pełni niezliczone ogorzałe twarze, które wszystkie zdawały się opowiadać minione niebezpieczeństwa i oczekiwać spokojnie niebezpieczeństw przyszłych. Pułkownicy tylko wysunięci naprzód przesuwali się tu i tam pomiędzy temi bohaterskiemi żołnierzami. Daléj za massami wojska lśniącego srebrem i błękitem, purpurą i złotem można było spostrzedz trójkolorowe chorągiewki przy lancach sześciu niezmordowanych jeźdźców polskich, którzy jak wierne psy strzegące trzody przemykali się ciągle pomiędzy wojskiem a ciekawemi, ażeby nie dozwolić tym ostatnim przekroczyć szczupłego miejsca, jakie im było dane około kraty cesarskiéj.
Gdyby nie te nieznaczne ruchy, można było sądzić, że się jest w państwie zaczarowanéj księżniczki. Wiatr przeciągając koło bermyc grenadyerów wykazywał nieruchomość żołnierzy tak jak głuchy szmer tłumu świadczy o ciszy. Czasem tylko przypadkowe uderzenie w bęben, powtórzone pałacowemi echami, przypominało wrażenie odległego grzmotu przed nadchodzącą burzą.
Nieopisany zapał widniał w oczekującym tłumie. Francya żegnała Napoleona w wigilią kampanii, któréj niebezpieczeństwa były przewidywane przez wszystkich. Była to kwestya bytu. Ta wspólna myśl zdawała się ożywiać zarówno tłum cywilny jak i tłum zbrojny cisnący się tu, gdzie błyszczały orły i geniusz Napoleona.
Ci żołnierze — nadzieja Francyi, ci żołnierze — ostatnia kropla jéj krwi byli także przedmiotem niespokojnego zajęcia. Wielu z pomiędzy ciekawych i wojskowych zamieniało pożegnania może ostatnie, a wszystkie serca, nawet te, co były niechętne cesarzowi, wznosiły do nieba gorące modły za ojczyznę i jéj sławę. Ludzie najbardziéj znękani walką rozpoczętą między Europą a Francyą, zapominali o swoich nienawiściach przechodząc pod tryumfalnym łukiem, gdyż rozumieli, że w dniu niebezpieczeństwa Napoleon stanowił Francyą.
Zegar pałacowy wybił pół godziny. W téj chwili szmer ucichł wśród tłumu i cisza stała się tak zupełną, iż możnaby było zrozumiéć słowa dziecka. Wówczas starzec i jego córka, którzy zdawali się żyć wzrokiem jedynie, usłyszeli dźwięk ostróg i szabel rozlegający się pod przysionkiem pałacu.
Człowiek mały, dość tłusty, ubrany w zielony mundur, w białe spodnie, w butach ze sztylpami, ukazał się nagle, miał na głowie trójgraniasty kapelusz, który posiadał niemal tyle uroku co noszący go człowiek. Szeroka wstęga legii honorowéj przepasywała mu piersi, u boku miał niewielką szpadę. Wszystkie oczy ze wszystkich stron placu spostrzegły od razu tego człowieka. W téjże chwili odezwały się bębny i dwie orkiestry zagrzmiały marszem bojowym, którego motyw powtarzał najcichszy flet, jak i najgłośniejszy bęben.
Na ten odgłos serca uderzyły, sztandary pokłoniły się, żołnierze zaprezentowali broń rytmicznym ruchem, który przebiegł wszystkie karabiny od pierwszego do ostatniego szeregu. Komenda rozległa się oddawana jednym przez drugich jak echo. Okrzyki „niech żyje cesarz“ wyrwały się ze wszystkich piersi. Wszystko drgało i poruszało się. Napoleon wsiadł na konia. Ten ruch nadał życie massom milczącym, nadał dźwięk instrumentom muzycznym, polot orłom i sztandarom, wzruszenie twarzom ludzkim. Mury wysokich galeryj tych starych gmachów zdawały się wołać także: „Niech żyje cesarz“.
Było to coś nadludzkiego, jakiś czar podobny do potęgi bożéj albo lepiéj przelotny obraz tego przelotnego panowania. Człowiek otoczony taką miłością, entuzyazmem, poświęceniem, dla którego słońce spędziło chmury z nieba, siedział na koniu o trzy kroki przed swoim złoconym sztabem, mając wielkiego marszałka po lewéj, a marszałka służbowego po prawéj ręce. Pośród wszystkich wrażeń, wywołanych przez siebie, żaden rys jego twarzy nie zadrgał.
— O! mój Boże! wśród ognia pod Wagram, wśród umarłych pod Moskwą i wszędzie na świecie jest zawsze równie spokojny.
Tę odpowiedź uczynił grenadyer znajdujący się koło Julii na jéj liczne zapytania. Młoda dziewczyna przez chwilę była zatopiona w téj twarzy, któréj spokój zdawał się pokazywać pewność potęgi. Cesarz dostrzegł pannę de Chatillon i nachylając się do Duroc’a szepnął mu coś, co wzbudziło uśmiech na ustach wielkiego marszałka.
Rozpoczęły się manewra. Jeśli dotąd młoda dziewczyna dzieliła swoję uwagę między nieporuszoną postać Napoleona a barwy błękitne, zielone i czerwone wojska, to teraz zajęła się jedynie młodym oficerem, który wśród szybkich i dokładnych ruchów wykonywanych przez starych żołnierzy, uwijał się konno pomiędzy ruchomemi liniami wojska zręcznie i niezmordowanie powracając zawsze do grupy otaczającéj Napoleona. Oficer ten miał pysznego karego konia i odznaczał się wśród obhaftowanego tłumu pięknym błękitnym mundurem przybocznych oficerów cesarza. Hafty jego i kita tak żywo błyszczały w słońcu, że widzowie mogli go porównać do błędnego ognika, do jakiego niewidzialnego ducha, który w imieniu cesarza ożywiał i wiódł te pułki, których bronie rzucały ognie, kiedy na proste skinienie rozsypywały się, skupiały, wirowały jak wody nad przepaścią albo biegły prosto jedne za drugiemi nakształt fal, które wzburzony ocean rzuca na brzegi!
Kiedy przegląd był ukończony, oficer przybiegł co koń wyskoczy i zatrzymał się przed cesarzem, czekając rozkazów. W téj chwili był on o dwadzieścia kroków od Julii naprzeciw cesarskiéj grupy w postawie podobnéj do téj, jaką Gerard nadał generałowi Rapp w obrazie przedstawiającym bitwę pod Austerlitz. Wtedy młoda dziewczyna mogła podziwiać swego kochanka w całym jego wojskowym blasku.
Pułkownik Wiktor d’Aiglemont liczył zaledwie lat trzydzieści, był wysoki, szczupły, dobrze zbudowany, a te powierzchowne przymioty uwydatniały się najlepiéj, gdy powodował bystrym koniem, który posłuszny zdawał się pod nim uginać. Twarz jego męzka i smagła, posiadała ten wdzięk nieprzeparty, jaki doskonała regularność rysów nadaje młodości. Czoło miał szerokie i wyniosłe. Oczy ogniste ocienione gęstą brwią okrążone długiemi rzęsami, błyszczały jasnością białka pomiędzy temi dwoma czarnemi liniami. Nos miał zgrabne zagięcia orlego dzioba. Purpurę ust podnosiły ciemne wąsy. Policzki szerokie i silnie zabarwione miały ciemne i żółtawe tony świadczące o fizycznéj sile. Twarz cała naznaczona piętnem odwagi przedstawiała typ doskonały tak poszukiwany dzisiaj przez artystów, chcących odtworzyć bohaterów cesarstwa. Koń pod nim cały w pianie zdradzał niecierpliwość swoję rzucaniem głowy, jednak przednie nogi jego rozstawione stały zatrzymane nieruchomie na jednéj linii, a posłuszeństwo jego zdawało się obrazem posłuszeństwa, jakie pan jego miał dla cesarza. Widząc swego kochanka tak zajętego najlżejszém skinieniem Napoleona, Julia miała chwilę zazdrości i pomyślała, że on jeszcze nawet nie spojrzał na nią.
Nagle władca wyrzekł jakieś słowo. Wiktor ścisnął konia ostrogami i popędził galopem, ale cień słupa rzucony na piasek przestraszył konia, spłoszył się, cofnął, stanął dęba i to tak gwałtownie, że jeździec zdawał się w niebezpieczeństwie.
Julia krzyknęła, zbladła; każden spoglądał na nią ciekawie, ale ona nie widziała nikogo, oczy jéj były wlepione w niespokojnego konia, którego właściciel karcił niosąc daléj rozkaz Napoleona.
Te odurzające obrazy tak wzruszyły Julię, że nie wiedząc o tém pochwyciła ramię ojca i tym sposobem zwierzała mu niechcący swoje myśli większém lub mniejszém ściśnieniem palców. Kiedy koń o mało nie zrzucił Wiktora, ona przyczepiła się silniéj do jego ramienia, jak gdyby sama była w niebezpieczeństwie. Starzec spoglądał z ponurym niepokojem na rozjaśnione oblicze córki, litość, zazdrość i żal, malowały się w zmarszczkach jego twarzy. Ale kiedy niezwykły blask jéj oczu zarówno jak ruch konwulsyjny ręki odkryły mu tajemnicę jéj serca, musiał miéć złe przeczucie co do przyszłości, bo twarz jego z ponuréj i smutnéj stała się złowrogą.
W téj chwili zdawać się mogło, że cała dusza Julii przeszła w młodego oficera. Ale kiedy spostrzegł, jak d’Aiglemont przejeżdżając zamienił z nią spojrzenie porozumienia, myśl boleśniejsza od wszystkich innych ściągnęła nagle jego twarz cierpiącą. Uprowadził gwałtownie córkę do ogrodu Tuileries.
— Ale, mój ojcze — zawołała młoda dziewczyna — są jeszcze pułki na placu Karuzelu, które nie odbywały manewrów.
— Nie, moje dziecko, całe wojsko defiluje.
— Zdaje mi się, że się mylisz, mój ojcze. Pan d’Aiglemont właśnie dawał im znaki...
— Ale, moja córko, jestem cierpiący i nie mogę zostać.
Julia rzuciwszy wzrok na twarz ojca, któréj niepokoje rodzicielskie nadawały bolesny wyraz, uwierzyła mu z łatwością.
— Czy jesteś bardzo cierpiący? — spytała obojętnie, gdyż w téj chwili była zupełnie czém inném zajęta.
— Każden dzień życia jest mi tylko darowany — odparł starzec.
— Jeszcze mnie chcesz martwić, ojcze, mówiąc mi o śmierci. Byłam taka wesoła! Odpędź-że, proszę, prędko te szkaradne myśli.
— Ach! — zawołał ojciec z westchnieniem — zepsute dziecko! Najlepsze serca bywają nieraz okrutne. Poświęcić wam życie, myśléć o was jedynie! przygotowywać wasze szczęście, nie zważać na własne przyjemności dla waszych fantazyj, uwielbiać was, dawać wam nawet krew własną, wszystko to zdaje wam się niczém! wszystko przyjmujecie obojętnie. Ażeby zawsze zyskiwać wasze uśmiechy i waszę kapryśną miłość, trzebaby miéć boską potęgę. Przychodzi obcy — kochanek — mąż i zabiera nam wasze serca.
Julia słuchała ojca zdziwiona. On szedł przy niéj i rzucał jéj spojrzenia bez blasku.
— Kryjecie się nawet przed nami — mówił daléj — albo może téż i przed samemi sobą.
— Co mówisz, mój ojcze?
— Myślę, Julio, że masz tajemnicę przede mną. Kochasz — dodał z żywością, widząc, że córka się zarumieniła. — Miałem nadzieję, że pozostaniesz do śmierci wierną twemu staremu ojcu, miałem nadzieję, że cię zachowam przy sobie świetną, szczęśliwą, że będę mógł zachwycać się tobą taką, jaką byłaś do téj chwili. Gdybym nie wiedział twego wyboru, byłbym marzył spokojną przyszłość dla ciebie, teraz niepodobna zachować mi tego złudzenia, ty kochasz w Wiktorze nie kuzyna ale pułkownika, nie mogę o tém wątpić.
— A dlaczegóżbym go kochać nie miała? — zapytała z wyrazem żywéj ciekawości.
— Ah! Julio moja, nie zrozumiałabyś mnie — odparł z westchnieniem.
— Powiédz przecie, ojcze — zawołała figlarnie.
— A więc słuchaj mnie, moje dziecko. Młode dziewczyny tworzą sobie nieraz szlachetne, zachwycające, czysto idealne postaci, mają wymarzone pojęcia o ludziach, uczuciach, świecie, a potém przypisują niewinnie byle komu doskonałości przez siebie wytworzone i wierzą temu, jakby to prawdą było. W człowieku wybranym przez siebie kochają tę wymarzoną istotę. Ale potém po niewczasie, kiedy nieszczęście ich już się spełniło, złudna postać, którą upiększyły to swoje bożyszcze, zmienia się w ohydny szkielet. Julio, wolałbym, żebyś kochała starca niż pułkownika. Ach! gdybyś mogła w téj chwili postawić się na stanowisku, jakie miéć będziesz za jakie lat dziesięć, oddałabyś sprawiedliwość memu doświadczeniu. Znam Wiktora: jego wesołość jest-to wesołość bezrozumna, wesołość kordegardy, będąc rozrzutny, nie posiada żadnéj zdolności. Jest-to jeden z tych ludzi stworzonych na to tylko, aby spożywać i trawić cztery posiłki dziennie, spać, kochać pierwszą lepszą i bić się w dodatku. On nie pojmuje życia. Z dobroci serca — bo tego mu odmówić nie można — wspomoże przypadkiem biednego lub kolegę, ale jest nieopatrzny i nie posiada téj delikatności serca zdolnéj jedynie zapewnie szczęście kobiety... ale jest nieświadomy, samolubny... słowem jest tu bardzo wiele ale.
— Jednak, mój ojcze, musi on miéć rozum i zdolności, skoro został mianowany pułkownikiem...
— Moja droga! Wiktor pozostanie pułkownikiem całe życie. Nie widziałem jeszcze nikogo, coby mi się wydał godnym ciebie — mówił daléj stary ojciec z rodzajem zapału.
Zatrzymał się chwilę, popatrzał na córkę i dodał:
— Ale, moja biedna Julio, jesteś jeszcze za młoda, zanadto słaba i delikatna, aby znosić smutki i kłopoty małżeństwa. D’Aiglemont był psuty przez rodziców tak, jak ty nią byłaś przez matkę i przeze mnie. Nie można miéć nadziei, by wasze dwie samowole porozumiały się z sobą? Byłabyś z konieczności niewolnicą lub tyranką, a jedno i drugie jest równém nieszczęściem dla kobiety. Ale ty jesteś łagodną, skromną, ty się pierwsza nagniesz, bo wreszcie posiadasz wdzięk uczucia, który nigdy nie będzie zrozumiany, a wówczas... Nie skończył, łzy mu głos zalewały.
— Wiktor — zaczął znowu po chwili przestanku — zrani wszystkie naiwne przymioty twojéj młodéj duszy. Znam wojskowych, Julio moja, żyłem pomiędzy niemi. Rzadko bardzo serce tych ludzi bierze górę nad przywyknieniem i nieszczęściami, wpośród których żyć są zmuszeni.
— Chcesz więc, mój ojcze — odparła Julia nawpół seryo nawpół żartobliwie — stanąć na wspak moich uczuć i wydać mnie za mąż dla siebie, ale nie dla mnie.
— Wydać cię za mąż dla siebie! — zawołał zdumiony ojciec — moja córko, nie długo już będziesz słyszéć moje przyjazne napomnienia. Dzieci zawsze przypisują osobistym uczuciom poświęcenia rodziców! Idź za Wiktora, Julio; kiedyś gorzko opłakiwać będziesz jego nieudolność, nieporządek, samolubstwo, niedelikatność w miłości i tysiące innych zmartwień, jakie cię spotkają z jego powodu, wówczas wspomnij sobie, że pod temi drzewami głos proroczy starego ojca ostrzegał cię daremnie.
Umilkł, bo spostrzegł, jak córka niedowierzająco potrząsała głową. Oboje postąpili parę kroków ku bramie, gdzie stał ich powóz. Przez ten czas młoda dziewczyna spoglądała nieznacznie na ojca i powoli traciła zadąsany wyraz. Głęboka boleść wypiętnowana na tém czole pochyloném ku ziemi zrobiła na niéj żywe wrażenie.
— Obiecuję ci, mój ojcze — wyrzekła zmienionym łagodnym głosem — że nie wspomnę ci więcéj o Wiktorze, dopóki nie rozproszą się twoje uprzedzenia przeciw niemu.
Starzec spojrzał ze zdziwieniem na córkę. Dwie łzy, które zebrały mu się w oczach, stoczyły się nieznacznie po zmarszczonéj twarzy. Nie mógł ucałować Julii wobec otaczającego tłumu, tylko ścisnął jéj rękę.
Kiedy wsiadł z nią do powozu, zniknęły mu z czoła niespokojne myśli, jakie tam były zebrane, lekki smutek córki trwożył go teraz mniéj daleko, niż nieopatrzna radość w czasie rewii, która wyjawiła mu tajemnicę jéj serca.

∗             ∗

W pierwszych dniach marca 1814 r. w niecały rok po rewii cesarskiéj, powóz toczył się po drodze prowadzącéj z Amboise do Tours. Wyjeżdżając z pod sklepienia zieleni, jakie tworzą orzechy otaczające pocztę w Frillière, powóz ten potoczył się tak szybko, że w jednéj chwili dojechał do mostu zbudowanego na Cizie w miejscu, gdzie ta rzeka wpada do Loary i zatrzymał się nagle. Z powodu gwałtownego galopu, w który na rozkaz właściciela pocztylion wprowadził cztery dzielne konie, zerwał się rzemień. Ten mały wypadek dał sposobność dwu osobom znajdującym się w powozie ujrzéć przy przebudzeniu jeden z najpiękniejszych widoków brzegów Loary. Na prawo podróżni obejmowali jedném spojrzeniem bieg Cizy, która jak wąż srebrzysty płynęła wśród łąk i traw lśniących szmaragdowym kolorem wiosny. Nalewo widać było Loarę w całéj wspaniałości. W ruchoméj fali, podnieconéj chłodnym porannym wiatrem, słońce błyszczało rozbite na tysiące iskier i odbijało się oślepiająco w wielkich mokrych przestrzeniach wspaniałéj rzeki. Tu i owdzie zieleniejące wyspy wynurzały się z wody jak ogniwa szmaragdowego naszyjnika. Po za rzeką piękne i żyzne okolice Touraine’y rozciągały się, gdzie tylko wzrok mógł dosięgnąć. W oddali dopiéro zamykały horyzont wzgórza Cher a ich szczyty ozłocone słońcem tworzyły światłą linię na przezroczystym błękicie nieba. Po za młodą zielonością wysp widać było w głębi obrazu miasto Tours wynurzające się z łona wód niby druga Wenecya. Wieżyce staréj katedry rysowały się w powietrzu mieszając się z fantastycznemi konturami lekkich białych obłoków zalegających skraj horyzontu. Tutaj zaś zaraz za mostem, nad którym zatrzymani byli podróżni, spostrzegali oni przed sobą ciągnące się pasmo skał wzdłuż Loary aż do Tours, które natura jakby naumyślnie rzuciła na pastwę fali podmywającéj je ciągle. Wieś Vouvray gnieździ się pomiędzy rozpadlinami skał okrążających most na Cizie a daléj od Vouvray aż do Tours poszarpane łono skał zamieszkuje ludność winnicza w ten sposób, że domy piętrzą się na nich trzykrotnie jedne ponad drugiemi, zbudowane na niebezpiecznych urwiskach, połączone z sobą wschodami wykutemi w skale. Na szczycie dachu dziewczyna w czerwonéj spódnicy biegnie do swego ogrodu, a dym z kominów wije się pomiędzy latoroślami winnemi. Oracze uprawiają spadziste pola. Stara kobieta siedząc spokojnie na odpadku skały zwieszona nad przepaścią przędzie na kołowrotku pod cieniem rozkwitłego migdała, spogląda na przechodzących i uśmiecha się z ich trwogi. Nie troszczy się ona o rozpadliny gruntu, jak nie troszczy się nawpół rozwaloną ruiną muru, który tylko korzenie pnącego się bluszczu spajać razem się zdają, okrywając żywym kobiercem zieleni rozpadające się kamienie. Młot bednarzy odzywa się tu i owdzie w głębi nadpowietrznych piwnic. Ziemia jest wszędzie uprawianą i wszędzie żyzną, tam nawet, gdzie natura odmówiła jéj przemysłowi ludzkiemu.
Obraz potrójny tych różnorodnych scen, trudnych do opisania, ryje się nazawsze w duszy niestartém wspomnieniem, a kiedy uderzy zmysły poety, on w marzeniach swoich będzie ciągle odtwarzał ich romantyczne wrażenia.
W chwili gdy powóz zatrzymał się nagle nad Cizą, kilka białych żagli wysunęło się z pomiędzy wysp na Loarze i nadały nowy wdzięk i harmonią, harmonijnemn widokowi. Zapach wierzb rosnących nad brzegiem rzeki łączył się z upajającą wonią mokrych porostów. Ptaki odzywały się miłośnym koncertem, monotonny śpiew pastuszka kóz łączył z niemi swą dziką melodyą a okrzyki wioślarzy mieszały do tych miękkich głosów dźwięk pracy i dalekiego niepokoju. Lekkie mgły kapryśnie czepiające się gdzieniegdzie drzew rozrzuconych dopełniały piękności krajobrazu.
Była to Touraine’a w całéj świetności, wiosna w całym blasku. Ta część Francyi jedyna, któréj w tym roku nie miały zakłócić wojska nieprzyjacielskie, jedna téż w téj chwili, jak gdyby urągała najazdowi, używała spokoju.
Głowa okryta czapką wojskową wychyliła się z powozu, skoro tylko ten się zatrzymał. Niecierpliwy jéj właściciel wkrótce sam otworzył drzwiczki i wyskoczył na drogę zapewne w chęci łajania pocztyliona, ale zręczność, z jaką naprawiał on szkodę, uspokoił pułkownika hrabiego d’Aiglemont, który wyciągając senne jeszcze członki, zwrócił się ku powozowi, potem ziewnął szeroko, obejrzał się wkoło po krajobrazie i położył rękę na ramieniu młodéj kobiety starannie otulonéj futrem.
— Julio — wyrzekł ochrypłym głosem — obudź się i spojrzyj, okolica jest prześliczna.
Julia wyjrzała z powozu. Miała na głowie kapturek podszyty sobolami, a fałdy futra tak obwijały jéj postać, że nic prócz twarzy nie można było zobaczyć. Julia d’Aiglemont niepodobną już była do owej młodéj dziewczyny tryskającéj życiem i wesołością na rewii w Tuileries. Twarz jéj delikatna zawsze, straciła zupełnie żywe kolory, które nadawały jéj cerze tyle świeżości. Parę pukli czarnych włosów rozkręconych wilgocią nocy podnosiło jeszcze matowy koloryt głowy, któréj dawna żywość zdawała się uśpioną. Oczy jéj błyszczały nienaturalnym ogniem, a pod niemi sinawe koła rysowały się na zmęczonych licach. Spojrzała obojętnie na wzgórza, Loarę, jéj wyspy, na skały Vouvray, potém nie chcąc nawet patrzéć na śliczną dolinę Cizy, rzuciła się znowu w głąb’ powozu, mówiąc słabym głosem:
— Tak, i to prześliczne.
Widocznie na swoje nieszczęście zwyciężyła opór ojca.
— Julio, czy nie chciałabyś żyć tutaj?
— Tutaj lub gdzieindziéj — odparła obojętnie.
— Czy ty jesteś cierpiącą? — spytał pułkownik d’Aiglemont.
— Wcale nie — odparła młoda kobieta z chwilowém ożywieniem.
Spojrzała na męża z uśmiechem i dodała:
— Spać mi się chce.
Tymczasem galop konia dał się słyszéć. Wiktor d’Aiglemont porzucił rękę żony i zwrócił się ku drodze, która zakręcała się w tém miejscu.
W chwili gdy Julia nie czuła się już pod okiem męża, ożywiony wyraz, jaki nadała swojéj bladéj twarzy, zniknął, jakby blask wewnętrzny przestał ją oświecać. Nie czuła ani chęci widzenia znowu okolicy, ani ciekawości zobaczenia, co to za jeździec wypuszczał konia tak wściekłym galopem, rzuciła się znowu w głąb’ powozu i spoglądała na zaprzężone konie bez żadnego zgoła wyrazu. Słowem miała tak bezmyślną minę jak chłop bretoński słuchający kazania swego proboszcza.
Młody jeździec na rasowym koniu ukazał się na brzegu gaju złożonego z topoli i kwitnącego głogu.
— To Anglik — wyrzekł pułkownik.
— O tak, generale — odparł pocztylion — należy on do narodu, który, jak powiadają, ma pożréć Francyą.
Nieznajomy był z liczby tych podróżników, co się znajdowali na ziemi francuzkiéj w chwili, kiedy Napoleon zatrzymał wszystkich Anglików wzywając odwetu za pogwałcenie prawa narodów popełnione przez gabinet angielski, w czasie zerwania traktatu w Amiens. Ci przypadkowi jeńcy poddani kaprysom cesarskim nie pozostali w miejscach gdzie ich aresztowano, ani w tych nawet, które potém pozwolono im wybrać na mieszkanie. Większa ich część obecnie znajdowała się w Tourainie, przesiedlano ich tutaj z rozmaitych punktów cesarstwa, w których sądzono może, iż pobytem swoim zagrażają interesom politycznym.
Młody jeniec, który obecnie szukał rozrywki w rannym spacerze, był ofiarą biurokratycznego kaprysu. Od dwóch lat rozkaz, wydany przez ministeryum spraw zagranicznych, wyrwał go z łagodnego klimatu Montpellier, gdzie bawił dla zdrowia zagrożonego piersiową chorobą, w chwili zerwania pokoju. Jak tylko poznał on wojskowego w osobie hrabiego d’Aglemont, starał się uniknąć jego spojrzenia zwracając głowę ku łąkom Cizy.
— Wszyscy Anglicy są impertynenci, jak gdyby świat do nich należał — mruknął pułkownik — szczęściem Soult nauczy ich rozumu.
Przejeżdżając koło powozu młody jeniec, rzucił spojrzenie do jego wnętrza, a chociaż spojrzenie to było przelotne, zauważył wyraz melancholii, który nadawał zamyślonéj twarzy kobiety wdzięk niewysłowiony.
Wielu mężczyzn doznaje silnego wzruszenia na sam widok niewieściego cierpienia, dla nich boleść zdaje się zapowiedzią stałości lub miłości. Julia całkiem zatopiona w rozpatrywaniu poduszki w powozie nie zauważyła ani konia ani jeźdźca.
Tymczasem zaprząg został naprawiony, pułkownik wsiadł do powozu a pocztylion usiłował odzyskać czas stracony i wiózł szybko dwoje podróżnych tą częścią drogi, ponad którą zwieszają się skały pełne winnic, gdzie dojrzewają wina z Vouvray, gdzie wznosi się tyle ładnych domków, gdzie widać w oddali ruiny sławnego opactwa Marmoutiers, schronienia św. Marcina.
— Czego chce od nas ten przezroczysty milord? — zawołał pułkownik, odwracając głowę, by zobaczyć czy jeździec, który od mostu na Cizie jechał za powozem, był tymże samym młodym Anglikiem.
Ponieważ jednak nieznajomy nie przekraczał ani praw przyzwoitości ani dobrego wychowania, jadąc nadrzeczną drogą, pułkownik zagłębił się znowu w swoim kącie, rzuciwszy tylko na Anglika groźne spojrzenie. Ale pomimo nieprzyjaźni swojéj musiał zauważyć piękność konia i nadzwyczajny wdzięk jeźdźca.
Młody człowiek wysoki, szczupły, jasnowłosy, miał jednę z tych angielskich twarzy o cerze tak miękkiéj, białéj, delikatnéj, że możnaby ją wziąć za twarz dziewczyny. Ubrany był z tym wykwintem i czystością, któremi odznacza się elegancya brytańska. Można było sądzić, że ruminił[2] się więcej przez skromność niż z powodu przyjemności, jaką sprawiał mu widok Julii.
Raz tylko młoda kobieta spojrzała na niego, a i tak była do tego zmuszoną przez męża, chciał jéj pokazać całą piękność nogi rasowego konia. Oczy Julii spotkały nieśmiały wzrok Anglika. Od téj chwili zamiast jechać obok pojazdu, jeździec pozostał trochę w tyle.
Hrabina dostrzegła go zaledwie, a wszystkie wdzięki i doskonałości tak ludzkie jak zwierzęce, które jéj wskazywano, były dla niéj stracone, zagłębiła się znowu w powozie, odpowiadając tylko mężowi lekkim ruchem brwi.
Pułkownik zasnął. Małżonkowie dojechali do Tours nie zamieniwszy ani jednego słowa, i piękne widoki roztaczające się wkoło ani razu nie zatrzymały uwagi Julii. W czasie snu jego spoglądała ona po kilka razy na męża. Aż nagły ruch powozu rzucił jéj na kolana medalion, który miała zawieszony u szyi na żałobnym łańcuszku i zobaczyła nagle portret ojca.
Na ten widok łzy jéj, wstrzymywane długo, popłynęły. Anglik dostrzegł może na bladych licach hrabiny te błyszczące ślady, które wiatr szybko osuszył.
Pułkownik d’Aiglemont wysłany przez cesarza z rozkazami do marszałka Soulta, który miał bronić Francyi w Bearnie przeciw Anglikom, skorzystał z téj sposobności, by ustrzedz swą młodą żonę od niebezpieczeństw grożących wówczas Paryżowi, i wiózł ją do Tours do jednéj ze swoich krewnych tam mieszkającéj.
Wkrótce powóz potoczył się po bruku Tours, po moście, po Wielkiéj ulicy, aż zatrzymał się przed starożytnym pałacem, gdzie mieszkała hrabina Listomère-Landon.
Hrabina Listomère-Landon była to jedna z tych pięknych starych kobiet o bladém czole, o białych włosach i dowcipnym uśmiechu, które zdają się zawsze nosić rogówki i czepeczki ubrane według nieznanéj nikomu mody. Kobiety te, siedemdziesięcioletnie zabytki wieku Ludwika XV-go, są zawsze prawie pieszczotliwe, jak gdyby jeszcze kochały; zazwyczaj są one więcéj bigotkami niż pobożnemi, a mniéj bigotkami, niż się z pozoru wydają, przejęte całe wonią pudru, opowiadają wybornie, lepiéj jeszcze umieją rozmawiać a częściéj śmieją się ze wspomnienia niż z powodu żartu. Czas obecny nie podoba im się zupełnie.
Kiedy stara panna służąca oznajmiła hrabinie wizytę siostrzeńca, którego nie widziała od początku wojny hiszpańskiéj, zdjęła szybko okulary, zamknęła Galeryą dawnego dworu, ulubioną swoję książkę; i odzyskała dawną lekkość, ażeby wybiedz na ganek w chwili, gdy małżonkowie nań wstępowali.
Ciotka i siostrzenica obrzuciły się szybkim spojrzeniem.
— Dzień dobry, kochana ciotko — zawołał pułkownik, ściskając z żywością starą kobietę — przywożę pod twoję opiekę tę młodą osobę, zostawiam mój skarb pod twoją strażą. Moja Julia nie jest ani zalotną ani zazdrosną, ma słodycz anioła... ufam, że się tu nie zepsuje — dodał przerywając sobie.
— Nicponiu! — odparła hrabina, rzucając mu szydercze spojrzenie.
I pierwsza z tkliwym wdziękiem pocałowała Julią zamyśloną, więcéj nieśmiałą niż ciekawą.
— A więc poznamy się, moje serce — rzekła do niéj. — Nie lękaj się mnie, usiłuję nigdy nie być starą z młodemi.
Zwyczajem prowincyonalnym zanim weszła do salonu, hrabina zarządziła śniadanie dla swoich gości; ale pułkownik zatrzymał ją zapewniając, że nie podobna mu bawić dłużéj nad czas przeprzęgu koni pocztowych. Weszli więc wszyscy do salonu a pułkownik zaledwie zdołał opowiedziéć ciotce wypadki polityczne i wojskowe, które zmuszały go szukać u niéj schronienia dla swojéj młodéj żony.
Przez czas tego opowiadania ciotka spoglądała koleją na siostrzeńca mówiącego bez przerwy i na siostrzenicę, któréj bladość i smutek zapewne pochodziły z powodu tego nagłego rozłączenia. Mówiła sobie:
— Ech! ech! ci młodzi się kochają.
W téj chwili klaskania z bicza odezwały się wśród cichego pałacowego dziedzińca, na którym trawa odznaczała kamienie bruku. Wiktor uściskał ciotkę i wybiegł z pokoju.
— Żegnam cię, moja droga — mówił do żony, która odprowadziła go do powozu.
— Och! Wiktorze, pozwól mi daléj jeszcze jechać z tobą — prosiła pieszczotliwym głosem — nie chciałabym się z tobą rozstawać.
— Co za myśl!
— A więc — zawołała Julia — bywaj zdrów! skoro taka twoja wola.
Powóz ruszył.
— Kochasz więc bardzo mego biednego Wiktora — pytała hrabina siostrzenicę, badając ją jedném z tych umiejętnych spojrzeń, jakie stare kobiety rzucają młodym.
— Ach, pani! trzeba przecież bardzo kogoś kochać, ażeby zostać jego żoną.
Te wyrazy wypowiedziane były tonem naiwności i zdradzały czyste serce albo téż jakąś głęboką tajemnicę. Hrabina była niegdyś przyjaciółką Duclos’a i Richelieu’go, nie dziw więc, że ją odgadnąć chciała.
Ciotka i siostrzenica stały właśnie na progu bramy wjazdowéj i patrzały na powóz ginący w oddaleniu. Oczy Julii nie wyrażały miłości tak, jak ją stara kobieta pojmowała. Była ona prowansalką i miała niegdyś żywe namiętności.
— Dałaś się więc złapać memu siostrzeńcowi — spytała znowu — szczęśliwy nicpoń.
Julia zadrżała mimowoli, bo akcent i wyraz twarzy téj staréj kokietki zdradzał głębszą znajomość charakteru Wiktora, niż ją sama posiadała. Niespokojna próbowała niezgrabnie ukrywać to, co czuła, jak to czynić zwykły serca naiwne i cierpiące.
Pani de Listomère zadowolniła się jéj odpowiedziami i pomyślała z radością, że jéj samotność rozweseli się jaką miłosną tajemnicą, gdyż sądziła, że jéj siostrzenica musi prowadzić jakąś intrygę.
Kiedy pani d’Aiglemont znalazła się w wielkim salonie z obiciami objętemi w złote listwy, przed wielkim ogniem kominka, osłoniona od przeciągów chińskim parawanem, smutek jéj nie rozproszył się wcale. Trudno to było wprawdzie, by wesołość zrodziła się pod tak staremi obiciami, pomiędzy wiekowemi sprzętami. Jednakże młoda Paryżanka z pewną przyjemnością wchodziła w głęboką samotność i solenną ciszę prowincyi.
Zamieniwszy parę słów z ciotką, do któréj niegdyś napisała list poślubny, pozostała milczącą, zdawało jéj się, że słucha przestarzałéj opery. I dopiéro po dwóch godzinach ciszy godnéj Trapistów, spostrzegła, jak dalece była niegrzeczną dla staréj krewnéj męża, i przypomniała sobie, jak zimne dawała jéj odpowiedzi.
Stara kobieta instynktem pełnym wdzięku, właściwym ludziom przeszłego wieku, uszanowała kaprys siostrzenicy i robiła pończochę. Wprawdzie parę razy wychodziła z pokoju, ażeby kazać urządzić zielony pokój, który miała zająć młoda hrabina i gdzie znoszono jéj rzeczy; ale powracała na swój fotel i spoglądała na nią z pod oka. Julia zawstydzona, że dała się unieść nieprzepartéj chęci dumania, usiłowała przeprosić ciotkę, sama się z siebie śmiejąc.
— Moja droga — odparła ta ostatnia — znamy się na boleści wdów.
Trzeba było miéć lat czterdzieści, by zrozumiéć całą ironią, jaką wyrażały usta staréj kobiety.
Nazajutrz pani d’Aiglemont było już znacznie lepiéj, rozmawiała. I pani de Listomère powzięła nadzieję obłaskawienia młodéj mężatki, którą zrazu posądziła o dzikość i głupotę, mówiła jéj o przyjemnościach miejscowych, o balach i domach, gdzie uczęszczać mogły. Wszystkie zapytania ciotki dnia tego były istnemi łapkami, które dawném dworskiém nawyknieniem stawiała siostrzenicy, ażeby odgadnąć jéj charakter.
Julia przez dni kilka oparła się wszystkim usiłowaniom ciotki, namawiającéj ją do szukania rozrywek za domem. To téż pomimo całéj chęci pochwalenia się piękną siostrzenicą, musiała się wyrzec przyjemności wprowadzenia ją w świat. Młoda kobieta znalazła łatwy pozór dla swego smutku w stracie ojca, po którym jeszcze nosiła żałobę.
Po tygodniu pani de Listomère podziwiała anielską słodycz, skromność pełną wdzięku i pobłażliwy umysł Julii i zajęła się nadzwyczaj tajemną melancholią pożerającą to młode serce. Była-to jedna z kobiet zrodzonych na to, by się podobać, sama jéj obecność dawała szczęście. Wkrótce jéj towarzystwo stało się tak przyjemne pani de Listomère, iż pokochała się w siostrzenicy i pragnęła nigdy się z nią nie rozstawać. W miesiąc zawiązała się pomiędzy niemi wiekuista przyjaźń.
Stara kobieta zauważyła ze zdziwieniem zmiany fizyognomii pani d’Aiglemont. Żywe kolory dające jéj blask nienaturalny gasły powoli i zostawiały na twarzy matową bladość. W miarę tego jednak Julia stawała się mniéj smutną. Niekiedy budziła się w niéj wesołość młodzieńcza, odzywały się wybuchy dziecięcego śmiechu, które jednak ustępowały szybko przed jakąś myślą natrętną. Zaczęła więc podejrzewać, że powodem melancholii pięknéj siostrzenicy nie był ani żal po ojcu ani tęsknota za Wiktorem; nastręczało jéj się jednak tyle podejrzeń, że trudno jéj było odkryć prawdziwe źródło złego, bo może zawsze prawdę znajdujemy jedynie przypadkiem. Aż wreszcie dnia jednego Julia okazała zdziwionéj ciotce tak zupełne zapomnienie małżeństwa, tak szalone roztrzepanie dziecinne, taką niewinność myśli a przytém i spryt głęboki cechujący nieraz francuzkie dziewczęta, że pani de Listomère postanowiła zbadać tajemnice téj duszy, któréj głęboka naturalność równą była w skutkach nieprzebitéj skrytości.
Noc się zbliżała, obie kobiety siedziały w oknie wychodzącém na ulicę. Julia była zamyślona; jakiś człowiek konno przejeżdżał pod oknem.
— Oto jedna z twoich ofiar — rzekła ciotka.
Pani d’Aiglemont spojrzała na nią wzrokiem, w którym zdziwienie mieszało się z niepokojem.
— Jest-to młody Anglik, ze szlachetnéj rodziny, Artur Ormond, najstarszy syn lorda Grenville. Jego historya jest zajmująca. Przyjechał do Montpellier w 1802 roku w nadziei, że klimat tego miasta, dokąd go posłali doktorzy, uleczy go z groźnéj piersiowéj choroby. Jak wszyscy jego ziomkowie został uwięziony przez Bonapartego w czasie wojny, bo ten okropny człowiek nie może żyć bez wojny. Dla rozrywki Anglik zaczął studyować swoję chorobę uważaną za śmiertelną. Nieznacznie polubił anatomią i medycynę a nawet rozmiłował się w podobnych rzeczach, co jest bardzo dziwne w człowieku tak dobrze urodzonym; wprawdzie Regent zajmował się chemią. Ostatecznie pan Artur uczynił nadzwyczajne postępy i zdumiał professorów w Montpellier. Nauka pocieszyła go po stracie wolności i uleczyła go zupełnie. Powiadają, iż przez dwa lata nie mówił wcale, oddychał rzadko, leżał w oborze, pił mleko szwajcarskiéj krowy i żył rzeżuchą. Od czasu jak jest w Tours, nie widuje nikogo, gdyż jest dumny jak paw, ale tyś go, jak widzę, podbiła, bo z pewnością nie dla moich pięknych oczu przejeżdża dwa razy dziennie pod naszemi oknami od czasu, jak tu jesteś... Naturalnie, kocha się w tobie.
Te ostatnie słowa jak dotknięcie laski czarnoksięzkiéj zbudziło hrabinę, a jéj uśmiech i ruch, jaki zrobiła, zdziwiły panią de Listomère. Wbrew temu instynktowemu zadowolnieniu, którego doświadcza najsurowsza nawet kobieta, kiedy się dowié, że kogoś uczyniła nieszczęśliwym, spojrzenie Julii pozostało chłodne i bez blasku, a twarz miała wyraz wstrętu, niemal obrzydzenia. Nie tak postępuje kochająca kobieta, gdy skupia cały świat w jednéj istocie, wówczas umie ona śmiać się i żartować; nie, Julia podobną była do kogoś, co poznawszy zbyt zblizka jakieś niebezpieczeństwo, drży jeszcze na jego wspomnienie. Ciotka już przekonana o tém, że Julia nie kochała jéj siostrzeńca, zdumiała się, widząc, że nie kochała nikogo.
Zadrżała teraz, czy w niéj nie znajdzie rozczarowanego serca, istoty, któréj dzień lub może noc jedna starczyła do wykazania całéj nicości Wiktora.
— Jeśli go przeniknęła — pomyślała — wszystko stracone, mój siostrzeniec pozna wkrótce niedogodności małżeństwa.
Chciała wówczas nawrócić Julią na doktryny wieku Ludwika XV, ale w parę godzin późniéj przekonała się a raczéj domyśliła położenia dość powszechnego w świecie, które spowodowało smutek młodéj kobiety. Julia stała się zamyśloną i wcześniéj niż zwykle odeszła do siebie. Kiedy służąca rozebrała ją i odeszła, pozostała przy ogniu wsunięta w wielką żółto-aksamitną duchesse, jeden z tych starożytnych mebli, równie przyjemnych dla cierpiących jak i dla szczęśliwych. Julia płakała, wzdychała, myślała, potém przysunęła sobie mały stoliczek, poszukała papieru i zaczęła pisać. Nagle wybuchnęła łzami i zatrzymała się.
W tej chwili zegary uderzały drugą godzinę. Głowa młodéj kobiety ciężka jak głowa umierającéj, spadła jéj na piersi, a kiedy ją podniosła, ujrzała nagle przed sobą starą ciotkę podobną do postaci z obicia, któraby ku niéj zstąpiła.
— Cóż ci to, moja mała? — spytała — dlaczego czuwasz tak późno w noc, a nadewszystko dlaczego tak młodą będąc płaczesz samotnie?
Bez ceremonii usiadła przy siostrzenicy i pożerała oczyma list zaczęty.
— Pisałaś do niego?
— Alboż ja wiem, gdzie on jest — odparła hrabina.
Ciotka wzięła papier i czytała. Przyniosła z sobą okulary, widocznie więc działała rozmyślnie.
Niewinna istota pozwoliła jéj wziąć list nie mówiąc słowa. Nie był to jednak brak godności, ani poczucie winy; nie, tylko ciotka znalazła się koło niéj w jednéj z tych chwil, w których duch jest złamany i wczystko[3] obojętne: złe zarówno jak dobre, milczenie zarówno jak zwierzenia. Podobna do cnotliwéj dziewczyny, która wprawdzie odpycha kochanka a przecież znajduje się wieczorem tak samotna i tak smutna, że go pożąda i pragnie serca, któremu-by mogła powierzyć swoje cierpienia, Julia pozwoliła naruszyć pieczęć, jaką delikatność zamyka każden list otwarty, i pozostała zamyślona przez czas, gdy ciotka czytała.
„Moja droga Ludwiko. Czemu upominasz się tyle razy o spełnienie najnierozsądniejszéj obietnicy, jaką mogą uczynić nieświadome dziewczęta. Piszesz mi, że często zapytujesz saméj siebie, dlaczego od sześciu miesięcy nie odpowiadam na wszystkie kwestye, jakie mi stawiasz. Jeśliś nie zrozumiała mojego milczenia, dziś może odgadniesz jego powody, skoro dowiész się o tajemnicach, które zdradzam przed tobą. Byłabym je na zawsze zamknęła w głębi mego serca, gdyby nie to, że mi piszesz o swojém blizkiém zamężciu. Idziesz za mąż, Ludwiko, ta myśl przejmuje mnie dreszczem. Biedna! idź za mąż, a parę miesięcy późniéj jedném z najdotkliwszych bolów będzie dla ciebie wspomnienie, czém byłyśmy obie niegdyś w Ecouen tego wieczoru, czy pamiętasz? kiedyśmy na górze pod wielkiemi dębami spoglądały na piękną dolinę rozciągającą się nam u stóp i zachwycały się promieniami zachodzącego słońca, których blaski odbijały się na nas. Usiadłyśmy na odłamku skały i wkrótce zachwyt nasz przemienił się w marzenie.
„Ty pierwsza zauważyłaś, że to zachodzące słońce mówi nam o przyszłości. Byłyśmy bardzo ciekawe i bardzo szalone wówczas. Czy pamiętasz nasze dziwactwa! Całowałyśmy się i mówiły, że czynimy to jak dwoje kochanków. I przysięgłyśmy sobie wzajem, że ta, co naprzód pójdzie za mąż, wiernie opowie drugiéj tajemnice małżeństwa i te wszystkie radości, które nasza dziecinna wyobraźnia malowała nam tak pięknemi.
„Ten wieczór stanie się twoją rozpaczą, Ludwiko. Byłaś wówczas młodą, piękną, nieopatrzną, jeśli nie szczęśliwą, mąż uczyni z ciebie w dni kilka to, czém ja dziś jestem, uczyni cię brzydką, cierpiącą i starą. Byłoby szaleństwem opisywać ci, jak byłam dumną, jak byłam szczęśliwą, poślubiając pułkownika Wiktora d’Aiglemont. Ale jakże ja ci opisać mogę, czego sama dobrze nie pamiętam. W kilka chwil dzieciństwo moje stało się snem dalekim.
„Moje zachowanie się w dniu, w którym zawierałam uroczysty związek dla mnie saméj niezrozumiały, nie było bez zarzutu. Mój ojciec po kilka razy musiał powstrzymywać moję wesołość, bo ją uważano za nieprzyzwoitą, i moje słowa, które zdawały się niestosowne właśnie dlatego, że płynęły z niewiadomości. Czyniłam pełno dziecinnych igraszek z welonem ślubnym, z suknią, z kwiatami. Kiedy wieczorem zostałam sama w pokoju, dokąd mnie uroczyście wprowadzono, chciałam zaintrygować Wiktora; czekając na niego, serce moje biło jak to kiedyś w solenny dzień 31 grudnia, kiedy wsuwałam się niewidziana do pokoju, gdzie były podarki kolendowe. Gdy mąż wszedł i wyszukał mnie wśród muszlinów, w które się skryłam, śmiech mój był ostatnim oddźwiękiem naszéj dawnéj dziecinnéj wesołości...“
Kiedy pani de Listomère skończyła czytać ten list zawierający zapewne wiele smutnych spostrzeżeń, złożyła powoli okulary na stoliku, umieściła na nich list i zatrzymała na siostrzenicy oczy, których blasku wiek wcale nie osłabił.
— Moja mała — rzekła — mężatka nie może bez nieprzyzwoitości pisać w ten sposób do młodéj osoby.
— Tak i ja myślałam — przerwała Julia — i wstydziłam się, kiedyś pani czytała ten list.
— Jeśli przy stole nie smakuje nam jaka potrawa, moje dziecko, nie trzeba nikogo od niéj odstręczać — mówiła dobrodusznie stara kobieta — szczególniéj kiedy począwszy od czasów matki Ewy małżeństwo wydawało się zawsze tak wyborną rzeczą... Nie masz już matki? — dodała po chwili.
Hrabina zadrżała, potém podniosła łagodnie głowę i wyrzekła:
— Od roku, nieraz bardzo żałowałam, że nie mam matki, ale źle zrobiłam nie słuchając ojca, który nie życzył sobie Wiktora za zięcia.
Spojrzała na ciotkę i radość osuszyła jéj łzy na oczach, gdy dostrzegła wyraz dobroci malujący się na téj staréj twarzy. Podała jéj rękę, na którą zdawała się oczekiwać, a gdy ich dłonie się ścisnęły, dwie kobiety porozumiały się zupełnie.
— Biedna sieroto — wyrzekła ciotka.
Te słowa do reszty podbiły Julią, zdawało jéj się, że słyszy proroczy głos ojca.
— Masz ręce pałające, czy zawsze tak jest? — spytała stara kobieta.
— Dopiéro siedem czy osiem dni, jak nie mam gorączki — odparła.
— Miałaś gorączkę i kryłaś to przede mną.
— Mam ją od roku — wyrzekła ze wstydliwém wahaniem Julia.
— Więc, mój aniołku, małżeństwo dotąd było tylko dla ciebie długą boleścią?
Młoda kobieta nie śmiała odpowiedziéć, ale przywtórzyła ruchem, który zdradzał wszystkie jéj cierpienia.
— Jesteś więc nieszczęśliwą?
— O nie, moja ciotko, Wiktor kocha mnie do szaleństwa i ja go uwielbiam, on taki dobry!
— Tak, kochasz go, ale uciekasz przed nim, nieprawdaż?
— Tak jest... niekiedy... on szuka mię zbyt często.
— A w samotności czyż cię nie dręczy obawa, aby ci ją zakłócił?
— Niestety tak, moja ciotko. Ale kocham go bardzo, zaręczam.
— Czy nie oskarżasz się pocichu, że nie umiész lub nie możesz podzielać jego przyjemności? Czy nie myślisz czasami, że trudniéj jest dźwigać legalną miłość niż zbrodniczą namiętność?
— O tak, tak — zawołała płacząc. — Ciociu, ty umiész zgadnąć wszystko, nawet to, czego sama nie rozumiem, moje zmysły są uśpione, nie mam żadnéj myśli, żyję z trudnością, duszę moję uciska nieokreślona trwoga, która mrozi moje uczucia i wprawia mnie w rodzaj odrętwienia. Nie mam głosu do skargi, nie mam słów na wyrażenie cierpienia. Cierpię i wstyd mi tego, kiedy widzę Wiktora szczęśliwym przez to, co mnie zabija.
— Dzieciństwo, to wszystko dzieciństwo — zawołała ciotka.
A zwiędła twarz jéj ożywiła się nagle wesołym uśmiechem, odblaskiem szczęścia dni minionych.
— I ty także śmiejesz się, ciotko! — zawołała z rozpaczą młoda kobieta.
— I ja byłam taką — odparła szybko pani de Listomère. — A teraz kiedy cię Wiktor zostawił samę, czy nie powracasz do dziewiczych lat, czy nie jesteś znowu bez radości, ale i bez cierpień.
Julia otwierała wielkie zadziwione oczy.
— Tak, mój aniołku, ubóztwiasz Wiktora, nieprawdaż? ale wolałabyś być jego siostrą niż żoną; słowem małżeństwo nie podoba ci się.
— A więc tak, moja ciotko. Lecz czemu się śmiejesz?
— Masz słuszność, moje biedne dziecko, nie ma tu nic wesołego i wasza przyszłość zawierałaby nie jednę groźbę, gdybym nie zaopiekowała się wami i gdyby moje stare doświadczenie nie odgadło niewinnéj przyczyny waszych zmartwień. Mój siostrzeniec nie zasługiwał na swoje szczęście. Niedołęga! Za panowania naszego ukochanego Ludwika XV młoda kobieta w twojém położeniu byłaby umiała ukarać męża za to, że się zachowywał jak prosty żołdak. Samolub! Wojskowi tego cesarskiego tyrana są szkaradnie nieświadomi. Biorą brutalstwo za galanteryą i tak samo nie znają kobiet, jak nie umieją kochać; zdaje im się, że narażanie się na śmierć cochwilową uwalnia ich od starań i względów dla nas. Dawniéj zarówno umiano umrzéć jak kochać w porę. Moja droga, ja muszę zająć się jego wychowaniem, ja ci go poprawię. Zakończę to smutne nieporozumienie, dość naturalne zresztą, ale które doprowadziłoby was do wzajemnéj nienawiści, do pragnienia rozwodu, notabene jeślibyś wprzód nie umarła z rozpaczy.
Julia słuchała ją pełna zdziwienia, przeczuwała raczéj niż pojmowała mądrość jéj mowy, przerażało ją to najwięcéj, że w ustach krewnéj, pełnéj doświadczenia, odnajdowała w łagodniejszéj formie zdanie ojca o Wiktorze. Miała może intuicyą swojéj przyszłości, uczuła zapewne ciężar nieszczęść, jakie przygnieść ją miały, bo zalała się łzami i rzucając się w objęcia staréj kobiety, zawołała:
— Bądź mi matką.
Ciotka nie rozpłakała się, bo rewolucya zostawiła kobietom ówczesnym mało łez w oczach. Dawniéj miłość a późniéj teroryzm przyzwyczaiły ich do najgwałtowniejszych wzruszeń i nauczyły zachowywać wśród niebezpieczeństw życia chłodną godność, miéć uczucia prawdziwe, ale nie objawiające się nazewnątrz. Tym sposobem mogły pozostać zawsze wierne etykiecie i szlachetności ułożenia, które nowe obyczaje odrzuciły z wielką dla siebie szkodą.
Stara kobieta wzięła Julią w objęcia, pocałowała ją w czoło z wdziękiem i czułością, które ówczesne kobiety miały czasem więcéj z pozoru niż w głębi serca, upieściła siostrzenicę łagodnemi słowami, obiecywała jéj przyszłość szczęśliwą, miłosną, pomagając jéj się położyć, jak gdyby to była jéj córka ukochana, któréj nadzieje i smutki obchodziły ją jak własne; widziała się znowu młodą, odnajdywała w siostrzenicy samę siebie, ładną i niedoświadczoną.
Pani d’Aiglemont usnęła szczęśliwa, że znalazła przyjaciółkę, drugą matkę, któréj będzie mogła mówić wszystko.
Nazajutrz rano w chwili kiedy dwie kobiety ściskały się z głęboką serdecznością i tym wyrazem porozumienia, co to świadczy o postępie w uczuciach i o większém zjednoczeniu dwóch dusz, usłyszały tentent konia; odwróciły jednocześnie głowę i ujrzały Anglika według zwyczaju przejeżdżającego zwolna.
Zapewne studyował on głęboko sposób życia dwu samotnych kobiet i zawsze przejeżdżał w czasie ich śniadania lub obiadu. Koń jego sam już zwalniał kroku, a przejeżdżając pomiędzy dwoma oknami jadalnego pokoju, Artur rzucał na Julią smutne spojrzenie, na które ona zwykle nie zważała wcale.
Ale pani de Listomère przyzwyczajona do ciekawości prowincyonalnéj, przed którą nawet wyższe umysły z trudnością ustrzedz się mogą, bawiła się poważną i smutną miłością tak dobitnie wyrażoną przez Anglika. Widywać go peryodycznie stało się dla niéj potrzebą i codzień na jego przejazd znajdowała nowe żarty. Siadając do stołu, obie kobiety jednocześnie spojrzały na wyspiarza. Tym razem oczy Julii i Artura spotkały się z taką jednolitością wyrazu, że młoda kobieta zarumieniła się. Natychmiast Anglik odjechał galopem.
— Cóż na to zrobić — wyrzekła Julia do ciotki — wszyscy, którzy widzą tego Anglika przejeżdżającego tu codziennie, muszą sądzić...
— Tak — przerwała jéj ciotka.
— A więc, czyż nie powinnam mu powiedziéć, żeby nie przejeżdżał się w ten sposób!
— Czyż nie dałoby mu to do myślenia, że jest niebezpieczny? A przytém czy można komu zabronić jechaé[4] tam, gdzie mu się podoba? Jutro nie będziem jadły w tym pokoju; a gdy nas tu nie zobaczy już ten młody człowiek, przestanie kochać się w tobie przez okno. Tak czyni, moje drogie dziecko, kobieta znająca świat.
Ale nieszczęście Julii miało być zupełne. Zaledwie kobiety powstały od stołu, nadjechał nagle kamerdyner Wiktora. Pędził on z Bourges co koń wyskoczy bocznemi drogami i przywoził hrabinie list od męża.
Wiktor porzucił sprawę cesarza i donosił żonie o upadku dawnego rządu, wzięciu Paryża, entuzyazmie, jaki witał Burbonów na wszystkich punktach Francyi. Nie wiedząc, jak dostać się do Tours, prosił żony, by jak najprędzéj przyjechała do Orleanu, gdzie miał czekać na nią z paszportami. Kamerdyner jego, dawny wojskowy, miał towarzyszyć Julii z Tours do Orleanu, gdyż Wiktor sądził, że droga jeszcze była wolną.
— Pani nie ma chwili do stracenia — mówił kamerdyner — Prussacy, Austryacy i Anglicy mają się połączyć w Blois albo Orleanie.
W kilka godzin młoda kobieta była gotową i wyjechała starą karetą pożyczoną od ciotki.
— Dlaczegóż nie pojechałabyś z nami do Paryża — wyrzekła ściskając ciotkę — teraz gdy Burboni powrócili, znalazłabyś tam...
— Bez ich powrotu pojechałabym tam, moje biedno dziecko, bo moje rady zbyt są potrzebne i Wiktorowi i tobie. To téż przygotuję wszystko, ażeby za wami zdążyć.
Julia pojechała w towarzystwie panny służącéj i starego wojaka, który galopował przy drzwiczkach powozu i czuwał nad bezpieczeństwem swojéj pani. W nocy przyjeżdżając do jakiéjś poczty przed Blois, Julia zaniepokojona turkotem powozu, który jechał za nią od Amboise, wyjrzała oknem, ażeby zobaczyć jakich ma towarzyszów podróży, i przy świetle księżyca ujrzała Artura stojącego o trzy kroki z oczyma wlepionemi w jéj powóz. Oczy ich spotkały się. Hrabina szybko rzuciła się w głąb’ z sercem bijącém trwogą.
Jak każda prawdziwie niewinna i niedoświadczona kobieta, upatrywała błąd w téj miłości niechcący natchnionéj i czuła instynktową trwogę, wzbudzoną może poczuciem własnéj słabości wobec tak odważnego natarcia. Jest to silną bronią dla mężczyzny ta moc narzucania się żywéj wyobraźni kobiecéj, która trwoży się lub oburza jego uczuciem.
Hrabina przypomniała sobie rady ciotki i postanowiła przez czas podróży nie wychylać się wcale z karety. Ale na każdéj stacyi słyszała, jak Anglik przechadzał się koło obydwóch powozów, a na drodze słyszała turkot jego koczyka. Młoda kobieta pomyślała sobie, że skoro raz połączy się z mężem, Wiktor potrafi ją obronić od tak szczególnego prześladowania.
— A jednak gdyby ten młody człowiek mnie nie kochał?
Była-to ostatnia już uwaga, bo przyjeżdżając do Orleanu kareta jéj została zatrzymana przez Prussaków; wprowadzona w dziedziniec oberży i strzeżona przez żołnierzy. Opór był niemożebny. Cudzoziemcy wytłómaczyli podróżnym dobitnemi znakami, że mieli rozkaz nikogo nie wypuścić z karety. Hrabina przez dwie godziny płakała, będąc uwięzioną pomiędzy żołnierzami, którzy palili fajki, śmieli się i czasem spoglądali na nią z impertynencką ciekawością, aż w końcu ujrzała jak rozstępowali się z uszanowaniem słysząc tentent kilku koni. Zbliżyło się do niéj kilku obcych wyższych oficerów z generałem austryackim na czele.
— Pani — rzekł generał — przyjm nasze przeproszenie, zaszła pomyłka, możesz bez trwogi jechać daléj, oto paszport, który nadal uwolni panią od wszelkiéj możliwéj nieprzyjemności.
Hrabina cała drżąca wzięła paszport i wyjąkała słowa podzięki. Przy generale ujrzała Artura w ubiorze oficera angielskiego; jemu to zapewne zawdzięczała rychłe uwolnienie. Młody Anglik zarazem smutny i uradowany odwrócił głowę i tylko ukradkiem śmiał na nią spoglądać.
Dzięki paszportowi pani d’Aiglemont bez przypadku dojechała do Paryża. Zastała tam swego męża, który uwolniony od przysięgi wierności, złożonéj Napoleonowi, został jak najlepiéj przyjęty przez hrabiego d’Artois mianowanego namiestnikiem królestwa przez Ludwika XVIII, i pomieszczony w przybocznéj gwardyi w stopniu generała.
Wpośród zabaw urządzanych z powodu powrotu Burbonów spadło na biedną Julią wielkie nieszczęście, które miało boleśnie zaciążyć nad jéj przyszłością. Straciła hrabinę de Listomère-Landon. Staruszka umarła z radości i podagry, która przystąpiła do serca, gdy hrabina znowu zobaczyła się w Tours z księciem Angoulême.
Tak więc jedyna osoba mająca prawo oświecić Wiktora i która przez zręczne rady mogła pojednać męża i żonę, umarła. Julia uczuła całą doniosłość téj straty. Była sama wobec swego położenia. Ale młoda i nieśmiała wolała cierpiéć raczéj niżeli się skarżyć. Doskonałość charakteru nie pozwalała jéj unikać dopełnienia jakiegobądź obowiązku, albo nawet poszukiwać powodu swoich cierpień. Czyniąc to Julia lękała się obrazić swą dziewiczą skromność.
Słówko o losach pana d’Aiglemont za Restauracyi.
Spotyka się na świecie wielu ludzi, których głęboka nicość jest tajemnicą dla większéj części przestających z niemi osób. Wysokie położenie, ród szlachetny, ważne obowiązki, pozory światowości, wielka oględność w postępowaniu albo téż oślepiający wpływ bogactwa strzeże ich od bystrego oka i nie dopuszcza krytycznego sądu. Ci ludzie podobni są do królów, których prawdziwa miara, charakter i obyczaje nie mogą być nigdy dobrze znane ani ocenione sprawiedliwie, gdyż są widziani albo ze zbyt blizka albo nadto zdaleka. Takie osobistości o fałszywych zasługach pytają zamiast mówić i mają talent wyprowadzać innych na scenę, ażeby od siebie samych odwrócić uwagę, a potém ze szczęśliwą zręcznością umieją każdego ciągnąć za nitkę namiętności lub interesu, tym sposobem robią sobie igraszkę z ludzi o wiele wyższych od siebie, którzy służą im za maryonetki i sądzą ich małemi dlatego, że potrafili poniżyć ich do swojéj miary. Oni to korzystają z tryumfu myśli poziomych ale stałych, nad ruchliwością wielkich idei. To téż, ażeby osądzić te puste głowy i zważyć ich ujemną wartość, postrzegacz musi posiadać umysł więcéj subtelny niż polotny, miéć więcéj cierpliwości niż doniosłości wzroku, więcéj zręczności i taktu niż potęgi i wielkości w myślach. Jednakże jakkolwiek podobni uzurpatorowie są zręczni w obronie swoich stron słabych, trudno im jest omylić swoje żony, matki, dzieci lub przyjaciół domu; ale te osoby za zwyczaj dotrzymują im sekretu w rzeczy tyczącéj się wspólnego interesu i niejako wspólnego honoru, a często nawet pomagają im w olśnieniu świata. Jeśli zaś dzięki podobnym domowym spiskom wielu głupców uchodzi za rozumnych, stanowi to niejaką kompensatę za tylu ludzi wyższych, którzy znowu uchodzą za głupców i tym sposobem społeczeństwo posiada zawsze równą liczbę pozornych zdolności. Jaką jednak jest rola kobiety wobec męża tego rodzaju? Jakież-to egzystencye pełne bólów i poświęceń, za które nic tutaj na ziemi nagrodzić nie może serc pełnych miłości! Niech się kobieta silna znajdzie w podobném położeniu, a wyjdzie z niego kosztem zbrodni jak Katarzyna II pomimo to przezwana wielką. Ale ponieważ nie wszystkie kobiety są na tronie, najczęściéj stają się ofiarą nieszczęść domowych nie mniéj wielkich dlatego, że są nieznane. Te, które szukają pociechy, często zmieniają tylko cierpienia, jeśli chcą pozostać wierne swoim obowiązkom, albo téż popełniają błędy, jeśli gwałcą prawa dla dogodzenia swoim namiętnościom.
Te wszystkie uwagi dadzą się przystosować do tajemnéj historyi Julii.
Dopóki istniał Napoleon, hrabia d’Aiglemont pułkownik jak wielu innych, dobry oficer służbowy, wywiązujący się wiernie z niebezpiecznych missyj, ale nie zdolny objąć ważniejszego dowództwa, nie budził żadnéj zazdrości. Uważano go za jednego z tych mężnych, których lubił Napoleon i był tém, co nazywają wojskowi dobrym chłopcem.
Restauracya oddając mu tytuł margrabiego nie znalazła w nim niewdzięcznika; wraz z Burbonami udał się do Gandawy. Ten akt logiki i wierności zadał kłam przepowiedni teścia, który utrzymywał, że zięć jego pozostanie zawsze pułkownikiem.
Za drugim powrotem pan d’Aiglemont mianowany generał-lejtnantem i powrócony do tytułu margrabiego zapragnął zostać parem, przejął się więc zasadami i polityką Konserwatora, otoczył się tajemniczością, która nic nie kryła, stał się poważnym, pytającym, małomównym, został okrzyczany jako człowiek głęboki. Zasłaniał się formułami grzeczności, pamiętał i umiał powtarzać gotowe frazeza, które wyrabiają się w Paryżu jakby na to, żeby dać poznać głupcom za pomocą téj obiegowéj monety znaczenie wielkich idei i wielkich faktów, tym sposobem zaczął wkrótce uchodzić w świecie za człowieka ze smakiem i nauką. Uparty w uprzedzeniach arystokratycznych był sławiony jako posiadający piękny charakter. Jeśli zaś przypadkiem stawał się niedbały i wesoły jak niegdyś, wówczas jego niepomyślnym frazesom nadawano tajemnicze znaczenie dyplomatyczne, jakie nigdy nie postało w jego myśli.
— Och! on mówi to tylko, co chce powiedziéć — twierdzili nieraz bardzo zacni ludzie.
Dodatnie strony były mu równie pożyteczne jak wady. Odwaga nadawała mu sławę wojenną, któréj nigdy na szwank nie naraził nie mając naczelnego dowództwa. Rysy jego zdawały się odbijać umysł męzki i szeroki, a twarz ta była kłamstwem jedynie w oczach żony. Słysząc, jak wszyscy oddawali sprawiedliwość jego przyprawnym talentom, margrabia d’Aiglemont sam uwierzył w końcu, że jest jednym z najznakomitszych ludzi ówczesnego dworu, gdzie dzięki powierzchowności umiał się podobać i gdzie jego papiery wartościowe były przyjęte bez sprawdzenia.
Jednakże pan d’Aiglemont był skromnym w domu, czuł instynktownie wyższość żony, jakkolwiek ona była tak młodą, i z tego poszanowania powstała tajemna władza, któréj ciężar choć niechętnie margrabina przyjąć musiała. Jako doradczyni męża ona kierowała jego czynami i fortuną. Ten wpływ przeciwny naturze był dla niéj źródłem wielu zmartwień ukrytych w głębi serca. Naprzód delikatny instynkt niewieści mówił jéj, że jest daleko chlubniéj słuchać człowieka zdolnego niż prowadzić niedołęgę, i że młoda małżonka zmuszona myśléć i działać za męża, nie jest ani kobietą ani mężczyzną, wyrzeka się wdzięku płci swojéj zatracając jéj charakter, a nie osięga żadnego z przywilejów, które nasze prawa zapewniły silniejszym.
Byt jéj sam wydawał się szyderstwem. Była zmuszona czcić puste bożyszcze, protegować swego protektora a jako zapłatę za to nieustanne poświęcenie, ten, co był jego celem, rzucał jéj jedynie samolubną miłość małżeńską, widział w niéj jedynie kobietę i nie raczył czy nie umiał — a jedno jest równie obraźliwe jak drugie — zająć się jéj szczęściem ani przyczyną jéj smutku.
Jak wszyscy prawie mężowie, którzy czują jarzmo wyższego umysłu, margrabia bronił swojéj miłości własnéj i uważał Julią za równie słabą umysłowo jak fizycznie, ubolewał nad nią i miał urazę do losu, który dał mu za żonę słabowitą panienkę. Słowem miał się za ofiarę, kiedy sam był katem.
Margrabina obciążona boleścią smutnego bytu, musiała uśmiechać się do swego niedołężnego władcy, stroić kwiatami dom żałobny i kłamać szczęście z twarzą pobladłą od mąk ukrytych.
Ta odpowiedzialność, to wspaniałe zapomnienie siebie nadały młodéj margrabinie godność niewieścią i poczucie cnoty, które służyły jéj za tarczę pośród niebezpieczeństw świata. A potém może to domowe nieszczęście wieńczące pierwszą jéj naiwną miłość dziewiczą przejęło ją wstrętem dla namiętności; może nie rozumiała ani ich władzy ani tych rozkoszy wzbronionych a upajających, dla których kobiety zapominają czasem praw rozsądku i zasad cnoty, na których opiera się społeczeństwo.
Wyrzekła się ona jak marzenia, słodyczy pożycia obiecywanych jéj przez doświadczoną panią de Listomère i z rezygnacyą czekała końca swoich cierpień, bo spodziewała się umrzéć młodo.
Od czasu powrotu z Tourainy zdrowie jéj było coraz chwiejniejsze i życie jéj zdawało się mierzyć cierpieniem, cierpienie to było wytworne a choroba z pozoru mogła uchodzić za wymysł rozpieszczenia. Doktorzy nakazali margrabinie spoczynek, leżała więc na sofie otoczona kwiatami, więdnąc jak one. Osłabienie nie pozwalało jéj ani chodzić, ani używać świeżego powietrza, wyjeżdżała jedynie zamkniętym powozem. Otoczona wszystkiemi wymysłami nowożytnego przemysłu i zbytku, podobną była raczéj do próżniaczéj królowéj niż do choréj.
Kilku przyjaciół rozkochanych może w jéj nieszczęściu i słabości, pewnych, że zawsze zastaną ją w domu, a może rachując na powrót do zdrowia, przynosiło jéj wiadomości i to mnóztwo małych wypadków, które czynią Paryż tak zajmującym. Smutek więc jéj był zawsze smutkiem bogactwa. Margrabina d’Aiglemont podobną była do pięknego kwiatu, w którego korzeniu gnieździ się czarny robak.
Bywała czasami w świecie nie z przyjemności ale z powodu wysokiego położenia, do którego mąż jéj wzdychał. Głos i doskonałość śpiewu pozwalały jéj zbierać oklaski zawsze przyjemne dla młodéj kobiety. Ale na cóż jéj służyły tryumfy? nie budziły w niéj ani uczuć ani nadziei. Mąż nie lubił muzyki.
Zresztą była prawie zawsze onieśmielona w salonach, gdzie piękność jéj ściągała mnóztwo hołdów. Położenie, w jakiém się znajdowała, powodowało litość pełną okrucieństwa i smutną ciekawość. Dotknięta była zapaleniem często śmiertelném, które kobiety powierzają sobie na ucho a dla którego nasz język nie wynalazł jeszcze właściwego nazwiska. Pomimo milczenia w jakiém upływało jéj życie, powód jéj cierpień dla nikogo nie był tajemnicą.
Zawsze dziewiczą, pomimo małżeństwa, każde spojrzenie nabawiało wstydu, to téż, ażeby nie miéć powodów rumienienia się, ukazywała się w świecie wesoła i śmiejąca, udawała wesołość i zdrowie, ażeby uprzedzić zapytania.
W roku 1817 zrozpaczony stan, w jakim znajdowała się Julia, uległ znacznéj zmianie, urodziła jéj się córka i sama chciała ją karmić. Przez dwa lata żywe radości i niepokoje macierzyństwa uczyniły jéj życie mniéj nieszczęśliwém. Była naturalnie rozdzielona z mężem i doktorzy wróżyli jéj powrót do zdrowia, ale ona nie wierzyła temu, jak wszyscy ci, dla których życie nie ma uroku, uważała może śmierć za szczęśliwe rozwiązanie trudności bytu.
Na początku roku 1819 położenie jéj stało się okropniejszém niż kiedykolwiek. W chwili kiedy cieszyła się swojém negatywném szczęściem, spostrzegła koło siebie straszliwe przepaści.
Mąż stopniowo odzwyczaił się od niéj. To oziębienie już i tak chłodnego i samolubnego stosunku mogło sprowadzić wiele nieszczęść; subtelny takt ostrzegał ją o tém. Chociaż była pewną wielkiego wpływu na męża i niezmiennego szacunku, przecież musiała lękać się namiętności dla człowieka tak pełnego miłości własnéj, nierozwagi i takiéj moralnej nicości.
Często przyjaciele zastawali Julią pogrążoną w długich zamyśleniach; najmniéj domyślni pytali żartobliwie o powód, jak gdyby młoda kobieta mogła jedynie myśléć o drobiazgach, jak gdyby zamyślenie matki rodziny nie miało zwykle głębokiego znaczenia. Zresztą prawdziwe nieszczęście tak samo jak szczęście prowadzi do zadumy.
Czasem bawiąc się ze swoją Helenką, Julia spoglądała na nią ponuro i nie odpowiadała na dziecinne pytania, które zazwyczaj tyle przyjemności sprawiają matkom, zapytywała wówczas przeszłości i przyszłości o swój własny los, a jeśli cokolwiek przypominało jéj scenę na rewii w Tuileries, oczy jéj napełniały się łzami. Prorocze słowa ojca przychodziły jéj na myśl; wymawiała sobie, że nie pojęła ich mądrości. Z tego nieposłuszeństwa poszły wszystkie jéj cierpienia a prawdziwie teraz nie wiedziała, jakie było najtrudniejszém do zniesienia.
Nie tylko wszystkie skarby jéj duszy były niepoznane, ale niepodobna jéj było nawet w rzeczach powszednich życia porozumiéć się z mężem. W chwili właśnie kiedy rozwijała się w niéj władza kochania coraz silniéj i czynniéj, miłość dozwolona, miłość małżeńska nikła wśród fizycznych i moralnych udręczeń. A przytém miała dla męża tę litość blizką pogardy, która w końcu niszczy wszelkie uczucia. Wreszcie gdyby rozmowy z kilku przyjaciołmi, przykłady wielkiego świata nie powiedziały jéj, że miłość przynosi największe szczęście; jeszczeby własne rany zmusiły ją odgadnąć głębokie i czyste rozkosze płynące z połączenia dwóch dusz bratnich.
W obrazach przeszłości, łagodna postać Artura rysowała się codzień wyraźniéj i codzień piękniéj, ale znikała szybko, bo ona nie śmiała zatrzymywać się nad nią. Milcząca miłość młodego Anglika był-to jedyny wypadek, który od czasu małżeństwa pozostawił słodki ślad w jéj sercu osamotnioném i posępném.
Może wszystkie zawiedzione nadzieje, wszystkie poronione pragnienia, które stopniowo osmucały duszę Julii przenosiły się grą wyobraźni na człowieka, którego obejście, charakter i uczucia miały tyle podobieństwa z jéj własnemi. Ale myśl ta podobną była do znikomego snu. Po tym śnie niepodobnym zamkniętym westchnieniem, Julia budziła się jeszcze nieszczęśliwsza i czuła lepiéj jeszcze cierpienia, skoro uśpiła je na chwilę pod skrzydłem wymarzonego szczęścia.
Czasem żal jéj stawał się gwałtownym i szalonym, chciała szczęścia jakimbądź kosztem, ale częściéj jeszcze zostawała w stanie apatyi i osłupienia, słuchała nie rozumiejąc lub gubiła się w tak nieokreślonych myślach, że nie znajdowała słów do ich wypowiedzenia.
Zraniona w swoich najtajniejszych chęciach, w obyczajach, o których marzyła niegdyś jako młoda dziewczyna, była zmuszoną połykać łzy. Komuż byłaby się poskarżyła? Ktoby ją wysłuchał? Posiadała tę najwyższą delikatność niewieścią, ten cudny wstyd uczucia, co głuszy skargi daremne i każe zrzec się wygranéj, kiedy ta wygrana ma poniżyć i zwycięzcę i zwyciężonego.
Julia próbowała przelać swoje własne zdolności i cnoty w pana d’Aiglemont i chwaliła się szczęściem, którego nie miała. Cały jéj dowcip kobiecy użyty był daremnie na oszczędzanie człowieka, którego tym sposobem gruntowała despotyzm. Chwilami była jakby pijana nieszczęściem, bez myśli, bez wędzidła, ale szczęściem prawdziwa pobożność utrzymywała w niéj ostateczną nadzieję; chroniła się do przyszłego życia i ta cudna wiara kazała jéj znosić swój ciężki byt. Te straszne walki, te wewnętrzne rozterki były bez sławy, długie smutki nie miały powierników. Żadna ludzka istota nie widziała jéj obumarłych spojrzeń, jéj łez gorzkich rzucanych samotności.
Niebezpieczeństwa położenia, do jakiego margrabina doszła nieznacznie samą siłą okoliczności, ukazały jéj się w całéj grozie podczas styczniowego wieczora w r. 1820.
Kiedy małżonkowie poznają się doskonale i przyzwyczają do siebie; kiedy kobieta umie wytłómaczyć najmniejszy ruch męża i może odgadnąć uczucia albo fakta, które ukrywa: wtedy nagłe blaski powstają, często po rozmyśle w skutek uwag poprzednich pochodzących z wypadku lub ze słów rzuconych niedbale. Kobieta często budzi się nad przepaścią. Tym sposobem margrabina szczęśliwa z samotności, w jakiéj mąż ją zostawiał od pewnego czasu, odkryła jéj przyczynę. Niestały czy znudzony, wspaniałomyślny czy miłosierny mąż nie należał już do niéj.
W téj chwili nie pomyślała o sobie, o własnych cierpieniach lub ofiarach, była tylko matką, widziała tylko majątek, przyszłość i szczęście córki. Córki! jedynéj istoty, która dawała jéj trochę szczęścia i wiązała ją do życia. Teraz Julia żyć chciała, ażeby uchronić swoje dziecko od okropnego jarzma, którém macocha mogła zgnębić życie téj drogiéj istoty. I wśród téj nowej troski o złą przyszłość córki zapadła w jedno z tych palących marzeń, co pożerają lata całe. Odtąd pomiędzy nią a mężem miały być całe światy myśli, których ciężar spadał na nią jedną.
Do téj chwili pewna, że Wiktor kochał ją, ile tylko to było w jego mocy, poświęcała się dla jego szczęścia, chociaż go nie podzielała; ale dziś przekonawszy się, że jéj łzy nie były warunkiem jego radości, sama na świecie mogła tylko wybierać pomiędzy cierpieniami.
Wśród bezsilności, jaka ogarniała ją w ciszy i spokoju nocy, w chwili gdy powstając z kanapy od wygasłego ognia szła przy blasku lampy spojrzéć suchém okiem na uśpioną córkę, pan d’Aiglemont powrócił do domu cały rozradowany.
Julia kazała mu zachwycać się snem Helenki; ale on odpowiedział na entuzyazm żony oklepanym frazesem:
— W tym wieku wszystkie dzieci są ładne.
Potém ucałowawszy niedbale czoło córki, zapuścił firanki nad jéj kołyską, spojrzał na Julią, wziął ją za rękę i przyprowadził do kanapy, na któréj odbyła tak bolesne dumanie przed chwilą.
— Jesteś dziś wieczór bardzo piękna, pani d’Aiglemont — zawołał z tą nieznośną wesołością, któréj margrabina znała całą próżnię.
— Gdzie przepędziłeś wieczór? — spytała, udając głęboką obojętność.
— U pani de Sérizy.
Wziął ekran z kominka i przypatrywał się transparentowi uważnie, nie widząc wcale śladu łez wylanych przez żonę. Julia zadrżała. Słów-by brakło na oddanie potoku myśli, które zalewały jéj serce i które powstrzymać musiała.
— Pani de Sérizy daje koncert w przyszły poniedziałek i umiera z chęci posiadania cię na nim. Tak dawno już nie pokazałaś się w świecie, iż nie dziw, że miéć cię pragnie u siebie. To dobra kobieta i bardzo cię kocha. Zrobiłabyś mi wielką przyjemność, przyjmując zaproszenie, prawie obiecałem, że będziesz...
— Będę — odpowiedziała Julia.
Głos, jakim wymówiła te słowa, wzrok, jakim na niego rzuciła, były tak dojmujące, że pomimo zwykłéj nieuwagi swojéj Wiktor spojrzał ze zdziwieniem na żonę. To było wszystko. Julia odgadła, że pani de Sérizy była tą kobietą, która zabrała jéj serce męża.
Zatopiła się w rozpaczliwéj zadumie i zdawała się spoglądać na ogień z wielkiém zajęciem.
Wiktor obracał w ręku ekran z miną znudzoną, jak człowiek co używszy szczęścia gdzieindziéj, przynosi do swojego domowego ogniska znużenie tylko. Ziewnął parę razy, wziął jedną ręką świecę a drugą niedbale szukał szyi żony i chciał ją pocałować; ale Julia pochyliła się, podała mu czoło i w ten sposób odebrała wieczorny pocałunek, a ten pocałunek machinalny bez miłości wydał jéj się ohydnym.
Kiedy Wiktor zamknął drzwi za sobą, upadła na sofę, kolana jéj drżały, zalała się łzami. Trzeba znać mękę podobnéj sceny, ażeby zrozumiść[5] takie ukryte boleści; ażeby odgadnąć długie i straszne dramata w niéj biorące początek. Te proste i bezmyślne słowa, te milczenia pomiędzy małżonkami, ruchy, spojrzenia, wyraz, z jakim margrabia usiadł przy ogniu, sposób pocałowania żony, wszystko złożyło się na to, by uwydatnić w téj godzinie tragiczne rozwiązanie samotnego życia Julii.
W szaleństwie swojém padła na kolana, ukryła głowę w poduszkach sofy, by nic nie widziéć i nic nie słyszéć, i modliła się nadając zwykłym słowom modlitwy dojmujący wyraz, który rozdzierałby serce jéj małżonka, gdyby go był słyszał.
Przez osiem dni rozmyślała nad swoją przyszłością, nad swojém nieszczęściem, w które się wpatrywała. Próbowała znaléźć sposób, aby nie przeniewierzyć się własnemu sercu, odzyskać władzę nad margrabią i żyć dość długo, by czuwać nad szczęściem córki. Postanowiła walczyć ze swoją rywalką, znów pokazać się w świecie, błyszczéć w niém, udawać miłość dla męża, któréj już miéć nie mogła i podobać mu się, a potém gdy znowu podda go swojéj władzy, być z nim zalotną jak te kapryśne kobiety, co dla przyjemności męczą swoich kochanków. Te wstrętne zabiegi mogły jedynie uleczyć jéj cierpienia. Tym sposobem stałaby się ich panią, mogłaby je regulować według woli, uczynić je rzadszemi i razem owładnęłaby mężem i trzymała go pod strasznym despotyzmem. Bez wyrzutu sumienia narzucała mu podobnie trudne życie. Od razu zdobyła się na chłodne obrachunki obojętności. Ażeby zbawić przyszłość swojéj córki odgadła odrazu zdrady i kłamstwa bezmiłosnych istot, fałsze kokieteryi i te okrutne igraszki wzbudzające tak głęboką nienawiść w mężczyznach, którzy wówczas wyobrażają sobie, że kobiety mają wrodzone zepsucie.
Bez wiedzy Julii, jéj miłość własna niewieścia, interes i nieokreślona chęć zemsty razem z miłością macierzyńską popychały ją na drogę, na któréj spotkać ją miały nowe boleści. Ale dusza jéj była zbyt piękną, umysł zanadto subtelny a szczególniéj posiadała zbyt wiele szczerości, by długo oszukiwać samę siebie. Przyzwyczajona czytać w głębi swéj istoty, na pierwszym kroku do zepsucia, bo to, co zamierzała, było zepsuciem, krzyk jéj sumienia miał zagłuszyć głos namiętności i samolubstwa. W młodéj kobiecie, któréj serce jest jeszcze czyste a miłość pozostała dziewiczą, macierzyństwo nawet poddane jest wstydliwości, a wstydliwość nie jest-że samą istotą kobiety? Ale Julia nie chciała widziéć żadnego niebezpieczeństwa, żadnego błędu w swojém nowém życiu. Pojechała do pani de Sérizy. Rywalka spodziewała się ujrzéć kobietę bladą, osłabioną, tymczasem margrabina uróżowana ukazała się w całym blasku stroju, który podnosił jéj piękność.
Hrabina de Sérizy była jedną z tych kobiet, co chcą w Paryżu panować nad światem; wydawała wyroki, a te przyjęte w otaczającém ją kole, zdawały jéj się nieodwołalne, miała pretensyą do tworzenia dowcipnych słów, nadewszystko jednak lubiła sądzić. Literatura, polityka, mężczyźni i kobiety, wszystko to przechodziło pod jéj cenzurę, sama zaś zdawała się nie uznawać żadnéj. Dom jéj był wzorem dobrego smaku. W jéj własnym salonie napełnionym pięknemi, wytwornemi kobietami, Julia odniosła nad nią tryumf. Dowcipna, żywa, ruchliwa, miała wkoło siebie najbardziéj dystyngowanych mężczyzn tego wieczoru. Strój jéj był bez zarzutu, co doprowadzało kobiety do rozpaczy, wszystkie zazdrościły jéj kroju stanika i wszystkie przypisały efekt, jaki sprawił, nieznanemu geniuszowi modystki, bo już to wogóle kobiety wolą wierzyć we wszechmoc gałganków, niż w doskonałość kształtów i wdzięk tych, co je noszą.
Kiedy Julia wstała, by pójść do fortepianu i zaśpiewać aryą Desdemony, mężczyźni zbiegli się ze wszystkich salonów, ażeby usłyszéć ten sławny głos od tak dawna milczący, i stała się wielka cisza.
Margrabina uczuła żywe wzruszenie widząc głowy cisnące się we wszystkich drzwiach i wszystkie oczy na siebie zwrócone. Szukała wzrokiem męża, rzuciła mu pełne zalotności spojrzenie i ujrzała z radością, że jego miłość własna była mocno połechtana. Szczęśliwa ze swego tryumfu zachwyciła zgromadzenie pierwszą częścią aryi Assis’ al pié d’un salice. Nigdy ani Malibran ani Pasta nie wydały doskonalszych i bardziéj wzruszających dźwięków. Ale w chwili gdy miała zacząć drugą zwrotkę, spojrzała na otaczających i zobaczyła wpośród nich Artura, którego oczy z niéj nie schodziły. Zadrżała i głosu jéj zbrakło.
Pani de Sérizy rzuciła się ku margrabinie.
— Co ci jest, moja droga? Oh! biedna, ona taka cierpiąca, drżałam, widząc, że rozpoczynasz rzecz nad twoje siły...
Śpiew został przerwany, Julia nie miała odwagi zostać przy fortepianie i musiała znieść zdradliwą litość swojéj rywalki. Wszystkie kobiety szeptały i rozważając zaszłe wydarzenie, zrozumiały rozpoczętą walkę pomiędzy margrabiną a panią de Sérizy i téj ostatniéj nie szczędziły obmowy. Dziwne przeczucia, które tyle razy dręczyły Julią, sprawdziły się nagle. Zajmując się Arturem lubiła myśléć, że człowiek z pozorem tak łagodnym i delikatnym musiał pozostać wierny swéj pierwszéj miłości. Czasem pochlebiała sobie, że to ona właśnie była przedmiotem téj pięknéj i czystéj namiętności młodzieńca, że wszystkie myśli jego należały do ukochanéj, wszystkie momenta jéj były poświęcone; wyobrażała sobie, że w miłości on nie miał żadnych wykrętów ani fałszów, że rumieni się tém, co rumieni kobietę, że czuje jak kobieta, że nie da on jéj nigdy rywalki, i odda jéj się cały bez myśli o ambicyi, sławie lub interesie. Marzyła to wszystko o Arturze w chwilach szaleństwa dla omylenia serca, a zdawało jéj się teraz, że marzenie zostało spełnione.
Wyczytała na kobiecéj twarzy młodego Anglika głębokie myśli, łagodne smutki i bolesne rezygnacye, których sama była ofiarą. Poznała siebie w nim. Nieszczęście i smutek są najwymowniejszemi tłómaczami miłości i łączą dwie istoty cierpiące z nieskończoną szybkością. To téż głębokość wrażenia, jakie sprawiła na niéj obecność Artura, odkryła margrabinie niebezpieczeństwa przyszłości. Zbyt szczęśliwa z pretekstu osłabienia, jaki nastręczył jéj się w téj chwili, pozwoliła się przygnieść fałszywéj litości pani de Sérizy.
Przerwanie aryi było wypadkiem, o którym mówili wszyscy w sposób rozmaity. Niektórzy żałowali Julii i ubolewali, iż tak niepospolita kobieta była niemal stracona dla świata; inni odgadywali powody jéj cierpień i samotności.
— Ach! mój drogi — mówił margrabia do brata pani de Sérizy pana de Ronquerolles — zazdrościłeś mi szczęścia, widząc panią d’Aiglemont i wymawiałeś mi, że jestem jéj niewierny. Znalazłbyś mój los wcale nieprzyjemny, gdybyś tak jak ja pozostawał przez dwa lata wobec ładnéj kobiety i nie mógł pocałować ją w rękę ze strachu, by jéj nie połamać. Nie bierz nigdy podobnie delikatnego cacka, co trzeba postawić za szkłem, są to rzeczy tak kosztowne a tak znikome, że wymagają straszliwego poszanowania. Czy często siadasz na tego pięknego konia, dla którego lękasz się ulewy i śniegu? Oto moja historya. Prawda, że jestem pewny cnoty mojéj żony; ależ moje małżeństwo jest rzeczą zbytkową, jeśli sądzisz, że mam istotnie żonę, to się bardzo mylisz. To téż jeśli popełniam niewierności, mam do nich poniekąd prawo. Ciekawym, wy co się śmiejecie, jak postąpilibyście na mojém miejscu? Wielu ludzi nie oszczędzałoby mojéj żony, jak ja to czynię. Jestem przekonany — dodał pocichu — że pani d’Aiglemont niczego się nie domyśla. Nie powinienem się skarżyć, jestem bardzo szczęśliwy... Tylko nie ma większéj przykrości dla człowieka tkliwego, jak widziéć ciągłe cierpienia biednéj istoty, którą się kocha...
— Ty więc musisz miéć bardzo wiele tkliwości — odparł pan de Ronquerolles — bo nigdy nie jesteś w domu.
Ten przyjacielski żart wzbudził śmiech ogólny, tylko Artur pozostał zimny i nieporuszony, jak przystało na gentlemana, którego zasadą charakteru była powaga. Szczególne zwierzenia tego męża obudziły zapewne jakieś nadzieje w młodym Angliku, bo czekał cierpliwie chwili, kiedy mógł być sam na sam z panem d’Aiglemont; a gdy ta się zdarzyła, rzekł do niego:
— Panie, widzę z prawdziwą przykrością stan pani margrabiny, a gdybyś pan wiedział, że z powodu braku właściwego postępowania umrze niechybnie, zdaje mi się, żebyś pan w żart nie obracał jéj cierpień. Jeśli przemawiam w ten sposób, to jedynie z powodu, że potrafiłbym uratować panią d’Aiglemont i powrócić ją życiu i szczęściu. Jest rzeczą dziwną, by człowiek mego położenia był doktorem, przecież w skutek zbiegu okoliczności uczyłem się medycyny. A teraz nudzę się tak bardzo — dodał, udając zimny egoizm, którego pozór był mu teraz potrzebny — iż wolałbym poświęcić mój czas i moje podróże na korzyść istoty cierpiącéj, niż iść za popędem bezmyślnych fantazyj. Wyleczenia tego rodzaju chorób bywają rzadkie, gdyż wymagają bardzo wiele starania, czasu i cierpliwości; nadewszystko trzeba być bogatym, podróżować i słuchać skrupulatnie przepisów zmieniających się ciągle a nie mających nic przykrego. Jesteśmy obydwaj gentlemeni — dodał, nadając temu wyrazowi angielskie znaczenie — i sądzę, że możemy się porozumiéć. Jeśli przyjmiesz pan moję propozycyą, będziesz zawsze sędzią mego postępowania, nie przedsięwezmę nic bez pańskiéj rady i dozoru i zaręczam za skutek, jeśli znajdę posłuszeństwo. Jeśli przez długi czas nie będziesz pan mężem pani d’Aiglemont — dodał na ucho.
— To pewna, milordzie — odparł, śmiejąc się margrabia — że tylko Anglik uczynić może podobnie dziwaczną propozycyą. Pozwól mi, że ani jéj przyjmę ani odrzucę teraz, pomyślę nad nią. A potém, przedewszystkiém musi być poddaną mojéj żonie.
W téj chwili Julia ukazała się znowu przy fortepianie. Zaśpiewała aryą z Semiramidy: Son regina, son guerriera. Poklask ogólny, ale poklask głuchy, jeśli tak wyrazić się można, grzeczny poklask przedmieścia Ś-go Germana dowiódł ogólnego zapału, jaki wywołała.
Kiedy d’Aiglemont przywiózł żonę do domu, Julia spostrzegła z radością i niepokojem szybki skutek swoich zabiegów. Mąż jéj zbudzony rolą odegraną przez nią, chciał zaszczycić ją swoim kaprysem, przypadła mu do gustu jakby jaka aktorka. Takie postępowanie względem niéj, która była mężatką i cnotliwą w dodatku, wydało jéj się zabawne. Spróbowała bawić się swoją władzą i w téj pierwszéj walce uległa przez dobroć serca raz jeszcze, ale była to najokropniejsza nauka, jaką los jéj chował.
Około drugiéj czy trzeciéj godziny w nocy siedziała w łóżku ponura i zamyślona, lampa o przyćmioném świetle słabo oświecała pokój, panowało w nim najzupełniejsze milczenie. Od godziny margrabina pogrążona w wyrzutach sumienia wylewała łzy, których gorycz zrozumieją jedynie kobiety będące w jéj położeniu. Trzeba było miéć duszę Julii, ażeby czuć jak ona okropność wyrachowanéj pieszczoty i czuć się jak ona poniżoną zimnym pocałunkiem, tém przeniewierstwem serca. Pogardzała sama sobą, przeklinała małżeństwo, pragnęła śmierci i gdyby nie krzyk córki, byłaby może rzuciła się oknem na bruk uliczny.
Pan d’Aiglemont spał spokojnie przy niéj; nie obudziły go łzy gorące, które żona nad nim wylewała.
Nazajutrz Julia potrafiła być wesołą, znalazła siłę, by udawać szczęśliwą i pokryć nie już smutek ale nieopisany wstręt. Od dnia tego już się nie uważała za kobietę bez zarzutu. Czyż nie skłamała saméj sobie, czyż nie była zdolną do kłamstwa i czyż późniéj nie mogła pokazać zadziwiającéj przewrotności w grzechach małżeńskich? Małżeństwo to właśnie było powodem téj przewrotności a priori dotąd jeszcze nie użytéj.
Tymczasem ona już zapytywała saméj siebie, dlaczego miałaby się opierać człowiekowi, któregoby kochała, skoro oddawała się przeciw woli i sercu niekochanemu już mężowi. Wszystkie błędy i zbrodnie może spowodowane są fałszywém rozumowaniem lub wygórowaném samolubstwem. Społeczeństwo może istniéć jedynie za pomocą indywidualnych poświęceń, jakich wymagają prawa. Przyjmując dobrodziejstwa, jakie nam przynosi, musimy utrzymywać warunki jego bytu. Jednak nędzarz bez chleba, zmuszony szanować prawo własności, nie jest nieszczęśliwszy od kobiety zranionéj w swoich najdelikatniejszych uczuciach.
W kilka dni po téj scenie d’Aiglemont zaprezentował żonie lorda Grenville. Julia przyjęła go z zimną grzecznością, czyniącą zaszczyt jéj skrytości. Nakazała milczenie sercu, zagasiła spojrzenia, dodała mocy głosowi i tym sposobem pozostała panią swojéj przyszłości. A potém poznawszy całą głębokość miłości przez siebie natchnionéj za pomocą wrodzonego kobietom instynktu, pani d’Aiglemont uśmiechnęła się do nadziei zdrowia i nie sprzeciwiała się już woli męża, który chciał koniecznie, by poddała się przepisom młodego lekarza. Jednakże nie chciała zawierzyć lordowi Grenville, dopóki rozważając słowa i obejście Anglika, nie przekonała się, że był-to jeden z tych ludzi, co umieją cierpiéć w milczeniu. Posiadała nad nim absolutną władzę i już jéj nadużywała. Nie darmo była kobietą.
Montcontour jest-to starożytny zamek, stojący na skale, pod którym płynie Loara nie daleko od miejsca, gdzie Julia zatrzymała się w r. 1814. Jest to jeden z najpiękniejszych zamków Tourainy, biały, świeży, z rzeźbionemi wieżyczkami, podobnemi do koronki, jeden z tych drobnych, ślicznych zamków przeglądających się w rzece wraz z drzewami morwowemi, winnicami, długiemi krużgankami, piwnicami wykutemi w skale i rozpadlinami pokrytemi płaszczem bluszczów. Kiedy dachy Montcontour płoną pod promieniami słońca, wszystko tam jest płomieniste. Tysiące śladów Hiszpanii poetyzuje to śliczne miejsce, złote gencyanny i błękitne dzwonki nasycają woniami powietrze; niebo tu łagodne, ziemia się wszędzie uśmiecha i wszędzie słodkie czary spowijają duszę, rozemdlewają ją, kołyszą i czynią zdolną do miłości. To piękne miejsce usypia bóle a budzi namiętność, nikt nie może pozostać zimnym pod tém jasném niebem, przed temi igrającemi wodami. Tutaj milknie niejedna ambicya i chce się ukryć w spokojném szczęściu tak, jak co wieczór kryje się słońce wśród obsłon z purpury i lazuru.
W piękny wieczór sierpniowy roku 1821 dwie osoby szły w górę po kamienistéj drodze wiodącéj na skały, na których zbudowany jest zamek, zapewne, ażeby z wysoka zachwycać się pięknemi widokami odkrywającemi się na wszystkie strony. Była-to Julia i lord Grenville, ale tu Julia zdawała się zupełnie inną kobietą. Odzyskała ona świeże rumieńce zdrowia. Źrenice ożywione iskrzyły się wśród téj mgły wilgotnéj, co nadaje oczom dziecinnym wdzięk nieprzeparty. Uśmiechała się całém sercem, zdawała się szczęśliwa z tego, że żyje i że rozumie życie. Po sposobie, jakim podnosiła drobne stopy, można było zrozumiéć, że żadne cierpienie nie ociężało jéj ruchów, nie osłabiało jéj spojrzenia i słów. Pod białą jedwabną parasolką, broniącą ją od promieni słonecznych, podobną była do panny młodéj pod ślubnym welonem, dziewicy gotowéj do zachwytów miłości.
Artur prowadził ją ze starannością kochanka, jak się prowadzi dziecię, wybierał dla niéj najłatwiejszą drogę, unikał kamieni, pokazywał jéj piękne widoki lub przyprowadzał do kwiatu idąc za poszeptem swéj dobroci, wiedziony delikatnym instynktem i doskonałą znajomością téj kobiety. Uczucia te zdawały się u niego wrodzone tak jak dbałość o własną osobę.
Chora i jéj lekarz szli jednakim krokiem i nie dziwili się téj harmonii, istniała ona pomiędzy niemi od pierwszego dnia, w którym chodzili razem. Byli posłuszni jednéj woli, zatrzymywali się ulegając jednym wrażeniom; ich spojrzenia, ich słowa odpowiadały wzajemnym myślom. Gdy doszli oboje do szczytu winnicy, chcieli odpocząć na jednym z tych długich kamieni, jakie wydobywają ze skały przy kopaniu piwnic. Zanim usiadła na nim Julia, przyglądała się okolicy.
— Co za piękny kraj — zawołała. — Rozbijmy namiot i żyjmy tutaj. Wiktorze, chodź-że, chodź.
Pan d’Aiglemont odpowiedział z dołu myśliwskim okrzykiem, ale nie przyśpieszył kroku, tylko od czasu do czasu patrzał na żonę, skoro na to pozwalały nierówności gruntu.
Julia zaczerpnęła w piersi powietrza, podniosła głowę i rzuciła na Artura jedno z tych przebiegłych spojrzeń, któremi rozumna kobieta wypowiada całą myśl swoję.
— Och! — rzekła — chciałabym zostać tutaj nazawsze, czy można dość podziwiać tę piękną dolinę? Czy znasz nazwę tej ślicznéj rzeki, milordzie?
— To Ciza.
— Ciza — powtórzyła — a tam przed nami co to widać?
— To wzgórza Cher — odparł.
— A naprawo? Ach! to Tours, patrz pan, jak pięknie zdaleka wyglądają dzwonnice katedry!
Zamilkła i opuściła na dłoń Artura rękę wyciągniętą ku miastu. Oboje zachwycali się w ciszy okolicą, pięknościami téj natury pełnéj harmonii. Szmer wód, czystość powietrza i nieba, wszystko to łączyło się z myślami powstającemi tłumnie w ich młodych kochających sercach.
— O mój Boże, jak ja lubię to miejsce — powtórzyła Julia z naiwnym wzrastającym entuzyazmem. — Zamieszkiwałeś pan tu długo? — wyrzekła po chwili.
Na te słowa lord Grenville zadrżał.
— To tam — odparł smutnie pokazując gaj orzechowy na drodze — to tam będąc jeńcem ujrzałem panią po raz pierwszy.
— Tak, ale byłam wówczas bardzo nieszczęśliwą, natura zdawała mi się dziką, a teraz...
Zatrzymała się, lord Grenville nie śmiał na nią spojrzéć.
— To panu winnam wszystkie moje radości — wyrzekła wreszcie Julia po długiém milczeniu. — Trzeba najprzód żyć, aby ocenić przyjemność życia, a ja dotąd na wszystko byłam obumarła. Dałeś mi pan więcéj niż zdrowie, nauczyłeś mnie czuć jego całą cenę...
Kobiety mają nieporównany talent wypowiadania swoich uczuć bez użycia zbyt silnych wyrazów; wymowa ich leży głównie w akcencie, w ruchu, w spojrzeniu. Lord Grenville ukrył twarz w dłoniach, bo miał łzy w oczach. Ta podzięka była pierwszą, jaką usłyszał od Julii, od chwili wyjazdu z Paryża.
Przez cały ten rok otaczał ją staraniami z najwyższém poświęceniem. Wraz z panem d’Aiglemont zawiózł ją naprzód do Aix, potem na brzeg morza do Roszelli. Śledząc każdéj chwili zmiany, jakie jego uczone i proste przepisy wywoływały na znękanym organizmie Julii, hodował ją jak namiętny ogrodnik hoduje kwiat rzadki.
Margrabina zrazu zdawała się przyjmować inteligentne starania Artura z całém samolubstwem Paryżanki przywykłéj do męzkich hołdów, z niedbałością zalotnicy nie znającéj ani wartości rzeczy ani ludzi, która ceni ich tylko w miarę pożytku jaki jéj przynoszą.
Wpływ, wywierany na dusze przez miejsca, jest rzeczą godną zastanowienia. Jeśli melancholia opanowywa nas niezmiennie na brzegu wód, inne prawo naszéj wrażliwéj natury sprawia, że uczucia i myśli stają się czystsze na wysokościach. Namiętność zyskuje w nich na głębokości to, co traci z żywości swojéj.
Widok pięknéj doliny Loary, wyniosłość wzgórza, na którém kochankowie siedzieli, spowodowały w nich może rozkoszny spokój. Zatopieni używali szczęścia, jakie sprawia odgadywanie siły ukrytéj namiętności pod słowami obojętnemi z pozoru.
W chwili gdy Julia wymawiała wyrazy, co tak gwałtownie wzruszyły lorda Grenville, pieszczotliwy wietrzyk poruszył szczyty drzew powiewem wód i chłodził powietrze, lekkie chmury przysłoniły słońce, a miękkie cienie uwydatniły wszystkie wdzięki krajobrazu.
Julia odwróciła głowę, ażeby ukryć przed młodym lordem widok łez, które zdołała powstrzymać i osuszyć, bo udzieliło jéj się szybko wzruszenie Artura. Nie śmiała podnieść oczu bojąc się, by on nie wyczytał zanadto wiele szczęścia w jéj wzroku. Instynkt niewieści ostrzegał ją, że w téj niebezpiecznéj godzinie powinna była zagrzebać miłość swoję w głębi serca. Jednakże milczenie było równie niebezpieczne. Widząc, że lord Grenville nie był w stanie wymówić słowa, Julia wyrzekła znowu łagodnym głosem:
— Jesteś wzruszony tém, co ci powiedziałam, milordzie. Może téż w ten sposób szlachetna i piękna dusza taka jak twoja okupuje sąd fałszywy. Sądziłeś mnie zapewne niewdzięczną znajdując mnie zimną i obojętną albo téż szyderczą i nieczułą przez czas téj podróży, która się kończy szczęśliwie. Nie byłabym godna twoich starań, gdybym ich ocenić nie umiała. Milordzie, jam nic nie zapomniała, Niestety, ja nic nie zapomnę, ani staranności, z jaką czuwałeś nade mną jak matka nad swojém dziecięciem, ani tém mniéj szlachetnego zaufania naszych braterskich rozmów i delikatności twego obejścia; są to pokusy, przeciw którym jesteśmy bezbronne. Milordzie, nie jestem w stanie cię nagrodzić...
Po tych słowach Julia oddaliła się szybko, a lord Grenville nic nie uczynił, ażeby ją zatrzymać. Margrabina poszła na skałę opodal i pozostała tam nieruchoma, oboje ukrywali sobie wzajemne wzruszenia, może płakali w milczeniu. Śpiew ptaków o téj godzinie tak wesoły, tak pełen tkliwych brzmień powiększał jeszcze gwałtowność uczuć, które zmusiły ich się rozłączyć. Cała natura wyrażała miłość, o któréj oni mówić nie śmieli.
— I cóż, milordzie — wyrzekła znowu Julia stając przed nim w postawie pełnéj godności i biorąc Artura za rękę — będę cię prosić, abyś zostawił czystém i świętém to życie, któreś mi wrócił. Tutaj się rozstaniemy. Wiem — dodała, widząc że lord Grenville blednie — wiem, że w nagrodę za twoje poświęcenie będę żądała większéj jeszcze ofiary niż te, których wielkość powinna być oceniona przeze mnie... Ale tak być musi... nie zostaniesz we Francyi. Nakazać ci ten odjazd nie jest-że to dać ci prawa, które świętemi zostaną?
I mówiąc to położyła rękę młodzieńca na swojém bijącém sercu.
— Tak — wyrzekł Artur powstając.
W téj chwili ujrzeli pana d’Aiglemont, który trzymając córkę na ręku, pokazał im się z drugiéj strony rozdołu na jednéj z balustrad zameczku. Wdrapał się tam, żeby poskakać ze swoją Helenką.
— Julio, nie będę ci mówił o mojéj miłości — rzekł znowu Artur — nasze dusze rozumieją się aż nadto. Jakkolwiek głęboko ukryte były moje rozkosze serdeczne, podzielałaś je wszystkie, czuję to, wiem, widzę. Teraz mam rozkoszny dowód ciągłéj sympatyi naszych uczuć. Odjadę... Kilka razy zbyt wyrachowanie obliczałem sposoby zabicia tego człowieka, by módz zawsze oprzéć się pokusie, gdybym dłużéj został przy tobie.
— Ja miałam tę samę myśl — wyrzekła z twarzą ściągniętą bolesném zdziwieniem.
Było jednak tyle cnoty, tyle pewności siebie, tyle tajemnych zwycięztw odniesionych nad miłością w akcencie i postawie Julii, że lord Grenville przejęty został uwielbieniem. Nawet cień zbrodniczéj myśli zniknął z tego naiwnego sumienia. Uczucie religijne widoczne na tém piękném czole musiało zawsze spędzać z niego złe myśli mimowolne, pochodzące z niedoskonałéj ludzkiéj natury, które pokazują zarazem wielkość i niebezpieczeństwa naszego przeznaczenia.
— Wtedy — wyrzekła — byłabym zasłużyła na twoję pogardę i toby mnie zbawiło. Stracić twoje poważanie nie jest-że to umrzéć?
Tych dwoje heroicznych kochanków stało przez chwilę milcząc, walcząc ze swojém cierpieniem; dobre lub złe myśli ich były zupełnie jednakie i rozumieli się równie dokładnie w swoich najtajniejszych radościach jak bólach.
— Ja nie powinnam narzekać — wyrzekła, podnosząc oczy w niebo — sama byłam sprawczynią mego nieszczęścia.
— Milordzie — zawołał zdaleka generał wskazując ręką grupę drzew — tutaj spotkaliśmy się po raz pierwszy, może sobie tego nie przypominasz, ot tu, w tém miejscu około tych topoli.
Anglik odpowiedział tylko gwałtowném skinieniem głowy.
— Przeznaczoném mi jest umrzeć młodą i nieszczęśliwą — odparła Julia. — Oh! nie myśl, żebym żyła. Zmartwienie będzie dla mnie równie śmiertelne jak ciężka choroba, z któréj mnie wyleczyłeś. Nie sądzę się winną, nie, uczucia, jakiemi mnie natchnąłeś, są nieprzeparte, wiekuiste, ale mimowolne, a ja chcę pozostać cnotliwą. Pozostanę zarazem wierną obowiązkom małżonki, matki i uczuciom mego serca. Słuchaj — dodała zmienionym głosem — ja nie będę już należała do tego człowieka nigdy.
I ruchem pełnym wstrętu i prawdy wskazywała na męża.
— Prawa światowe — mówiła daléj — wymagają, abym życie jego uczyniła szczęśliwém, będę im posłuszną; stanę się jego służebnicą, poświęcenie moje dla niego nie będzie miało granic; ale od dzisiaj jestem wdową. Nie chcę się poniżyć ani we własnych oczach ani w oczach świata; jeśli nie będę należéć do pana d’Aiglemont, nie będę téż należeć do nikogo innego. Oto wyrok, jaki wydałam sama na siebie — dodała, patrząc z dumą na Artura. — Wyrok-to nieodwołalny, milordzie. A teraz wiedz, że gdybyś uległ zbrodniczéj myśli, wdowa po panu d’Aiglemont weszłaby do klasztoru bądź we Włoszech bądź w Hiszpanii. Nieszczęście chciało, żeśmy mówili o naszéj miłości. Wyznanie to było może nieuniknione, ale niech to gwałtowne odezwanie się serc naszych zarazem ostatniém będzie. Jutro udasz, żeś otrzymał listy wzywające cię z powrotem do Anglii, i rozstaniemy się, ażeby się już nigdy nie zobaczyć.
Julia wyczerpana tym wysiłkiem uczuła, że ugięły się pod nią kolana, przejęło ją nagle zimno i z niewieścią ostrożnością usiadła, ażeby nie upaść w objęcia Artura.
— Julio! — zawołał lord Grenville.
Krzyk jego rozbrzmiał jak dźwięk grzmotu. Ten głos rozdzierający wypowiedział wszystkie uczucia milczącego dotąd kochanka.
— No i cóż jéj się stało? — spytał generał.
Słysząc ten okrzyk, margrabia przyśpieszył kroku i znalazł się niespodzianie pomiędzy kochankami.
— To nic — wyrzekła z tą cudowną zimną krwią, którą wrodzona przebiegłość nadaje często kobietom w ważnych chwilach życia — chłód tych drzew o mało nie pozbawił mnie przytomności i mój lekarz musiał przerazić się straszliwie. Czyż nie jestem dla niego dziełem sztuki, jeszcze nie wykończoném? Może zadrżał, żeby mu się ono nie zepsuło.
Wzięła odważnie ramię lorda Grenville, uśmiechnęła się do męża, rzuciła wzrokiem na okolice, zanim porzuciła szczyt skały, i pociągnęła z sobą towarzysza.
— Oto najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek widziałam — wyrzekła — nie zapomnę go nigdy. Patrz, Wiktorze, jaki on rozległy i jak różnorodny, ta miejscowość tłómaczy miłość.
Zaśmiała się prawie konwulsyjnym śmiechem, ażeby oszukać męża, zeskoczyła wesoło na zagłębioną drogę i w niéj znikła.
— Ach! więc tak prędko — zawołała, kiedy stracili z oczu pana d’Aiglemont — ach! więc, mój drogi, za chwilę nie będziemy już mogli być dłużéj samemi sobą, nie będziemy dłużéj żyli...
— Idźmy pomału — odparł lord Grenville — powozy są jeszcze daleko, będziemy szli razem, a jeśli wolno nam będzie kłaść słowa w spojrzenia, serca nasze żyć będą chwilę dłużéj.
Przechadzali się brzegiem rzeki przy ostatnich promieniach zachodu, prawie w milczeniu, wymawiali zaledwie niewyraźne słowa, miękkie jak szmer wód Loary, ale mącące duszę. Słońce zanim zapadło za skraj horyzontu, objęło ich czerwonym płomieniem; był to melancholiczny obraz ich miłości.
Generał bardzo tém zaniepokojony, że nie znalazł powozów na miejscu, gdzie się zatrzymali, wyprzedzał kochanków lub szedł za niemi nie mieszając się do ich rozmowy. Szlachetne i delikatne postępowanie lorda Grenville w czasie téj podróży zniweczyło wszelkie podejrzenia margrabiego i od pewnego czasu zostawiał żonę zupełnie swobodną, ufając ślepo jéj arystokratycznemu doktorowi.
Artur i Julia postępowali czas jakiś wśród smętnéj harmonii dwojga serc zbolałych.
Niedawno, kiedy wstępowali na szczyty Montcontour, oboje mieli nieokreślone nadzieje, czuli jakieś niespokojne szczęście, z którego nie śmieli zdać sobie sprawy; ale teraz, zeszedłszy na brzeg rzeki, zburzyli wątłą budowę wystawioną w wyobraźni, na którą, jak dzieci, tchnąć nie śmieli, przewidując upadek swych karcianych pałaców. Nie mieli już nadziei.
Tego samego wieczoru lord Grenville wyjechał. Ostatnie spojrzenie, jakie miał rzucić na Julią, dowiodło, że od chwili, kiedy przez sympatyą odgadli wzajem siłę swéj miłości, mieli słuszność niedowierzając sobie.
Kiedy nazajutrz pan d’Aiglemont i jego żona znaleźli się we dwoje w swoim powozie bez towarzysza podróży i kiedy przebiegali szybko drogę odbytą w 1814 roku przez margrabinę, która wówczas nie znała jeszcze miłości i sądziła, że niemal ma prawo jéj nienawidziéć: odnalazła ona tysiące zapomnianych wrażeń. Serce ma swoję pamięć. Nieraz kobiety niezdolne spamiętać najważniejsze wypadki, pamiętają przez całe życie rzeczy tyczące się ich uczucia. To téż Julia przypomniała sobie doskonale drobne nawet zdarzenia téj pierwszéj podróży, nawet to, co myślała w różnych miejscowościach.
Wiktor teraz znów namiętnie rozkochany w żonie od czasu, jak odzyskała świeżość młodzieńczą i dawną piękność, przycisnął się do niéj, jak to czynią kochankowie. Kiedy jednak chciał wziąć ją w objęcie, odepchnęła go lekko i znalazła jakiś powód uniknięcia téj niewinnéj pieszczoty. Wkrótce sama blizkość Wiktora stała jéj się nieznośną, ciepło jego ciała przenikające ją z powodu, że siedzieli ściśnieni obok siebie, sprawiało jéj wstręt coraz wzrastający. Chciała usiąść sama na przodzie powozu, ale mąż był tak względny, że ustąpił i zostawił ją w tyle.
Podziękowała mu za to z westchnieniem, które opacznie zrozumiał i ten dawny garnizonowy uwodziciel, wytłómaczywszy na swoję korzyść smutek żony, zmusił ją na schyłku dnia do słów stanowczych, któremi pokonała go wreszcie.
— Mój drogi — wyrzekła — już raz o mało mnie nie zabiłeś, wiesz o tém dobrze. Gdybym jeszcze była niedoświadczoną dziewczyną, mogłabym drugi raz poświęcić ci życie, ale jestem matką, mam córkę i dla niéj także obowiązki. Znośmy więc nieszczęście, które nas jednako dotyka. Jesteś dużo mniéj godny pożałowania. Czyż nie umiałeś znaléźć sobie pociech, których mnie obowiązek, wspólny honor i nawet natura sama szukać nie pozwala. Patrz — dodała — oto trzy listy pani de Sérizy, zostawiłeś je nieuważnie w jakiéjś szufladzie; zwracam ci je. Moje milczenie dowiodło ci, że masz we mnie żonę pełną pobłażania, wcale nie wymagającą od ciebie ofiar, na które sama jest skazaną. Zastanawiałam się dość, by pojmować, że role nasze są odmienne i że kobieta tylko przeznaczona jest na nieszczęście. Moja cnota spoczywa na niewzruszonych podstawach, potrafię żyć nieskażona, ale pozwól mi żyć.
Margrabia zdziwiony logiką, jaką kobiety umieją czerpać w miłości, uledz musiał słowom wypowiedzianym z godnością, do któréj także podnieść się umieją kobiety w podobnie ważnych chwilach.
Naturalny wstręt, jaki czuła Julia do wszystkiego, co mogło obrazić jéj miłość i pragnienia serca, jest jedną z najpiękniejszych właściwości niewieścich i pochodzi może z jakiéjś wrodzonéj cnoty nie zagłuszonéj ani przez prawa ani przez cywilizacyą. Ale któżby śmiał potępić kobiety? Gdyby nakazały milczenie uczuciu zabraniającemu im należéć naraz do dwóch mężczyzn, stałyby się podobne do kapłana bez wiary. Jeśli surowe umysły potępią drogę pośrednią pomiędzy obowiązkiem a miłością, jaką obrała Julia, dusze namiętne poczytają jéj to za zbrodnię. To ogólne potępienie dowodzi nieszczęść pochodzących z nieuszanowania praw albo téż smutnéj niedoskonałości tychże praw rządzących społeczeństwem.
Upłynęło dwa lata; przez ten czas pan i pani d’Aiglemont prowadzili życie światowe, każde na swoję rękę, spotykając się częściéj w salonach niż u siebie. Jest-to rodzaj eleganckiego rozwodu, którym kończy się wiele małżeństw wielkiego świata.
Przypadkiem jednego wieczora małżonkowie znaleźli się razem we własnym salonie. Pani d’Aiglemont miała na obiedzie jednę ze swoich przyjaciołek. Generał, zawsze obiadujący w mieście, dnia tego pozostał w domu.
— Będziesz bardzo szczęśliwą, margrabino — wyrzekł pan d’Aiglemont, stawiając na stole filiżankę po wypitéj czarnéj kawie. Margrabia, mówiąc to spoglądał na panią de Wimphen z wyrazem nawpół smutnym nawpół złośliwym i dodał: Wybieram się na długie polowanie z wielkim łowczym. Będziesz przynajmniéj przez osiem dni zupełną wdową, a ponieważ jest-to, jak sądzę, czego najbardziéj pragniesz...
— Wilhelmie — wyrzekł do służącego, który przyszedł zebrać filiżanki — każ zaprzęgać.
Pani de Wimphen była tą Ludwiką, któréj niegdyś pani d’Aiglemont chciała odradzać małżeństwo. Dwie kobiety zamieniły spojrzenie, dowodziło ono, że Julia znalazła w przyjaciółce powiernicę swoich zmartwień, powiernicę drogocenną i miłosierną, bo pani de Wimphen była bardzo szczęśliwą w małżeństwie, a w położeniu, w jakiém się wzajem znajdowały, być może, iż szczęście jednéj stanowiło gwarancyą poświęcenia dla nieszczęścia drugiéj. W podobnych razach nierówność losów jest prawie zawsze silnym węzłem przyjaźni.
— Alboż to teraz czas polowania — spytała Julia, rzucając mężowi obojętne spojrzenie.
Był to koniec marca.
— Wielki łowczy poluje, kiedy chce i gdzie chce. Jedziemy na dziki do królewskich lasów.
— Strzeż się jakiego wypadku.
— Wypadek jest zawsze nieprzewidziany — odparł, uśmiechając się.
— Powóz zaprzężony — oznajmił Wilhelm.
Generał wstał, pocałował w rękę panią de Wimphen i zwrócił się do Julii.
— Pani, gdybym zginął od dzika! — wyrzekł błagalnym głosem.
— Cóż to znaczy? — spytała pani de Wimphen.
— No chodź — wyrzekła pani d’Aiglemont do Wiktora.
Potem uśmiechnęła się, jakby mówiąc Ludwice „obaczysz“.
Podała szyję mężowi, który zbliżył się, by ją pocałować, ale Julia schyliła się w ten sposób, że pocałunek małżeński dostał się falbance peleryny.
— Zaświadczysz to pani przed Bogiem — zawołał margrabia, zwracając się do pani de Wimphen — potrzeba mi firmanu, aby otrzymać tę lekką pieszczotę. Oto jak moja żona rozumie miłość. Doprowadziła mnie do tego nie wiem jakim sposobem. Do zobaczenia.
I wyszedł.
— Ależ twój biedny mąż jest doprawdy bardzo dobry — zawołała Ludwika, kiedy dwie kobiety zostały się same. On cię kocha.
— O! nie dodawaj już słowa jednego. Nazwisko, które noszę, jest mi obmierzłe.
— Tak, ale Wiktor słucha cię we wszystkiém.
— Posłuszeństwo jego — odparła Julia — pochodzi głównie z szacunku, jakim go natchnęłam. Jestem wedle praw bardzo cnotliwą kobietą; czynię dom jego przyjemnym, zamykam oczy na jego miłostki, staram się utrzymać majątek, może robić co chce z dochodami, chodzi mi tylko o kapitał. Za tę cenę mam spokój. On nie umie albo nie chce wytłómaczyć sobie mego życia. Ale jeśli rządzę moim mężem, pomimo to obawiam się wybuchów jego charakteru. Jestem jak przewodnik niedźwiedzi, który drży zawsze, żeby się kaganiec nie zerwał. Gdyby Wiktor przestał miéć do mnie szacunek, truchleję o to, co-by się stać mogło; bo jest on gwałtowny, pełen miłości własnéj, a raczéj pełen pychy. Nie ma dość subtelnego umysłu, ażeby powziąć postanowienie w jakiéjś drażliwéj chwili, w ktoréjby jego złe instynkta były pobudzone. Ma charakter słaby i może zabiłby mnie tymczasowo, co nie przeszkadza, iż na drugi dzień możeby umarł z rozpaczy. Ale nie potrzebuję obawiać się podobnie fatalnego szczęścia...
Była chwila ciszy, wśród któréj obiedwie przyjaciółki powracały myślą do tajemniczego powodu tego położenia.
— Znalazłam posłuszeńswo[6] pełne okrucieństwa — wyrzekła Julia, spoglądając na Ludwikę — a przecież nie zabroniłam mu pisać do siebie. Ach! on zapomniał o mnie i miał słuszność. Byłoby rzeczą straszną, gdyby los jego został złamany; czyż nie dość tego, że ja cierpię? Czy uwierzysz, moja droga, że czytuję dzienniki angielskie jedynie w téj nadziei, że znajdę tam jego imię. Ale on nawet nie wystąpił w izbie lordów.
— Więc umiesz po angielsku?
— Nauczyłam się. Czyż ci tego nie mówiłam?
— Biedna — zawołała Julia[7], ściskając rękę przyjaciółki — jak ty w ten sposób żyć możesz!
— Jest to tajemnica — odparła margrabina z naiwnym, niemal dziecinnym ruchem. Słuchaj, biorę opium. Historya księżnéj X. w Londynie poddała mi tę myśl. Wiész przecie, Mathurin napisał z tego romans. Moje krople laudanum są bardzo słabe. Śpię. Tym sposobem żyję tylko przez siedem godzin dziennie i te poświęcam mojéj córce.
Ludwika patrzała w ogień nie śmiejąc spoglądać na swoję przyjaciółkę, któréj wszystkie nędze odkrywały się przed nią po raz pierwszy.
— Ludwiko, zachowaj mi tajemnicę — wyrzekła Julia po chwili milczenia.
Niespodzianie służący przyniósł list hrabinie.
— Ach! — zawołała blednąc.
— Nie pytam się od kogo — wyrzekła pani de Wimphen.
Margrabina czytała i nie słyszała nic więcéj, a przyjaciółka z kolei czytała na jéj twarzy najburzliwsze uczucia i niebezpieczną egzaltacyą, Julia rumieniła się i bladła naprzemian. Wreszcie rzuciła papier w ogień.
— Ten list zapala pożary — zawołała — ściska mi serce.
Wstała i przechadzała się po pokoju; oczy jéj pałały.
— On nigdy nie opuszczał Paryża.
Po gwałtownych słowach, których pani de Wimphen nie śmiała przerywać, następowały straszne milczenia; słowa te wymawiane były z coraz głębszą intonacyą, ostatnie miały coś przerażającego.
— On nie przestał mnie widywać, bez mojéj wiedzy. Jedno moje spojrzenie pochwycone daje mu siłę życia. Ty nic nie wiesz, Ludwiko. Umiera i chce mnie pożegnać, wié, że mój mąż wyjechał dziś wieczór na dni parę, przyjdzie tu za chwilę. Och! ja zginę. Czuję się zgubioną. Słuchaj, zostań ze mną, wobec ciebie nie będzie śmiał. Pozostań, ja lękam się saméj siebie.
— Ale mój mąż wié, że byłam u ciebie na obiedzie — odparła pani de Wimphen — i ma przyjść po mnie.
— Przed twoim odjazdem odeślę go; będę katem nas obojga Niestety, on będzie sądził, że go już nie kocham. A ten list, moja droga, tam były słowa, które widzę wypisane ognistemi głoskami.
Słychać było nadjeżdżający powóz.
— A! — zawołała margrabina z rodzajem radości — przyjeżdża jawnie bez tajemnicy.
— Lord Grenville — zameldował lokaj.
Margrabiua[8] pozostała nieruchoma. Surowość była niemożebną wobec bladości i cierpienia wypisanego na twarzy lorda Grenville. Chociaż był on mocno dotknięty tém, że nie zastał Julii saméj, musiał przybrać pozory chłodu i obojętności. Ale dla tych dwóch kobiet wtajemniczonych w jego miłość sam dźwięk głosu i wyraz spojrzenia działał obezwładniająco. Margrabina i pani de Wimphen oniemiały prawie pod wrażeniem tak strasznéj boleści. Dźwięk głosu Artura sprawiał takie bicie serca pani d’Aiglemont, że nie mogła mu odpowiadać, ażeby nie zdradzić wpływu, jaki na nią wywierał. Lord Grenville nie śmiał patrzéć na Julią, tym sposobem pani de Wimphen sama prawie utrzymywała rozmowę bez żadnego zajęcia. Julia wzrokiem pełném wdzięczności dziękowała jéj za to. Wreszcie kochankowie nakazali milczenie swoim uczuciom i potrafili ograniczyć się warunkami światowych wymagań.
Wkrotce zameldowano pana de Wimphen; widząc go wchodzącego dwie przyjaciołki zamieniły spojrzenie i zrozumiały obie bez poprzedniego porozumienia nowe trudności położenia. Niepodobna było wtajemniczać pana de Wimphen w rozgrywający się dramat; a inaczéj Ludwika nie miała żadnego powodu pozostać u przyjaciółki. Gdy pani de Wimphen okrywała się szalem, Julia wstała, jakby chcąc jéj dopomódz, i powiedziała jéj pocichu.
— Będę odważną. Jeśli on przyszedł tutaj jawnie, czegoż się mam obawiać? Ale bez ciebie w pierwszéj chwili, widząc go tak zmienionym, byłabym przed nim uklękła.
— Arturze, nie byłeś mi posłuszny — wyrzekła drżącym głosem pani d’Aiglemont, powracając na dawne miejsce i siadając na kozetce, na któréj lord Grenville usiąść nie śmiał.
— Nie mogłem dłużéj wytrzymać, nie słysząc twego głosu, nie będąc przy tobie. Było-to waryactwo, szaleństwo. Nie jestem już panem siebie. Poznałem to, jestem zbyt słaby. Powinienem umrzéć. Ale umrzéć nie zobaczywszy cię wcale, nie usłyszawszy nawet szelestu twéj sukni, nie uczuwszy twych łez, cóż to za śmierć!
Chciał się szybko oddalić, ale przy tym gwałtownym ruchu pistolet wypadł mu z kieszeni. Margrabina spoglądała na tę broń wzrokiem nie zdradzającym już ani myśli ani namiętności. Lord Grenville podniósł pistolet i zdawał się bardzo rozgniewany wypadkiem, który mógł wyglądać na miłosną spekulacyą.
— Arturze! — wyrzekła Julia.
— Pani — odparł, spuszczając oczy — przyszedłem pełen rozpaczy, chciałem...
Zatrzymał się.
— Chciałeś się zabić u mnie — zawołała.
— Nie sam — odpowiedział łagodnie.
— Chciałeś może zabić mego męża?
— Nie, nie — zawołał zdławionym głosem. — Ale uspokój się, mój fatalny zamiar już się rozchwiał. Kiedy tu wszedłem, kiedym cię zobaczył, znalazłem już odwagę milczéć i umrzéć samotnie.
Julia powstała i rzuciła się w objęcia Artura, który jednak wpośród jéj łkań rozpoznał te słowa pełne namiętności.
— Poznać szczęście i umrzéć — rzekła. — Ach, tak!
Cała historya Julii była w tym okrzyku dobywającym się z głębi serca, był to głos natury i miłości, którym ulegają kobiety bez religii. Artur pochwycił ją i zaniósł na kanapę ruchem pełnym téj gwałtowności, jaką pobudza niespodziewane szczęście.
Nagle margrabina wyrwała się z ramion kochanka, rzuciła mu spojrzenie rozpaczliwe, wzięła go za rękę, pochwyciła świecę i pociągnęła go do sypialnego pokoju. Tam stało łóżeczko Helenki. Odkryła firanki i pokazała mu swoje dziecko, zasłaniając ręką świecę, by blask jéj nie obraził przezroczystych, ledwie zamkniętych jéj powiek. Spojrzenie, którém wskazywała dziecko lordowi Grenville, mówiło wszystko.
— Męża można porzucić, choćby kochał nawet. Mężczyzna jest istotą silną. Możemy pogardzić ustawami świata. Ale dziecię bez matki...
Wszystkie te myśli i wiele innych bardziéj jeszcze wzruszających wypisane były w tém spojrzeniu.
— Możemy ją zabrać — wyrzekł Anglik — ja kochać ją będę.
— Mamo — rzekła, budząc się Helenka.
Na to słowo Julia zalała się łzami. Lord Grenville usiadł i pozostał ze skrzyżowanemi rękami niemy i ponury.
Mamo! to śliczne naiwne słówko, co budzi wszystkie szlachetne uczucia i nieprzeparte sympatye, na chwilę zwyciężyło miłość potężnym głosem macierzyństwa. Julia nie była już kobietą, tylko matką. Lord Grenville nie mógł się oprzéć wzruszeniu, zapłakał jak Julia.
W téj chwili drzwi otwarto z wielkim hałasem i te słowa „pani d’Aiglemont, czy jesteś tutaj?“ uderzyły serca dwojga kochanków jak odgłos gromu. Margrabia powrócił. Zanim Julia odzyskała krew zimną, generał był już we drzwiach, które z jego pokoju prowadziły do sypialni żony. Szczęściem Julia uczyniła znak lordowi Grenville i ten wpadł do bocznego gabinetu a margrabina zamknęła drzwi za nim pośpiesznie.
— Otóż jestem znowu, moja żono — powiedział Wiktor — nie będzie polowania, idę spać.
— Dobranoc — odparła — ja także spać idę, daj mi się rozebrać.
— Jesteś bardzo cierpka dziś wieczór, jestem ci posłuszny, pani margrabino.
Generał powrócił do siebie, Julia odprowadziła go do drzwi jego pokoju, ażeby je zamknąć i uwolnić czemprędzéj lorda Grenville. Odnalazła przytomność umysłu i pomyślała, że wizyta dawnego lekarza była rzeczą bardzo naturalną; mogła go była zostawić w salonie i przyjść położyć spać córkę, chciała mu powiedzéć[9], by pocichu wsunął się napowrót do salonu, ale skoro otworzyła drzwi gabinetu, krzyknęła straszliwie. Palce lorda Grenville zostały przycięte i zgniecione we drzwiach.
— Cóż ci — znowu zapytał mąż.
— Nic, nic — odparła — ukłółam się okropnie.
Drzwi przyległego pokoju otwarły się nagle. Margrabina pomyślała, że mąż powraca przez troskliwość dla niéj i przeklinała to uczucie nie mające nic z sercem wspólnego. Musiała napowrót zamknąć drzwi gabinetu, a lord Grenville jeszcze nie miał czasu wydobyć ręki, generał powrócił rzeczywiście, ale margrabina myliła się co do powodu powrotu: powrócił dla własnéj dogodności.
— Czy nie możesz pożyczyć mi fularu? Ten Karol zostawia mnie zawsze bez chustki na głowę. W pierwszych dniach naszego małżeństwa zajmowałaś się memi rzeczami tak drobiazgowo, żeś mnie tém nudziła. Ależ miodowy miesiąc niedługo trwał, ani dla mnie ani dla moich krawatów. Teraz jestem zostawiony na łasce służby, która o nic nie dba.
— Oto masz fular. Czy nie wchodziłeś do salonu?
— Nie.
— Zastałbyś tam może jeszcze lorda Grenville.
— On jest w Paryżu?
— Prawdopodobnie, skoro...
— Och! idę do salonu, ten kochany doktor!...
— Pewno już pojechał — zawołała Julia.
Margrabia stał w tej chwili na środku pokoju żony i zawiązywał fular na głowie, przyglądając się w lustrze.
— Nie wiem, gdzie są nasi ludzie — zawołał — dzwoniłem na Karola trzy razy i nie przyszedł; ty także, jak widzę obchodzisz się bez panny służącéj. Zadzwoń na nią, chciałbym, żeby mi położyła drugą kołdrę.
— Paulina wyszła — odpowiedziała oschle margrabina.
— O północy?
— Pozwoliłam jéj pójść na operę.
— Szczególna rzecz — mówił mąż, rozbierając się — zdawało mi się, żem ją widział na wschodach.
— W takim razie powróciła zapewne — odparła Julia, udając niecierpliwość.
Potém, ażeby nie obudzić podejrzenia męża, pociągnęła sznur od dzwonka ale bardzo słabo.
Wypadki téj nocy nigdy nie były dobrze znane, prawdopodobnie jednak wszystkie były tak proste i tak okrutne, jak poprzedzające. Nazajutrz pani d’Aiglemont położyła się do łóżka na dni parę.
— Cóż to się stało nadzwyczajnego u ciebie, że wszyscy mówią o twojéj żonie — spytał pan de Ronquerolles pana d’Aiglemont — w kilka dni po téj nocy pełnéj katastrof.
— Wierzaj mi, zostań kawalerem — odparł pan d’Aiglemont. — Zapaliły się firanki od łóżka gdzie spała Helenka, a moja żona tak się tém przelękła, że znowu zachorowała i to potrwa z rok według zdania doktora. I to zawsze tak bywa. Żenisz się z ładną kobietą — brzydnie; żenisz się z dziewczyną pełną zdrowia — staje się chorowitą; sądzisz ją namiętną — jest zimna, albo zimna z pozoru jest w istocie tak namiętna, że cię zabije albo zhańbi. Czasem istota pełna słodyczy staje się kłótliwą, a znowu nie zdarza się nigdy, żeby kłótliwa przemieniła się w słodką; to znowu dziecko, które znałeś bezmyślném i słabém, rozwija przeciw tobie wolę żelazną i rozum szatański. Jedném słowém, sprzykrzyło mi się małżeństwo.
— Albo żona...
— To byłoby trudno. Czy nie pójdziesz ze mną do kościoła św. Tomasza z Akwinu, zobaczyć pogrzeb lorda Grenville?
— Szczególna rozrywka — odparł Ronquerolles — ale czy można wiedziéć napewno powód jego śmierci?
— Jego kamerdyner mówi, że zostawał przez całą noc pod oknem, ażeby ocalić honor swojéj kochanki, a zimna w tych dniach były dyabelne.
— Podobne poświęcenie byłoby godne podziwienia u którego z nas, starych praktyków, ale lord Grenville jest młodym — i Anglikiem do tego. Ci Anglicy zawsze chcą się wyszczególniać.
— Ba! — odparł d’Aiglemont — podobne heroizmy zależą od kobiety, która niemi natchnąć umie, już to zpewnością nie dla mojéj żony umarł ten biedny Artur.





II.

Nieznane cierpienia.

Pomiędzy rzeczką Loing i Sekwaną rozciąga się dolina zamknięta lasem Fontainebleau miastami Moret, Nemours i Montereau. Kraj płaski przedstawia tylko oczom rzadkie wzgórza, czasem pomiędzy zbożami wznosi się kępa drzew, dająca schronienie zwierzynie; wszędzie zresztą widne są tylko szare i żółtawe linie bez końca, właściwe okolicom takim jak Solonia, Beauce albo Berri. Wśród tej równiny pomiędzy Moret i Montereau podróżny spostrzega stary zamek zwany Saint-Lange, któremu nie brak ani rozległości ani majestatu. Otaczają go fosy, mury, pyszne aleje z wiązów, ogromne ogrody a wielkie budynki odpowiadają pańskim potrzebom; ażeby je wystawić, trzeba było dawnych czasów, przywilejów szlacheckich lub olbrzymich dochodów finansistów dzierżawiących dochody państwa, albo téż owych wielkich arystokratycznych fortun zburzonych młotem kodeksu cywilnego.
Jeśli artysta albo marzyciel zabłąka się przypadkiem w tych drogach o głębokich kolejach, na tłustych ziemiach otaczających, zapytuje siebie: przez czyj kaprys poetyczny ten zamek rzucony został wśród téj sawanny zbóż, wśród téj pustyni kredy, błot i piasków, gdzie zamiera wesołość a smutek rodzi się koniecznie, gdzie dusza jest znużona samotnością bez głosu, jednostajnym horyzontem i ujemną pięknością harmonizującą ze smutkami, które nie pragną pociechy.
Młoda kobieta sławna w Paryżu ze swego wdzięku, piękności, dowcipu, wysokiego społecznego położenia i równego mu majątku ku końcowi 1820 roku przybyła i osiedliła się tutaj ku wielkiemu zdziwieniu mieszkańców małéj wioseczki położonéj o milę od zamku. Dzierżawcy i wieśniacy od niepamiętnych czasów nie znali swoich panów; posiadłość ta, choć wiele przynosiła, powierzona była rządcy i starym sługom zamkowym. To téż podróż pani margrabiny zrobiła wielkie wrażenie w okolicy.
W lichéj oberży na końcu wsi, tam gdzie rozchodzą się drogi do Nemours i do Moret, kilka osób było zgromadzonych, ażeby zobaczyć powóz jadący wolno, bo margrabina swemi końmi przyjeżdżała z Paryża. Na przodzie siedziała panna służąca, trzymając małą dziewczynkę więcéj zamyśloną niż wesołą. W głębi nakształt umierającéj wysłanéj na wieś przez doktorów spoczywała matka.
Przygnębiony wyraz twarzy téj wątłéj kobiety, nie zadowolni wcale wiejskich polityków, którzy mieli nadzieję, że jéj przyjazd do Saint-Lange ożywi nieco okolicę. Wszelki ruch zdawał się widocznie antypatyczny téj zbolałéj kobiecie.
Najtęższa głowa w Saint-Lange oświadczyła wieczorem w karczmie, w pokoju gdzie pili przedniejsi mieszkańcy wsi, że smutek wypiętnowany na twarzy pani margrabiny świadczy widocznie, iż była zrujnowaną. W niebytności pana margrabiego, który, jak to głosiły gazety, miał towarzyszyć księciu Angoulême do Hiszpanii, ona miała oszczędzać sumy pożyczone przez margrabiego z powodu złych spekulacyi giełdowych. Margrabia był jednym z największych graczy. Kto wie, może posiadłość miała być sprzedana na drobne części. Można było może robić tu dobre interesa. Każdy więc powinien był przerachować swoje talary, wyciągnąć je z rozmaitych kryjówek i zebrać swe oszczędności, ażeby skorzystać z upadku majętności Saint-Lange. Podobna przyszłość tak się wszystkim podobała, że każdy z przedniejszych mieszkańców pomyślał o sposobie dowiedzenia się prawdy przez ludzi zamkowych. Ale żaden z nich nie mógł dać najmniejszego objaśnienia względem katastrofy, która spowodowała ich panią do zamieszkania na początku zimy swego starego zamku Saint-Lange, kiedy posiadała inne majątki w daleko weselszém położeniu i piękniéj urządzone. Pan mer przyszedł złożyć pani swoje uszanowanie; ale nie został przyjęty. Po merze przyszedł rządca, także bezskutecznie.
Pani margrabina wychodziła ze swego pokoju tylko wówczas, gdy go sprzątano i przez ten czas siedziała w małym saloniku przyległym, gdzie także obiadowała, jeśli można nazwać obiadowaniem to, że siadała do zastawionego stołu, patrzała ze wstrętem na potrawy i jadła tyle tylko, ile potrzeba, ażeby nie umrzéć z głodu. Potém powracała do starożytnéj berżerki, gdzie zasiadała od rana w jedném oknie swego pokoju. Córkę swoję widywała tylko w chwlii[10] tego smutnego obiadu, i to jeszcze zdawało się sprawiać jéj przykrość. Czyż nie trzeba było niepojętych cierpień, ażeby zagłuszyć w młodéj kobiecie uczucie macierzyńskie. Żadna ze sług nie miała do niéj przystępu oprócz panny służącéj. Wymagała w zamku zupełnego milczenia, córka nawet musiała bawić się daleko. Było jéj tak trudno znosić najmniejszy hałas, że każdy głos ludzki, nawet głos własnego dziecka, sprawiał jéj przykrość.
Mieszkańcy okoliczni zajmowali się bardzo temi szczególnościami; ale gdy wyczerpali wszelkie możliwe przypuszczenia, ani mieszczanie okoliczni, ani chłopi nie myśleli więcéj o téj choréj kobiecie.
Margrabina zostawiona sama sobie mogła więc zostawać zupełnie milcząca wśród ciszy, jaką zaprowadziła wkoło siebie i nie miała żadnego powodu opuszczać starożytnego pokoju, gdzie umarła jéj babka i gdzie przyjechała sama szukać śmierci spokojnéj, bez świadków, bez natręctwa, bez tych fałszywych oznak współczucia, pod któremi kryje się tylko samolubstwo, a które w miastach podwajają mękę konania.
Ta kobieta miała lat 26. W tym wieku dusza, jeszcze pełna poetycznych złudzeń, lubi rozkoszować się śmiercią, kiedy śmierć wydaje się dobroczynną. Śmierć jednak pełna jest kokieteryi dla młodych; zbliża się i oddala, pokazuje i niknie, ta powolność odstręcza i niepewność jutra rzuca najczęściéj tych, co jéj szukali, znowu w odmęt świata, tam zaś najczęściéj spotkają boleść, która, stokroć okrutniejsza od śmierci, uderzy ich bez zwłoki żadnéj. Ta kobieta, co żyć nie chciała, miała doświadczyć goryczy owych zwłok w głębi swojéj samotności, a wpośród moralnych ucisków, których śmierć odraczała zakończenie, miała nauczyć się samolubstwa, zgwałcić własne serce i stać się wreszcie urobioną do świata.
Podobnie okrutna i smutna nauka jest prawie zawsze owocem pierwszych cierpień. Margrabina cierpiała prawdziwie pierwszy i może jedyny raz w życiu. Bo nie jest-że to omyłką sądzić, że uczucia się powtarzają? Czyż raz wyklute nie żyją one wiecznie w głębi serc? One tylko usypiają się i budzą w miarę wypadków życiowych, ale trwają ciągle a ich istnienie koniecznie wpływa na duszę. Tym sposobem każde uczucie miałoby jeden tylko dzień wielki, dzień mniéj lub więcéj długi pierwszéj burzy. A boleść, to najstalsze z naszych uczuć, najsilniejsze jest przy pierwszym wybuchu; późniéj inne jéj dotknięcia muszą być coraz słabsze bądź to przez nawyknienie, bądź to z powodu prawa natury naszéj, która ażeby istniéć, musi przeciwstawić sile niszczącéj siłę równą, tylko bierną, poczerpniętą w samolubstwie. Ale pomiędzy wszystkiemi cierpieniami, któreż będzie taką boleścią? Strata rodziców jest zmartwieniem, na które natura przygotowała ludzi. Ból fizyczny jest przechodni, nie zostawia śladu w duszy, a gdyby trwał ciągle, nie będzie już bolem tylko śmiercią. Jeśli młoda kobieta straci nowonarodzone dziecko, miłość małżeńska wkrótce da mu następcę. To cierpienie jest także znikome. Tym sposobem te smutki i wiele innych jeszcze są tylko ciosem, są raną, ale żaden z nich nie niszczy siły żywotnéj; ażeby zabić w człowieku uczucie, co każe mu szukać szczęścia, trzeba, ażeby jedne po drugich uderzały w niego bez przerwy. Wielkim, prawdziwym bolem byłoby więc cierpienie tak mordercze, ażeby objąć razem przeszłość, obecność i przyszłość, nie zostawić żadnéj cząstki żywotnéj w całości, nazawsze wynaturzyć myśli, wypisać się niestarcie na ustach i czole, złamać albo rozluźnić uczucie radości, wkładając w duszę pierwiastek wstrętu dla wszystkich rzeczy tego świata. A jeszcze, żeby być tak ogromnym, żeby zaciężyć na duszy i ciele, ból ten powinien uderzyć człowieka w chwili, gdy wszystkie siły duszy i ciała są młode, musi spiorunować serce bijące całą mocą. Wtedy ból zadaje szeroką ranę, cierpienie jest straszne i nikt nie może go przenieść bez głębokiéj zmiany; więc albo udaje się do nieba, albo, jeśli pozostaje na ziemi, powraca do świata, ażeby kłamać światu, ażeby grać w nim rolę. Bo wówczas zna się już kulisy życia, w których skryć się można, ażeby obrachowywać, płakać lub śmiać się.
Dla istoty, co przeszła kryzys podobny, życie społeczne nie ma już tajemnicy, jest ono ostatecznie osądzone. U kobiet w wieku margrabiny ta najpierwsza, ta największa z boleści ma zawsze jednaką przyczynę. Kobieta, a szczególniéj młoda kobieta, równie wielka duszą jak pięknością, zawsze umieści życie swoje tam, gdzie popycha je natura, uczucie i towarzystwo. Jeśli tego życia jéj zbraknie a ona zostaje na ziemi, doznaje najokrutniejszych cierpień dla tych samych powodów, które czynią pierwszą miłość uczuciem najpiękniejszém ze wszystkich. Dlaczegoż podobne nieszczęście nie miało nigdy ani swego poety, ani swego malarza? Ale czyż ono może być oddane pieśnią lub pendzlem? Nie, sama istota cierpień, jakie sprawia, nie dopuszcza analizy i sztuki. A potém, podobne cierpienia nie mają nigdy powiernika; ażeby po nich pocieszyć kobietę, trzeba je umiéć odgadnąć, bo spadają one na duszę jak lawina, która wprzód zniweczy dolinę, zanim ją zasypie.
Margrabina była wówczas pod wrażeniem cierpień, co długo pozostaną tajemne, bo cały świat je potępia, gdy tymczasem uczucie się niemi pieści i sumienie kobiety kochającéj prawdę zawsze je usprawiedliwi. Dzieje się z temi cierpieniami jak z temi dziećmi nieprzeznaczonemi do życia, które bliższemi są nieraz serca matki niż inne obdarzone wszystkiemi zmysłami. Nigdy może podobnie straszna katastrofa zabijająca życie w jego rdzeniu nie była tak zupełną, tak okrutnie zaostrzoną przez okoliczności, jak to miało miejsce z margrabiną. Człowiek ukochany, młody i wspaniałomyślny, którego prośb nigdy nie wysłuchała, chcąc pozostać wierną ustawom świata, umarł dla niéj, ażeby ocalić to, co społeczeństwo nazywa honorem kobiety. Komuż mogła powiedziéć: Ja cierpię. Jéj łzy były obrazą dla męża, bo on był pierwszą przyczyną katastrofy. Prawa i obyczaje potępiały jéj skargi, przyjaciołka-by się z nich cieszyła, mężczyzna-by na nie spekulował. Nie, ta kobieta mogła płakać spokojnie jedynie na pustyni, tam miała pożréć swoję rozpacz lub być przez nią pożartą, umrzéć lub zabić coś w sobie — może własne sumienie.
Od kilku dni pani d’Aiglemont miała wzrok utkwiony w płaski horyzont otaczający; horyzont ten był obrazem jéj życia, nie było w nim nic niespodzianego, jak dla niéj nie było żadnéj nadziei; wzrok wszystko obejmował odrazu. Tutaj odnajdowała ona obraz zimnego spustoszenia, jaki tkwił w jéj sercu. Mgliste poranki, blade niebo, chmury wlekące się nizko nad ziemią nakształt ołowianéj kopuły, wszystko to odpowiadało jéj chorobliwemu usposobieniu. Serce jéj nie ściskało się z tego powodu, nie było mniéj lub więcéj skołatane; nie, tu jéj cała natura świeża i rozkwitła kamieniała zwolna pod nieustannym wpływem bolu nieznośnego, bo był bez celu. Cierpiała sama w sobie i dla siebie. Cierpiéć w ten sposób nie jest-że to wstępować w sferę samolubstwa? To téż okropne myśli uderzały jéj sumienie i raniły je. Zastanawiając się nad sobą głęboko, widziała w sobie dwie istoty. Była w niéj kobieta, która rozumowała i kobieta, która czuła; kobieta, która cierpiała i kobieta, która więcéj cierpiéć nie chciała.
Myślała o radościach swego dzieciństwa; upłynęło ono tak szybko, że nie miała nawet czasu czuć się szczęśliwą, a teraz te spokojne obrazy przeszłości powracały do niéj tłumnie, jakby dlatego, by lepiéj uczuć mogła rozczarowania małżeństwa, które świat mógł za stosowne uważać, ale które w rzeczywistości było potworném. Na cóż jéj się zdała wstydliwość młodości, rozkosze odrzucone i ofiary uczynione światu? Chociaż wszystko w niéj święciło miłość, oczekiwało miłości, na cóż miała służyć jéj teraz harmonia ruchów, wdzięk uśmiechu i blask spojrzenia? Były to dla niéj jak dźwięki bez celu. Nawet piękność sama była jéj nieznośną jako rzecz nieużyteczna. Widziała z przerażeniem, że nie mogła już być nigdy zupełną istotą, bo straciła władzę używania wrażeń, straciła ich rozkoszną świeżość nadającą taki powab życiu. W przyszłości wszystkie wrażenia, jakich doznać jéj przyjdzie, miały być znikome, nie zostawiać śladu w sercu; a wiele z tych rzeczy, co wzruszały ją niegdyś, musiały już stać się obojętnemi. Po dzieciństwie istoty ludzkiéj przychodzi dzieciństwo serca. A to drugie dzieciństwo kochanek jéj zabrał do grobu. Młoda jeszcze pragnieniem, nie posiadała już téj młodości duszy nadającéj wszystkiemu w życiu smak i wartość. Czyż nie nosiła w sobie zarodka smutku i nieufności, któryby odbierał jéj wzruszeniom gwałtowność i zupełność? Nic już nie mogło powrócić jéj tego szczęścia, którego pragnęła i marzyła je tak piękném. Pierwsze prawdziwe łzy, jakie wylała, zgasiły święty ogień pierwszych uniesień serca, teraz miała wiecznie cierpiéć nad tém, że nie były one tém, czém być mogły. Z tego uczucia pochodzić musi gorzki wstręt, który zmusza usta odwracać się od nowych rozkoszy.
Sądziła teraz życie jak starzec, co się z niém rozstaje. Chociaż czuła się młodą, mnóztwo dni bez radości spadło jéj na duszę, przygniatało ją i czyniło starą przed czasem. I pytała świata z krzykiem rozpaczy, co jéj da w zamian za tę miłość, którą żyła i którą straciła. Pytała siebie, czy w téj miłości minionéj tak czystéj, tak niepokalanéj, myśl nie była stokroć grzeszniejszą od czynów. Wmawiała w siebie winy z rodzajem radości, jakby tym sposobem urągała światu i razem pocieszała samę siebie, że nie była zupełnie połączona z tym, którego opłakiwała. W razie śmierci takie połączenie stanowi pociechę dla tego z kochanków, co pozostaje na ziemi, bo przynajmniéj daje poczucie, że rozkosz była wyczerpaną, szczęście użyte w pełni, i wspomnienie jego pozostanie w duszy na zawsze.
Ona była niezadowolnioną z siebie jak aktorka, co zepsuła rolę, bo ta straszna boleść pożerała wszystkie fibry serca i mózgu. Cierpiała w niéj natura niezaspokojona w najtajemniejszych pragnieniach, miłość własna i ta dobroć, która popycha nieraz kobiety do zrobienia z siebie ofiary.
Poruszając nieustannie te wszystkie kwestye, dotykając wszystkich sprężyn rozmaitéj natury, jakie w nas wyrabia społeczeństwo, osłabiała tak władzę inteligencyi, że wśród najsprzeczniejszych rozumowań nie mogła już nic rozróżnić.
To téż czasami wśród opadających mgieł otwierała swoje okno i pozostawała tak bezmyślnie wdychając silnie zapachy wilgotnéj ziemi, nieruchoma, osłupiała z pozoru, bo szum boleści głuszył w niéj zarówno poczucie harmonii natury jak własnych myśli.
Dnia jednego około południa, w chwili gdy słońce rozjaśniło horyzont, panna służąca weszła niewołana do pokoju i rzekła:
— Już czwarty raz ksiądz proboszcz chce się widziéć z panią margrabiną, a dziś tak się o to dopomina, że nie wiemy, co mu odpowiedziéć.
— Chce zapewne pieniędzy dla ubogich téj parafii, weź dwadzieścia pięć luidorów i daj mu je ode mnie.
— Pani — wyrzekła służąca, powracając po chwili — ksiądz proboszcz odrzuca pieniądze i pragnie z panią mówić.
— Niech więc przyjdzie — odparła margrabina czyniąc wymowny ruch niecierpliwości obiecujący smutne przyjęcie księdzu, od którego prześladowań uwolnić się chciała raz na zawsze stanowczą i szczerą rozmową.
Margrabina dzieckiem będąc straciła matkę, wychowanie jéj naturalnie uległo wpływom rewolucyi, która rozluźniła we Francyi węzły religijne. Pobożność, jest-to cnota niewieścia, i kobiety tylko jedna drugiéj przekazać ją umieją, a margrabina była istną córką osiemnastego wieku, do którego wierzeniami filozoficznemi należał jéj ojciec. Nie pełniła żadnych praktyk religijnych. Dla niéj ksiądz był-to urzędnik wątpliwego pożytku. W położeniu w jakiém się znajdowała, głos religii mógł tylko zaognić jéj cierpienia, a potém nie miała żadnego zaufania do wiejskich proboszczów ani do ich światła; postanowiła więc postawić tego, który do niéj przychodził, na właściwém miejscu, bez cierpkosci, i pozbyć go się jak to czynią bogaci za pomocą pieniędzy.
Proboszcz wszedł, a jego powierzchowność nie zmieniła wcale zamiarów margrabiny. Ujrzała małego brzuchatego człowieka, z twarzą czerwoną, starą i pomarszczoną, który próbował się uśmiechać, ale czynił to źle i niezgrabnie. Łysa jego czaszka przerznięta horyzontalnemi brózdami, zwieszała się nad twarzą i pomniejszała ją jeszcze, trochę tylko białych włosów porastało ją z tyłu nad samym karkiem i okrążało w półkole. Jednakże fizyognomia tego księdza pokazywała pierwotną wesołość. Mięsiste usta, nos lekko zadarty, broda ginąca wśród zmarszczek, wszystko to świadczyło o szczęśliwém usposobieniu.
Margrabina spostrzegła naprzód jedynie główne jego rysy, ale gdy przemówił, uderzyła ją słodycz głosu. Spojrzała na niego uważniéj i zauważyła pod siwemi brwiami oczy, które zaznały łzy, a potém kontury jego policzków widziane z profilu, nadawały téj głowie tak majestatyczny wyraz boleści, że margrabina rozpoznała w księdzu człowieka.
— Pani margrabino — wyrzekł — bogaci należą do nas wówczas tylko, kiedy cierpią; a cierpienia kobiety zamężnéj, młodéj, pięknéj, bogatéj, która nie straciła ani dzieci, ani rodziców, dają się odgadywać i są sprawione przez rany, które w religii tylko mogą znaléźć ulgę. Twoja dusza, pani, jest w niebezpieczeństwie. Nie będę mówił teraz o przyszłém życiu, jakie nas oczekuje, nie, nie jestem w konfesyonale. Ale czyż nie jest moim obowiązkiem oświecić panią o przyszłości społecznego bytu? Przebaczysz więc starcowi natręctwo w imieniu twego szczęścia podjęte.
— Szczęścia! niéma go już dla mnie. Będę wkrótce należéć do ciebie, panie, zupełnie, jak to powiedziałeś, ale na zawsze.
— Nie, pani, nie umrzesz z téj rozpaczy, która cię przygniata i ryje się na twoich rysach, bo gdybyś miała z niéj umrzéć, nie byłabyś w Saint-Lange. Umieramy mniéj nierównie z powodu określonego żalu niż zawiedzionych nadziei. Widziałem najnieznośniejsze, najstraszliwsze boleści, które przecież nie zabijały.
Margrabina zrobiła ruch pełen niedowierzania.
— Pani widzisz we mnie człowieka, którego nieszczęścia były tak wielkie, iż wobec nich twoje własne byłyby bardzo lekkie, gdybyś je z niemi porównać chciała.
Być może, iż długa samotność zaczynała jéj ciężyć, być może, iż była zainteresowana nadzieją wylania w serce przyjazne swoich bolesnych myśli, bo spojrzała na proboszcza pytającym wzrokiem, na którego znaczeniu nie można się było omylić.
— Wyobraź sobie, pani, ojca, któremu z licznéj rodziny zostało tylko troje dzieci. Stracił on koleją rodziców, potém córkę i żonę obie ukochane. Pozostał sam w głębi prowincyi w małéj posiadłości, gdzie wprzódy wiódł życie szczęśliwe. Trzéj jego synowie byli w wojsku, każden z nich zajmował stopień stosowny do lat służby. W czasie Stu Dni najstarszy przeszedł do gwardyi i został pułkownikiem, drugi był szefem batalionu w artyleryi, a najmłodszy szefem szwadronu w dragonach. Ci trzéj synowie kochali swego ojca tak, jak byli przez niego kochani. Gdybyś pani znała niedbalstwo młodych ludzi, którzy uniesieni swemi namiętnościami nie mają nigdy czasu dla uczuć rodzinnych, zrozumiałabyś z jednéj rzeczy głębokość ich przywiązania dla osamotnionego starca, który żył tylko przez nich i dla nich. Nie przeszedł nigdy tydzień, ażeby nie odebrał listu od jednego z dzieci. Ale téż nie był on nigdy dla nich słabym, co zmniejsza szacunek, ani surowym niesłusznie, co ich zraża, ani skąpym w poświęceniu, co zmniejsza przywiązanie. Nie, on był dla nich więcéj niż ojcem, zrobił się ich przyjacielem, ich bratem. Wreszcie pojechał pożegnać się z niemi do Paryża, gdy wraz z armią ruszali do Belgii, chciał zobaczyć, czy mieli dobre konie, czy nic im nie brakowało. Wymaszerowali, ojciec powrócił do siebie. Wojna się zaczęła, miał listy pisane z Fleurus, z Ligny; wszystko szło dobrze. Stoczono bitwę pod Waterloo, znasz pani jéj rezultat. Odrazu cała Francya pokryła się żałobą. Wszystkie rodziny były w śmiertelném przerażeniu. On, jak pani się domyśla, czekał... nie miał ni snu ni spokoju, czytywał gazety, codzień sam jeździł na pocztę. Raz wieczorem powrócił służący pułkownika. Ujrzał go na koniu swego pana, nie potrzebował robić zapytań; pułkownik zginął przecięty kulą armatnią na dwoje. Ku końcowi wieczora, przyszedł piechotą sługa najmłodszego; najmłodszy umarł na drugi dzień po bitwie. Wreszcie o północy artylerzysta przyniósł wiadomość o stracie ostatniego dziecka, na głowie którego biedny ojciec złożył w tak krótkim czasie wszystkie swoje nadzieje. Tak, pani, zginęli wszyscy.
Po krótkiéj przerwie, ksiądz zwyciężył swoje wzruszenie i dodał łagodnie:
— A ojciec nie umarł, zrozumiał, że skoro Bóg zostawiał go na ziemi, powinien daléj cierpiéć — i cierpi; ale rzucił się na łono religii. Cóż miał innego uczynić?
Margrabina podniosła oczy na twarz proboszcza, która teraz promieniała smutkiem i rezygnacyą, i usłyszała jeszcze te słowa, które wywołały jéj łzy:
— Został księdzem, pani; zanim poświęcony został u stóp ołtarzy, poświęciły go łzy.
Przez chwilę zapanowało milczenie. Margrabina i gość jéj spoglądali przez okno na mglisty horyzont, jakby mogli w nim dostrzedz tych, co już nie istnieli.
— Nie został księdzem w mieście — ciągnął daléj — ale prostym proboszczem.
— W Saint-Lange? — zapytała, obcierając oczy.
— Tak, pani.
Nigdy majestat cierpienia nie okazał się Julii tak wielkim, nawet te proste słowa „tak pani“ padały jéj na serce, jak odgłos niewysłowionego bólu. Ten głos dźwięczący tak łagodnie w jéj uchu poruszał ją do wnętrza, był-to rzeczywiście głos nieszczęścia, ten głos pełny, poważny, który zdawał się mieścić w sobie przejmujące brzmienia.
— Panie — wyrzekła niemal z poszanowaniem — jeśli ja nie umrę, cóż się ze mną stać może?
— Czy nie masz pani dziecka?
— Mam — odparła chłodno.
Proboszcz rzucił na nią spojrzenie podobne temu, jakie rzuca lekarz na człowieka chorego śmiertelnie, i postanowił uczynić wszystko, co było w jego mocy, aby ją wyrwać geniuszowi złego, który już wyciągał nad nią rękę.
— Widzisz więc, pani — wyrzekł — że musimy żyć z naszemi cierpieniami, i religia jedynie daje nam skuteczne pociechy. Czy pozwolisz mi pani przyjść tu znowu, przynieść ci słowa człowieka, który umie odczuć wszystkie bóle i który, jak sądzę, niéma w sobie nic groźnego.
— A więc dobrze, przyjdź pan. Dziękuję, żeś pomyślał o mnie.
— Wkrótce powrócę.
Ta rozmowa przyniosła pewną ulgę duszy margrabiny zbyt rozdraźnionéj zgryzotą i samotnością. Ksiądz zostawił jéj w sercu woń balsamiczną i ożywczą, dźwięk słów pełnych wiary. Potém uczuła ten rodzaj pociechy, jaką czuje więzień, kiedy poznawszy głębie swojéj samotności i ciężar swych kajdan, spotyka sąsiada, który pukając w ścianę rozmawia z nim za pomocą tego dźwięku i objawia mu wspólne myśli. Miała niespodziewanego powiernika. Ale wkrótce powróciła do swych gorzkich rozmyślań i powiedziała sobie, jak to czyni więzień, że towarzysz niedoli niczém nie ulży ani jéj więzom ani jéj przyszłości.
Proboszcz nie chciał za pierwszym razem nadto przerazić téj boleści tak samolubnéj, miał tylko nadzieję, iż dzięki swéj zręczności potrafi wzmocnić uczucia wiary za drugiemi odwiedzinami. Na trzeci dzień przyszedł znowu, a powitanie margrabiny przekonało go, że był oczekiwanym.
— I cóż, pani margrabino — zapytał starzec — czy pomyślałaś choć trochę o ogromie cierpień ludzkich? czy podniosłaś oczy do nieba? czy spostrzegłaś tam to mnóztwo światów, które zmniejszając nasze znaczenie i miażdżąc naszę dumę, zmniejszają tém samém cierpienia.
— Nie, panie — odparła — prawa społeczne zanadto ciężą mi na sercu i rozdzierają je zanadto gwałtownie, ażebym mogła podnieść się do niebios. Ale prawa nie są może jeszcze tak okrutne jak obyczaje świata. Och! świat!
— Powinniśmy, pani, poddać się jednym jak drugim, prawo jest słowem, a obyczaje czynem społeczeństwa.
— Słuchać społeczeństwa! — zawołała margrabina z ruchem pełnym oburzenia. — Ach! panie, wszystkie nieszczęścia nasze ztąd pochodzą. Bóg nie wydał wcale praw nieszczęścia, ale to ludzie zepsuli jego dzieło. My kobiety jesteśmy stokroć srożéj pokrzywdzone przez społeczeństwo niżeli przez naturę. Natura narzuca nam fizyczne cierpienia, których nic nie osładza, a cywilizacya rozwinęła uczucia, które zawodzi ustawicznie. Natura zabija istoty słabe, a wy zmuszacie je żyć, ażeby skazane były na ciągłe nieszczęście. Małżeństwo, ta instytucya, na któréj opiera się dzisiaj społeczeństwo, przywala jedynie nas kobiety całym ciężarem. Dla mężczyzny — wolność, dla kobiety — obowiązek. My winnyśmy wam całe życie, wy nam tylko krótkie chwile. Wreszcie mężczyzna wybiera, tam gdzie my tylko ślepo poddać się musimy. O panie, mogę ci wszystko powiedziéć, małżeństwo takie, jak je dziś widzimy, zdaje mi się tylko legalną prostytucyą. Ztąd powstają nasze cierpienia. Tylko ja jedna wśród tylu istot tak fatalnie połączonych powinnabym milczéć, ja sama spowodowałam własne nieszczęście, ja sama chciałam mego małżeństwa.
Zatrzymała się, płakała gorzko i pozostała chwilę milcząca.
— Wśród téj strasznéj nędzy, w tym oceanie boleści — ciągnęła znowu — znalazłam parę ziarnek piasku, na których się oparłam, gdzie mogłam cierpiéć spokojniéj. Huragan wszystko zdruzgotał. Oto jestem sama, bez oparcia, zbyt słaba, by burzom stawić czoło.
— Nie jesteśmy nigdy słabi, skoro Bóg jest z nami — rzekł ksiądz. — Zresztą, jeśli nie masz pani uczuć, którymbyś się poświęcić mogła, czyż nie masz obowiązków do spełnienia?
— Zawsze obowiązki! — zawołała z rodzajem niecierpliwości — ale gdzież będą dla mnie przywiązania, które dodają siły do ich spełnienia? Nic z niczego i nic darmo jest to jedno z najsprawiedliwszych praw natury tak materyalnéj jak moralnéj. Czyż żądałbyś pan, by te drzewa wydawały liście bez ożywczych soków, które w nich krążą? Dusza ma także swoje soki. A u mnie są one wysuszone nazawsze.
— Nie będę pani mówił o uczuciach religijnych, które dają rezygnacyą — wyrzekł ksiądz — ale macierzyństwo czyż nie jest...
— Dość, panie — zawołała margrabina — z tobą będę szczera. Niestety nie mogę nią już być z nikim, jestem skazana na kłamstwo. Świat wymaga nieustannych udawań i pod karą hańby każe nam być ślepo posłusznym swoim prawom. Istnieje podwójne macierzyństwo. Poznałam to dziś dopiéro, dawniéj było-to dla mnie tajemnicą. Jestem matką tylko połowicznie; czyż nie lepiéj byłoby nie być nią zupełnie? Helena nie jest jego córką. Och! nie oburzaj się pan. Saint-Lange jest-to otchłań, która zniweczyła wiele fałszywych uczuć, gdzie powstało wiele okrutnych świateł i runęły gmachy nienaturalnych praw. Mam dziecko, to wystarcza; jestem matką, tak chce miéć prawo. Ale ty, panie, który masz tak subtelnie miłosierne serce, może zrozumiész ten okrzyk biednéj kobiety, co nie dała przystępu do swego serca żadnemu fałszywemu uczuciu. Bóg mnie sądzić będzie, ale zdaje mi się, że nie obrażam praw jego, ulegając przywiązaniom, które on sam złożył w mojéj duszy, oto co w niém znalazłam. Dziecię? czyż to nie jest obraz dwóch istot, owoc dwóch uczuć dobrowolnie zmieszanych? Jeśli ono nie łączy się z wszystkiemi fibrami ciała jak z wszystkiemi wzruszeniami serca, jeśli nie przypomina rozkosznéj miłości, miejsc i czasu, gdzie te dwie istoty były szczęśliwe, ich mowy pełne dźwięków i miękkich myśli, to dziecię jest istotą chybioną. Tak, dla rodziców ono powinno być cudną miniaturą, w któréj odnajdują poemata podwójnego tajemniczego życia, ono powinno być dla nich ożywczém źródłem wiekuistych wzruszeń, być ich przeszłością całą i przyszłością razem. Moja biedna Helenka jest dziecięciem swojego ojca, dziecięciem obowiązku i przypadku, budzi we mnie jedynie instynkt kobiecy, wedle prawa, które każe nam nieprzeparcie bronić istoty wyszłéj z naszego łona. Jestem bez zarzutu wobec społeczeństwa. Czyż nie poświęciłam jéj mego życia i mego szczęścia. Jéj krzyk budzi echo w moich wnętrznościach; gdyby wpadła do wody rzuciłabym się za nią, żeby ją ratować. Ale ona nie żyje w mojém sercu. Miłość wzbudziła we mnie pojęcie innego macierzyństwa wznioślejszego, zupełniejszego, pieściłam we snach dziecię poczęte pragnieniem, zanim pragnienie to ciałem się stało, nakształt cudnego kwiatu rozkwitłego w duszy, zanim narodzi się światłości dziennéj. Jestem dla Helenki, czém według naturalnego porządku matka dla potomstwa swego być powinna. Kiedy potrzebować mnie więcéj nie będzie — wszystko się skończy, za przyczyną znikną i skutki. Jeśli kobieta posiada słodki przywiléj matkowania przez całe życie swojemu dziecięciu, czyż nie zawdzięcza moralnemu poczęciu tego przedłużonego uczucia? Wszakże kiedy dziecko nie poczęło się z duszy, ale jedynie z ciała matki, macierzyństwo zamiera w jéj sercu tak samo, jak to ma miejsce u zwierząt. Tak jest, ja to czuję coraz lepiéj w miarę, jak wzrasta moja biedna mała. Ofiary, jakie dla niéj spełniłam, zniszczyły moje przywiązanie, gdy tymczasem dla innego dziecka moje przywiązanie byłoby nieograniczone, bo dla tego innego nic nie byłoby ofiarą, wszystko byłoby rozkoszą. Tutaj, panie, religia i rozumowanie nic nie zdoła przeciwko uczuciu. Czyż kobieta, która nie jest ani żoną ani matką, a która na swoje nieszczęście zrozumiała miłość w jéj nieporównaném pięknie i macierzyństwo w jego nieskończonych radościach, nie ma prawa pragnąć śmierci? Cóż się z nią stać może? A ja panu powiem, co ona czuje. Sto razy na dzień, sto razy na noc dreszcz wstrząsa moją myślą, mojém sercem, mojém ciałem, kiedy niezwalczone wspomnienie przynosi mi obrazy szczęścia niezaznanego nigdy, a które wyobraźnia maluje mi może większém, niż jest w istocie. Przy tych okrutnych marzeniach bledną moje uczucia i powiadam sobie: czémże byłoby moje życie, gdyby...
Zakryła sobie oczy rękoma i wybuchnęła płaczem.
— Oto jest głąb’ mego serca — dodała — dla jego dziecka zniosłabym najokropniejsze nieszczęścia. Bóg, który umarł obciążony wszystkiemi grzechami ziemi, przebaczy mi tę myśl dla mnie saméj śmiertelną; ale wiem o tém, świat jest nieubłagany; on uważałby podobną myśl za bluźnierstwo, bo ja naigrawam się z praw jego. Ach! chciałabym walczyć z tym światem, ażeby odrodzić jego prawa i zwyczaje, ażeby je połamać. Czyż on nie zranił mnie we wszystkich moich myślach, we wszystkich uczuciach, we wszystkich fibrach, we wszystkich pragnieniach, we wszystkich nadziejach, w przyszłości, w obecnéj chwili i w przeszłości. Dla mnie dzień jest pełen ciemności, myśl jest mieczem, moje serce raną, a dziecię nawet przeczeniem. Tak, kiedy Helenka do mnie przemawia, chciałabym, żeby miała inny głos, kiedy na mnie patrzy — inne oczy. Ona jest przy mnie jakby na to, żeby mi pokazać wszystko, co być powinno, a co nie jest. Z tego powodu jest mi ona nieznośna. Uśmiecham się do niéj, staram się jéj nagrodzić uczucia, jakie jéj odbieram, i cierpię, och! panie, ja zanadto cierpię, aby módz żyć. I będę uchodzić za kobietę cnotliwą, i nie popełniłam winy, i będą mnie szanować. Walczyłam z mimowolną miłością, któréj nie powinnam była uledz; ale jeśli materyalnie dotrzymałam wiary, czyż zachowałam czyste serce? Ono — dodała przyciskając rękę do piersi — należało jedynie do jednego człowieka. A moje dziecko się na tém nie myli. Są spojrzenia, dźwięki głosu, ruchy matek, których siła chwyta duszę dziecka, a moja biedna mała nie czuje nigdy drżenia mojéj ręki ani wibracyi głosu ani dostrzega słodyczy w spojrzeniu, kiedy na nią patrzę, gdy do niéj przemawiam lub ją obejmuję. I spogląda na mnie z wyrzutem, którego znieść nie mogę. Czasem drżę, ażebym w niéj nie znalazła sędziego, co mnie potępi nie wysłuchawszy. Oby Bóg dał, by między nami nie powstała kiedyś nienawiść! Wielki Boże, otwórz mi grób raczéj, pozwól mi umrzéć w Saint-Lange! Ja chcę przenieść się do nowego świata, gdzie odnajdę moję duszę, gdzie będę mogła być matką całą istnością moją. Przebacz mi pan, jestem szalona. Te słowa dławiły mnie, musiałam je wypowiedziéć. Ach! płaczesz pan, nie pogardzasz mną?
— Helenko, Helenko, moje dziecię, chodź! — zawołała z rodzajem rozpaczy, słysząc, że córka wracała z przechadzki.
Maleńka przyszła śmiejąc się i krzycząc, niosła złapanego motyla, ale widząc matkę płaczącą umilkła, stanęła przy niéj i dała się pocałować w czoło.
— Będzie bardzo piękna — wyrzekł ksiądz.
— To żywy portret ojca — odparła margrabina, całując córkę z gorączkowym wyrazem, jak gdyby chciała wypłacić jéj się z długu albo téż zatrzéć wyrzut sumienia.
— Gorąco ci, mamo?
— Idź zostaw nas, mój aniołku — odparła margrabina.
Dziecię odeszło bez żalu, nie patrząc na matkę, prawie szczęśliwa, że mogło uciec od smutnéj twarzy i rozumiejąc już, że uczucia, które się na niéj malowały, były jéj przeciwne. Uśmiech jest-to właściwość, język i wyraz macierzyństwa. Margrabina nie miała uśmiechu. Zarumieniła się spoglądając na księdza, chciała pokazać mu się matką, ale ani ona sama ani jéj dziecię nie umiały kłamać. Rzeczywiście pocałunek szczeréj kobiety posiada miód niebiański, który nadaje pieszczocie żar subtelny przenikający serce. Pocałunki pozbawione téj serdecznéj woni są suche i gorzkie.
Ksiądz uczuł tę różnicę; mógł zmierzyć różnicę dzielącą macierzyństwo cielesne od macierzyństwa duszy, to téż rzucił na tę kobietę badawcze spojrzenie i wyrzekł:
— Masz pani słuszność, byłoby lepiéj dla ciebie, gdybyś umarła.
— Widzę to, rozumiész pan moje cierpienia — odparła — skoro ty chrześcijanin, ksiądz, odgadujesz i pochwalasz nieszczęsne zamysły, jakiemi mnie natchnęły. Tak, chciałam się zabić, ale zbrakło mi odwagi do wykonania tego czynu. Moje ciało było słabe, kiedy dusza była silna, a kiedy ręka nie drżała już, dusza się wahała. Nie pojmuję przyczyn tych walk i tych przemian, zapewne jestem kobietą w całém nikczemném tego słowa znaczeniu bez siły woli, wytrwałą jedynie w kochaniu. Gardzę sama sobą. Wieczorem kiedy moi ludzie już spali, szłam odważnie ku sadzawce, a gdym doszła do brzegu, moja wątła natura brzydziła się zniszczeniem. Spowiadam się z moich słabości. Gdym znowu znalazła się w łóżku, wstydziłam się sama siebie i znowu miałam odwagę. W jednéj z chwil takich, napiłam się laudanum; ale cierpiałam tylko i pozostałam żywa. Byłam przekonana, że wypiłam wszystko, co było w flakonie, a wypiłam zaledwie połowę.
— Jesteś pani zgubioną — rzekł poważnie ksiądz głosem pełnym łez. — Powrócisz do świata i będziesz świat zwodziła; będziesz w nim szukać i znajdziesz to, w czém widzisz równoważnik swoich cierpień, ale kiedyś odpokutujesz za swoje rozkosze.
— Ja — zawołała — ja miałabym oddać pierwszemu lepszemu zręcznemu komedyantowi namiętności ostatnie najdroższe skarby mego serca, miałabym zbrudzić moje życie dla wątpliwéj chwili rozkoszy! Nie! moja dusza będzie strawiona czystym ogniem. Wszyscy mężczyźni mają zmysły płci swojéj, ale taki, coby miał także jéj duszę i coby tym sposobem odpowiadał wszystkim wymaganiom naszéj natury, takiego nie spotyka się dwa razy w życiu. Moja przyszłość jest okropna, wiem o tém, piękność jest niczém bez rozkoszy; ale czyż świat nie potępiłby mego szczęścia, gdyby ono jeszcze dla mnie znaléźć się mogło? Winnam zachować mojéj córce poważaną matkę. Czuję to, jestem zamknięta żelazną obręczą, z któréj bez hańby wyjść mi niepodobna. Obowiązki rodzinne spełniane bez żadnéj nagrody znudzą mnie, będę przeklinać życie, ale przynajmniéj moja córka będzie miała matkę, jeśli nie istotną, to za to wspaniałą. Dam jéj skarby cnoty, ażeby zastąpić skarby uczucia, których jéj dać nie mogę. Nie pragnę nawet żyć, by miéć przyjemność, jaką sprawia matkom szczęście dzieci. Ja w szczęście nie wierzę. Jaki będzie los Helenki? zapewne ten sam co mój. Alboż matki posiadają sposob zapewnienia swoich córek, że człowiek, któremu je oddają, będzie małżonkiem wedle ich serca. Obrzucacie błotem biedne istoty, co się sprzedają za lichy pieniądz przechodniom; głód i potrzeba usprawiedliwiają podobnie znikome związki; — a tymczasem społeczeństwo nie tylko cierpi, ale zachęca długotrwałe związki pomiędzy niewinną dziewczyną a człowiekiem, którego zna zaledwie parę miesięcy, a ona jest zaprzedana na całe życie. Prawda, że cena jest wysoka. Gdybyście przynajmniéj szanowali ją, skoro odmawiacie jéj wszelkiéj nagrody cierpień; ale nie, świat szkaluje najcnotliwsze z pomiędzy nas. Taki jest nasz los widziany pod dwoma postaciami. Prostytucya publiczna i hańba, prostytucya tajemna i nieszczęście! Co zaś do biednych dziewcząt bez posagu to waryują lub umierają; dla nich nie ma litości. Piękność, cnota nie mają wartości w waszym ludzkim bazarze, i nazywacie społeczeństwem ten stek samolubstwa. Więc przynajmniéj pozbawcie kobiety prawa dziedziczenia, przynajmniéj tym sposobem spełnicie prawo natury wybierając wasze towarzyszki, żeniąc się z niemi wedle wyboru serca.
— Pani, twoja mowa dowodzi jasno, że nie pojmujesz ani ducha rodziny ani ducha wiary, to téż pomiędzy samolubstwem społeczeństwa, którém czujesz się dotknięta, a samolubstwem stworzenia pragnącego rozkoszy, wahać się nie będziesz...
— Rodzina! alboż rodzina istnieje, ja przeczę rodzinie wśród społeczeństwa, które po śmierci ojca i matki dzieli majątek i każe każdemu z jéj członków iść w swoję stronę. Rodzina jest współką czasową i przypadkową, śmierć rozwiązuje ją szybko. Nasze prawa zniweczyły rody, dziedzictwo, wiekuistość przykładów i tradycyj. Widzę tylko gruzy wkoło siebie.
— Pani, powrócisz dopiéro wówczas do Boga, gdy jego ręka zaciąży nad tobą, pragnę, ażebyś wówczas miała czas się z nim pogodzić. Zamiast szukać pociechy w górze, spuszczasz oczy na ziemię, filozofowanie i własny interes zepsuły ci serce, jesteś głucha na głos religii, jak wszystkie dzieci tego wieku bez wiary. Rozkosze świata rodzą tylko boleści; a ty zmienisz rodzaj cierpienia, oto wszystko.
— Uczynię pana fałszywym prorokiem — wyrzekła uśmiechając się z goryczą — pozostanę wierną temu, który umarł dla mnie.
— Boleść — odparł — żywotną być może tylko w duszy, przygotowanéj do niéj przez wiarę.
Spuścił oczy, ażeby nie obrazić jéj wątpliwością widną w spojrzeniu. Energiczne skargi margrabiny napełniły go smutkiem. Spotykając egoizm ludzki pod tysiącznemi kształtami, zwątpił o nawróceniu tego serca, które ból wysuszył zamiast zmiękczyć, i gdzie ziarno boskiéj siejby nie mogło się przyjąć, bo głuszone było przez wielki i straszny głos samolubstwa. Jednakowoż nie zraził się i ze stałością apostoła powracał po kilkakroć z nadzieją pozyskania Bogu téj hardéj duszy. Stracił ją dopiéro w dniu, gdy się przekonał, że margrabina jedynie dlatego lubiła z nim rozmawiać, że miała sposobność wspominać tego, który już nie żył. Nie chciał poniżać swego powołania stając się tym sposobem powiernikiem namiętności i stopniowo powracał do formuł i komunałów towarzyskich.
Nadeszła wiosna. Margrabina wyszukiwała rozrywek w swoim głębokim smutku, z braku innego zajęcia zwróciła uwagę na majątek, w którym mieszkała, i nakazała niektóre ulepszenia. W miesiącu październiku porzuciła stary zamek Saint-Lange. Odzyskała tu świeżość i piękność w czasie odpoczynku spowodowanego cierpieniem zrazu gwałtowném, które jednak z koleją czasu słabło, aż roztopiło się w lekkiéj melancholii tak jak obręcz rzucona, wyczerpawszy siłę rzutu, zatrzymuje się po kilku drgnieniach słabnących stopniowo. Melancholia składa się z szeregu podobnych drgnień moralnych; pierwsze z nich graniczą z rozpaczą, ostatnie z rozkoszą; w młodości jest ona pomroką ranną, w starości — wieczorną.
Kiedy margrabina przejeżdżała przez wieś, powóz jéj spotkał księdza, który powracał z kościoła do swego probostwa, złożył jéj ukłon, ale ona odpowiadając nań spuściła oczy i odwróciła głowę, żeby nie widziéć go więcej. Miał on stokroć słuszność, gdy nie dowierzał rozpaczy téj Artemizy z Efezu.




III.

W latach trzydziestu.

Młody człowiek wielkich nadziei należący do jednéj z tych historycznych rodzin, których nazwiska naprzekór prawom nawet pozostaną zawsze związane ze sławą Francyi, znajdował się raz na balu u pani Firmiani. Ta pani dała mu kilka listów rekomendacyjnych do swoich przyjaciółek w Neapolu. Karol de Vandenesse (takie było nazwisko młodego człowieka) przyszedł jéj za to podziękować i pożegnać się zarazem.
Spełniwszy już z talentem kilka misyj, Vandenesse został świeżo dodany jednemu z naszych ministrów pełnomocnych na kongresie w Lublanie i chciał skorzystać z téj sposobności, ażeby zwiedzić Włochy. Na tym balu więc żegnał poniekąd przyjemności Paryża i to życie szybkie, ten wir myśli i rozkoszy, które się często szkaluje, ale w które tak miło jest być wmieszanym.
Przywykły od trzech lat witać różne stolice europejskie i żegnać je wedle kaprysów swego dyplomatycznego powołania, Karol de Vandenesse nie miał czego osobliwie żałować w Paryżu. Kobiety nie wywierały już na nim żadnego wrażenia, bądź-to dlatego, iż według jego uznania namiętność prawdziwa zabrałaby nadto miejsca w życiu człowieka oddanego polityce, bądź-to, że nikczemne zabiegi powierzchownych miłostek nie odpowiadały potrzebom silnéj duszy. My mamy zawsze wielkie pretensye do siły duszy. We Francyi żaden człowiek nawet najbardziéj powszedni nie chce poprzestać na tém, by być poprostu dowcipnym, każden pragnie się czémś więcéj pokazać.
To téż Karol chociaż młody (miał zaledwie lat trzydzieści) już się przyzwyczaił widziéć idee, rezultaty i środki tam, gdzie ludzie jego wieku spostrzegają tylko zwykłe uczucia, przyjemności i złudzenia. Odpychał ciepło i żywość wrodzoną młodości w głąb’ duszy, którą natura obdarzyła szlachetnością. Pracował nad tém, by stać się zimnym i wyrachowanym, starał się zużytkować na zdawkową grzeczność, na wdzięczne obejście, na łudzącą uprzejmość bogactwa moralne, jakie posiadał. Była-to praca ambicyi, smutna rola przywdziana w celu zdobycia tego, co zowie się w świecie świetném położeniem.
Rzucił ostatnie spojrzenie na salon, gdzie tańczono. Zanim opuścił bal, chciał zapewne zatrzymać go w myśli, tak jak widz na operze chce zobaczyć obraz ostatni. Chciał także przyjrzeć się téj zabawie czysto francuzkiéj i studyować jéj objawy, śmiejące się twarze pełne ożywienia, porównywając je w myśli z nowemi fizyognomiami i malowniczemi scenami, jakie czekały go w Neapolu, gdzie zamierzał przepędzić dni parę, zanim miał się udać na swoje dyplomatyczne stanowisko. Zdawał się porównywać Francyą, tak zmienną a przecież tak łatwą do zrozumienia, do kraju, którego okolice i obyczaje znane mu tylko były z opowiadań lub książek sprzecznych z sobą i najczęściéj nieudolnych.
Wtedy przyszło mu na myśl parę zdań poetycznych, dzisiaj nadzwyczaj oklepanych, które jednak odpowiadały może bezwiednie w téj chwili tajemnym potrzebom jego serca, było ono więcéj wymagające, niż znudzone, więcéj bezczynne niż zamarłe.
— Oto — mówił sobie — kobiety najpiękniejsze, najwykwintniejsze, najarystokratyczniejsze w Paryżu. Tu są sławy dnia bieżącego, ludzie, którzy odznaczyli się bądź-to na trybunie, bądź-to w salonie, bądź w literaturze. Tutaj są artyści, tutaj ludzie piastujący władzę, a przecież widzę tylko pomiędzy niemi małe intrygi, miłości bez życia, nic nieznaczące uśmiechy, pogardy bez powodu, spojrzenia bez ognia, wiele dowcipu zapewne, ale zużywanego bez celu. Wszystkie te białe i rumiane twarze nie szukają rozkoszy, ale rozrywki tylko. Nie ma tu wcale wzruszeń prawdziwych. Jeśli kto szuka tylko piór ładnie ułożonych, świeżych gaz, ładnych strojów i ładnych kobiet; jeśli życie jest dla kogo tylko powierzchnią, na któréj prześlizgnąć się należy: oto świat, jakiego pragnie. Trzeba tylko poprzestać na tych nic nieznaczących frazesach, na tych cudnych minkach i nie wymagać uczucia od tych serc. Co do mnie brzydzę się płaskiemi intrygami, które mają za cel małżeństwa, podprefektury i t. p. albo jeśli chodzi o miłostki, jakieś tajemne układy i schadzki, gdyż ludzie wstydzą się pozoru nawet namiętności. Nie widzę tu ani jednéj z tych wymownych twarzy, które świadczą o duszy pożeranéj myślą lub wyrzutem jakim. Tutaj żal lub nieszczęście kryją się wstydliwie pod pozorem żartu. Nie widzę tu ani jednéj kobiety, z którą miałbym przyjemność walczyć, coby mogła w przepaść pociągnąć. Gdzie znaléźć energią w tym Paryżu? Sztylet jest-to przedmiot ciekawości powieszony na gwoździu złoconym i okryty ładną pochwą. Kobiety, pojęcia, uczucia, wszystko to nosi między sobą cechy podobieństwa, nie ma tu już namiętności bo osobistość zniknęła. Stany, rozumy, majątki zostały porównane i wszyscyśmy przywdzieli frak czarny niby żałobę po umarłej Francyi. Niema miłości pomiędzy równemi. Kochankowie powinni miéć różnicę do zatarcia odległości, do zniweczenia; te rozkosze miłości odebrał nam rok 1789. Nuda ciążąca nad nami, nasze bezbarwne obyczaje są wynikiem politycznego systematu. Przynajmniéj we Włoszech wszystko jest żywo odcięte, tam kobiety, są-to jeszcze szkodliwe zwierzęta, niebezpieczne syreny bez rozumu, bez innéj logiki jak logika ich zachceń i przywidzeń, trzeba ich się strzedz jak się strzeże tygrysów...
W téj chwili pani Firmiani przerwała ten monolog, którego tysiąca sprzecznych, niedokończonych, niewyraźnych myśli, słowami oddać nie podobna. Rozkosz marzenia nie jestże cała w tém czémś nieokreśloném, czyż nie stanowi ona rodzaju mgły umysłowéj?
— Chcę — rzekła pani Firmiani — zaprezentować pana kobiecie, która słysząc wiele o tobie, pragnie niezmiernie cię poznać.
Zaprowadziła go do przyległego salonu i wskazała ruchem, uśmiechem i spojrzeniem Paryżanki kobietę siedzącą przy kominku.
— Któż to taki? — zapytał żywo hrabia de Vandenesse.
— Kobieta, o któréj z pewnością mówiłeś pan nieraz bądź-to z pochwałą bądź z naganą, kobieta która żyje w samotności, prawdziwa tajemnica.
— Jeśli byłaś pani kiedykolwiek wspaniałomyślną w swojém życiu, przez litość, powiédz mi jéj nazwisko.
— Margrabina d’Aiglemont.
— Pójdę się od niéj uczyć, potrafiła zrobić z zupełnie nieudolnego człowieka para Francyi, z człowieka bez talentu znakomitość polityczną. Ale powiédz mi pani, czy lord Grenville umarł dla niéj, jak utrzymywało kilka kobiet?
— Być może. Od czasu tego wypadku, czy zdarzył się on dla niéj lub nie, biedna kobieta jest bardzo zmieniona. Nie bywa jeszcze wcale w świecie. To coś znaczy w Paryżu wierność czteroletnia... Jeśli pan ją tu widzisz...
Pani Firmiani umilkła a potém dodała znacząco.
— Ale ja zapominam, żem powinna milczéć, idź pan z nią rozmawiać.
Karol stał przez chwilę nieruchomy wsparty lekko plecami o oddrzwi, cały zajęty przypatrywaniem się kobiecie, która stała się sławną, chociaż nikt nie mógł powiedziéć wyraźnie powodów téj sławy. W świecie spotyka się wiele podobnie niewytłómaczonych rzeczy. A sława pani d’Aiglemont nie była dziwniejszą od sławy wielu ludzi noszących się z jakąś wielką niespełnioną pracą jak statystycy, których świat ma za głębokich na wiarę obliczeń nigdy nie objawionych, jak politycy żyjący rozgłosem artykułu dziennikarskiego, artyści lub autorzy, których dzieło nigdy nie pokazuje się światu, uczeni będący takiemi jedynie w obliczu ludzi nie pojmujących nauki, jak Sganarelle był łacinnikiem z temi tylko, którzy nie umieli po łacinie; są to wszystko ludzie, których świat obdarza rozmaitą sławą stosowanie do powołania. To cudowne wyrażenie: specyalna zdolność zdaje się wymyślone na korzyść podobnych politycznych i literackich bezgłowów.
Karol spoglądał dłużéj na panią d'Aiglemont, niż zamierzył, i był nierad, że kobieta tak go mocno zajęła; ale téż widok téj kobiety zaprzeczał wszystkim myślom, jakiemi bal natchnął młodego dyplomatę.
Margrabina liczyła wówczas lat trzydzieści, była bardzo piękna, chociaż nadzwyczaj drobnych kształtów i delikatnéj postaci. Największy wdzięk jéj stanowiła fizyognomia, któréj spokój zdradzał w duszy zadziwiające głębie. Oko jéj pełne blasku, ale jakby zamglone jakąś myślą nieustającą, jaśniało razem gorączkowém życiem i ostateczną rezygnacyą. Powieki jéj prawie zawsze skromnie ku ziemi spuszczone podnosiły się rzadko. Jeśli spoglądała wkoło siebie, czyniła to ze smutnym ruchem w ten sposób, iż możnaby powiedziéć, że zachowywała cały ogień źrenic dla tajemniczych wpatrywań.
Każden człowiek wyższy czuł pociąg ciekawości do téj łagodnéj i milczącéj kobiety. Jeśli inteligencya starała się odgadnąć tajemnicę ustawicznego oddziaływania obecności na przeszłość i świata na jéj samotność, dusza nie mniéj pragnęła zrozumiéć skrytości serca dumnego niejako ze swoich cierpień.
Zresztą nic w niéj nie niweczyło pierwszego wrażenia. Jak wszystkie prawie kobiety mające bardzo długie włosy, była bladą i niezmiernie białą. Skóra jéj nadzwyczajnie cienka była rzadko omylnym znakiem wielkiéj tkliwości; właściwość tę potwierdzały rysy, które miały cudne wykończenie, jakie malarze chińscy nadają swoim fantastycznym postaciom. Szyja jéj była może trochę za długa, ale takie szyje są pełne wdzięku i nadają głowom kobiecym nieokreślone podobieństwo z magnetycznemi ruchami węża. Gdyby nawet nie istniał żaden ze znaków, przez jakie badacz odgaduje najskrytsze charaktery, dośćby było przyjrzéć się rozmaitym ruchom i zwrotom głowy kobiety, ażeby ją osądzić.
Ubranie pani d’Aiglemont było w harmonii z myślą główną, co nią rządziła. Włosy jéj szeroko zaplecione zebrane były w koronę nad głową bez żadnéj innéj ozdoby, bo zdawało się, że na zawsze zrzekła się wszelkiego stroju. To téż nie było w niéj wcale tych nikczemnych obliczeń kokieteryi, które tak często psują wrażenie, jakie czyni kobieta. Ale jakkolwiek był skromny jéj stanik, nie mógł ukrywać wdzięku figury. Całym zbytkiem jéj długiéj sukni był krój niepospolity, a jeśli podobna przywiązywać myśl jaką do układu materyi, to rzecby można, że obfite i proste fałdy jéj sukni nadawały jéj wielką szlachetność.
Jedynie może zdradzała w niéj kobiecą naturę staranność niezwykła o rękę i nogę; ale jeśli pokazywała je chętnie, to najzłośliwsza rywalka nie mogła zarzucić żadnéj przesady w jéj ruchach; były one zawsze naturalne lub zapamiętane z dzieciństwa. Te resztki mimowolnéj kokieteryi znajdowały swoje usprawiedliwienie we wdzięczném opuszczeniu całéj postaci. To mnóztwo rysów, ten zbiór drobnostek, które czynią kobietę brzydką lub ładną, pociągającą lub nieprzyjemną, mogą być jedynie wskazane szczególniéj w razie, kiedy tak jak u pani d’Aiglemont dusza stanowi węzeł pomiędzy pojedyńczemi rysami i nadaje im rozkoszną harmonią. To téż sposób jéj obejścia był w doskonałéj zgodzie z charakterem twarzy, postaci i ubraniem.
Tylko w pewnym wieku niepospolite kobiety umieją nadać wyraz najlżejszym ruchom. Czy to cierpienie czy szczęście nadaje kobiecie trzydziestoletniéj tę wymowną postawę. Będzie to zawsze żywa zagadka, którą każden tłómaczyć będzie wedle swoich chęci, nadziei lub systematu wreszcie. Sposób, jakim margrabina trzymała oba łokcie oparte na ramionach fotelu i splatała kończyny palców, jak gdyby bawiąc się niemi, pochylenie jéj szyi, opuszczenie ciała znużonego ale giętkiego, które wspierało się jak przełamane w fotelu, niedbałość postawy, ruchy zmęczone: wszystko to pokazywało, że tę kobietę nie nie zajmowało w życiu, że nie zaznała rozkoszy miłości, ale tylko marzyła o nich, że ugina się ona pod ciężarem wspomnień, że zwątpiła o przyszłości czy o sobie i bezczynna bierze próżnię za nicość.
Karol de Vandenesse długo zachwycał się tym cudnym widokiem, ale widział w nim tylko owoc doskonalszego układu niż ten, na jaki ogół kobiet zdobyć się potrafi. Znał pana d’Aiglemont. Za pierwszém spojrzeniem rzuconém na tę kobietę, któréj nie widział dotąd nigdy młody dyplomata, dostrzegł pomiędzy tém dwojgiem ludzi dyzharmonii, niestosowności, jeśli użyjemy prawnego wyrażenia, zbyt silnych, ażeby miłość pani d’Aiglemont dla męża była możliwą. Jednakże prowadzenie jéj było wzorowe a cnota jéj nadawała jeszcze większe znaczenie wszystkim tajemnicom, które dostrzegał w niéj badacz.
Skoro pierwsze zdziwienie przeminęło, Vandenesse szukał najlepszego sposobu zawiązania rozmowy z panią d’Aiglemont i wedle często używanego w dyplomacyi środka, próbował ją zmieszać, ażeby zobaczyć, w jaki sposób to przyjmie.
— Dowiedziałem się — wyrzekł, siadając koło niéj — za pomocą cudzéj niedyskrecyi, że miałem szczęście, nie wiem z jakiego powodu, panią zająć. Winienem pani tém większą wdzięczność, iż dodotąd[11] nigdy nie doświadczyłem podobnéj łaski. Będziesz więc pani temu winną, jeśli nabiorę brzydkiéj wady, bo odtąd nie chcę więcéj być skromnym.
— To szkoda — odparła śmiejąc się — zostaw pan zarozumienie tym, którzy czém inném poszczycić się nie mogą.
W ten sposób zaczęła się rozmowa pomiędzy margrabiną i młodym dyplomatą i rozmowa ta w jednéj chwili ogarnęła tysiące przedmiotów, mówili o malarstwie, muzyce, literaturze, polityce, ludziach, wypadkach i rzeczach. Potém doszli nieznacznie do wiekuistego przedmiotu rozmów we Francyi i po-za jéj granicami, do uczuć, do miłości i kobiety.
— Jesteśmy niewolnicami.
— Królujecie.
Mniéj więcéj dowcipne zdania zamienione przez Karola i margrabinę mogły się streścić w tych słowach będących istotnym wyrazem wszystkich podobnych rozmów obecnych i przyszłych. Czyż te dwa frazesa nie będą wiekuiście znaczyły: „kochaj mnie“, „kochać cię będę“?
— Pani — wyrzekł wreszcie Karol de Vandenesse — zaczynam bardzo żałować, że opuszczam Paryż, we Włoszech z pewnością nie odnajdę tak przyjemnych godzin ani tak dowcipnej rozmowy.
— Znajdziesz pan może szczęście, a wierz mi, znaczy ono więcéj jak wszystkie świetne myśli prawdziwe i fałszywe co wieczór zamieniane w Paryżu.
Zanim się rozstali, Karol de Vandenesse otrzymał pozwolenie złożenia margrabinie pożegnalnéj wizyty. A skoro kładąc się spać i nazajutrz przez dzień cały nie podobna mu było pozbyć się pamięci téj rozmowy i téj kobiety, uważał się za bardzo szczęśliwego, że prośba jego przyjętą została. Czasem zapytywał siebie, dlaczego margrabina zwróciła na niego uwagę? jakie mogły być jéj zamiary? i czynił na ten temat nieskończone komentarze. Czasem znowu wyobrażał sobie, iż odgadł powody jéj ciekawości, i wówczas albo upajał się nadziejami albo téż stygł nagle, stosownie do sposobu, jakim tłómaczył sobie tę grzeczną światową ciekawość tak pospolitą w Paryżu. Czasem czuł się w prawie wszystkiego się spodziewać, czasem znów niczego wcale. Wreszcie chciał się oprzéć chęci ciągnącéj go do pani d’Aiglemont, jednakże do niéj poszedł. Są myśli, którym jesteśmy bezwiednie posłuszni, które istnieją w nas bez naszéj świadomości, a chociaż to zdanie może się zdawać więcéj paradoksalném niż prawdziwém, każda osoba dobréj wiary znajdzie na to w życiu własném dowody. Idąc do margrabiny Karol był posłuszny jednéj z takich myśli.
Kobieta trzydziestoletnia posiada nieopisane uroki dla młodego człowieka; nic naturalniejszego i silniejszego jak związek pomiędzy kobietą taką jak margrabina a człowiekiem jak Vandenesse, w świecie widzimy pełno podobnych. Młoda dziewczyna ma zanadto wiele złudzeń i niedoświadczenia, miłość jéj zbyt często jest poprostu powodowana płcią, ażeby mogła rzeczywiście pochlebiać młodemu człowiekowi, kiedy przeciwnie kobieta wie, na co się waży i poświęca. Tam gdzie jedna pociągnięta jest ciekawością i wielu uczuciami nie będącemi wcale miłością, druga działa z samowiedzą. Jedna ulega, druga wybiera. A sam fakt wyboru stanowi pochlebstwo. Uzbrojona świadomością, prawie zawsze drogo okupioną własném nieszczęściem, oddając się kobieta zdaje się więcéj dawać niż samę siebie; a młoda dziewczyna nieświadoma i łatwowierna, nic nie znając, nic nie umie ocenić; przyjmuje tylko miłość i studyuje ją. Jedna nas uczy i doradza w wieku, w którym człowiek lubi się dać prowadzić, w którym posłuszeństwo jest rozkoszą; druga chce się wszystkiego dowiedziéć i jest naiwną tylko tam, gdzie pierwsza jest tkliwą. Dziewczyna dać nam może jeden tryumf, kobieta zmusza nas do ciągłéj walki. Dziewczyna ma jedynie łzy i przyjemności, kobieta posiada wyrzuty sumienia i rozkosze. Ażeby dziewczyna mogła być istotną kochanką, musi być z gruntu zepsutą, a wtedy parzuca[12] się ją ze wstrętem, gdy tymczasem kobieta ma tysiące sposobów zachowania jednocześnie swéj władzy i swojéj godności. Jedna zanadto uległa daje smutne zapewnienie spokoju; druga ma zbyt wiele do stracenia, ażeby nie zapożyczyć u miłości tysiąca przemian. Pierwsza samę siebie tylko hańbi, druga zabija rodzinę całą dla kochanka. Dziewczyna jednę tylko posiada kokieteryą i sądzi, że już wszystko powiedziała, skoro zdejmie szatę; kobieta przeciwnie ma ich tysiące i kryje się nieskończoną liczbą zasłon, a wreszcie umie pochlebiać wszystkim miłościom własnym, gdy dziewczyna do jednéj tylko przemawia. W kobiecie trzydziestoletniéj istnieją niepewności, trwogi, wstrząśnienia i burze, które nie spotykają się nigdy w dziewiczéj miłości. Doszedłszy do tego wieku, kobieta żąda od młodego człowieka, ażeby wrócił jéj poważanie, które mu poświęciła; wówczas ona istnieje dla niego jedynie, zajmuje się jego przyszłością, pragnie, by życie miał piękne, pełne sławy. Umie być posłuszną, błagać i rozkazywać, poniżyć się i wywyższyć, a co najważniejsza, potrafi pocieszyć w takich chwilach, gdy dziewczyna tylko jęczéć potrafi.
A w końcu oprócz wszystkich korzyści swego położenia, kobieta trzydziestoletnia może przyjąć na siebie rozmaite role, nawet rolę młodéj dziewicy, być wstydliwą jak ona i upiększyć się do tego nieszczęściem. Pomiędzy niemi dwiema istnieje niezmierzona różnica, jaką oddziela to, co przewidziane od nieprzewidzianego, siłę od słabości. Kobieta trzydziestoletnia wszystkiemu zadość uczynić potrafi, a przeciwnie dziewczyna niczemu zadość uczynić nie może. Podobne pojęcia rozwijają się w sercu młodego człowieka i składają się na wytworzenie najsilniejszéj namiętności, bo łączą się tutaj sztuczne uczucia wyrobione obyczajem z wrodzonemi z natury uczuciami.
Krok najważniejszy i najniepowrotniejszy w życiu kobiety jest ten właśnie, który ona najlekkomyślniéj popełnia. Zamężna nie należy już więcéj do siebie, jest królową i niewolnicą domowego ogniska. Świętość kobiet nie może się pogodzić z obowiązkami i wolnością światowego życia. Emancypować kobiety jest to je zdemoralizować. Skoro pozwala się obcemu wejść do sanktuaryum rodziny, nie jest-że to zdać się na jego łaskę? a jeśli kobieta go do niego wciąga, nie jest-że to już błędem a przynajmniéj, mówiąc ściśléj, początkiem błędu? Trzeba przyjąć tę teoryą w jéj całéj rozciągłości lub z góry usprawiedliwić namiętność.
Do téj pory we Francyi towarzystwo wynalazło w tym względzie mezzo termine: śmieje się z nieszczęścia. Na kształt Spartanów, którzy karali jedynie niezręczność, zdaje się przyzwalać na kradzież. Być może, iż jest w tém pewna mądrość. Pogarda ogólna stanowi najstraszniejszą karę ze wszystkich, gdyż w samo serce uderza kobietę. Kobiety stoją bardzo i koniecznie stać muszą o szacunek, gdyż bez niego przestają istniéć. To téż żądają go koniecznie w miłości. Najbardziéj zepsuta z pomiędzy nich wymaga przedewszystkiém rozgrzeszenia z przeszłości, zaprzedając swą przyszłość i stara się wmówić w kochanka, że zamienia za szczęście, jakie on jéj daje, szacunek, którego jéj z tego powodu świat odmówi.
Nie ma kobiety, któraby przyjmując u siebie po raz pierwszy młodego człowieka i znajdując się z nim sam na sam, nie pomyślała coś podobnego, szczególniéj jeśli ten młody człowiek, jak Karol de Vandenesse, jest piękny i rozumny. Wzajemnie każden prawie młody człowiek zakłada sobie skryte nadzieje w podobném położeniu względem kobiety ślicznéj, dowcipnéj i nieszczęśliwéj jak pani d’Aiglemont.
Słysząc anonsowane nazwisko pana de Vandenesse, margrabina się zmieszała, a Karol pomimo pewności siebie, jaką wyrabia zawód dyplomatyczny, przez chwilę nie wiedział, co z sobą począć. Ale margrabina przybrała szybko ten wyraz przyjazny, którym kobiety bronią się przeciw przywidzeniom miłości własnéj. Ten sposób przyjęcia odbiera wszelkie skryte nadzieje, a przecież daje pewną folgę uczuciu kryjąc je po-za formy grzeczności. Kobiety trzymają się wówczas tak długo, jak im to potrzebne, na tém nieokreśloném stanowisku, jak na rozstajnéj drodze, zkąd można równie łatwo dojść do szacunku, do namiętności lub cofnąć się do obojętnych stosunków. Dopiéro w trzydziestu latach kobieta jest w stanie znać całą wartość tego stanowiska. Na niém może ona śmiać się, żartować, płakać, rozczulać się, nie kompromitując się wcale. Posiada wówczas takt potrzebny do poruszania w mężczyźnie wszystkich czułych strun i dźwięków, jakie z nich dobywa. Milczenie jéj jest równie niebezpieczne jak słowa. W tym wieku niepodobna odgadnąć, czy jest szczera czy fałszywa, czy żartuje lub téż mówi naseryo. Pozwoliwszy raz walczyć z sobą, nagle jedném słowem, jedném spojrzeniem, jednym ruchem, którego zna całą potęgę, kończy walkę i staje się panią tajemnicy przeciwnika, sama zaś może zabić go złośliwym żartem lub téż zająć się nim, broniona zarówno jego słabością jak siłą.
Jakkolwiek margrabina zajęła owo neutralne stanowisko podczas pierwszéj wizyty Karola, umiała zachować na niém wysoką godność niewieścią. Jéj tajone cierpienia unosiły się ciągle nad udaną wesołością, którą przybrała jak lekkie chmurki, które niezupełnie kryją blask słoneczny. Vandenesse odszedł doznawszy w czasie tych odwiedzin nieznanych rozkoszy, ale przekonany, że zdobycie kobiety takiéj jak margrabina jest rzeczą zbyt trudną, by warto było ją kochać.
— Byłyby to — wyrzekł sam do siebie odchodząc — sentymenta posunięte do nieskończoności, korrespondencya, któraby nawet ambitnego biuralistę zamęczyła. Jednakże gdybym chciał tylko... Owo fatalne: gdybym chciał tylko wiekuiście wiedzie upartych do zguby. We Francyi miłość własna daje początek namiętności.
Karol był znowu u pani d’Aiglemont i zdawało mu się, że towarzystwo jego było jéj przyjemne. Wówczas zamiast oddać się naiwnie rozkoszy kochania chciał grać rolę podwójną. Próbował być namiętnym i analizować nazimno bieg miłosnéj sprawy, być razem kochankiem i dyplomatą; ale był młodym i szlachetnym; podobna analiza zaprowadzić go miała do bezgranicznéj miłości; bo działając za pomocą sztuki czy natury margrabina była zawsze od niego silniejszą. Ile razy wychodził od pani d’Aiglemont, Karol trwał w swojéj niewierze i poddawał zmienne i wzrastające wrażenia swego serca ścisłemu rozbiorowi, który je zabijał.
— Dzisiaj — mówił sam do siebie za trzecią bytnością — dała mi do zrozumienia, że jest mocno nieszczęśliwa i samotna w życiu, że gdyby nie córka, gorąco pragnęłaby śmierci. Zdawała się zupełnie zrezygnowana. Ja przecież nie jestem ani jéj bratem, ani spowiednikiem, dlaczegoż więc powierza mi swoje zmartwienia? Kocha mnie.
Dwa dni poźniéj, wychodząc znów od margrabiny miał przemowę do obyczajów obecnych.
— Miłość przybiera barwę każdego wieku. W roku 1822 jest doktrynerską. Zamiast jak dawniéj dowodzić jéj czynem, mówi się o niéj, dyskutuje, rozbiera; uczucie wciela się w rozprawę godną trybuny. Kobiety zmuszone są uciekać się do trzech sposobów, najprzód kwestyonują naszę siłę namiętności, przeczą, byśmy byli w stanie kochać tak, jak one kochają. Jest-to kokieterya, rodzaj wyznania, które dziś wieczór rzuciła mi margrabina. Potém czynią się bardzo nieszczęśliwemi, ażeby wzruszyć naszę wrodzoną szlachetność albo téż miłość własną. Czyż to nie pochlebia młodemu człowiekowi pocieszyć taką wielką boleść? A wreszcie mają istną manią dziewiczości, margrabina może myśléć, że wierzę w jéj niepokalaność. Moja wiara w tym względzie będzie wyborném wyrachowaniem.
W końcu, dnia pewnego, wyczerpawszy wszystkie niedowierzania, zapytał samego siebie, czy margrabina szczerą nie była, czy tyle cierpień mogło być udaniem i na co miała przybierać pozór rezygnacyi? Żyła w zupełném osamotnieniu, pożerana zgryzotą, któréj zaledwie pozwalała się domyślać wyrazem twarzy lub słówkiem rzuconém.
Od téj chwili Karol zainteresował się bardzo żywo panią d’Aiglemont. Jednakże często powracając z codziennéj wizyty, która stała się im obojgu równie potrzebną w godzinie naznaczonéj wspólnym instynktem, Vandenesse znajdował jeszcze tę kobietę więcéj umiejętną niż szczerą. I ostatnie jego słowo było: — Rzeczywiście, ta kobieta jest bardzo zręczna.
Dnia jednego wszedł i ujrzał margrabinę w jéj ulubionéj postawie, pełnéj melancholii; podniosła oczy na niego, nie ruszając się wcale, i rzuciła mu jedno z tych pełnych spojrzeń, które są podobne do uśmiechu. W téj chwili twarz pani d’Aiglemont wyrażała zaufanie i prawdziwą przyjaźń, ale nie było na niéj miłości.
Karol usiadł nie mogąc powiedziéć słowa. Ogarnęło go wzruszenie, na które nie znajdował wyrazu.
— Co panu jest? — spytała swoim rzewnym głosem.
— Nic. To jest — dodał po chwili — myślę o rzeczy, o któréj nie myślałem dotąd.
— O czém-że?
— Ależ... o tém, że kongres skończony.
— I cóż... czy pan miałeś być na tym kongresie?
Odpowiedź wyraźna była najwymowniejszém i najdelikatniejszém razem wyznaniem; ale Karol go nie uczynił. Wyraz twarzy pani d’Aiglemont świadczył o tak szczeréj przyjaźni, że to niweczyło wszystkie obrachunki próżności, wszystkie nadzieje kochanka i wszystkie niedowierzania dyplomaty; nie wiedziała lub zdawała się zupełnie nie pojmować, że była kochaną; a kiedy Karol zmieszany wejrzał sam w siebie, zmuszonym był przyznać w duchu, że nic nie uczynił i nic nie powiedział, coby dało powód téj kobiecie do zrozumienia jego miłości.
Pan de Vandenesse znalazł tego wieczoru margrabinę taką, jaką była zawsze: pełną prostoty i tkliwości, prawdziwą w swoim smutku, szczęśliwą z tego, że znalazła przyjaciela; dumną z tego, że spotkała duszę, która ją pojmowała; nie przechodziła poza tę granicę i nie wyobrażała sobie, by kobieta mogła się podwakroć dać uwieść; ona przecież zaznała już miłość i chowała ją krwawą w głębi serca, nie wierzyła, by szczęście dwa razy mogło uśmiechnąć się kobiecie.
W téj chwili Karol odzyskał swą młodzieńczość, był opanowany blaskiem podobnie wzniosłego charakteru i chciał być wtajemniczony we wszystkie szczegóły tego życia zniweczonego daleko więcéj wypadkowym losem niż błędem. Pani d’Aiglemont rzuciła mu tylko jedno spojrzenie, gdy ją prosił, by wyznała mu powód tego nadmiaru smutku, który nadawał jéj piękności cudną harmonią melancholii, ale to głębokie spojrzenie było jakby stwierdzeniem uroczystéj umowy.
— Nie czyń mi pan podobnych zapytań — wyrzekła. — Cztery lata temu, w dzień podobny dzisiejszemu, ten, co mnie ukochał, ten, którego szczęściu byłabym poświęciła nawet własny szacunek, umarł — umarł, ażeby mój honor ocalić. Miłość ta przerwała się w chwili, gdy była młoda, czysta i pełna złudzeń. Zanim ogarnęła mnie namiętność, do któréj popchnął mnie niezwalczony fatalizm, dałam się uwieść, jak wiele młodych dziewcząt, piękną powierzchownością człowieka kryjącą zupełną moralną nicość. Małżeństwo zniweczyło wszystkie moje nadzieje. Dzisiaj straciłam szczęście legalne i to szczęście, które zowią zbrodniczém, nie zaznawszy go w rzeczywistości. Nic mi nie pozostaje. A jeśli nie potrafiłam umrzéć, powinnam przynajmniéj pozostać wierną moim wspomnieniom.
Powiedziawszy to nie zapłakała, tylko spuściła oczy i zacisnęła palce zaplecione zwykłym sobie ruchem. Mówiła to wszystko poprostu ale dźwięk głosu świadczył o rozpaczy równie głębokiéj, jaką zdawała się być jéj miłość, i nie zostawiał żadnéj nadziei Karolowi.
To straszne życie skreślone w kilku słowach i dopełnione załamaniem rąk, ta silna boleść w téj wątłéj istocie, te przepaści w tak pięknéj głowie a wreszcie ten smutek, te łzy, te cztery lata żałoby oczarowały Vandenessa; pozostał milczący i uczuł się małym wobec téj wielkiéj i szlachetnéj kobiety; przestał widziéć jéj wytworną piękność, widział tylko jéj niepospolitą duszę. Spotykał wreszcie tę idealną istotę tak fantastycznie wymarzoną, pożądaną tak gwałtownie przez tych wszystkich, co chcieliby życie zamknąć w namiętności, co szukają jéj gorączkowo i umierają często nie używszy skarbów szczęścia, o jakich śnili.
Słysząc te słowa, spoglądając na tę wzniosłą piękność Karol zawstydził się swoich nikczemnych myśli. Czuł się bezsilnym, nie był w stanie dostroić się do wysokości téj sceny tak prostej i tak wzniosłéj razem, i potrafił tylko odpowiedziéć komunałami o losie kobiety.
— Pani, trzeba umiéć zapominać o swoich boleściach — wyrzekł — albo wykopać sobie grób odrazu.
Ale rozumowanie jest zawsze niedołężne wobec uczucia; pierwsze zamyka się koniecznie w pewnym zakresie, jak każda rzecz pozytywna, drugie jest nieskończone. Jest-to właściwością dusz małych rozumować tam, gdzie czuć trzeba. Vandenesse pojął to, zamilkł, patrzał długo na panią d’Aiglemont i wyszedł.
Ogarnęły go zupełnie nowe myśli i powiększały stokroć w oczach jego znaczenie kobiety; podobnym był do malarza, który uważa jako typ piękna nikczemne modele swojéj pracowni i spotyka nagle Mnemozynę z Muzeum, owę najpiękniejszą i najmniéj ocenioną statuę starożytną.
Karol był głęboko zakochany. Kochał on panią d’Aiglemont z dobrą wiarą młodości, z wylaniem zupełném, które nadaje pierwszéj miłości tak nieporównany wdzięk i urok nieodnaleziony już potém nigdy, jeśli po téj pierwszéj miłości następują inne. Ona-to jest tak rozkoszną i tak zachwyca kobiety, które ją wzbudzają, gdyż w błogosławionym wieku lat trzydziestu, poetycznym rozkwicie niewieściego istnienia, umieją one ocenić jéj wartość, ogarnąć bieg życia całego i zrozumiéć równie dobrze przeszłość jak i przyszłość.
Kobiety znają wówczas cenę miłości i używając jéj, lękają się utracić. Dusza ich jest jeszcze piękna miłością, co ich opuszcza, a namiętność ich wzrasta wobec przerażającéj przyszłości.
— Kocham — mówił sobie wówczas Vandenesse, odchodząc od margrabiny — i na moje nieszczęście spotykam kobietę skrępowaną wspomnieniami. Walka z umarłym jest trudna, nie ma go już, więc nie może popełnić głupstwa ani przestać się podobać, widzi się tylko jego piękną stronę. Chciéć zabić rozkosz wspomnienia i nadzieje, jakie pozostają na grobie kochanka budzącego to, co najpiękniejsze w miłości — pragnienie: nie jest-że to kusić się o obalenie doskonałości saméj?
Te smutne uwagi, powstające ze zniechęcenia i trwogi o pomyślny rezultat, będące oznaką każdéj prawdziwéj namiętności, były to ostatnie oddźwięki jego zwyciężonéj dyplomacyi. Od téj chwili nie miał już żadnych wstecznych myśli, stał się pastwą swojéj miłości i gubił się w drobnostkach tego nieokreślonego szczęścia, które żywi się słowem, milczeniem i nadzieją. Chciał kochać platonicznie, przychodził w dzień oddychać powietrzem, którém oddychała pani d’Aiglemont, wrósł niemal w jéj dom i wszędzie jéj towarzyszył z despotyzmem namiętności mieszającéj zawsze samolubstwo nawet do największego poświęcenia.
Miłość ma swój instynkt; umié znaleźć drogę do serca, tak jak najsłabszy owad dąży do ulubionego kwiatu z nieprzepartą wolą, która się niczém nie zraża. To téż kiedy uczucie jest prawdziwe, nie można wątpić, że podzieloném zostanie. Czyż to nie może rzucić kobietę we wszystkie męki trwogi, jeśli przypadkiem pomyśli, że życie jéj zależy od większego lub mniejszego wytrwania, prawdy i siły, jakie jéj kochanek złoży w swojéj miłości! A tymczasem niepodobna kobiecie, żonie, matce obronić się od miłości młodego człowieka; jedyną rzeczą, jaką przeciw niemu uczynić może, jest przestać go widywać, skoro tylko odgadnie tę tajemnicę serca, którą kobieta zawsze odgadnąć umie. Podobne postanowienie jest jednak nadto ostateczne, ażeby kobieta powziąć je mogła w chwili, gdy małżeństwo jéj cięży, nudzi ją i męczy; w chwili, gdy miłość mężowska ostygła, jeśli nawet mąż nie porzucił jéj zupełnie. Brzydkiéj kobiecie pochlebia uczucie, które ją piękną czyni. Dla młodych i pięknych pokusa leży w tychże samych darach i staje się niezmierną. Cnotliwe czują dziwną rozkosz w wielkości ofiary, jaką dla kochanka ponoszą i ona odkupia je niejako we własném sumieniu. Wszystko słowem staje się powodem upadku. To téż nie ma nigdy dość silnéj obrony przeciw tak silnym pokusom. Odosobnienie, na jakie niegdyś skazane były kobiety w Grecyi i na Wschodzie, a które dzisiaj wchodzi w modę w Anglii, jest jedyną ostoją moralności rodzinnéj; ale pod panowaniem tego systematu przyjemności towarzyskie ginąć muszą, a wówczas zebrania światowe, grzeczność, wdzięk obyczajów, wszystko to staje się niemożebne. Wobec tych dwóch systemów narody będą musiały wybierać.
W kilka miesięcy po wzajemném poznaniu pani d’Aiglemont znalazła swoje życie ściśle związane z życiem Vandenessa. Z pewném zdziwieniem ale bez pomieszania żadnego i nawet z niejaką radością spostrzegła, że podziela jego gusta i jego myśli. Czy to ona przejęła idee Vandenessa lub téż, czy Vandenesse poszedł za kierunkiem jéj najlżejszego kaprysu? — nie zastanawiała się nad tém. Już pochwycona prądem namiętności ta czarująca kobieta powiedziała sobie z fałszywą pewnością, pod którą często ukrywa się bojaźń: „O nie! ja pozostanę wierną temu, co umarł dla mnie“.
Pascal powiedział: „Wątpić o Bogu jest-to w Niego wierzyć.“ Można w ten sam sposób powtórzyć, iż kiedy kobieta myśli o obronie, już jest zgubioną. W dzień, w którym margrabina przyznała saméj sobie, że Vandenesse ją kocha, wahała się pomiędzy tysiącem sprzecznych uczuć. Odezwały się w niéj przesądy doświadczenia. Czyż byłaby szczęśliwa? czyż mogłaby znaléźć szczęście, łamiąc prawa, na których społeczeństwo słusznie lub niesłusznie oparło swoję moralność? Dotąd życie miało dla niéj same gorycze. Czyż mogły połączyć się trwale dwie istoty skrępowane więzami, jakie nakłada towarzystwo? A znowu, czyż szczęście mogło być okupione zbyt drogo? Czyż to szczęście tak silnie pożądane, którego pragnienie jest każdemu wrodzone, nie miało w końcu stać się jéj udziałem? Ciekawość jest zawsze naturalnym sprzymierzeńcem kochanka.
Wśród podobnych myśli nadszedł Vandenesse, a obecność jego rozproszyła widma przez rozsądek wywołane.
Jeśli takie są kolejne przeobrażenia, przez które przechodzi nawet gwałtowne uczucie pomiędzy młodym mężczyzną a kobietą trzydziestoletnią, nadchodzi jednak chwila, gdy wszystkie półcienie znikają, gdy rozumowania zlewają się z pragnieniem i są przez nie pochłonięte. Im dłuższy był opór, tém potężniejszy staje się głos uczucia. Tutaj więc kończy się to studyum obnażonéj natury, jeśli można zapożyczyć tego wyrazu od malarsstwa; bo powieść obecna raczéj tłómaczy niebezpieczeństwa i cały mechanizm miłości, niżeli miłość maluje w jéj pełni. Ale od téj chwili nagi szkielet codzień nabierał ciała i koloru, aż przywdział wreszcie cały wdzięk młodości, ożywił się jéj blaskiem, pięknością, ułudą uczuć i ponętą życia.
Karol znalazł panią d’Aiglemont zamyśloną, a gdy ją zapytał głosem, w którym drgały wszystkie słodkie czary serdecznego wyrazu: „Co pani jest?“ — ona nie była w stanie mu odpowiedziéć.
To pytanie świadczyło o doskonałéj harmonii serc, i margrabina przedziwnym instynktem niewieścim zrozumiała, że skarga lub zwrot do jéj nieszczęść stanowiły w téj chwili zachętę. Skoro każde jéj słowo miało swoje znaczenie dla nich obojga, była już blizką przyjaźni. Spojrzała w siebie jasno i umilkła, a jéj milczenie naśladowane zostało przez Karola.
— Jestem cierpiącą — wyrzekła wreszcie przerażona doniosłością chwili, w któréj spojrzenia zastępowałw[13] słowa i rozmawiały wyraźnie.
— Pani — odparł Vandenesse głosem łagodnym ale wzruszonym bardzo — dusza i ciało są silnie związane. Gdybyś była szczęśliwa, byłabyś młodą i czerstwą. Dlaczego nie chcesz przyjąć od miłości tego, co ci miłość odjęła? Sądzisz, że życie twoje jest skończone w chwili, kiedy się ono zaledwie zaczyna. Powierz się staraniom przyjaciela. Tak błogo jest być kochaną.
— Jestem już starą — wyrzekła — nicby mnie nie usprawiedliwiało, gdybym zrzekła się cierpienia. Trzeba kochać, mówisz pan, a więc ja kochać ani mogę anim powinna. Oprócz pana, co swoją przyjaźnią osładzasz mi życie, nikt mi się nie podoba, nikt nie mógłby zatrzéć moich wspomnień. Mogę przyjąć przyjaciela, odrzuciłabym kochanka. A potém, czyżby to było wspaniałomyślnie z mojej strony dawać zwiędłe serce w zamian za młode, podbudzać złudzenia, którychbym nie mogła podzielać; obdarzać szczęściem, w którebym nie wierzyła lub zawsze lękała się utracić? Odpowiadałabym może samolubstwem na czyje poświęcenie, ja obrachowywałabym w czasie, kiedyby on czuł tylko; moja pamięć obrażałaby żywość jego rozkoszy. Nie, pierwsza miłość zastąpioną być nie może nigdy. A wreszcie, któżby mógł za taką cenę pożądać mego serca?
Te słowa nacechowane okropną zalotnością były niejako ostatnią obroną jéj rozsądku. „Jeśli się zrazi, pozostanę samotną i wierną wspomnieniu“. Ta myśl przyszła do głowy pani d’Aiglemont i była tą zbyt słabą gałązką wierzbiny, któréj chwyta się człowiek tonący, zanim go prąd pochwyci. Usłyszawszy ten wyrok Vandenesse zadrżał mimowolnie, i to zrobiło silniejsze wrażenie na margrabinie niż wszystkie jego dawne starania. Kobiety najwięcéj są wzruszone, gdy spotykają w mężczyźnie te wdzięczne subtelności, te wytworne uczucia, które zwykle są ich samych wyłącznym udziałem. Dla nich wdzięk i subtelność są oznaką prawdy. Drżenie Karola świadczyło o prawdziwéj miłości. Mierzyła jéj siłę siłą cierpienia. Młody człowiek wyrzekł z pozorem chłodu:
— Może masz pani słuszność; nowa miłość, nowa zgryzota.
Potém zmienił rozmowę i mówił o rzeczach obojętnych, ale był widocznie wzruszony i spoglądał na panią d’Aiglemont z palącą uwagą, jak gdyby widział ją raz ostatni. Wreszcie odszedł, a oddalając się, wyrzekł niepewnym głosem:
— Żegnam panią.
— Do zobaczenia — odparła z subtelną zalotnością, będącą tylko udziałem kobiet wyborowych.
Nie odpowiedział na to nic i wyszedł.
Kiedy Karola już nie było; kiedy ujrzała puste miejsce przed chwilą przez niego zajęte: uczuła żal wielki i czyniła sobie tysiąc wyrzutów. Namiętność robi ogromne postępy w sercu kobiety wówczas, kiedy sądzi, że była nazbyt okrutną lub zraniła boleśnie duszę szlachetną. W miłości nigdy nie należy lękać się złych uczuć, przeciwnie one są zbawienne; kobiety zazwyczaj upadają tylko pod naciskiem jakiego cnotliwego popędu. Piekło jest brukowane dobremi chęciami: to przysłowie znajduje wszędzie swoje przystosowanie.
Przez kilka dni Vandenesse się nie pokazał. Każdego wieczora o godzinie, w któréj zwykle przychodził, margrabina oczekiwała go z niecierpliwością pełną wyrzutów sumienia. Pisać równało się wyznaniu. Instynkt ostrzegał ją, że powróci. Szóstego dnia wreszcie kamerdyner go zameldował. Nigdy nie usłyszała jego nazwiska z taką przyjemnością. Radość, jakiéj doznała, przeraziła ją samę.
— Ukarałeś mnie pan — wyrzekła.
Vandenesse spojrzał na nią, jakby nie rozumiał.
— Kara! — zapytał — a za co?
Karol doskonale pojmował margrabinę, ale skoro ona domyślała się jego cierpień, chciał się za nie pomścić.
— Dlaczego nie odwiedzałeś mnie pan jak zwykle? — zapytała go z uśmiechem.
— Więc pani nie widziałaś nikogo? — odrzekł — ażeby uniknąć wyraźnéj odpowiedzi.
— Zdaje mi się, że był tutaj pan de Ronquerolles, pan de Marsay z małym d’Esgrignon, jeden wczoraj, drudzy dziś rano, bawili po parę godzin. Widziałam także, o ile sobie przypominam, panią Firmiani i pańską siostrę, panią de Listomère.
Te słowa sprawiły mu znowu cierpienie, cierpienie niezrozumiałe dla tych, co nie kochają z tym nieubłaganym despotyzmem, z tą potworną zazdrością, która chce odosobnić istotę ukochaną od wszelkich obcych wpływów; od tego wszystkiego, co nie jest miłością.
— Jakto — powiedział sobie Vandenesse — ona przyjmowała, ona widziała ludzi zadowolnionych, rozmawiała z niemi, kiedy tymczasem ja byłem samotny — nieszczęśliwy.
Pogrążył swój smutek i swoję miłość w głębi serca, tak jak się rzuca trumnę na dno morza. Myśli jego były tego rodzaju, że wypowiedziéć ich nie mógł, były one szybkie, jak owe zabójcze gazy, które ulatniając się śmierć niosą. Tylko czoło jego zachmurzyło się a pani d’Aiglemont, wiedziona instynktem miłości, podzieliła jego smutek, nie domyślając się jego przyczyny. Nie zadawała mu ona rozmyślnego cierpienia i Vandenesse spostrzegł to wkrótce.
Zaczął mówić o swojém położeniu, o swojéj zazdrości jako o jednéj z tych hipotez, które kochankowie tak lubią roztrząsać. Wówczas margrabina zrozumiała wszystko, to ją wzruszyło do tego stopnia, iż nie mogła wstrzymać się od łez.
Od téj chwili wkroczyli w niebo miłości. Niebo i piekło są-to dwa olbrzymie poemata streszczające dwie jedyne osie naszego bytu: szczęście i boleść. Czyż niebo nie pozostanie nazawsze obrazem nieskończoności naszych uczuć, czyż możemy wyobrazić je sobie inaczéj jak po szczególe, skoro szczęście jest zawsze jednakie. Tymczasem piekło posiada najróżnorodniejsze męczarnie, które możemy wcielać w poezye, bo każda z nich jest inna.
Pewnego wieczoru kochankowie sami we dwoje siedzieli w milczeniu jedno przy drugiém i spoglądali na czyste niebo, na które ostatnie promienie słoneczne rzucały barwy purpury i złota. W téj chwili dnia powolne cieniowanie schodzących blasków zdaje się budzić niektóre uczucia, namiętności mają słodsze drgania i czujemy z rozkoszą wobec tego spokoju cichnące burze wewnętrzne. Natura, pokazując niepewne obrazy szczęścia zachęca nas, byśmy go używali, skoro jest nam dostępne, lub żałowali go, gdy przeminie.
W podobnych chwilach, bogatych w zachwyty, pod kopułą blasków, których miękkie tony łączą się z wewnętrznemi harmoniami, trudno opierać się potędze pragnień serdecznych. Wówczas smutek słabnie, radość upaja a boleść przygniata. Wspaniałe cuda zachodu zachęcają wyznania, cisza staje się niebezpieczniejszą od słów i nadaje spojrzeniom potęgę i nieskończoność niebios, które się w nich odbijają. Jeśli się wówczas przemawia, najmniejsze słowo posiada moc nieprzepartą, możnaby powiedziéć, że słowa są pełne blasków a spojrzenia — purpury, bo czyż niebo nie znajduje się wówczas w nas samych, albo czyż nie czujemy się w niebiosach?...
W taki wieczór Vandenesse i Julia — od kilku dni pozwalała nazywać się w ten sposób przez człowieka, którego sama zwała Karolem — milczeli lub jeśli mówili, słowa ich odbiegały szybko od pierwotnego przedmiotu rozmowy, zapominali o znaczeniu słów, zasłuchani rozkosznie w tajemniczych myślach, jakie się pod niemi kryły. Ręka margrabiny spoczywała w ręku Vandenessa, ona oddawała mu ją nie myśląc, by wyświadczała mu łaskę.
Wychylali się razem, ażeby przypatrywać się jednemu z tych wspaniałych zachodów, w którym obłoki pełne śniegu, lodników i szarych cieni rysują się na łonach gór fantastycznych, jednemu z tych obrazów pełnemu gwałtownych kontrastów pomiędzy jaskrawością ogni i czarnemi tonami, które grają na niebie i oblekając je nieporównaną, niepojętą poezyą. Spoglądali z zachwytem na te cudne obłoczne pieluchy, wśród których co dnia odradza się słońce i które służą mu razem za wspaniały całun otaczający jego codzienne konanie.
W téj chwili włosy Julii musnęły lekko twarz Vandenessa, odczuła to lekkie zetknięcie i zadrżała; a on zadrżał więcéj jeszcze, bo oboje doszli stopniowo do stanu, w którym pozorny spokój tak zaostrza zmysły, że najlżejsze wstrząśnienie pobudza do łez, jeśli serca są smutne, lub obdarza je nieskończoną rozkoszą, jeśli pełne są miłości.
Julia ścisnęła prawie mimowolnie dłoń jego i to ściśnienie dodało odwagi onieśmielonemu kochankowi. Szczęście obecnéj chwili i nadzieje przyszłości, wszystko to zmieszało się we wzruszeniu pierwszéj pieszczoty, skromnego przelotnego pocałunku, jaki pani d’Aiglemont pozwoliła mu złożyć na swojéj twarzy.
Im słabszą była łaska przez nią udzielona, tém niebezpieczniejszą się stała. Na nieszczęście ich obojga nie było w nich ani udania ani fałszu żadnego. Było-to poprostu porozumienie dwóch pięknych dusz rozdzielonych tém wszystkiém, co się nazywa prawem, a zjednoczonych wiekuistą atrakcyą i pokusą złożoną w naturze.
W téj chwili wszedł pan d’Aiglemont.
— Ministeryum zmienione — wyrzekł — wuj pański wchodzi do nowego gabinetu, masz teraz wszelką szansę zostać ambasadorem, panie Vandenesse.
Karol i Julia spojrzeli na siebie z rumieńcem. Ten wstyd zobopólny stał się dla nich nowym węzłem. Oboje połączyli się jednaką myślą, jednakim wyrzutem sumienia. Jest-to węzeł straszny równie silny pomiędzy dwoma zbójcami, którzy zamordowali człowieka, jak pomiędzy dwojgiem kochanków winnych pocałunku. Trzeba było jednak odpowiedziéć margrabiemu.
— Ja nie chcę już opuszczać Paryża — wyrzekł Vandenesse.
— Wiemy przyczynę — odparł generał, przybierając postawę człowieka domyślającego się tajemnicy. — Nie chcesz pan teraz opuszczać wuja, ażeby on cię zrobił dziedzicem swego parostwa.
Margrabina uciekła do swego pokoju, wypowiadając saméj sobie o mężu to okropne słowo:
— Bo téż jest zanadto głupi.




IV.

Palec boży.

Pomiędzy rogatkami Włoskiemi a rogatkami Zdrowia na bulwarze wewnętrznym prowadzącym do ogrodu Botanicznego, istnieje miejsce godne zachwytów artysty lub podróżnego, przywykłego nawet do najpiękniejszych widoków. Jeśli dojdziemy do lekkiéj wyniosłości, począwszy od któréj bulwar ocieniony wielkiemi drzewami zwraca się z całym wdziękiem leśnéj alei, widzimy przed sobą prawie pod stopami głęboką dolinę zaludnioną fabrykami o sielskim pozorze, pełną zieleni, oblaną ciemnemi wodami Bievry. Po drugiéj stronie tysiące dachów ścieśnionych jak głowy tłumu kryją nędze przedmieścia Saint-Marceau. Wspaniała kopuła Panteonu, ponura kopuła Val-de-Grâce panują dumnie ponad miastem rozłożoném nakształt wielkiego amfiteatru, którego wschody rysują kręte ulice. Z tego miejsca proporcye tych dwóch budynków zdają się olbrzymie, przygniatają one ogromem swoim i wątłe domy i smukłe topole. Nalewo obserwatoryum, przez którego okna i galerye przenikające światło tworzy grę niepojętą, z razu podobne jest do czarnego bezkształtnego widziadła. A w oddali wytworna kopuła Inwalidów pali się w słońcu pomiędzy błękitniejącą massą Luksemburgu i szaremi wieżami św. Sulpicyusza. Widziane ztamtąd linie architektury pomieszane są z roślinnością, poddane kaprysom nieba zmieniającego nieustannie barwy i światła. Zdala wielkie budynki zaludniają powietrze, w pobliżu wznoszą się gęste drzewa i wiją się zaciszne ścieżki. Naprawo przez rozpadlinę znajdującą się w tym szczególnym krajobrazie widać zdaleka długą wodną taflę kanału św. Marcina, oprawioną w czerwonawe głazy, zdobną topolami, otoczoną iście rzymskiemi budynkami śpichlerzy zapasowych. Tam na ostatnim planie mgliste pagórki Bellevillu obciążone domami i wiatrakami łączą swoje kontury z konturami obłoków.
A przecież wśród tego wszystkiego jest miasto niewidzialne. Pomiędzy linią dachów otaczających dolinę i tym horyzontem mglistym, niby wspomnienia dzieciństwa, istnieje miasto olbrzymie, zgubione w przepaści pomiędzy szczaytmi[14] Pitié i szczytami wschodniego cmentarza, pomiędzy cierpieniem a śmiercią. Miasto to odzywa się głucho nakształt oceanu ryczącego poza skałami wybrzeża, jak gdyby mówiło: „Ja tu jestem“.
Jeśli jednak słońce rzuci swoje blaski na tę część Paryża, jeśli oczyści i uwyraźni zarysy, pozapala szyby gdzieniegdzie, zabarwi dachówki, ozłoci krzyże, pobieli ściany, zamieni ciężkie pary w gazową zasłonę; jeśli wydobędzie bogate przeciwieństwa i głębokie cienie; jeśli niebo jest lazurowe a ziemia błyszczącą; jeśli przemawiają dzwony: wówczas z tego miejsca można dojrzéć jeden z tych czarodziejskich widoków, o których wyobraźnia nigdy zapomniéć nie jest w stanie i których obraz zachowa jak obrazu cudnéj zatoki Neapolu, Stambułu lub Florydy. Temu pysznemu koncertowi barw nie braknie żadnego dodatku. Tam odzywają się dźwięki świata i poetyczna cisza samotności, głosy miliona jestestw i głos Boga. Tam leży stolica cała pod cieniem spokojnych cyprysów Père-Lachaise.
W piękny poranek wiosenny, w chwili kiedy słońce podnosiło wszystkie piękności krajobrazu, spoglądałem na nie oparty na grubym jaworze. I widząc ten pyszny i bogaty obraz pomyślałem z goryczą o pogardzie, jaką mamy nawet w książkach naszych dla własnego kraju. I przeklinałem tych biednych bogaczów, którzy nie ceniąc naszéj pięknéj Francyi, kupują za złoto prawo pogardzania swoją ojczyzną, przebiegają galopem i admirują przez lornetę widoki Włoch tak już spospolitowane.
Spoglądałem z miłością na Paryż nowożytny i marzyłem, kiedy niespodzianie odgłos pocałunku przerwał moję samotność i spłoszył filozoficzne dumania.
W alei ciągnącéj się na szczycie wzgórza, pod którém płynie woda, spoglądając ku mostowi Gobelinów, dostrzegłem kobietę ubraną z wykwintną prostotą, która wydała mi się jeszcze dość młodą i któréj łagodna twarz zdawała się odbijać wesołą szczęśliwość krajobrazu. Piękny młody człowiek stawiał właśnie na ziemię najśliczniejszego chłopczyka, jakiego wymarzyć można, tak iż nie mogłem odgadnąć, czy pocałunek, jaki dosłyszałem, dany był matce, czy dziecku.
Jednakże myśl czułości pełna widniała w oczach, w ruchach, w uśmiechu dwojga młodych. Zapletli ramiona z taką radosną szybkością i zbliżyli się do siebie z tak doskonałą harmonią ruchów, iż zupełnie sobą zajęci nie dostrzegli mojéj obecności.
Ale drugie dziecko niechętne, zadąsane i odwrócone do nich plecami rzucało na mnie spojrzenia nacechowane zdumiewającym wyrazem. W czasie gdy jéj braciszek biegał tu i owdzie, to wyprzedzając młodą parę, to pozostając w tyle; to dziecko równie piękne, równie wdzięczne jak tamto, ale delikatniejszych kształtów, pozostało milczące i nieruchome w postawie uśpionego węża. Była-to dziewczynka.
Przechadzka pięknéj kobiety i jéj towarzysza miała coś machinalnego. Przebiegali jedynie małą odległość zawartą pomiędzy mostem i powozem stojącym na skręcie bulwaru. Gdzie szli, to nie zajmowało ich wcale, byli oboje zatopieni w sobie, tylko zatrzymywali się, spoglądali na siebie, śmieli się stosownie do rozmowy, jaką prowadzili, słabnącéj, szalonéj lub poważnéj.
Ukryty za jaworem, zachwycałem się tą rozkoszną sceną i byłbym zapewne uszanował jéj tajemnicę, gdybym nie spostrzegł na twarzy małéj dziewczynki śladów głębszéj myśli, niżeli wiek jéj zdawał się na to pozwalać.
Kiedy jéj matka wraz z młodym człowiekiem odwracała się doszedłszy do niéj, często pochylała głowę podstępnie i rzucała tak na nich jak na brata przelotne a zadziwiające spojrzenie. Nic nie mogłoby oddać przenikliwéj żywości, naiwności złośliwéj i dzikiéj uwagi, co ożywiały koleją tę twarz dziecinną z oczyma lekko podkrążonemi, kiedy piękna kobieta lub jéj towarzysz muskali złote włosy i pieścili świeżą szyjkę chłopczyka, który czasem przez igraszkę próbował krok swój mierzyć z ich krokiem. Niezawodnie widziała już męzką namiętność na drobnéj twarzy téj szczególnéj dziewczynki. Ona cierpiała lub myślała. Co zaś jest większą zapowiedzią śmierci w istotach zakwitających, czy cierpienie ciała, czy myśl przedwczesna pożerająca zaledwie kiełkującą duszę? Matki wiedzą może takie rzeczy.
Co do mnie, nie znam teraz nic straszniejszego nad myśl starca na czole dziecinném; bluźnierstwo w ustach dziewicy jest może mniéj potworne.
To téż postawa prawie osłupiała téj dziewczynki już myślącéj, powolność jéj ruchów, wszystko to zajęło mnie mocno. Przyglądałem się jéj ciekawie. I naturalnym popędem spostrzegacza, porównywałem ją z bratem, usiłowałem podchwycić podobieństwa i różnice pomiędzy niemi. Ona miała ciemne włosy, czarne oczy i przedwczesną potęgę, tworzącą bogaty kontrast z jasnemi włosami, z oczyma koloru morza i wdzięczną słabością brata. Dziewczynka mogła mieć siedm lub ośm lat, chłopczyk zaledwie cztery. Dzieci te były ubrane jednako. Wszakże przyglądając się im wyraźniéj, dostrzegłem w kołnierzykach różnicę błahą z pozoru, która jednak zdawała się świadczyć o jakimś romansie w przeszłości i zwiastować dramata na przyszłość. Była-to w gruncie rzecz mała. Dziewczynka miała tylko poprostu obrąbiony kołnierzyk, gdy tymczasem kołnierzyk chłopczyka był ładnie haftowany; zdradzało to tajemnicę serdeczną, jednę z tych niewyznanych różnic uczucia, które dzieci czytają w duszy matek, jakby za pomocą ducha Bożego. Wesoły, nieopatrzny jasnowłosy chłopczyk podobnym był do dziewczynki z białości cery, z wdzięku ruchów, ze słodyczy fizyognomii, gdy tymczasem starsza pomimo siły i piękności rysów, przypominała chorowitego chłopca. Jéj oczy żywe pozbawione téj mgły wilgotnéj, która nadaje tyle wdzięku spojrzeniom dziecinnym, wydawały się jak oczy dworaków wysuszone ogniem wewnętrznym. Wreszcie białość jéj miała matowe oliwkowe odblaski świadczące o potędze charakteru.
Dwa razy braciszek przybiegał do niéj i ofiarował jéj ze wzruszającym wdziękiem, ze śliczném spojrzeniem i zachwycającą minką, małą myśliwską trąbkę, do któréj od czasu do czasu przykładał usta; ale za każdym razem odpowiedziała tylko ponurém spojrzeniem na jego słowa:
— Helenko weź ją, — wypowiedziane pieszczotliwym głosem.
Dzika i przerażająca pod pozorną niedbałością dziewczynka, drżała i nawet czerwieniła się widocznie, ile razy brat zbliżał się do niéj. Ale on nie spostrzegał czarnego usposobienia siostry a jego wesoła pieszczotliwość, prawdziwie dziecinna, odbijała tém żywiéj od ponuréj wiedzy dojrzałości, zapisanéj już na twarzy dziewczynki, która przyciemniała ją burzliwą chmurą.
— Mamo! Helenka nie chce się ze mną bawić — zawołał malec, chwytając, aby się poskarżyć, chwilę, w któréj matka wraz z młodym człowiekiem stała milcząca na moście Gobelinów.
— Daj jéj pokój, Karolku, wiész, że ona jest zawsze mrukliwa.
Te słowa przypadkowo wymówione przez matkę, odwracającą się w téj chwili dla dalszéj przechadzki, wycisnęły łzy z oczów Heleny. Połknęła je w milczeniu, rzuciła na brata głębokie spojrzenie niewytłómaczone dla mnie i przyglądała się ze złowrogą uwagą wzgórzu, na którém stali, nurtom Bievry, mostowi i mnie wreszcie. Lękałem się być spostrzeżonym przez szczęśliwą parę, bo zapewne mieszałbym ich swobodę; odszedłem więc pocichu i ukryłem się po za bzowy żywopłot, którego liście zasłoniły mnie przed każdém spojrzeniem. Usiadłem spokojnie na wzgórzu patrząc w milczeniu po kolei na krajobraz i na tę ponurą dziewczynkę przez szpary liści, które mi na to pozwalały.
Skoro Helena straciła mnie z oczów, zdawała się niespokojną, jéj czarne oczy szukały mnie w głębi alei poza drzewami z nieokreśloną ciekawością. Czémże byłem dla niéj?
W téj chwili ucieszny śmiech Karola rozbrzmiewał wśród ciszy jak śpiew ptaka. Piękny młodzieniec jak on jasnowłosy trzymał go w ramionach i całował, obsypując owym tysiącem słówek bez związku, lub odwróconych od zwykłego znaczenia, któremi zwykle przemawiamy do dzieci. Matka uśmiechała się spoglądając na to i zapewne od czasu do czasu rzucała pocichu jaki wyraz dobyty z głębi serca, bo towarzysz jéj zatrzymywał się uszczęśliwiony i patrzał na nią błękitném okiem, pełném ognia i czci bałwochwalczéj. Głosy ich zmieszane z głosem dziecka, rozbrzmiewały jak pieszczota. Byli rozkoszni wszystko troje. Ta scena wpośród tego prześlicznego krajobrazu nadawała mu przejmującą słodycz. Kobieta piękna, biała, wesoła, dziecię miłości, mężczyzna pełen sił młodych, czyste niebo, słowem wszystkie harmonie natury radowały duszę. Uśmiechałem się do tego szczęścia, jakby ono mojém było.
Piękny młodzieniec usłyszał, jak biła godzina dziewiąta. Uściskawszy czule swoję towarzyszkę, spoważniałą i niemal smutną w téj chwili, skierował się ku lekkiemu faetonowi, który czekał na niego pod strażą starego sługi. Szczebiot ukochanego dziecka mieszał się do ostatnich pocałunków, jakie odbierał. Potém gdy już wsiadł do faetonu, a kobieta nieruchoma na miejscu słuchała jego turkotu i goniła wzrokiem tuman kurzawy, znaczący ślad jego na bulwarze; Karol podbiegł do siostry, która stała zawsze koło mostu i słyszałem, jak jéj pytał srebrnym głosikiem:
— Dlaczego nie przyszłaś pożegnać mego dobrego przyjaciela?
Widząc brata na pochyłości wzgórza, Helena rzuciła mu najzjadliwsze spojrzenie, jakie zapaliło się kiedykolwiek w oczach dziecka, i popchnęła go ruchem pełnym wściekłości. Karol pośliznął się na stromym spadku, zaczepił się o korzenie, które rzuciły go gwałtownie na ostre kamienie muru, rozbił sobie o nie czoło, i cały skrwawiony wpadł w błotniste nurty rzeki. Fala otworzyła się i rozprysła pod jego piękną jasną głową. Usłyszałem okropny krzyk biednego malca; ale wkrótce głos jego zalała woda, w któréj pogrążył się z głuchym łoskotem podobnym do kamienia upadającego na dno. Błyskawica nie jest szybsza od tego upadku.
Powstałem nagle i zbiegłem ścieżką nad rzekę. Helena osłupiała krzyczała w niebogłosy:
— Mamo! mamo!
Matka stała już przy mnie, przyleciała jak ptak. Ale ani oczy matki, ani moje nie mogły poznać miejsca, które pochłonęło dziecię. Czarna woda wirowała na ogromnéj przestrzeni. Koryto Bievry ma w tém miejscu dziesięć stóp głębokości błota. Dziecko musiała tam umrzéć, niepodobna było go ocalić. O téj godzinie w niedzielę wszystko spoczywało. Na Bievrze nie ma ani czółen ani rybaków. Nie dostrzegłem nawet nigdzie tyki, którąbym mógł zgruntować cuchnącą rzekę, ani nikogo, coby mógł nieść nam pomoc. Czyż powinienem był mówić o tym strasznym wypadku, albo zdradzić tajemnicę tego nieszczęścia?
Helena może pomściła ojca. Jéj zazdrość była zapewne mieczem bożym. Jednakże zadrżałem spojrzawszy na matkę. Jakież okropne pytania mógł jéj zadawać mąż-sędzia? A ona miała przy sobie niczém nieprzekupnego świadka. Wiek dziecinny ma czoło przejrzyste i kłamstwo jest światłem, które rumieni mu nawet spojrzenie.
Nieszczęśliwa kobieta nie myślała jeszcze o męce, jaka czekała ją w domu, ona spoglądała na rzekę.
Podobne wydarzenie musi się odbić strasznie w życiu kobiety i oto jedno z groźnych ech, które od czasu do czasu zakłócały miłość Julii.
We dwa lub trzy lata późniéj wieczorem po obiedzie u margrabiego de Vandenesse, noszącego wówczas żałobę po ojcu, znajdował się rejent. Ten rejent nie był wcale podobnym do małego rejenta, o którym pisze Sterne, był-to tłusty rejent paryzki, jeden z tych zacnych ludzi, co to popełniają głupstwa pod miarą, stawiają ciężką stopę na ranach nieznanych i zapytują o powody skargi. A jeśli przypadkiem dowiedzą się przyczyny swego zabójczego głupstwa, mówią spokojnie:
— Nic o tém nie wiedziałem.
Jedném słowem był-to uczciwy rejent, który w życiu dostrzegał jedynie akty. U dyplomaty była wówczas pani d’Aiglemont. Generał oddalił się grzecznie przed końcem obiadu, ażeby zaprowadzić swoje dzieci do bulwarowego teatru Ambigu Comique albo Gaité, bo chociaż melodramy podbudzają czułość do zbytku w Paryżu, uważają je za widowisko stosowne i właściwe dla dzieci, ponieważ niewinność zawsze w nich tryumf odnosi. Ojciec poszedł więc nie czekając wetów, bo córka i syn męczyli go bardzo o pośpiech, lękając się spóźnić.
Rejent nieporuszony, niezdolny zapytać samego siebie, dlaczego pani d’Aiglemont posyłała do teatru męża i dzieci, a sama z niemi nie jechała, był od końca obiadu jak przyszrubowany do swego krzesła. Rozmowa przedłużyła się przy wetach i służba spóźniała się z kawą. Te drobne wypadki pożerały zapewne czas drogi i przejmowały niecierpliwością piękną kobietę. Można ją było przyrównać do owego rumaka drżącego do biegu. Rejent, który się nie znał ani na koniach ani na kobietach, znajdował poprostu margrabinę bardzo żywą i niespokojnego usposobienia. Uszczęśliwiony, że się znajduje w towarzystwie modnéj kobiety i sławnego w polityce człowieka, rejent chorował na dowcip, brał za zachętę przymuszony uśmiech margrabiny, którą strasznie niecierpliwił, i prawił daléj. Już parę razy pan domu wraz ze swoją towarzyszką zachowywał długie milczenie, kiedy rejent spodziewał się odpowiedzi pochwalnéj; ale w czasie tych znaczących przerw, on spoglądał na ogień i szukał w myśli dalszych anegdot do opowiadania.
Potém dyplomata próbował spojrzéć na zegarek. Wreszcie piękna kobieta włożyła kapelusz jakby do wyjścia, a nie wychodziła. Rejent nic nie wiedział i nic nie słyszał; był zachwycony sam sobą i pewien, że to on tak zainteresował margrabinę, iż zamiast odjeżdżać zostawała, mówił sobie w duchu: „Z pewnością ta kobieta zostanie moją klientką“.
Margrabina stała, kładła rękawiczki, łamała sobie palce i spoglądała koleją na Vandenessa, równie jak ona niecierpliwego, i na rejenta, który zatrzymywał się nad każdym swoim mniemanym dowcipem. Za każdą taką chwilą młoda para oddychała, jakby mówiła sobie: „Wreszcie on sobie pójdzie“. Ale nie. Był-to rodzaj zmory, która musiała w końcu rozdrażnić dwie namiętne istoty i doprowadzić je do jakiéj niegrzeczności. Rejent działał na nich jak wąż na ptaki.
W pośrodku opowiadania o nikczemnych sposobach, za pomocą których du Tillet, finansista wówczas na widowni, doszedł do majątku (a sprytny rejent wyszczególniał je jak mógł najlepiéj), uderzyła dziewiąta. Dyplomata zrozumiał, że jego rejent był rzeczywiście niedołęgą, że trzeba było pożegnać go poprostu i zatrzymał go rezolutnie w środku frazesu.
— Pan chcesz szczypcy, panie margrabio? — zapytał rejent, podając je swemu klientowi.
— Nie, panie, jestem zmuszony pana pożegnać. Pani chce udać się za dziećmi do teatru, a ja będę miał zaszczyt jéj towarzyszyć.
— Już dziewiąta! czas przechodzi szybko w towarzystwie osób przyjemnych — odparł rejent, który od pewnego czasu rozprawiał tylko sam jeden. Poszukał kapelusza, potém znowu stanął przed kominkiem, wstrzymał z trudnością czkawkę i wyrzekł do swego klienta nie dostrzegając piorunujących spojrzeń, jakie rzucała mu margrabina.
— Kończmy więc, panie margrabio, interesa przedewszystkiém. A zatém jako poślemy wezwanie pańskiemu bratu, rozpoczniemy inwentarz, a potém...
Rejent tak źle zrozumiał zamiary swego klienta, że chciał zupełnie sprzecznie postąpić z instrukcyami, jakie od niego odebrał. Rzecz była nadto drażliwą, by Vandenesse nie sprostował pojęć nieudolnego rejenta i powstała ztąd sprzeczka, która znowu przeciągnęła się czas jakiś.
— Słuchaj pan — wyrzekł wreszcie dyplomata, rozumiejąc dobrze znaki, jakie dawała mu młoda kobieta — mieszasz mi tylko w głowie, przyjdź jutro o dziewiątéj wraz z moim adwokatem.
— Ale mam zaszczyt zwrócić uwagę pana margrabiego, iż nie jesteśmy pewni wcale, czy zdołamy jutro spotkać pana Desroche’a, a jeżeli wezwanie przed południem nie zostanie wydane, termin upłynie i...
W téj chwili powóz zajechał na dziedziniec, i na ten turkot biedna kobieta odwróciła się szybko ukrywając łzy, które jéj się do oczów cisnęły. Margrabia zadzwonił, aby kazać powiedziéć, że niema go w domu. Ale generał powróciwszy nagle z teatru poprzedził kamerdynera i wszedł trzymając za rękę córkę z zaczerwienionemi oczyma i zadąsanego chłopczyka.
— Cóż się to stało? — zapytała męża margrabina.
— Powiem ci to późniéj — odparł generał, idąc do bocznego salonu, którego drzwi były otwarte i gdzie leżały gazety.
Margrabina zniecierpliwiona rzuciła się z rozpaczą na kanapę.
Rejent uczuł się teraz w obowiązku zabawiać dzieci i rzekł do chłopczyka pieszczonym tonem:
— I cóż, mój maleńki, jakąż sztukę grano w teatrze?
Dolina potoku — odparł Gustaw niechętnie.
— Na honor — zawołał rejent — autorzy dzisiejsi nie wiedzą już co wymyślić, Dolina potoku, to istne waryactwo. Dlaczego nie powiedziéć Potok w dolinie, bo przecież nie każda dolina ma potok; autorzy pisząc Potok w dolinie wypowiedzieliby rzecz jasno, wyraźnie, prosto, zrozumiale. Ale dajmy temu pokój. Ciekawym téż jaki dramat może miéć miejsce w potoku i w dolinie? Odpowiedzą mi może, iż główny urok podobnych sztuk stanowią dekoracye, a stosownie do tytułu tutaj powinny być one bardzo piękne. — Czyś się dobrze bawił maleńki? — dodał, siadając przed dzieckiem.
W chwili gdy rejent zapytywał, jaki dramat może miéć miejsce w głębi potoku, córka margrabiny odwróciła się zwolna i płakała. Matka jednak była tak silnie zajęta własną przykrością, że nie zauważyła tego jéj ruchu.
— O tak! bawiłem się bardzo dobrze — odparło dziecko. — Był na scenie taki ładny chłopczyk, sam na świecie, bo jego tata nie mógł zostać jego ojcem. I właśnie kiedy przechodził przez most rzucony nad potokiem, taki wielki brzydki brodaty człowiek rzucił go w wodę. Helenka wówczas zaczęła płakać, szlochać; cała sala wołała na nas i ojciec wyprowadził nas prędko, prędko...
Pan de Vandenesse i margrabina byli oboje bez głosu, dotknięci boleścią, która odjęła im władzę myślenia i działania.
— Gustawie, cichoż bądź — zawołał generał. — Zakazałem ci mówić o tém, co się stało w teatrze, ty się już zapomniałeś.
— Niech mu pan daruje, panie margrabio — zawołał rejent — to moja wina, żem go zapytywał; ale nie mogłem wiedziéć doniosłości...
— Powinien był nie odpowiadać — odparł ojciec patrząc ozięble na syna.
Powód nagłego powrotu dzieci i ojca zdawał się teraz dobrze wiadomy i dyplomacie i margrabinie. Matka spojrzała na córkę, zobaczyła ją całą we łzach i wstała, żeby pójść do niéj; ale wówczas twarz jéj przybrała wyraz niczém nieubłaganéj surowości.
— Dość tego, Heleno — wyrzekła — idź osusz twoje łzy w buduarze.
— Cóż ona zrobiła, ta biedna mała? — powiedział znowu rejent, usiłując uspokoić zarazem gniew matki i płacz córki. — Jest tak ładną, że musi to być najgrzeczniejsze dziecko na świecie. Jestem pewien, że sprawia ona pani same pociechy. Nieprawdaż moja mała?
Helena cała drżąca spojrzała na matkę ocierając oczy, starała się uspokoić, ułożyć twarz przynajmniéj i uciekła do buduaru.
— Z pewnością — mówił daléj rejent — pani jest tak dobrą matką, że jednakowo kocha wszystkie swoje dzieci. Zresztą jest pani zbyt cnotliwą, by robić pomiędzy niemi te smutne różnice, których zgubne skutki znamy najlepiéj, my rejenci. Całe społeczeństwo przechodzi nam przez ręce, i widzimy namiętności z ich najohydniejszéj strony — w interesach. Tutaj matka chce wydziedziczyć dzieci swego męża na korzyść dzieci bardziéj ukochanych; gdy tymczasem jéj mąż ze swojéj strony chce czasem oddać cały majątek temu z dzieci, które właśnie matka nienawidzi. A wówczas są-to walki, trwogi, akta, sprzedaże podstępne, fidei-komisy, kontra-rewersy, słowem gmatwanina desperacka, na honor desperacka. Tam znowu ojcowie przez całe życie starają się wydziedziczyć dzieci i kradną mienie żony, tak kradną, nie mogę użyć innego wyrazu. Mówiliśmy o dramatach! ach! gdyby nam wolno było wyjawić tajemnicę niektórych darowizn, nasi autorzy mieliby materyał strasznych domowych tragedyj. Ja nie wiem prawdziwie, jakim cudem kobiety umieją zawsze zrobić to, co chcą, bo pomimo pozorów, pomimo ich słabości nawet, one wiecznie są górą. Ach! co do mnie przynajmniéj nie dam się im nigdy oszukać. Odgadnę zawsze przyczynę różnicy między dziećmi, które świat grzecznie nazywa niepojętemi. Ale mężowie nigdy tego nie rozumieją, trzeba im oddać tę sprawiedliwość. Odpowiecie mi państwo na to, że jest to łaska nie.....
Helena, która wraz z ojcem powróciła do salonu, słuchała uważnie rejenta i rozumiała go tak dobrze, iż rzuciła na matkę trwożliwe spojrzenie, przeczuwając instynktem swojego wieku, że ta okoliczność wpłynie na zwiększenie burzy, która nad nią wisiała. Margrabina zbladła i wskazała przestraszonym ruchem margrabiemu de Vandenesse swego męża, który przypatrywał się zamyślony kwiatom dywanu. W téj chwili pomimo całéj światowéj grzeczności, dyplomata nie mógł daléj utrzymać zimnéj krwi i rzucił na rejenta piorunujące spojrzenie.
— Chodź pan tutaj — zawołał z żywością, prowadząc go do pokoju poprzedzającego salon.
Rejent nie dokończył swego frazesu i poszedł za nim cały drżący.
Vandenesse zamknął gwałtownie drzwi od salonu, w którym znajdował się mąż i żona, i rzekł do niego z hamowaną wściekłością:
— Od obiadu popełniałeś tutaj i mówiłeś same głupstwa. Na Boga, idź sobie pan już, bo skończy się na tém, że będziesz powodem wielkiego nieszczęścia. Jesteś pan doskonałym rejentem, radzę ci więc, siedź w swojéj kancelaryi, a jeśli przypadkiem znajdziesz się w towarzystwie, staraj się pan być oględniejszym...
Powrócił do salonu, nie pożegnawszy się z rejentem. Ten pozostał przez chwilę pogrążony w zdumieniu, nieruchomy, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Kiedy odzyskał słuch po gwałtownym szumie, spowodowanym uderzeniem krwi do głowy, zdawało mu się, że dolatują go jęki, że w salonie był ruch nadzwyczajny i że gwałtownie dzwoniono. Ze strachu, by margrabia go tu nie zastał, odzyskał władzę w nogach i pośpieszył na schody, ale we drzwiach spotkał się ze służbą biegnącą na rozkazy swego pana.
— Oto jacy są ci wszyscy wielcy panowie — powiedział sam do siebie, kiedy wreszcie znalazł się na ulicy, próżno oglądając się za fiakrem — namawiają do rozmowy, zachęcają komplementami; sądzisz, że ich bawisz, tymczasem wcale nie. Robią ci impertynencye, trzymają cię w odległości, a nawet bez ceremonii wyrzucają cię za drzwi. Ja przecież byłem bardzo dowcipny, mówiłem tylko rzeczy słuszne, poważne, przyzwoite. Zalecał mi, żebym był oględnym, alboż mi brak oględności? Cóż u dyabła, jestem rejentem. Ba! jest-to wybryk ambasadorski. Jutro wytłómaczy mi, jakim sposobem ja popełniłem i powiedziałem same głupstwa. Musi mi za to odpowiedziéć, to jest, musi mi na to odpowiedziéć. Ha! może nie mam słuszności. Wreszcie nie mam sobie nad czém głowy łamać. Cóż mi to znaczy?
Rejent powrócił do siebie i przedstawił tę zagadkę swojéj rejentowéj, opowiadając jéj wypadki wieczoru szczegół po szczególe.
— Mój kochany, jego ekscelencya miał zupełną słuszność, twierdząc, żeś popełnił i powiedział same głupstwa.
— Dlaczego?
— Mój kochany, choćbym ci to powiedziała, uczyniłbyś coś podobnego gdzie-indziéj. Tylko radzę ci, raz jeszcze będąc w towarzystwie, mówić jedynie o interesach.
— Jeśli nie chcesz mi powiedziéć dlaczego, spytam się jutro o to...
— Ach! mój Boże, najgłupsi ludzie kryją podobne rzeczy, a ty sądzisz, że ambasador ci je wytłómaczy. Doprawdy, nie sądziłam, że jesteś do tego stopnia pozbawiony rozsądku.
— Dziękuję ci, moja droga.




V.

Dwa spotkania.

Dawny przyboczny oficer Napoleona, którego nazwiemy poprostu margrabią albo generałem, a który za Restauracyi zajął wysokie położenie, przybył na lato do Wersalu, gdzie zamieszkiwał dom wiejski położony pomiędzy kościołem a rogatkami Montreuil przy drodze prowadzącéj do alei Saint-Cloud. Z powodu służby, jaką pełnił u dworu, nie mógł oddalać się od Paryża.
Pawilon, jaki zamieszkiwał, niegdyś przeznaczony do skrytych miłostek jakiegoś wielkiego pana, posiadał rozległe otoczenie. Ogrody, wpośród których się wznosił, oddzielały go znaczną przestrzenią naprawo od zabudowań Montreuil, nalewo od chat zbudowanych przy rogatkach; tym sposobem nie będąc zbyt odosobnieni mieszkańcy tego pawilonu o parę kroków od miasta mogli używać wszystkich przyjemności samotności.
Szczególną sprzecznością front domu i drzwi jego wchodowe wychodziły wprost na drogę może dawniéj mało uczęszczaną. Hipoteza ta nabierała doniosłości, kiedy się brało na uwagę, że owa droga prowadziła wprost do rozkosznego pawilonu zbudowanego przez Ludwika XV dla panny de Romans i że zanim się do niego doszło, ciekawi spotykali tu i owdzie siedziby, których wnętrze i ozdoby świadczą o dowcipnéj rozpuście naszych przodków, szukających wśród rozwiązłych obyczajów cienia i tajemnicy.
W wieczór zimowy, margrabia, jego żona i dzieci, znajdowali się sami w tym osamotnionym domu. Służbie pozwolono dnia tego obchodzić jakieś wesele w Wersalu, a ponieważ była-to uroczystość Bożego Narodzenia, cały dwór margrabstwa rachując na tę okoliczność, pozwolił sobie przedłużyć czas oznaczonego powrotu. Jedenasta godzina uderzyła a jeszcze nie było nikogo ze służby. Głęboka cisza panująca dokoła pozwalała słyszéć, jak wiatr świstał pomiędzy czarnemi gałęziami drzew, szumiał koło domu i jęczał wciskając się w długie korytarze. Mróz tak dobrze oczyścił powietrze, stwardnił ziemię i utrwalił bruki, że dźwięki nabrały doniosłości. Ciężki chód zapóźnionego pijaka, turkot powozu wracającego do Paryża, słyszéć się dawały daleko dłużéj i rozgłośniéj niż zwykle. Zeschłe liście, wprawiane w taniec jakim nagłym podmuchem wiatru, szeleściały na kamieniach dziedzińca i nadawały głos ciszy nocnéj.
Słowem był-to jeden z tych ostrych i przykrych wieczorów, wśród których nasze samolubstwo lubi rozwodzić się w bezskutecznych pożałowaniach nad podróżnemi lub biednemi a ognisko domowe staje się podwójnie miłe.
W téj chwili jednak rodzina zgromadzona w salonie nie troszczyła się ani nieobecnością służby ani biedą ludzi bez ogniska, ani poezyą, jaką ma w sobie wieczór zimowy. Zamiast filozofować bez potrzeby, bezpieczna pod opieką dawnego żołnierza, kobieta i dzieci oddawały się rozkoszy, jaką daje rodzina, kiedy uczucia nie są krępowane, a miłość ożywia rozmowy, spojrzenia i drobiazgi życia.
Generał siedział a raczéj był pogrążony w wielkiéj i wysokiéj berżerce w rogu kominka, na którym błyszczał drobny ogień. Oparta o poręcz lekko w tył przechylona głowa tego poczciwego ojca, wyrazem zarówno jak położeniem świadczyła wymownie o doskonałym, spokojnie niedbałym spoczynku, pełnym wewnętrznéj radości. Nawet ociężałe ramiona rzucone nazewnątrz berżerki dopełniały tego obrazu cichego szczęścia.
Spoglądał na najmłodsze z dzieci, na chłopczyka pięcioletniego zaledwie, który nawpół nagi nie chciał się dać matce rozebrać. Malec uciekał przed nocną koszulką i czepkiem, którym mu matka groziła chwilami. Przytrzymywał swój haftowany kołnierzyk, śmiał się do wołającéj go matki, bo wiedział dobrze, iż ona śmiała się także z tego dziecinnego buntu, i bawił się z siostrzyczką równie naiwną ale sprytniejszą od niego, która mówiła daleko raźniéj, bo nieokreślone słówka i niepewne pojęcia opornego dzieciaka zaledwie były dla rodziców zrozumiałe.
Mała Moina, starsza o dwa lata, kobiecemi już niemal zaczepkami wywoływała w nim wybuchy śmiechu z pozoru bez powodu; i oboje tarzali się przed ogniem, pokazywali bezwstydnie okrągłe ciałka białe i delikatne kształty, mieszały czarne i jasne pukle, przyciskały do siebie różowe buziaczki pełne ślicznych dołeczków. Był to rozkoszny widok dla ojca a szczególniéj dla matki, dla któréj te dwie małe duszyczki już były zrozumiałe. Te dwa aniołki żywością swych wilgotnych ocząt, białością cery, świetnością rumieńców gasiły barwy kwiatów miękkiego dywanu, na którym się tarzały, mocowały i przewracały bez niebezpieczeństwa.
Na kozetce w drugim rogu kominka naprzeciw męża siedziała matka, a wkoło niéj pełno było rozrzuconych części dziecinnego ubrania, z czerwonym trzewiczkiem w ręku; ona także miała wyraz spokoju. Jéj udana surowość rozpływała się w uśmiechu. Miała około lat trzydziestu sześciu, i dzięki doskonałéj poprawności rysów zachowała całą swoję piękność, której w obecnéj chwili ciepło, światło i szczęście nadawały blask niezwyczajny. Często odwracając oczy od dzieci, z pieszczotliwym wyrazem spoglądała na poważną twarz męża; a gdy spotkał się wzrok małżonków, zamieniali nieme uciechy i głębokie myśli.
Generał miał twarz mocno ogorzałą. Na gładkie i szerokie czoło spadało mu kilka promieni siwiejących włosów. Męzkie odblaski w jego błękitnych oczach i odwaga zapisana w zmarszczkach jego przewiędłego lica świadczyły, że okupił ciężko czerwoną wstążeczkę świecącą w dziurce od guzika.
W téj chwili niewinna radość dwojga dzieci znajdowała odbicie w jego energicznych rysach, na których malowała się także wielka poczciwość i nieopisana dobroduszność. Ten stary generał bez trudu powrócił do dziecinnego wieku. Żołnierze, co doświadczyli nieszczęść życia, co poznali niedobory, siły i przywileje słabości, zazwyczaj przepadają za dziećmi.
Dalej przed okrągłym stołem oświeconym astralnemi lampami, których jasny blask ćmił blade świece palące się nak[15] kominkiem, siedział chłopiec trzynastoletni i przewracał karty wielkiéj księgi. Krzyki siostry i brata nie przeszkadzały mu bynajmniéj, a na twarzy jego malowało się żywe zaciekawienie właściwe młodości. To zajęcie usprawiedliwiały zupełnie cuda Tysiąca i jednéj nocy oraz mundur licealny. Chłopiec siedział nieruchomy w postawie skupionéj, z łokciem opartym na stole i z czołem na ręku, któréj białe palce oddijały[16] na tle ciemném włosów. Światło padało z góry na twarz, zostawiało całe ciało w cieniu, i to nadawało mu podobieństwo do tych portretów, w których Rafael malował sam siebie, pochylonego, uważnego i myślącego o przyszłości.
Koło tego stołu także siedziała dorosła i piękna dziewczyna haftując przy krosienkach. Głowa jéj obciążona bogatemi zwojami czarnych włosów, ułożonych artystycznie, odbijających światło, pochylała się i podnosiła kolejno nad robotą. Helena sama przez się stanowiła obraz i warta była uwagi. Piękność jéj odznaczała się rzadkim charakterem siły i wykwintu zarazem. Rzut włosów jéj był tak potężny, że chociaż były starannie przyczesane, mnóstwo upornych kędziorów strząsało się energicznie nad karkiem. Brwi bardzo gęste i regularne rysowały się wybitnie na białości gładkiego czoła. Nad wierzchnią wargą pod greckim nosem doskonałego rysunku także ciemne tony świadczyły o męzkiéj odwadze. Ale przytém wdzięczna okrągłość form, wykończenie owalu twarzy, przezroczystość delikatnéj płci, rozkoszna miękkość ust, a nadewszystko świętość jéj dziewiczego spojrzenia, nadawały téj energicznéj piękności cały urok kobiecy i cudną skromność, jakiéj żądamy od tych aniołów spokoju i miłości. Nie było jednak nic wiotkiego w téj młodéj dziewczynie, serce jéj musiało być równie słodkie a dusza równie hartowna jak kształty jéj były wspaniałe i twarz urocza.
Była równie milcząca jak jéj brat starszy i zdawała się pogrążoną w jedném z tych dumań dziewiczych często uchodzących uwagi ojca a nawet niepojętych dla matek; w ten oposób nie podobna było odgadnąć, czy uczucie tajemnicze przesuwające się po jéj twarzy niby chmury po czystém niebie, należało przypisać grze światła, czy téż jakim ukrytym cierpieniom.
Mąż i żona zupełnie w téj chwili zapomnieli o starszych dzieciach. Kilka razy tylko badawcze spojrzenie generała objęło tę milczącą scenę, która na drugim planie pokazywała cudne ziszczenie nadziei obudzonych widokiem dokazujących dzieci na pierwszym planie tego rodzinnego obrazu. Zgromadzone tu istoty tłomaczyły życie ludzkie i tworzyły z niego rodzaj stopniowanego poematu. — Szczegóły zbytkownego salonu, który mu za tło służył, różnice barw szat rozrzuconych, kontrast charakterystycznych twarzy odmiennego wieku, zwiększony rozmaitém oświetleniem; wszystko to nadawało tym ludzkim postaciom bogactwo pożądane od malarza, rzeźbiarza lub autora. Wreszcie cisza i zima, samotność i noc rzucały swój majestat na ten wzniosły i naiwny zarazem widok, przetwarzały naturę w śliczne dzieło sztuki.
Życie małżeńskie zawiera podobnie święte godziny, których nieopisana rozkosz pochodzi może z jakichś wspomnień lepszego świata; zapewne niebiańskie promienie spływają na podobne sceny. Spłacają one ludziom część cierpień poniesionych i godzą ich z ziemskim bytem. Zdaje się wówczas, iż cały wszechświat jest tutaj wkoło nas, że przybiéra zachwycające kształty i ukazuje nam wielkie idee porządku, że prawa społeczne są tylko odcieniem praw wiekuistych i mówią nam o przyszłości.
Jednakże pomimo tkliwych spojrzeń, jakie Helena rzucała na Abla i na Moinę, kiedy ci głośno objawiali swoje radości, pomimo szczęścia malującego się na jéj jasnéj twarzy, ile razy z pod oka spoglądała na ojca, widne było w jéj rysach, w jéj postawie, a szczególniéj w oczach przysłoniętych długą powieką uczucie głębokiego smutku. Jéj białe ręce, przez które przebijało się światło i wywoływało czarowne kontury; te przezroczyste i silne ręce drżały. Raz tylko i to przypadkowo oczy jéj zbiegły się z oczami margrabiny, i oczy te odtrąciły się wzajemnie. Te dwie kobiety porozumiały się wówczas zimném spojrzeniem pełném poszanowania ze strony Heleny, ponurém i groźném ze strony matki. Helena szybko pochyliła się nad krosienkami i długo bardzo nie podniosła głowy, jakby głowa ta jéj ciężyła. Czyż matka była zbyt surową dla córki? czy sądziła tę surowość konieczną? Czy była zazdrosną o jéj piękność, z którą wprawdzie mogła jeszcze walczyć, ale jedynie już za pomocą wszystkich uroków stroju. Albo téż czy córka dostrzegła, jak to czyni wiele dorastających córek, tajemnice przechowywane starannie przez tę kobietę pozornie tak święcie przywiązaną do swoich obowiązków, i które ona sądziła zagrzebanemi na wieki w głębi serca niby w nietykalnéj mogile. Helena znajdowała się w wieku, gdy czystość duszy doprowadza do bezwzględnéj surowości uczuć. — W niektórych umysłach błędy przybierają wówczas kształty zbrodni, wyobraźnia oddziaływa na sumienie; w tym stanie młode dziewczyny sądzą lekkie przewinienia godnemi kar najsroższych. Helena wyglądała tak, jakby czuła się niegodną żadnéj ludzkiéj istoty. Tajemnica jéj przeszłości, upadek może niezrozumiany z razu, a późniéj może zwiększony draźliwością umysłu pod względem uczuć religijnych pognębił ją we własnych oczach w przesadzony, egzaltowany sposób. Zmiana ta zaszła w jéj usposobieniu w dniu, w którym przeczytała w świeżém tłomaczeniu dramatów zagranicznych, piękną tragedyę Schillera „Wilhelm Tell“. W scenie, gdzie autor wykazuje pewne pobratymstwo pomiędzy Wilhelmem Tellem przelewającym krew ludzką dla dobra całego narodu a Janem — ojcobójcą, książka wypadła z rąk Heleny, a matka zauważyła, że od téj właśnie chwili duszę jéj owładnął niepokój. Stała się ona pokorną, łagodną, zamyśloną, i nie pragnęła już balów ani zabaw. Nigdy téż dziewczyna nie była tak tkliwą dla ojca, obsypywała go pieszczotami szczególniéj w chwilach, kiedy matka nie była pomiędzy niemi. Jednakże jeśli stosunek Heleny z matką był chłodny, umiała to tak zręcznie ukryć, że generał dbający nadzwyczaj o zgodę i jedność swojéj rodziny, nigdy tego nie spostrzegł. Żaden mężczyzna zresztą nie posiada dosyć bystrego oka, by zgłębić tajemnicę tych dwóch serc niewieścich, z których jedno było młode i wspaniałomyślne, drugie tkliwe i dumne, z których pierwsze posiadało skarby przebaczenia, a drugie pełne było przenikliwości i uczucia. Jeśli matka otaczała córkę despotyzmem rodzicielskim, był on jedynie dostrzegalnym dla ofiary. Zresztą wypadki dopiéro zrodziły podobne przypuszczenia, niepodobne do rozstrzygnięcia. Do téj nocy żadne oskarżające światło nie wydobyło się z tych dwóch dusz, ale pomiędzy niemi a Bogiem istniała z pewnością jakaś groźna tajemnica.
— No — zawołała wreszcie margrabina chwytając chwilę w któréj Abel i Moina zmęczeni dokazywaniem uciszyli się na krótko — no chodź, synku, trzeba iść spać...
Wzięła go przemocą na kolana.
— Jak-to, — zawołał generał — już wpół do jedenastéj a nikt z naszéj służby nie powrócił? A to sobie pozwalają. Gustawie, dodał, zwracając się do starszego syna, dałem ci tę książkę jedynie pod warunkiem, że o dziesiątéj pójdziemy spać, trzeba było zamknąć ją samemu, nie czekając na moje przypomnienie, i według obietnicy pójść się położyć. Jeśli chcesz być znakomitym człowiekiem, trzeba święcie dotrzymywać danego słowa i miéć dla niego cześć religijną. Fox, jeden z najznakomitszych mówców angielskich, szczególniéj zdumiewał mocą i pięknością swego charakteru. Wierność w dotrzymywaniu słowa była jedną z głównych zalet jego. W dzieciństwie jeszcze ojciec jego, Anglik staréj daty, dał mu w tym względzie naukę, która nazawsze wyryła się w jego umyśle. Fox przepędzał wakacye zwykle u ojca, który, jak wszyscy prawie bogaci Anglicy posiadał piękny park około swego zamku. Był on mniéj więcéj w twoim wieku, kiedy zdarzył się następny wypadek. W parku jego ojca znajdował się stary kiosk, który miał być rozebrany, a zbudowany napowrót w inném stosowniejszém miejscu, zkąd widok był prześliczny. Dzieci wogóle bardzo lubią przypatrywać się, jak rozbierają stare budynki. Mały Fox pragnął przedłużyć o parę dni wakacye, żeby być obecnym rozebraniu kioska; ale ojciec chciał, by powrócił do szkół na dzień oznaczony: ztąd nieporozumienie pomiędzy ojcem a synem. Matka, jak wszystkie mamy, trzymała stronę syna. Wówczas ojciec obiecał mu solennie, że zaczeka z rozebraniem kiosku do przyszłych wakacyj. Fox wraca do szkoły. Ojciec sądził, że chłopczyk zajęty czém inném zapomni o téj okoliczności, kazał zrzucić mały budynek i postawić go gdzie-indziéj według zamiaru. Tymczasem uparty chłopiec o nim jedynie myślał. Jak tylko przyjechał na wakacye, zaraz pobiegł go obejrzéć; powrócił bardzo smutny z tych oględzin, właśnie w chwili śniadania i rzekł do ojca:
— Oszukałeś mnie, ojcze.
Stary Anglik odparł z pomieszaniem pełném godności:
— To prawda, mój synu, ale błąd swój naprawię, gdyż człowiek powinien więcéj dbać o swoje słowo niżeli o majątek; dotrzymanie słowa może dać majątek, ale wszystkie skarby świata nie zmażą plamy uczynionéj na sumieniu niedotrzymaniem słowa.
I ojciec Foxa kazał napowrót zbudować stary kiosk na dawném miejscu, a zbudowawszy rozrzucił go w oczach syna. Niech ten przykład, Gustawie, będzie dla ciebie nauką.
Gustaw, który słuchał ojca uważnie, natychmiast zamknął książkę. Nastała chwila ciszy; korzystając z niéj generał, pochwycił Moinę upadającą ze snu i posadził ją na swoich kolanach. Mała oparła chwiejącą się główkę na piersi ojca i zasnęła wkrótce, okryta złotemi puklami ślicznych włosów.
W téj chwili szybkie kroki słyszeć się dały i nagle trzy stuknienia do drzwi głównych obudziły echo w pustym domu. Te trzy przeciągłe uderzenia tak były wyraziste i łatwe do zrozumienia jak krzyk człowieka blizkiego śmierci. Pies podwórzowy zaszczekał gwałtownie. Helena, Gustaw, generał i jego żona drgnęli; tylko Abel, którego matka rozbierała sama i Moina nie obudzili się.
— A to mu pilno — wyrzekł generał, składając córkę na berżerce.
I wyszedł szybko nie zważając na głos żony, która prosiła:
— Mój drogi, nie idź.
Margrabia przeszedł przez pokój sypialny, wziął parę pistoletów, zapalił latarkę, zbiegł ze schodów z szybkością błyskawicy i znalazł się przy drzwiach domu, dokąd syn odważnie podążył za nim.
— Kto tam ? — zapytał.
— Otwierajcie — odparł głos stłumiony gwałtownym oddechem.
— Czy to przyjaciel?
— Tak, przyjaciel.
— Czy sam jeden?
— Tak, ale otwierajcie, bo oni nadchodzą.
Człowiek wśliznął się przez drzwi z fantastyczną szybkością cienia skoro generał drzwi te uchylił; i zanim zdołał mu przeszkodzić, człowiek ten zmusił go je zamknąć napowrót silném uderzeniem nogi, poczém oparł się na nich z postanowieniem widoczném nie dopuszczenia, by otwarły się znowu.
Generał, który podniósł nagle latarkę i pistolet do piersi nieznajomego, ażeby trzymać go na wodzy, ujrzał wówczas człowieka średniego wzrostu, obwiniętego futrzanym płaszczem zbyt szerokim i długim, jakby nie na niego robionym. Bądź-to przez ostrożność, bądź przypadkiem, miał on czoło zupełnie zakryte wielkim kapeluszem, który spadał mu na oczy.
— Panie — wyrzekł do generała — opuść pan swój pistolet, nie myślę pozostawać pod twoim dachem bez twéj woli; ale jeśli ztąd wyjdę, śmierć mnie czeka. I co za śmierć! odpowiadałbyś za nią przed Bogiem. Proszę cię o dwie godziny gościoności. Ale pomyśl pan, że jakkolwiek błagam cię o to, konieczność położenia zmusza mnie nakładać warunki. Żądam gościnności arabskiéj. Niech będę przez ten czas świętym dla ciebie — inaczéj otwórz drzwi — pójdę umrzéć. Potrzeba mi tajemnicy, schronienia i wody — och! wody, powtórzył głosem, który zamierał z pragnienia.
— Kto jesteś? — spytał generał zdumiony gorączkową gwałtownością, z jaką przemawiał nieznajomy.
— A! kto ja jestem? Więc otwórz pan drzwi, odchodzę — odparł z wyrazem piekielnéj ironii.
Pomimo iż usiłował skierować światło latarni na twarz gościa, generał mógł tylko dostrzedz dolną część jego twarzy, a co prawda nic w niéj nie przemawiało za udzieleniem gościnności, żądanéj z tak bezwarunkowym naciskiem. Policzki nieznajomego drżały i były strasznie wykrzywione, a w cieniu rzuconym przez kapelusz oczy jedne świeciły tak mocno, że blask ich gasił słabe promienie latarki. Jednakowoż trzeba mu było odpowiedziéć.
— Panie — wyrzekł generał — mowa twoja jest tak dziwna, iż na mojém miejscu sam...
— Masz pan w ręku moje życie — zawołał strasznym głosem przybyły, przerywając mu.
— Dwie godziny? — spytał margrabia niepewny.
— Dwie godziny — odparł dziwny człowiek.
I nagle ruchem pełnym rozpaczy zrzucił z głowy kapelusz, odkrył czoło i jakby próbując ostatniego środka, rzucił na generała jasne spojrzenie, które przeszyło go na wskróś. Było w niém tyle inteligencyi i potęgi, że spojrzenie to podobne było do błyskawicy i jak uderzenie gromu — piorunowało, bo są w życiu chwile, w których ludzie obdarzeni są siłą niewytłómaczoną.
— Bądź pan spokojny — wyrzekł poważnie pan domu, który był posłuszny instynktowemu uczuciu niezrozumiałemu dla niego samego — ktokolwiek jesteś, znajdziesz bezpieczeństwo pod moim dachem.
— Bóg zapłać! — odparł nieznajomy z westchnieniem głębokiéj ulgi.
— Czy masz pan broń? — spytał generał.
Za całą odpowiedź przybyły nie dając mu czasu obejrzenia płaszcza, otworzył go i zapiął szybko. Nie widać było przy nim broni żadnéj, ubrany był, jak gdyby wychodził z balu. Jakkolwiek krótkim był rzut oka podejrzliwego wojaka, to, co dostrzegł, wywołało wykrzyknik.
— Gdzież pan mogłeś się tak obryzgać, kiedy powietrze jast[17] tak suche?
— Znowu pytania? — odparł dumnie nieznajomy.
W téj chwili margrabia dostrzegł swego syna i przypomniał sobie naukę wypowiedzianą mu przed chwilą o świętości danego słowa; ta okoliczność tak mu była nieprzyjemną, iż zawołał z gniewem:
— Jakto, smarkaczu, jeszcześ nie w łóżku? co tu robisz?
— Sądziłem, że mogę być ojcu pożytecznym w niebezpieczeństwie — odparł Gustaw.
— No! idź do swego pokoju — wyrzekł ułagodzony tą odpowiedzią ojciec. — A pan — zwrócił się do nieznajomego — chodź za mną.
Od téj chwili milczeli obydwaj jak gracze nie ufający sobie wzajemnie. Generał zaczynał miéć złe przeczucia, nieznajomy ciężył na nim jak zmora, ale związany słowem prowadził go przez korytarze i wschody domu swojego, aż do wielkiéj sali na drugiém piętrze położonéj właśnie nad samym salonem. Sala ta niezamieszkała służyła w zimie za suszarnię, nie łączyła się z innemi pokojami i nie miała żadnéj ozdoby na pożółkłych murach, prócz lichego lusterka, zostawionego nad kominkiem przez dawnego właściciela, i wielkiego zwierciadła, które postawiono tutaj tymczasowo na przeciw kominka przy wprowadzeniu się generała, gdyż nie znalazło jeszcze dotąd swego przeznaczenia. Podłoga tego niezamieszkałego pokoju nigdy nie była zamiataną, powietrze było lodowate, a całe umeblowanie składało się z dwóch starych wyplatanych krzeseł. Generał postawił latarkę na gzymsie od komina i wyrzekł, zwracając się do nieznajomego:
— Bezpieczeństwo pańskie wymaga, abym ci dał za schonienie[18] tę nędzną pustkę. A ponieważ masz pan moje słowo, że dochowam ci tajemnicy, pozwolisz się tutaj zamknąć.
Człowiek ten pochylił głowę na znak przyzwolenia.
— Prosiłem tylko o schronienie, o tajemnicę i o wodę — dodał.
— Przyniosę jéj panu — odparł margrabia.
Zamknął drzwi starannie, pociemku zeszedł do salonu po świecę, ażeby pójść z nią do kredensu poszukać karafki z wodą.
— Cóż się to stało? — spytała z żywością margrabina męża.
— Nic, moja droga — odparł chłodno.
— Przecież słyszałyśmy dobrze, iż poprowadziłeś kogoś na górę.
— Heleno — wyrzekł generał spoglądając na córkę, która podniosła głowę i zwróciła się ku niemu — pamiętaj, że honor ojca zależy od milczenia waszego. Powinnyście były nic nie słyszéć.
Młoda dziewczyna odpowiedziała znaczącém skinieniem głowy. Margrabina była niespokojna i rozgniewana sposobem, jakiego użył mąż, ażeby nakazać jéj także milczenie.
Generał poszedł po karafkę ze szklanką i zaniósł je więźniowi swemu. Znalazł go stojącego przy murze koło kominka z gołą głową; rzucił kapelusz na jeden z dwóch stołków. Nie spodziewał się zapewne, że światło przyniesione przez margrabiego tak żywo rozjaśni pokój, czoło mu się zmarszczyło, twarz spochmurniała w chwili, gdy oczy jego spotkały bystry wzrok tego ostatniego. Ułagodził się jednak i podziękował z wdzięcznością swemu zbawcy, tylko skoro generał postawił na kominku karafkę i szklankę, wyrzekł rzuciwszy mu wprzódy pałające spojrzenie:
— Panie, wydam ci się zapewne dziwacznym. Wybacz mi, proszę, to wymaganie konieczne. Jeśli pozostajesz w pokoju, nie patrz na mnie, kiedy pić będę.
Wyrzekł to łagodnym głosem nie mającym już wcale jak wprzódy tego zduszonego gardłowego brzmienia, ale który zdradzał jeszcze drżenie wewnętrzne.
Nierad z tego, że musiał się ciągle poddawać woli tego nienawistnego człowieka, generał odwrócił się gwałtownie. Nieznajomy wydobył białą chustkę od nosa z kieszeni, obwinął sobie nią prawą rękę, pochwycił karafkę i wypił jedném tchem wszystkę wodę, jaka w niéj była. Generał nie myśląc wcale złamać swéj obietnicy, machinalnie spojrzał w zwierciadło, ale ustawienie dwóch luster pozwoliło mu objąć całą postawę nieznajomego i ujrzał, jak nagle biała chustka zaczerwieniła się od dotknięcia rąk jego pełnych krwi.
— Ach! pan patrzałeś na mnie — zawołał, kiedy wypiwszy i obwinąwszy się swoim płaszczem, zmierzył generała podejrzliwym wzrokiem. Jestem zgubiony, a oni idą, już tu są.
— Nic nie słyszę — odparł margrabia.
— Pan tak jak ja nie nasłuchujesz w przestrzeni.
— Więc pan miałeś pojedynek, że jesteś cały krwią zbroczony? — zapytał generał wzruszony, bo teraz dostrzegł, jakiego koloru były wielkie plamy, które widział na ubiorze swego gościa.
— Tak, pojedynek, wyrzekłeś pan prawdę — powtórzył nieznajomy.
Na ustach jego błąkał się gorzki uśmiech.
W téj chwili dał się słyszéć zdala tentent kilku galopujących koni, a chociaż dźwięk ten był bardzo słaby i odległy, wprawne ucho generała rozeznało regularny odgłos wojskowéj jazdy.
— To żandarmerya — wyrzekł.
Rzucił na swego więźnia spojrzenie, które uspokoić go musiało, jeśli powziął jaką wątpliwość z powodu mimowolnéj niedyskrecyi popełnionéj przez niego, wziął światło i powrócił do salonu. Zaledwie położył na kominku klucz od pokoju na drugiém piętrze, gdy tentent koni wzrósł i przybliżył się do jego domu z szybkością, która wprawiła go w drżenie. Jeźdźcy zatrzymali się u drzwi. Zamieniwszy kilka słów z towarzyszami, jeden z nich zsiadł z konia i zaczął stukać tak ostro, że generał musiał pójść otworzyć. Nie był on panem swojego wzruszenia, gdy ujrzał sześciu żandarmów, których srebrne ozdoby połyskiwały przy świetle księżyca.
— Panie generale — wyrzekł brygadyer — czyś nie słyszał niedawno człowieka biegnącego ku rogatce?
— Ku rogatce? Nie.
— Czy pan generał nikomu drzwi nie otwierał?
— Czyż ja mam zwyczaj sam drzwi otwierać?
— Przepraszam pana generała, jednakże zdaje mi się, że w téj właśnie chwili...
— Cóż to — zawołał margrabia z akcentem gniewu — czy to żarty? jakiém prawem...
— Nie, nie, panie generale — odparł łagodnie brygadyer — wybacz naszéj gorliwości. Wiemy przecież dobrze, iż par Francyi nie przyjmie u siebie zabójcy o téj godzinie; uniosła nas chęć zasięgnięcia jakiéj wiadomości.
— Zabójcy? — zawołał generał — a któż został...
— Pan baron de Mauny został zabity przed chwilą uderzeniem siekiery — odparł żandarm — ale morderca jest pilnie poszukiwany. Jesteśmy pewni, że jest gdzieś niedaleko i będziem go szukać. Daruj, panie generale...
Żandarm mówił to wsiadając już na konia i szczęśliwie nie mógł widziéć twarzy margrabiego, gdyż nawykły wszystko przypuszczać byłby zapewne powziął podejrzenie jakie na widok téj otwartéj twarzy, na któréj malowało się wyraźnie każde wzruszenie.
— Czy znane jest nazwisko mordercy? — spytał jeszcze generał.
— Nie — odparł żandarm — zostawił biurko pełne złota i biletów bankowych nietknięte.
— Więc to zemsta może...
— A ba! zemsta na starcu? Nie, nie, łotr nie miał czasu zabrać, oto wszystko.
I żandarm pogalopował za towarzyszami, którzy już byli daleko. Generał został przez chwilę na progu, targany uczuciami łatwemi do odgadnienia. Wkrótce usłyszał swoich służących, wracali oni kłócąc się między sobą w ten sposób, że głosy ich rozlegały się na drodze z Montreuil. Gdy nadeszli, gniew wrzący w nim znalazł wreszcie powód wybuchu i uderzył w nich jak piorun. Dom cały trząsł się od niego. Ale uspokoił się natychmiast, skoro najodważniejszy ze służby kamerdyner zaczął się tłómaczyć tém, że zostali zatrzymani przy rogatce Montreuil przez żandarmów i agentów policyi, szukających jakiegoś mordercy. Generał słysząc to ucichł nagle. Potem przywołany temi słowami do obowiązków swego szczególnego położenia, rozkazał krótko całéj służbie udać się na spoczynek i zostawił ją zdziwioną łatwością, z jaką przyjął za dobrą monetę kłamliwy wybieg kamerdynera.
Przez czas gdy te wypadki miały miejsce na dziedzińcu, wypadek nic nieznaczący z pozoru zmienił zupełnie położenie innych osób działających w téj powieści.
Skoro margrabia wyszedł, żona jego spojrzała koleją na klucz zostawiony przez niego na kominku i na Helenę, potém nachyliła się ku córce i rzekła do niéj pocichu:
— Heleno! twój ojciec zostawił klucz na kominku.
Młoda dziewczyna zdziwiona podniosła głowę i spojrzała nieśmiało na matkę, któréj oczy paliły się ciekawością.
— I cóż ztąd, mamo? — odparła zmieszana.
— Chciałabym wiedziéć, co się tam dzieje na górze. Jeśli tam kto jest, nie ruszył się do téj pory. Idź-no tam.
— Ja, mamo? — zawołała z rodzajem trwogi dziewczyna.
— Czy się boisz?
— Nie, mamo, ale zdaje mi się, że dosłyszałam męzkie kroki.
— Gdybym mogła tam pójść sama, Heleno — odparła matka z zimną godnością — nie prosiłabym cię o to, żebyś tam poszła. Gdyby ojciec powrócił a nie zastał mnie w salonie, wówczas szukałby mnie zapewne, gdy tymczasem twojéj nieobecności nie spostrzeże nawet.
— Jeśli to rozkaz, pójdę — odparła Helena — ale wiem, że stracę przez to szacunek mojego ojca.
— A to jakim sposobem? — spytała ironicznie margrabina. — Ale skoro bierzesz na seryo to, co było żartem z mojéj strony, to rozkazuję ci zobaczyć, kto tam jest na górze. Oto klucz, moja córko. Ojciec nakazując ci milczéć o tém, co się dzieje w téj chwili w jego domu, nie zabronił ci wcale zajrzéć do tego pokoju. Idź i wiedz, że matka nie powinna być nigdy sądzoną przez dziecko...
Wypowiedziawszy te słowa z całą godnością obrażonéj matki, margrabina wzięła klucz i podała go Helenie, która powstała nie mówiąc słowa i wyszła z salonu.
— Moja matka zawsze potrafi otrzymać przebaczenie; ale ja będę zgubioną w opinii ojca. Czyż ona chce pozbawić mnie jego miłości, wypędzić mnie z jego domu?
Te myśli burzyły się w jéj głowie w czasie, kiedy szła pociemku długim korytarzem, w głębi którego znajdowały się drzwi tajemniczego pokoju. Kiedy doszła tam wreszcie, było coś rozpaczliwego w jéj usposobieniu. To rozmyślanie pełne niepewności przepełniło miarę uczuć zamkniętych dotąd w jéj sercu. Jeśli nie wierzyła już w szczęśliwą przyszłość dla siebie, w téj okropnéj chwili ostatecznie zwątpiła o swojém życiu.
Drżała konwulsyjnie przykładając klucz do zamku, wzruszenie jéj było tak wielkie, iż zatrzymała się minutę i przyłożyła rękę do serca, jakby było w jéj mocy uspokoić głośne i gwałtowne jego bicia. Wreszcie otworzyła drzwi. Zapewne skrzyp zawias napróżno uderzył o uszy mordercy, bo chociaż miał słuch bardzo bystry, przecież został nieruchomy jakby przylepiony do muru, zatopiony w myślach.
Krąg światła rzucany przez latarkę oświecał go słabo, był podobny w téj chwili do posągu rycerza stojącego wiecznie przy jakim czarnym grobowcu w cieniu gotyckiéj kaplicy. Krople zimnego potu spływały po jego szerokiém bladém czole. Niewypowiedziana śmiałość jaśniała na téj twarzy ściągniętéj. Ogniste oczy nieruchome, suche, zdawały się dostrzegać jakąś walkę w otaczającém go cieniu. Burzliwe myśli przesuwały się szybko po tych rysach, których dobitny wyraz świadczył o niepospolitéj duszy. Ciało, postawa i proporcye jego były w harmonii z dzikim geniuszem. Ten człowiek był cały siłą i potęgą, a spoglądał w pomrokę jako w żywy obraz swéj przyszłości.
Przyzwyczajony do energicznych twarzy tych olbrzymów, co otaczały Napoleona, generał nie zwrócił uwagi na szczególności fizyczne tego dziwnego człowieka; ale Helena, poddana jak wszystkie kobiety wrażeniom zewnętrznym, była uderzona tą mieszaniną światła i cienia namiętności i dumy, oraz poetycznym nieładem, który czynił go podobnym do Lucypera po upadku. Nagle burza wyryta na jego postaci uciszyła się jakby za pomocą czarodziejskiéj potęgi i ta niepojęta siła, jaką bezwiednie może posiadał nieznajomy, siła, któréj był początkiem i skutkiem, rozlała się wkoło niego z szybkością fali. Potoki myśli spłynęły z jego czoła w chwili, gdy rysy przybrały zwykły pozór.
Młoda dziewczyna urzeczona bądź-to szczególnością tego spotkania, bądź-to tajemnicą, jaka go otaczała, ujrzała teraz fizyognomią pełną słodyczy i wzbudzającą współczucie. Stała przez chwilę pogrążona w milczeniu pod wpływem wzruszeń dotąd niezrozumiałych dla jéj młodéj duszy. Wkrótce jednak, czy uczyniła ruch jaki, czy wydała mimowolny wykrzyknik, czy téż morderca powróciwszy ze świata marzeń do rzeczywistości, dosłyszał jéj tchnienie, zwrócił ku niéj głowę i ujrzał wśród cienia cudną twarz i majestatyczne kształty istoty, którą może wziął za anioła, bo spoglądał na nią zdumiony i niepewny, jak na cudowne zjawisko.
— Panie — wyrzekła drżącym głosem.
Morderca wstrząsnął się.
— Kobieta! — zawołał łagodnie. — Czyż-to podobna! — Oddal się się, pani — dodał po chwili — nie przyznaję nikomu nad sobą prawa litości, rozgrzeszenia lub potępienia. Powinienem żyć samotny. Idź, moje dziecię — wyrzekł jeszcze z królewskim ruchem — źlebym się odwdzięczył za łaskę wyświadczoną mi przez pana tego domu, gdybym pozwolił któréjbądź z zamieszkujących go osób oddychać tém samém co ja powietrzem. Muszę się poddać prawom tego świata.
Te ostatnie słowa wypowiedziane były półgłosem. Obejmując głęboką intuicyą wszystkie nędze, jakie zawierało podobne położenie, rzucił na Helenę spojrzenie węża i poruszył w jéj sercu cały świat myśli dotąd uśpionych u niéj. Było-to coś nakształt jasności oświecającéj nagle nieznane krainy. Dusza jéj była zwyciężona, podbita, zanim znalazła siłę bronienia się przeciw magnetycznéj sile tego spojrzenia, chociaż promienie jego padły na nią przypadkowo. Zawstydzona i drżąca powróciła do salonu, zaledwo na chwilę przed ojcem i nie mogła nic powiedziéć matce.
Generał zamyślony, z ramionami skrzyżowanemi na piersiach, przechadzał się czas jakiś jednostajnym krokiem w milczeniu od okien, które wychodziły na ulicę, do okien wychodzących na ogród. Żona jego trzymała uśpionego Abla. Moina złożona w berżerce, jak ptak w gniazdku, spała także. Jéj starsza siostra trzymała w jednéj ręce kłębek jedwabiu, w drugiéj igłę i spoglądała na ogień. Głęboka cisza panująca w salonie przerywana była tylko czasami niepewnym krokiem służących udających się na spoczynek, lub stłumionym wybuchem śmiechu niby echem minionéj zabawy. Potém słychać było otwieranie drzwi, w chwili, gdy zatrzymali się, ażeby porozmawiać jeszcze między sobą, aż wreszcie je pozamykali, potém jeszcze dolatywał odgłos kroków przy łóżkach. Jakieś krzesło się przewróciło, stary woźnica zakaszlał, wreszcie i to ucichło. Ponury majestat północnéj ciszy ogarnął wszystko. Jedne gwiazdy błyszczały. Zimno przejęło ziemię. Żadna żywa istota nie przemówiła, nie poruszyła się, tylko słychać było szmer płomienia jak gdyby na to, żeby doskonaléj zrozumiałą ciszę uczynić.
Zegar w Montreuil uderzył pierwszą. W téj chwili kroki nadzwyczaj lekkie dały się słyszéć na górném piętrze. Margrabia i jego córka pewni, że zamknęli mordercę pana de Mauny, przypuścili, że to która z kobiet nie śpi jeszcze i nie zdziwili się, gdy otwarły się drzwi pokoju poprzedzającego salon.
Nagle morderca ukazał się pomiędzy niemi. Gdy osłupienie, w którém pogrążony był margrabia, żywa ciekawość jego żony i podziwienie córki pozwoliły mu dojść prawie do połowy salonu, głosem dziwnie spokojnym i melodyjnym, rzekł do generała:
— Panie, dwie godziny upływają.
— Pan tutaj! — zawołał generał — jakim sposobem?
I groźném spojrzeniem zapytywał o to żony i dzieci. Helena stanęła cała w ogniu.
— Pan — mówił daléj generał z przejęciem — pan pomiędzy nami? Tu w tém miejscu morderca krwią zbroczony? Plamisz ten obraz. Odejdź, odejdź — powtórzył gwałtownie.
Na to słowo: morderca margrabina krzyknęła. Co do Heleny zaś, słowo to zdawało się przeważać szalę jéj losu, twarz jéj nie zdradziła żadnego zdziwienia. Można było sądzić, że oczekiwała na tego człowieka. Niewyraźne myśli jéj nabrały znaczenia. Oto była kara naznaczona za jéj winy. Sądząc się równą w zbrodni temu człowiekowi, spoglądała na niego spokojnie, czuła się jego towarzyszką, jego siostrą. Widziała w tym wypadku rozkaz Boga. W kilka lat późniéj rozsądek zapewne byłby wziął górę nad wyrzutami sumienia; ale w téj chwili one doprowadzały ją do szaleństwa.
Nieznajomy wśród tego wszystkiego pozostał nieruchomy i zimny. Uśmiech pogardy zarysował się na jego licu i na szerokich purpurowych wargach.
— Nie rozumiesz pan szlachetności mego postępowania względem ciebie — odparł zwolna. — Nie chciałem nawet gołą ręką dotknąć szklanki, w któréj przyniosłeś mi wody na ugaszenie pragnienia. Nim pomyślałem nawet o tém, by obmyć ręce zbroczone krwią pod twoim dachem, odchodzę; zostawiłem tu jedynie myśl mojéj zbrodni (przy tém słowie usta jego się ścięły), próbowałem odejść bez śladu, wreszcie nie pozwoliłem nawet twojéj córce...
— Moja córka! — zawołał generał, zwracając na Helenę wzrok przerażony. — Nieszczęśliwy, odejdź albo cię zabiję.
— Jeszcze dwie godziny nie minęły, nie możesz pan wydać mnie ani zabić nie tracąc własnego szacunku i... mojego także.
Na te ostatnie słowo stary wojak spróbował zmierzyć się wzrokiem ze zbrodniarzem; ale był zmuszony spuścić oczy, nie był w stanie znieść blasku tego spojrzenia, które poraz drugi rozstroiło mu duszę. Bał się zmięknąć znowu, bo czuł, że wola jego ustępowała przed wolą tego człowieka.
— Mordować starca! więc nigdy sam nie miałeś rodziny — wyrzekł, wskazując ojcowskim ruchem żonę i dzieci.
— Tak, starca — powtórzył nieznajomy, i czoło jego się zmroczyło.
— Uciekaj — zawołał generał, nie śmiejąc spojrzéć na swego gościa. — Nasza umowa zerwana. Nie zabiję cię. Nie będę téż nigdy dostawcą rusztowania. Ale odejdź, sprawiasz mi obrzydzenie.
— Wiem o tém — odparł morderca z rezygnacyą. — Wiem, że niema miejsca na ziemi francuzkiéj, gdziebym mógł nogę postawić bezpiecznie; ale gdyby sprawiedliwość mogła jak Bóg sądzić wypadki, gdyby raczyła badać, kto jest rzeczywistym zbrodniarzem, morderca czy ofiara: ja pozostałbym dumnie pomiędzy ludźmi. Czy nie przypuszczasz pan zbrodni poprzednich w człowieku, którego posiekano? Co do mnie, stałem się sędzią i oprawcą, zastąpiłem sprawiedliwość ludzką — niedołężną. Oto moja wina. Żegnaj mi, panie. Pomimo goryczy, jaką zaprawiłeś twoję gościnność, nie zapomnę o niéj nigdy. Będę miał uczucie wdzięczności dla jednego człowieka na świecie, a pan jesteś tym człowiekiem. Chciałbym jednak widziéć cię wspaniałomyślniejszym.
Zwrócił się ku drzwiom. W téj chwili młoda dziewczyna pochyliła się ku matce i szepnęła jéj coś do ucha.
— Ach!...
Ten krzyk, który się wyrwał z ust jego żony, przeraził generała, jak gdyby widział Moinę umarłą. Helena stała na środku pokoju a morderca odwrócił się instynktowym ruchem jakby zaniepokojony o los téj rodziny.
— Co to, moja droga? — zapytał margrabia.
— Helena chce z nim iść — odparła.
Morderca zarumienił się.
— Skoro moja matka tak źle tłómaczy okrzyk prawie mimowolny — wyrzekła cichym głosem Helena — spełnię jéj życzenia.
I rzuciwszy wkoło spojrzenie pełne dzikiéj dumy, młoda dziewczyna spuściła oczy w postawie cudnéj skromności.
— Heleno — spytał generał — ty byłaś w pokoju na górze?
— Tak, mój ojcze.
— Heleno — ciągnął daléj z konwulsyjném drżeniem głosu — czy ty pierwszy raz widzisz pana?
— Pierwszy, mój ojcze.
— Więc jest rzeczą nienaturalną, byś powzięła myśl...
— Jeśli to nie jest naturalne, jest przynajmniéj prawdziwe, mój ojcze.
— Ach! moja córko — rzekła margrabina półgłosem, tak jednak, iż mąż ją usłyszał — Heleno, zapominasz wszystkich zasad honoru, skromności i cnoty, które starałam się rozwinąć w twém sercu. Jeśli kłamałaś ciągle do téj fatalnéj godziny, nie jesteś godną pożałowania. Czy nęci cię moralna doskonałość tego nieznajomego? Czy téż rodzaj potęgi potrzebnéj ludziom spełniającym zbrodnię? Bo nie mogę przypuścić...
— Och! przypuszczaj pani, co chcesz tylko — odparła zimno.
Ale pomimo całéj siły charakteru, jakiéj dawała dowody w téj chwili, nie mogła powstrzymać łez, które ukazały się w jéj oczach. Nieznajomy po łzach córki odgadł mowę matki, i rzucił na margrabinę orle spojrzenie, zmuszając ją przez straszliwą potęgę, jaką posiadał, by patrzała na niego. A kiedy oczy téj kobiety spotkały się z jasnemi i błyszczącemi oczyma tego człowieka, doświadczyła w duszy wrażenia podobnego do tych, jakich doświadczamy na widok gadu lub za dotknięciem lejdejskiéj butelki.
— Mój drogi — zawołała do męża — to szatan, on wszystko odgaduje.
Generał skierował się do dzwonka.
— On pana gubi — wyrzekła Helena, zwracając się do zabójcy.
Nieznajomy uśmiechnął się, zrobił krok naprzód, pochwycił ramię margrabiego i zmusił do zniesienia swego spojrzenia, które miało moc ogłupiającą — cała energia jego zniknęła.
— Zapłacę za waszę gościnność — wyrzekł morderca — i będzie kwita między nami, pójdę i sam się oddam, tym sposobem oszczędzę panu hańby. Bo wreszcie cóżbym teraz robił z życiem?
— Możesz pan się upamiętać — odparła Helena, ukazując mu nadzieję błyszczącą w jéj dziewiczych oczach.
— Nie będę nigdy żałował tego, com dziś uczynił — wyrzekł donośnym głosem morderca podnosząc dumnie głowę.
— Jego ręce są krwią zwalane — rzekł ojciec do córki.
— Ja je obetrę — odpowiedziała.
— Ale — mówił znowu generał nie ważąc się już nawet wskazać jéj nieznajomego — nie wiész nawet, czy on chce ciebie.
Morderca postąpił ku Helenie, piękność jéj, jakkolwiek skromna i skupiona, była w téj chwili jakby opromieniona wewnętrznem światłem, którego odbłyski rozjaśniały, wyraźnemi czyniły najdrobniejsze rysy i najdelikatniejsze odcienie. On rzucił na tę cudną postać łagodne chociaż pełne błyskawic spojrzenie i wyrzekł głosem zdradzającym głębokie wzruszenie:
— Ukocham cię dla ciebie saméj i zarazem odwdzięczę się twemu ojcu za te dwie godziny istnienia, jakiemi mnie obdarzył, — nie przyjmując podobnéj ofiary.
— I on także, i on mnie odpycha — zawołała z rozdzierającym wyrazem Helena. — A więc żegnajcie wszyscy, pozostaje mi śmierć tylko.
— Cóż to znaczy? — zapytali razem i ojciec i matka.
Pozostała milcząca i rzuciwszy na margrabinę wymowne spojrzenie, spuściła wzrok ku ziemi.
Od chwili, w któréj generał i jego żona po daremnéj próbie walki z nieznajomym, który zostawał tu wbrew ich woli, ulegli potędze piorunującéj jasności jego wzroku, oboje byli poddani dziwnemu obezwładnieniu, uśpiony umysł nie był zdolny oprzéć się niepojętéj sile, jaka niemi władała. Dla nich powietrze było duszne, oddychali z trudnością, nie mogąc zdać sobie dokładnéj sprawy z tego, co stan ten sprawiało, chociaż jakiś głos wewnętrzny ostrzegał ich, że powodem ich bezsilności był ten czarodziejski nieznajomy.
Wśród tego moralnego konania generał odgadł, iż powinien usiłować utrzymać chwiejący się rozsądek córki, pochwycił ją wpół i zaniósł w zagłębienie okna daleko od mordercy.
— Moje najdroższe dziecko — rzekł do niéj pocichu — gdyby jakaś niepojęta miłość zrodziła się nagle w twojém sercu, twe życie niewinne, twa dusza pobożna i czysta, twój silny charakter dałyby ci moc potrzebną do zwalczenia chwili szaleństwa. Twoje postępowanie kryje więc jakąś tajemnicę. Słuchaj więc! moje serce jest dla ciebie pełne pobłażania, możesz mi wszystko powiedziéć, a choćbyś nawet rozedrzéć je miała, potrafię, moje dziecię, nakazać milczenie własnym cierpieniom i zachować twoję spowiedź w tajemnicy. Czy zazdrościsz miłości, jaką mamy dla twoich braci i siostry? Czy masz w sercu jakie nieszczęśliwe przywiązanie? Czy sama czujesz się nieszczęśliwą? Mów. Wytłómacz mi przyczynę, dla któréj chcesz opuścić rodzinę, odebrać nam największą pociechę, rozstać się z matką, z braćmi, z małą siostrzyczką.
— Mój ojcze — odparła — nie kocham się w nikim i nie jestem zazdrosną o nikogo, nawet o twego przyjaciela dyplomatę pana de Vandenesse.
Margrabina zbladła, a córka, która na nią patrzała, umilkła.
— Czyż prędzéj lub późniéj nie mam opuścić rodziców, ażeby udać się pod opiekę męża?
— To prawda.
— Czyż wiemy kiedy, z kim łączymy nasze losy? — mówiła daléj Helena — ja ufam temu człowiekowi.
— Dziecko! — zawołał generał głos podnosząc — nie myślisz o cierpieniach, które ciebie czekają.
— Myślę o cierpieniach jego...
— Cóż to za życie? — mówił ojciec,
— Życie kobiety — odparła córka.
— Jesteś więc tak bardzo świadoma — zawołała margrabina nagle odzyskując mowę.
— Zapytania, jakie mi stawiają, dyktują mi odpowiedzi; ale jeśli pani sobie tego życzysz, będę mówić wyraźniéj...
— Powiedz wszystko, moja córko, jestem matką.
Tutaj córka spojrzała na nią i pod tym wzrokiem margrabina zatrzymała się.
— Heleno — mówiła znowu — zniosę raczéj twoje wymówki, jeśli sądzisz się w prawie mi je czynić, niżeli miałabym pozwolić, abyś poszła za człowieka, od którego wszyscy ze wstrętem uciekają.
— Więc widzisz dobrze, iż beze mnie byłby zupełnie samotny.
— Dość tego — zawołał generał zwracając się do żony — mamy tylko jednę córkę.
I spoglądał na Moinę zawsze uśpioną.
— Zamknę cię w klasztorze — dodał, obracając mowę do Heleny.
— Dobrze, mój ojcze — odparła z rozpaczliwym spokojem — ja tam umrę; ale ty Bogu jedynie zdasz rachunek z mego życia i z jego duszy.
Głucha cisza zapanowała po tych słowach. Współdziałacze téj sceny nie mającéj nic wspólnego z powszedniém życiem i powszedniemi uczuciami, nie śmieli spojrzéć na siebie. Nagle margrabia spostrzegł swoje pistolety, pochwycił jeden z nich, odwiódł go powoli i skierował na nieznajomego. Na suchy odgłos wydany przez kurek, ten człowiek odwrócił się, rzucił spokojne i przeszywające spojrzenie na generała, a ramię jego ogarnione niepojętą niemocą opadło nizko, pistolet upadł na dywan.
— Moja córko — wyrzekł wówczas ojciec zwyciężony tą straszliwą walką — jesteś wolna. Ucałuj matkę, jeśli na to pozwoli. Co do mnie nie chcę więcéj ani cię widziéć ani słyszéć...
— Heleno — zawołała matka — pomyśl, że będziesz w nędzy.
Rodzaj śmiechu wydobył się z szerokiéj piersi mordercy i zwrócił na niego oczy wszystkich. Na twarzy jego tkwił pogardliwy wyraz.
— Gościnność, którą panu dałem, kosztuje mnie drogo — wyrzekł generał powstając. — Przed chwilą zabiłeś tylko jednego starca, teraz zabijasz całą rodzinę; cokolwiek się stanie, będzie nieszczęście w tym domu.
— A jeśli pańska córka będzie szczęśliwa? — zapytał morderca wlepiając stanowczy wzrok w generała.
— Jeśli będzie szczęśliwa z panem — odparł ten ostatni z wysileniem — nie będę jéj żałował.
Helena nieśmiało uklękła przed ojcem i wyrzekła wzruszonym pieszczotliwym głosem.
— Mój ojcze, kocham cię i czczę, czy zlewasz na mnie skarby swéj dobroci, czy surowość i niechęć... Ale błagam cię, niech ostatnie słowa twoje do mnie zwrócone, nie będą słowami gniewu.
Generał nie śmiał spojrzéć na córkę.
W téj chwili zbliżył się nieznajomy, rzucił Helenie uśmiech, w którym było coś szatańskiego i niebiańskiego razem i wyrzekł:
— Aniele miłosierdzia, ty, co nie lękasz się mordercy, jeśli chcesz powierzyć mi swoje życie — chodź.
— Rzecz niepojęta! — zawołał ojciec.
Margrabina rzuciła córce szczególne spojrzenie i otworzyła jéj ramiona. Helena rzuciła się w nie ze łzami.
— Żegnam cię, żegnam cię, matko.
Helena zrobiła śmiały znak nieznajomemu, który zadrżał. Ucałowała ręce ojca, uścisnęła szybko ale bez czułości Moinę i Abla, i wyszła razem z mordercą.
— Którędy oni idą? — zawołał generał, słuchając odgłosu kroków dwojga uciekających. — Doprawdy — dodał, zwracając się do żony — zdaje mi się, że to sen, ta cała sprawa kryje jakąś tajemnicę, ty znać ją musisz.
Margrabina zadrżała.
— Od pewnego czasu — wyrzekła — Helena stała się niesłychanie romansową i nadzwyczaj egzaltowaną. A pomimo starań, jakich dokładałam, ażeby zwalczyć to usposobienie...
— Jest-to bardzo niejasne...
Nie dokończył słów zaczętych, bo zdało mu się w téj chwili, że usłyszał w ogrodzie kroki córki i nieznajomego. Rzucił się gwałtownie do okna, otworzył je i wołał:
— Heleno!
Głos jego rozwiał się wśród nocy jak próżne ostrzeżenie. Wymawiając to imię, któremu nikt już nie odpowiadał na świecie, generał zerwał pęta ubezwładniającego uroku, jakim skrępowała go jakaś demoniczna siła. Jak gdyby po nagłém obudzeniu zrozumiał jasno scenę, która się tu odegrała, przeklinał swoję słabość i pojąć jéj nie mógł. Prąd krwi przebiegł mu od serca do głowy, stał się znowu sam sobą i straszny, żądny pomsty, zawołał z całéj siły:
— Na pomoc, na pomoc!...
Pobiegł do taśm od dzwonków i targał tak silnie, że pękały lub wydawały nigdy nie słyszane dźwięki. Cała służba zbudziła się nagle. A on krzycząc ciągle, otworzył wszystkie okna na ulicę i wołał żandarmów, podniósł pistolety i strzelał na wiatr, ażeby przyśpieszyć ich przyjazd, pobudzić sąsiadów. Psy wówczas poznały głos swego pana i zaczęły szczekać, konie rżały i biegały. Wpośród téj cichéj nocy stał się zamęt okropny. Zbiegając ze schodów, ażeby gonić córkę, generał ujrzał przestraszoną służbę nadchodzącą ze stron wszystkich.
— Moję córkę! Helenę porwano! Biegnijcie do ogrodu. Pilnujcie ulicy! otwórzcie żandarmeryi. Gońcie mordercę.
Ruchem pełnym wściekłości zerwał łańcuch psa podwórzowego.
— Helena! Helena! — wołał za nim.
Pies podskoczył jak lew, zaszczekał gwałtownie i rzucił się w ogród tak szybko, że generał nie mógł biedz za nim. W téj chwili tentent koni dał się słyszéć na ulicy, pobiegł sam otworzyć.
— Brygadyerze — zawołał — przetnij drogę mordercy pana de Mauny, ucieka przez moje ogrody. Prędko otoczcie miejscowość, a ja przeszukam pola, ogrody, domy. Wy zaś — dodał zwracając się do swoich ludzi — pilnujcie ulicy i całéj drogi od rogatek do Wersalu. Naprzód wszyscy!
Pochwycił strzelbę, którą przyniósł mu kamerdyner i rzucił się w ogród, wołając na psa:
— Szukaj!
Okropne szczekania odpowiedziały mu z oddali, a on biegł w stronę, zkąd zdawały się dochodzić skowyczenia psa.
Do siódméj godziny rano trwały poszukiwania żandarmów, generała, jego służby i sąsiadów. Wszystko było bezskuteczne. Pies nie pokazał się więcéj. Generał wycieńczony znużeniem i już zestarzały zmartwieniem, powrócił do tego salonu, który wydał mu się teraz pustkowiem, chociaż było tam troje młodszych dzieci.
— Byłaś bardzo zimną dla córki — wyrzekł, spoglądając na żonę — I oto wszystko, co nam po niéj zostało — dodał wskazując na krosienka, gdzie widać było kwiatek zaczęty. — Ona była tutaj przed chwilą, a teraz stracona... stracona...
Płakał, ukrył twarz w dłoniach i pozostał przez chwilę milczący nie śmiejąc spojrzéć na ten salon, który niedawno był dla niego obrazem domowego szczęścia. Brzaski jutrzenki walczyły z gasnącemi lampami, papier płonął około wypalonych świec, wszystko zdawało się w harmonii z rozpaczą tego ojca.
— Trzeba będzie to zniszczyć — wyrzekł po chwili milczenia, wskazując na krosienka córki — nie będę już mógł nigdy spojrzéć na to, co mi ją przypomina.
Straszna noc Bożego Narodzenia, w czasie któréj margrabia i jego żona stracili starszą córkę, nie umiejąc oprzéć się szczególnéj władzy jéj mimowolnego uwodziciela, była jakby ostrzeżeniem daném im przez fortunę. Bankructwo agenta zrujnowało margrabiego, zaciągnął pożyczkę na dobra żony, ażeby rzucić się w spekulacye, coby mu powróciły utracone mienie, ale to dokonało jego ruiny. Popchnięty rozpaczą generał porzucił ojczyznę. Sześć lat upłynęło od tego czasu. Jakkolwiek rodzina rzadko miewała od niego wiadomości, jednakże na parę dni przed uznaniem rzeczypospolitych Ameryki południowéj zapowiedział wreszcie swój powrót.
Tak więc któregoś pięknego poranku kilku handlarzy francuzkich, chcących dostać się prędzéj do ojczyzny i przewieźć bogactwa zdobyte latami ciężkich mozołów i niebezpiecznych podróży, bądź-to w Meksyku, bądź w Kolumbii znajdowało się na bryku hiszpańskim niedaleko od Bordeaux.
Mężczyzna zestarzały trudami i zgryzotami więcéj niż wiekiem, oparty był o parapet statku i zdawał się nieczułym na piękny widok, który zgromadził na pomoście prawie wszystkich podróżnych. Ci, uniknąwszy niebezpieczeństw długiéj przeprawy i zachęceni pięknością dnia, przypatrywali się zdaleka niepewnym zarysom ziemi rodzinnéj. Niektórzy rozeznawali już lub sądzili, że rozeznają latarnie morskie i nadbrzeżne budowy Gaskonii i wieżę w Cordouan, pomieszane z fantastyczną budową, jaką przedstawiały leciutkie białe obłoczki, błąkające się na skraju horyzontu.
Gdyby nie srebrzysta frendzla piany, igrająca przed brykiem i gdyby nie długa, szybko niknąca brózda, jaką zostawiał za sobą; podróżni byliby mogli sądzić, że stoją nieruchomi na gładkim i spokojnym oceanie. Niebo było nieporównanéj czystości. Ciemne tony jego sklepienia, rozjaśniając się stopniowo, równały się z błękitnawym kolorem wód i tylko linia, w której stykało się niebo i morze, błyszczała w dali, jakby nieprzerwanym szeregiem gwiazd. Promienie słoneczne odbijały się w miryadach drobnych powierzchni na olbrzymiéj przestrzeni morza i tym sposobem płaszczyzny wodne były stokroć świetlejsze od niebieskiego stropu.
Żagle bryka wzdymały się wiatrem cudownéj lekkości a ich barwa białości śniegu, żółte rozpuszczone bandery i niezliczona liczba krzyżujących się lin, wszystko to rysowało się z surową dokładnością na promienném tle powietrza, nieba i oceanu, na które mgliste cienie rzucały żagle. Dzień śliczny, wiatr pomyślny, widok ojczyzny, morze spokojne, lekki szmer fali i ładny bryk samotny mknący po oceanie, jak kobieta śpiesząca na miłosną schadzkę, był to obraz pełen harmonii, jedna z tych scen, wśród których dusza ludzka może objąć nieruchome przestrzenie, wychodząc z punktu, gdzie wszystko jest ruchem. Było-to dziwne pomieszanie samotności i gorączkowego życia, ciszy i wrzawy, tak iż zachodziła trudność w rozeznaniu, gdzie było życie i wrzawa, gdzie cisza i nicość.
Kapitan Hiszpan, jego majtkowie i Francuzi, siedząc lub stojąc na pokładzie byli wszyscy pogrążeni w religijnym, pełnym wspomnień zachwycie. W powietrzu tkwiło lenistwo. Rozjaśnione twarze świadczyły o zupełném zapomnieniu minionych cierpień, i ci ludzie kołysali się na tym lekkim okręcie niby w śnie złocistym.
Jednakże od czasu do czasu, stary pasażer oparty o parapet, spoglądał na daleki horyzont z niepokojem. Niedowierzanie dla losu wyryte było na jego rysach, jak gdyby sądził, że nigdy dość wcześnie nie dotknie stopą francuzkiéj ziemi. Był-to margrabia. Fortuna nie była oporną jego rozpaczliwym usiłowaniom. Po pięciu latach prób i ciężkiéj pracy, zdobył znowu znaczny majątek, a chcąc jak najprędzéj powrócić do ojczyzny i przynieść szczęście rodzinie, poszedł za przykładem kilku kupców z Hawany i wraz z niemi wsiadł na okręt hiszpański płynący do Bordeaux. W końcu wyobraźnia jego znużona przewidywaniem złego, zwróciła się do słodkich obrazów minionego szczęścia. Widząc zdala ciemną linią ziemi, sądził, że widzi już żonę i dzieci; był myślą przy własném ognisku i widział, jak się nim cieszą, jak go pieszczą. Wyobrażał sobie Moinę wyrosłą, piękną, wspaniałą, aż w końcu te obrazy nabrały takiéj prawdy, że łzy zakręciły mu się w oczach. Wówczas, ażeby okryć swoję niecierpliwość, odwrócił się od ciemnéj linii, jaką rysowała ziemia i spojrzał na mokrą płaszczyznę.
— To on — wyrzekł — jest ciągle za nami.
— Cóż pan widzisz? — spytał kapitan.
— Okręt — szepnął cicho generał.
— Widziałem go już wczoraj — odparł kapitan Gomez.
I patrzał na Francuza, jakby chciał go wybadać.
— On nas goni oddawna — wyrzekł, nachylając się do ucha generała.
— Ale nie wiem, dlaczego nie dogonił nas dotąd, bo jest szybszy od naszego Św. Ferdynanda.
— Zapewne doznał jakich szkód, może woda dostała się do wnętrza.
— Przybliża się — dodał Francuz.
— To korsarz kolumbijski — rzekł mu na ucho kapitan. — Jesteśmy jeszcze o sześć mil od ziemi, a wiatr słabnie.
— On nie płynie, on leci; jak gdyby wiedział, że za dwie godziny zdobycz mu się wymknie. Jaki on śmiały!
— On! — zawołał kapitan — nie darmo nosi nazwę Othella. Nie darmo zatopił fregatę hiszpańską, chociaż ma tylko trzydzieści dział. Lękałem się jego jednego, bo wiedziałem, że krążył na antylskich wodach. Ach! ach! — dodał po chwili, w któréj badał żagle swego statku — wiatr się podnosi, dopłyniemy. Musimy dopłynąć, bo Paryżanin byłby bez miłosierdzia.
— Ale on także dopływa — odparł margrabia.
Othello był zaledwie o trzy mile odległy. Chociaż załoga nie słyszała rozmowy margrabiego z kapitanem Gomezem, widok tego okrętu sprowadził prawie wszystkich majtków i podróżnych do miejsca, gdzie oni stali. Wszyscy jednak, sądząc, że to statek handlowy, patrzyli nań z obojętną ciekawością, kiedy nagle jeden majtek zawołał swoim energicznym językiem:
— Na świętego Jakóba! zginęliśmy, oto Paryżanin.
Na to straszne imię przerażenie zapanowało na bryku i powstało zamieszanie z niczém nieporównane. Kapitan zdołał na chwilę dodać nowéj energii swoim ludziom i, chąc[19] dostać się do lądu jakimbądź kosztem, kazał rozwinąć wszystkie żagle bez wyjątku, ażeby jak największą powierzchnię poddać działaniu wiatru. Ale podobny obrot nie obył się bez trudu i zabrał dużo czasu, gdyż brak było majtkom téj precyzyi i jedności ruchów, jaką odznaczają się zwykle statki wojenne.
Chociaż Othello leciał jak jaskółka, jednakże dzięki rozwiniętym żaglom, tak mało zbliżał się pozornie, iż nieszczęśliwi Francuzi łudzili się słodką nadzieją przez chwilę. Nagle, kiedy Święty Ferdynand nabierał nowéj szybkości, dzięki doskonałemu kierunkowi nadanemu przezornym ruchem, do którego sam kapitan dopomagał głosem i ręką, sternik umyślném zapewne skręceniem rudla, postawił go w poprzek wiatru. Żagle z boku ruszone wiatrem opadły wówczas tak nagle, że liny popękały i bryk w jednéj chwili stał się niezdolnym do biegu.
Przejęty nieopisaną wściekłością kapitan, biały na twarzy jak żagle jego statku, jednym skokiem rzucił się na sternika i tak gwałtownie zamierzył się sztyletem, że chociaż uderzenie go minęło, zepchnął go w morze. Potém rzucił się sam do steru, starając się zaradzić strasznemu nieładowi, jaki zapanował na statku. Łzy rozpaczy płynęły mu z oczów, bo daleko więcéj boli nas zdrada niwecząca rezultaty usiłowań, niż przeraża śmierć niespodziana.
Ale klątwy kapitana nic nie pomagały. Sam własną ręką wystrzelił z alarmowego działa w nadziei, że go z lądu usłyszą. W téj chwili korsarz zbliżający się z rozpaczliwą szybkością, odpowiedział wystrzałem a kula armatnia padła o dziesięć sążni najwyżéj od Św. Ferdynanda.
— Do pioruna! — zawołał generał — jak to wycelowane. Mają chyba zaczarowane działa.
— Oho! ten jak się odzywa, to trzeba być cicho — odparł jeden z załogi. — Paryżanin może się nieulęknąć angielskiego okrętu.
— Wszystko stracone! — zawołał z rozpaczą kapitan, który od chwili wymierzył perspektywę ku lądowi i nie dojrzał ztamtąd żadnéj pomocy — jesteśmy daléj od Francyi, niżeli sądziłem.
— Czemuż pan rozpaczasz? — wyrzekł generał. — Wszyscy twoi pasażerowie są Francuzami, oni to najęli twój statek. Ten korsarz, jak pan powiadasz, jest Paryżaninem, a więc wywieś białą banderę i...
— I on nas tak samo zatopi — odparł kapitan. — Czyż on wedle potrzeby nie przybiera wszystkich barw, gdy chodzi o bogatą zdobycz?
— A! jeśli to rozbójnik morski...
— Gdzie-tam rozbójnik! — zawołał gniewnie jeden z żeglarzy — on zawsze jest w porządku lub umie się tak urządzić, że nie można mu czynić zarzutu.
— A więc — zawołał generał, wznosząc oczy do nieba — trzeba się zrezygnować.
Miał jeszcze dość siły, by łzy powstrzymać.
Gdy wymawiał te słowa, druga armatnia kula, tym razem lepiéj wymierzona, przeszyła Świętego Ferdynanda.
— Zatrzymać okręt — zawołał smutno kapitan.
Majtek, który tak energicznie bronił Paryżanina od zarzutu rozboju, dopomógł zręcznie bardzo do wykonania tego rozpaczliwego rozkazu. Święty Ferdynand wiózł w piastrach cztery miliony, składające majątek pięciu pasażerów, generał posiadał milion sto tysięcy franków.
Wreszcie Othello, znajdujący się już tylko o dziesięć karabinowych strzałów, pokazał wyraźnie groźne paszcze dwunastu dział gotowych do strzału. Zdawał się niesiony szalonym wiatrem, którym darzył chyba umyślnie szatan jego żagle; ale wzrok marynarzy odgadywał łatwo tajemnicę téj szybkości. Dość było zastanowić się nad wygięciem bryka, nad jego kształtem podłużnym, nad wązkością ciała, nad wysokością masztów, nad krojem żagli i nadzwyczajną lekkością ich obsady, a wreszcie nad doskonałém wyćwiczeniem majtków, którzy, działając zgodnie jak jeden człowiek, poruszali tą białą powierzchnią. Wszystko świadczyło o nadzwyczajnéj sile i bezpieczeństwie téj smutnéj, drewnianéj istoty równie szybkiéj, równie inteligentnéj jak rumak bojowy, lub ptak drapieżny. Załoga korsarza milczała, gotowa przy najmniejszym oporze pożréć biedny kupiecki statek, który szczęściem dla siebie stał w miejscu spokojny jak uczeń, złapany na gorącym uczynku przez nauczyciela,
— Mamy działa — zawołał generał, ściskając rękę kapitana.
Ale ten rzucił na starego wojaka spojrzenie pełne odwagi i rozpaczy razem i wyrzekł:
— A czy mamy ludzi?
Margrabia spojrzał na załogę Świętego Ferdynanda i zadrżał. Czteréj kupcy byli bledzi i przestraszeni, gdy tymczasem majtkowie zebrani około jednego z pomiędzy siebie, zdawali się naradzać, jakim sposobem złączyć się z Othellem, i spoglądali na korsarza pełni ciekawości i zazdrości razem. Kapitan, jego pomocnik i margrabia jedni, zdolni byli do obrony.
— Ach! kapitanie Gomez — zawołał ten ostatni — pożegnałem niegdyś swoję rodzinę wśród smutku i zwątpienia, mamże znowu ją porzucić w chwili, kiedy przynoszę jéj szczęście i dostatek.
Odwrócił się, aby ukryć łzę wściekłości, i ujrzał na wodzie sternika płynącego w stronę korsarza.
— Tym razem — odparł kapitan — pożegnasz ją pan zapewne nazawsze.
Francuz przeraził Hiszpana osłupiałém spojrzeniem, jakie mu rzucił. W téj chwili dwa statki stykały się prawie. Na widok załogi nieprzyjacielskiéj łatwo było uwierzyć fatalnéj przepowiedni Gomeza. Trzech ludzi stało przy każdém dziale. Nieruchomość postaci, atletyczne kształty, wyraziste rysy, nagie muszkularne ramiona czyniły ich podobnemi do śpiżowych posągów. Śmierć mogła ich dotknąć ale nie wywrócić. Wszystkie te energiczne twarze były silnie zbronzowane słońcem i znojem. Oczy ich błyszczały jak ogniste iskry i świadczyły, że rozumieli tę chwilę i byli nią piekielnie upojeni. Głębokie milczenie na tym pomoście pełnym ludzi dowodziło, w jakiéj karności trzymani byli ci istni szatani przez wyższą nieugiętą wolę.
Dowódca ich stał pod wielkim masztem ze skrzyżowanemi na piersiach ramionami, bez broni żadnéj, tylko topór leżał u stóp jego. Miał na głowie, dla ochrony od słońca, kapelusz o wielkich skrzydłach, którego cień padał mu na twarz. Podobnie jak psy leżące u nóg pana, kanonierzy, żołnierze, majtkowie zwracali oczy koleją na niego i na statek kupiecki. Gdy dwa bryki dotknęły się wzajemnie, to wstrząśnienie zbudziło korsarza z zamyślenia, powiedział dwa słowa na ucho młodemu oficerowi stojącemu przy nim.
— Podać haki do zaczepienia statku — zawołał ten ostatni.
I Święty Ferdynand został zahaczony przez Othella z niepojętą szybkością. Według rozkazów, odbieranych pocichu przez oficera, i podawanych załodze, ludzie wskazani do rozmaitych czynności szli ordynkiem jak seminarzyści na mszę na pokład wziętego statku, wiązali ręce majtkom i podróżnym i zabierali skarby.
W jednéj chwili baryłki pełne piastrów i zapasy żywności Świętego Ferdynanda zostały przeniesione na pokład Othella. Generał sądził, że jest pod władzą złego snu, gdy ujrzał się rzuconym ze związanemi rękami na jakiś pakunek, jakby sam był tylko pakunkiem.
Pomiędzy korsarzem, jego porucznikiem i sternikiem statku odbywała się jakaś narada; gdy się ukończyła, majtek gwiznął na swoich ludzi a ci na jego rozkaz skoczyli na Świętego Ferdynanda, wleźli na maszty i zaczęli ogałacać go z lin i żagli tak szybko, jak żołnierz na placu boju rozbiera zabitego żołnierza, którego buty lub kapota budziły jego pożądliwość.
— Jesteśmy zgubieni — wyrzekł zimno do margrabiego kapitan, który śledził wzrokiem ruchy trzech dowódców w czasie narady, i czynność majtków rabujących teraz jego statek.
— Dlaczego? — spytał równie zimno generał.
— Bo cóż pan chcesz żeby z nami zrobili? — odparł Hiszpan — zrozumieli zapewne, iż nie potrafią sprzedać Świętego Ferdynanda w portach francuzkich lub hiszpańskich i zatopią go bez ceremonii. A co do nas, czy sądzisz pan, iż będą kłopotać się o nas i żywić nas, kiedy sami nie wiedzą, w jakim porcie przyjdzie im szukać schronienia.
Zaledwie kapitan wyrzekł te słowa, gdy dał się słyszéć krzyk okropny i razem odgłos kilku ciał wpadających w morze. Obejrzał się i nie zobaczył więcéj czterech kupców na pokładzie, a ośmiu kanonierów o okrutnych twarzach, w chwili gdy generał spojrzał na nich z przestrachem, miało jeszcze ręce wzniesione do góry.
— A co, czy nie mówiłem? — wyrzekł zimno Hiszpan.
Margrabia podniósł się szybko, morze już było odzyskało swój spokój tak, że nie mógł nawet dostrzedz miejsca, gdzie zostali pogrążeni jego nieszczęśliwi towarzysze; zapewne leżeli głęboko pod wodą z rękami i nogami skrępowanemi, jeśli nie stali się dotąd pastwą jakiego morskiego potworu. O kilka kroków od niego nikczemny sternik, który zdecydował zgubę Świętego Ferdynanda i majtek, który wychwalał dzielność Paryżanina, bratali się z załogą korsarza i wskazywali im palcem tych z pomiędzy swoich współtowarzyszy, których sądzili godnemi wcielenia do załogi Othella. Co zaś do innych, tym wiązano nogi, pomimo okropnych przekleństw, jakie miotali.
Po dokonanym wyborze kanonierzy pochwycili skazanych i bez żadnéj ceremonii rzucali ich w morze. Korsarze spoglądali ciekawie na rozmaite sposoby, jakiemi ci ludzie padali, na ich wyraz i ostatnie męczarnie; ale twarze ich nie zdradzały ani urągania, ani zdziwienia, ani litości. Był-to dla nich widok codzienny, do którego przywykli. Starsi z daleko większém zajęciem i ponurym uśmiechem spoglądali na baryłki piastrów ułożone pod wielkim masztem.
Generał i kapitan Gomez, siedząc obadwaj na pakunku, w milczeniu naradzali się wzrokiem osłupiałym. Wkrótce z załogi Świętego Ferdynanda oni jedni zostali żywi, oprócz siedmiu majtków hiszpańskich wybranych przez szpiegów korsarza, którzy szybko przeistoczyli się na korsarzy.
— Co za okropni zbrodniarze — zawołał nagle generał, w którym szlachetne oburzenie zagłuszyło boleść i rozwagę.
— Są posłuszni konieczności — odparł zimno Gomez. — Gdybyś pan gdzie spotkał jednego z tych ludzi, czyżbyś go nie zabił bez namysłu...
— Kapitanie — wyrzekł wówczas porucznik do Hiszpana — Paryżanin słyszał o tobie, jesteś podobno jedynym człowiekiem znającym dobrze niebezpieczne regiony Antyllów i brzegi Brazylii. Czy chcesz pan?...
Kapitan przerwał mowę oficera wykrzykiem pogardy i odparł:
— Umrę jako żeglarz, jako wierny Hiszpan, jako chrześcijanin. Czy słyszysz?..
— A więc na morze! — krzyknął młody człowiek.
Na ten rozkaz dwóch kanonierów pochwyciło Gomeza.
— Jesteście nikczemnicy — zawołał generał, zatrzymując dwóch korsarzy.
— Nie gniewaj się, mój stary — wyrzekł porucznik. — Jeśli twoja czerwona wstążeczka robi pewne wrażenie na naszym kapitanie, ja z niéj drwię... Rozmówimy się i my z sobą niedługo.
W téj chwili głuchy plusk, do którego nie domieszał się żaden okrzyk, dał do zrozumienia generałowi, iż rzeczywiście dzielny Gomez umarł jak marynarz.
— Mój majątek albo śmierć — zawołał wówczas porwany bezmyślnym wybuchem wściekłości.
— A, teraz jesteś rozsądny przynajmniéj, — wyrzekł śmiejąc się korsarz, — tym sposobem możesz być pewnym, że zawsze coś od nas otrzymasz.
Na znak dany przez niego dwóch ludzi zbliżyło się do Francuza i chciało mu związać nogi; ale on uderzył ich niespodzianie i ruchem, którego nikt się nie spodziewał, wydarłszy porucznikowi pałasz, jaki miał u boku, zaczął nim dzielnie obracać, jak przystało na starego generała kawaleryi, który pamięta dobrze dawne rzemiosło.
— A rozbójnicy! — nie wrzucicie tak do wody jak ostrygę dawnego Napoleońskiego wojaka.
Strzały pistoletowe skierowane ze wszystkich stron na broniącego się Francuza, zwróciły uwagę Paryżanina, który pilnował przenoszenia rozmaitych przedmiotów żeglugi z pomostu Świętego Ferdynanda. Nie mówiąc słowa, zbliżył się i wziął z tyłu za kołnierz walczącego generała i gotował się rzucić go w morze jako sprzęt wysortowany. W téj chwili generał odwracając głowę spotkał płowe oczy uwodziciela córki. Teść i zięć poznali się odrazu; a kapitan zmieniając ruch nadany ciału generała sprzecznym rzutem, jak gdyby on nie miał wagi żadnéj, zamiast zrzucić go w morze, cofnął go po nad pokład i postawił pod wielkim masztem.
Szmer ozwał się na pokładzie, ale wówczas korsarz rzucił tylko jedno spojrzenie na swoich ludzi, i cisza najgłębsza zapanowała między niemi.
— To ojciec Heleny — wyrzekł wówczas głosem jasnym i poważnym — biada temu, kto-by go nie uszanował.
Okrzyk radośny zabrzmiał na pokładzie i podniósł się ku niebu nakształt modlitwy kościelnéj, nakształt pierwszego słowa Te Deum. Chłopcy okrętowi zakołysali się na linach, majtkowie rzucali w górę czapki, kanonierzy tupali nogami, wszyscy krzyczeli, wyli, świstali i klęli. Ten wybuch fantastycznéj radości przeraził generała. Lękał się przypisywać tego uczucia jakiéj strasznéj tajemnicy, i pierwszy krzyk jego, skoro zdołał przemówić, był: „Moja córka — gdzie ona jest?“. Korsarz rzucił na generała jedno z tych głębokich spojrzeń, które nie wiedziéć czemu zawsze wzruszały najodważniejsze dusze, i zamknął mu tym sposobem usta ku ogólnéj radości żeglarzy nie mogących się nacieszyć potęgą, jaką ich władca wywierał na wszystkie stworzenia. Potém poprowadził go ku wschodom prowadzącym do wnętrza statku, szedł z nim aż do wejścia kajuty, drzwi otworzył gwałtownie mówiąc:
— Oto jest.
Oddalił się zostawiając starego wojaka zdumionego widokiem, jaki przedstawił się jego oczom.
Słysząc, że otworzono drzwi jéj kajuty, Helena powstała z wezgłowia, na którém spoczywała, spostrzegła margrabiego i wydała okrzyk radosnego zdziwienia. Była tak zmienioną, iż trzeba było oczów ojca, ażeby ją poznać. Słońce równika upiększyło jéj białą twarz ciemniejszemi tonami, nadało jéj cudny koloryt i podobieństwo do ideału wschodniéj poezyi; widniała na niéj pewna wielkość i majestatyczna potęga, która na najgrubsze istoty działać musiała. Długie i bogate włosy spadały w wielkich puklach na szlachetną szyję i dodawały jeszcze siły i wdzięku jéj twarzy. W postawie i ruchach znać było świadomą siebie potęgę. Tryumfujące szczęście wzdymało lekko jéj różowe nozdrza, spokojna radość widniała w pełnym rozwoju piękności. Był w niéj zarazem wdzięk dziewiczy i rodzaj dumy, właściwéj tym, co są bezgranicznie kochane. Niewolnica i pani chciała być posłuszną, bo wiedziała dobrze, że rządzić mogła.
Była ubraną ze wspaniałością pełną uroku i piękna. Strój jéj składał się z indyjskich muślinów, ale wezgłowia i poduszki wokoło obite były czystym kaszmirem, ale perski dywan zaściełał podłogę obszernéj kajuty, ale czworo dzieci bawiących się u jéj stóp budowało dziwaczne pałace z pereł i cennych klejnotów. Kilka wazonów z sewrskiéj porcelany malowanych przez panią Jaquotot, były rzadkiemi napełnione kwiatami jaśminów meksykańskich i kamelij, a wśród nich małe amerykańskie ptaszki fruwały oswojone nakształt żywych rubinów, szafirów i żywego złota. Fortepian przytwierdzony był do jednéj ze ścian obitych ponsowym jedwabiem, a na nich zawieszone były obrazy małych rozmiarów, ale wybornego pędzla. Zachód słońca Hipolita Schinner znajdował się przy Terburgu, Madonna Rafaela przy szkicu Géricault, a Gerard Dow przyćmiewał portrecistów Cesarstwa.
Na stoliku z chińskiéj laki stał złoty talerz pełen najwyborniejszych zwrotnikowych owoców. Helena zdawała się królową obszernego państwa, wśród buduaru, gdzie jéj ukoronowany kochanek zebrał rzeczy najwytworniejsze, jakie ziemia wydaje.
Dzieci zwracały na dziadka oczy pełne przenikliwéj żywości, a przywykłe żyć wśród walk, burz i niebezpieczeństw, podobni byli do tych małych Rzymian ciekawych krwi i wojny, których namalował David w swoim obrazie Brutusa.
— Jakże to być może? — zawołała Helena chwytając ojca, jak gdyby chciała przekonać się o rzeczywistości tego widoku.
— Heleno!
— Mój ojcze!
Rzucili się we wzajemne objęcia, a z dwóch uścisków, uścisk ojca nie był ani najsilniejszym ani najczulszym.
— Byłeś na tym okręcie?
— Byłem — odparł smutnie siadając na sofie i spoglądając na dzieci, które przypatrywały mu się z naiwną ciekawością. — Byłbym zginął, gdyby...
— Gdyby nie mój mąż — przerwała — rozumiem.
— Czemuż — zawołał generał — trzeba, ażebym cię w ten sposób odnalazł; ciebie Heleno, którą tak opłakiwałem; więc będę musiał ubolewać nad twoim losem...
— Dlaczego? — zapytała z uśmiechem, — czyż nie ucieszysz się, gdy ci powiem, że jestem najszczęśliwszą w świecie kobietą?
— Szczęśliwą! — zawołał zrywając się zdumiony.
— Tak jest, mój drogi ojcze — odparła, biorąc jego ręce, całując je i przyciskając do bijącego serca.
A słowom tym dodawały przekonywającéj mocy oczy jéj, błyszczące wyrazem rozkoszy.
— Jakżeż to być może — zapytał, ciekawy szczegółów życia córki i zapominając o wszystkiém wobec téj promieniejącéj postaci.
— Posłuchaj, mój ojcze — wyrzekła — mam za kochanka, za męża, za niewolnika i za pana człowieka, którego dusza jest wielką jak to bezgraniczne morze, a tak pełną słodyczy jak niebo; to nie człowiek, to prawie bóg. Od siedmiu lat nigdy nie dostrzegłam w nim ani jednego słowa, ani jednego uczucia, ani jednego ruchu nawet, coby stanowił najlżejszy rozdźwięk z bozką harmonią jego mowy, jego pieszczot, jego miłości. On zawsze spoglądał na mnie z uśmiechem przyjaznym na ustach i z promieniem radości w oczach. Tam na górze jego grzmiący głos panuje często nad rykiem burzy, ale tutaj jest on słodki i melodyjny jak muzyka Rossiniego, którego dzieła dostaję. Posiadam wszystko co może wymagać kaprys niewieści. Pragnienia moje nawet są często prześcigane. Wreszcie panuję na morzu i jestem słuchaną jak prawdziwa królowa. Ach szczęśliwa — dodała po chwili, — szczęśliwa! to słowo nie starczy na opisanie mojéj doli. Posiadam ja jedna szczęście wszystkich kobiet razem wziętych. Czuć miłość i poświęcenie nieskończone dla tego, kogo się kocha, i spotkać w jego sercu równie nieskończone uczucie, w którém gubi się dusza niewieścia, alboż to można nazwać poprostu szczęściem? Ja przeżyłam tysiące istnień. Tutaj jestem jedną, tutaj panią. Nigdy istota mojéj płci nie stąpiła nogą na ten szlachetny okręt, gdzie Wiktor jest zawsze blizko mnie. On nie może się więcéj oddalić ode mnie jak na długość okrętu — dodała z przebiegłym uśmiechem. — Siedm lat. Miłość, która oparła się przez siedm lat ciągłemu szczęściu, i téj próbie każdéj chwili, czyż to tylko miłość! Nie, o nie, to więcéj niż wszystko, co życie dać może, a słowa ludzkie nie starczą na wypowiedzenie podobnie bozkich rozkoszy.
Strumień łez wytrysnął z jéj palących oczów.
Dzieci wydały wówczas krzyk żałośny i przybiegły do niéj wszystko czworo jak kurczęta do matki. Najstarszy uderzył generała i spoglądał na niego groźnym wzrokiem.
— Ablu, moje dziecko — wyrzekła — ja płaczę z radości.
Wzięła dziecko na kolana, a ono pieściło ją zarzucając rączęta na wspaniałą szyję Heleny, niby lwiątko, które bawi się z matką.
— I nie nudzisz się? — zapytał generał oszołomiony egzaltowaną odpowiedzią córki.
— Czasami — odparła — kiedy jesteśmy na lądzie, bo i tam nigdy nie rozłączam się z mężem.
— Ale ty lubisz bale, zabawy, muzykę?
— Muzyką dla mnie jest głos jego, moje zabawy to stroje, jakie wymyślam dla niego. A kiedy się jemu podobam, to tak jakby ziemia cała się mną zachwycała. Jedynie dlatego nie rzucam w morze tych brylantów, tych naszyjników i dyademów kosztownych, tych kwiatów, tych arcydzieł sztuki, któremi mnie obsypuje, mówiąc: „Heleno, skoro nie możesz bywać w świecie, chcę, żeby świat cały przyszedł do ciebie“.
— Ale na tym statku są ludzie, ludzie śmieli, niepohamowani, których namiętności...
— Pojmuję cię, mój ojcze — odparła z uśmiechem — bądź spokojny. Nigdy cesarzowa nie była otoczona większą czcią, niż to ze mną ma miejsce. Ci ludzie są przesądni, wierzą, iż jestem opiekuńczym duchem tego statku, ich przedsięwzięć i powodzeń. Ale on jest ich bogiem. Raz, raz jeden tylko jeden z nich mi ubliżył... słowami tylko, dodała śmiejąc się. Zanim Wiktor mógł się o tém dowiedziéć, załoga sama rzuciła go w morze, pomimo żem mu przebaczyła. Kochają mnie oni jak swego dobrego anioła, doglądam ich w chorobie, i udało mi się ocalić kilku kobiecemi staraniami. Ci biedni ludzie są-to zarazem olbrzymy i dzieci.
— A w czasie bitwy?
— Przyzwyczaiłam się do nich — odparła — drżałam jedynie w czasie pierwszéj... Teraz dusza moja przyuczyła się do niebezpieczeństw a nawet... jestem twoją córką, lubię je...
— A gdyby on zginął?
— Zginęłabym i ja.
— A twoje dzieci?
— Są dziećmi oceanu i niebezpieczeństwa, podzielą losy rodziców. Nasza dola jest jednaka, żyjemy wszyscy jedném życiem, wszyscyśmy zapisani na jednéj karcie w księdze przeznaczeń, niesie nas jedna nawa, i wszyscy o tém wiemy.
— Więc kochasz go tak bardzo, iż przenosisz nad wszystko?
— Nad wszystko — wyrzekła. — Na co zagłębiać się w te tajemnice? Patrz ojcze, to dziecko, to jeszcze on.
I przytulając do siebie Abla silnym uściskiem, okrywała pożerczemi pocałunkami jego twarz, jego włosy.
— Ja przecież — zawołał generał — nie mogę zapomniéć, że kazał wrzucić w morze dziewięć osób.
— Musiała-to być konieczność, bo on jest ludzki i szlachetny. Unika rozlewu krwi, o ile na to pozwala bezpieczeństwo tego małego świata, które na nim polega, i interes świętéj sprawy, jakiéj broni. Powiedz mu, ojcze, co ci się złém wydaje, a zobaczysz, iż się wytłómaczy i potrafi zmienić twoje zdanie.
— A jego zbrodnia! — wyrzekł generał jakby sam do siebie.
— A gdyby ta właśnie była cnotą? — odparła z dumną powagą — gdyby sprawiedliwość ludzka nie była w stanie go pomścić?
— Mścić się samemu!
— A czémże jest piekło — spytała — jeśli nie zemstą wiekuistą za grzechy dnia jednego?
— Widzę to, jesteś zgubioną. On cię oczarował, on cię zepsuł. Mówisz od rzeczy.
— Zostań dzień jeden z nami, mój ojcze, a jeśli będziesz patrzył na niego, jeśli będziesz go słyszał, kochać go musisz.
— Heleno! — wyrzekł poważnie generał — jesteśmy o kilka mil od brzegów Francyi.
Zadrżała, spojrzała w okno kajuty, wskazała na morze roztaczające nieskończone zielone obszary.
— Oto mój kraj — wyrzekła, uderzając końcem nogi o dywan zaściełający kajutę.
— I nie odwiedzisz matki, siostry, braci?
— O tak! — zawołała ze łzami w głosie — jeśli on na to przystanie i jeśli może to wraz ze mną uczynić.
— Ty więc już nic nie masz świętego, Heleno! — wyrzekł surowo generał — ani ojczyzny, ani rodziny?
— Jestem jego żoną — przerwała z wyrazem szlachetnéj dumy. Dziś — dodała, biorąc rękę ojca i przyciskając ją do ust — pierwszy raz od lat siedmiu doznałam radości, która nie od niego pochodzi, i usłyszałam pierwszy wyrzut.
— A twoje sumienie?
— On jest mojém sumieniem.
Gdy to mówiła drgnęła całém ciałem.
— Otoż i on — zawołała — nawet wpośród walki, pomiędzy wszystkiemi innemi rozpoznaję głos jego kroków na pomoście.
Nagły rumieniec wystąpił na jéj lica, rozjaśnił jéj rysy i zabłysnął w spojrzeniu. Twarz jéj powróciła do zwykłéj matowéj białości, ale szczęście i miłość widne były w jéj muszkułach, w jéj całéj postawie, nawet w mimowolném drgnieniu całego jestestwa.
Ten ruch bezwiedny, podobny do ruchu mimozy, wzruszył generała. Rzeczywiście w chwilę późniéj wszedł korsarz, usiadł na fotelu, pochwycił najstarszego syna i zaczął się z nim bawić. Przez chwilę panowało milczenie, generał pogrążony w zadumie sądził się być igraszką snu. Spoglądał na tę wykwintną kajutę niby gniazdo zimorodków, w któréj ta rodzina mieściła się przez lat siedm na oceanie pomiędzy niebem a ziemią, ufna w potęgę człowieka sterującego ją wśród niebezpieczeństw walk i burz, jak zwykły ojciec rodziny służący jéj za sternika wśród trudności i niebezpieczeństw świata. — Spoglądał z rodzajem zachwytu na córkę podobną do morskiéj bogini, promienną pięknością, bogatą szczęściem i gaszącą blaskiem duchowych skarbów, błyskawicami spojrzenia i nieopisaną poezyą w swéj całéj postaci, skarby bogactw rozrzucone dokoła. Położenie to zdumiewało go szczególnością swoją, posiadało wzniosłość uczuć i pojęć, niepodobną zgoła do zwykłéj powszedniości. Chłodne i ciasne układy towarzyskie konały przed tym obrazem. Stary wojak odczuł to wszystko i zrozumiał także, iż córka jego nie porzuci nigdy życia tak szerokiego, tak bogatego w sprzeczności i zapełnionego tak wielką miłością. A potém, skoro raz zakosztowała niebezpieczeństw i nie przeraziła się niemi, to już z pewnością nigdy smakować nie mogła w nikczemnych staraniach i nizkich scenach świata.
— Czy przeszkadzam? — zapytał wreszcie korsarz, przerywając milczenie i spoglądając na żonę.
— Nie — odparł generał. Helena powiedziała mi wszystko, widzę dobrze, iż jest dla nas straconą...
— Nie — przerwał żywo korsarz — jeszcze lat kilka, a przedawnienie pozwoli mi powrócić do Francyi. Kiedy sumienie jest czyste, a kiedy łamiąc prawa świata, człowiek był posłuszny...
Nie dokończył, jakby nie raczył się usprawiedliwiać.
— I jakże możesz pan — zawołał przerywając generał — nie miéć wyrzutów sumienia za te nowe morderstwa, które zostały spełnione przed chwilą w moich oczach.
— Nie mamy żywności — odparł spokojnie korsarz.
— Ale można było tych ludzi rzucić na wybrzeże...
— Staraliby się za pomocą jakiego okrętu przeciąć nam drogę, i nie dostalibyśmy się nigdy do Chili.
— Zanim mieliby czas odnieść się do admiralicyi hiszpańskiéj — przerwał znowu generał...
— Tak, ale Francya może miéć za złe, że człowiek, który podpada pod jéj kryminalne sądy, pochwycił bryk najęty przez mieszkańców Bordeaux... Zresztą, czy i ty, generale, na polu bitwy nie dałeś nigdy kilku działowych strzałów zbytecznych?..
Generał umilkł onieśmielony spojrzeniem korsarza, a córka spoglądała na niego wzrokiem pełnym tryumfu i melancholii.
— Generale — wyrzekł korsarz poważnie — mam za zasadę nigdy nic nie odejmować od zdobyczy; ale niezawodnie dzisiejsza część moja wynosić będzie więcéj, niż majątek, jaki miałeś na bryku. Pozwól więc, że ci go oddam w innéj monecie...
Wyjął z szuflady ukrytéj w fortepianie massę biletów bankowych i nie rachując paczek, dał milion generałowi.
— Rozumiesz pan — mówił daléj — iż nie mogę zabawiać się na drodze do Bordeaux. Więc jeśli cię nie nęcą niebezpieczeństwa naszego cygańskiego życia, Ameryka Południowa, zwrotnikowe noce, nasze bitwy i chęć walczenia za wolność młodego narodu lub za imię Szymona Boliwara, trzeba nam się rozstać. Czeka na ciebie szalupa z dzielnemi marynarzami. Miejmy nadzieję, że trzecie nasze spotkanie będzie zupełnie szczęśliwe.
— Wiktorze, ja chciałabym dłużéj widziéć ojca — wyrzekła Helena z miną zadąsaną.
— Kilka minut dłużéj może nas postawić naprzeciw fregaty. Niech i tak będzie, zabawimy się! moi ludzie się nudzą.
— Jedź już, mój ojcze — zawołała żona korsarza — jedź i zawieź mojéj siostrze, moim braciom i... mojéj matce — dodała po chwili — te małe dowody mojéj pamięci.
Wzięła garść drogich kamieni, naszyjników, klejnotów, obwinęła je w szal kaszmirowy i podała ojcu nieśmiało.
— I cóż im powiem od ciebie — zapytał, uderzony wahaniem, z jakiém córka wymówiła wyraz matki.
— Czy możesz wątpić o mojém sercu? — co dzień modlę się za ich szczęście.
— Heleno! — zapytał starzec, patrząc na nią uważnie. — Czyż nie mam cię już więcéj zobaczyć? — czyż nie dowiem się nigdy powodów twojéj ucieczki?
— Tajemnica ta do mnie nie należy — odparła poważnie. — A gdyby wolno mi było ci ją powiedziéć, możebym jeszcze tego nie uczyniła. Przez dziesięć lat cierpiałam niewypowiedziane męki...
Nie dokończyła zaczętéj myśli i oddała ojcu podarunki przeznaczone dla rodziny. Generał przywykły podczas wojen do pojęć dość szerokich pod względem zdobyczy, przyjął dary od córki i pomyślał, że pod wpływem szlachetnéj duszy Heleny, korsarz pozostanie uczciwym wojując z Hiszpanami. Przejednała go jego odwaga. Pomyślał, że byłoby śmiesznością pokazywać zbytek skrupułów, ścisnął więc energicznie rękę zięcia, ucałował Helenę, swoję jedyną córkę, z wylaniem właściwém wojakom i nawet upuścił łzę na tę dumną twarz, któréj energiczny wyraz uśmiechał mu się tyle razy.
Korsarz wzruszony także, podał mu dzieci, aby je pobłogosławił. Wreszcie pożegnali się wszyscy poraz ostatni długiém rozczuloném wejrzeniem.
— Bądźcie zawsze szczęśliwi — zawołał generał rzucając się na pomost.
Na morzu uderzył go szczególny widok. Święty Ferdynand oddany na pastwę ognia, palił się jak jasna świeca. Majtkowie, którzy go mieli zatopić, znaleźli na nim wielką ilość rumu, a ponieważ nie brakło go wcale Othellowi, zapalili olbrzymi poncz na pełném morzu. Była-to rozrywka do wybaczenia ludziom skazanym na monotonią żeglarskiego życia. Generał wsiadł do szalupy Świętego Ferdynanda, którą kierowało sześciu dzielnych wioślarzy, i mimowolnie dzielił swoję uwagę pomiędzy płonący statek i córkę, opartą na tyle okrętu wraz z korsarzem. Wobec tylu wspomnień, widząc białą suknię Heleny, unoszącą się lekko jak jeden żagiel więcéj nad pomostem Othella, zapomniał z żołnierską niedbałością, że płynie ponad ruchomą mogiłą dzielnego Gomeza.
Nad nim ogromny słup dymu unosił się na horyzoncie jak ciemna chmura, a promienie słoneczne przebijały je gdzieniegdzie uciekającemi błyskami. Było-to jakby drugie niebo, jakby kopuła ciemna oświetlona żyrandolem, ponad którą niezmącony błękit firmamentu wydawał się stokroć piękniejszy z powodu tego kontrastu. Dym zmiennemi kształtami i barwą raz żółty, płowy, czerwony, to znów czarny, pokrywał cały okręt, który trzeszczał, pryskał i syczał. Płomienie drżały, kąsały liny i maszty i biegały po całym statku jak zbuntowana ludność po ulicach miasta. Czasami pokazywały się błękitne ognie rumu i drgały. Niby niewidzialna ręka geniuszu morza poruszyła ten szalony napój, jakby to uczynił student w czasie orgii. Ale słońce, zazdrosne o te niesforne blaski, gasiło potężną światłością blask pożaru, który nakształt siatki lub szarfy unosił się wśród potoków jego promieni.
Othello chwytał żaglami wiatr nieprzyjazny nowemu kierunkowi, i pochylał się lekko wprawo i wlewo niby latawiec puszczony w powietrze. Piękny bryk posuwał się ku południowi i czasem krył się za kolumną dymu, któréj cień fantastycznie słał się na fali, to znowu pokazywał się i mknął w przestrzeni. Ile razy Helena mogła dostrzedz ojca, powiewała chustką, ażeby pożegnać go jeszcze.
Święty Ferdynand zanurzył się wreszcie, wody zakipiały nad nim, ale wkrótce ocean wygładził się znowu, a wówczas z tego całego dramatu pozostał tylko obłok dymu wiatrem niesiony.
Othello był już daleko, szalupa zbliżała się do lądu a obłok ten stanął pomiędzy lekką łodzią a brykiem. Generał ujrzał córkę raz ostatni wpośród mglistych zarysów dymu, rozdartego wiatrem. Był to obraz proroczy. Przez chwilę tylko biała suknia i chustka widniały na tle ciemném dymu. Pomiędzy wodą zielonawą a błękitem nieba nie widać nawet było bryka. Helena była tylko linią zaledwie widną, niedostrzegalnym punktem, aniołem na niebie, myślą, wspomnieniem...
Odzyskawszy swoję fortunę, margrabia wkrótce umarł ze znużenia i trudów.
W kilka miesięcy po jego śmierci w roku 1835, margrabina była zmuszona zawieźć Moinę do wód w Pirenejach. Kapryśna dziewczyna chciała zwiedzać góry okoliczne. Po jéj powrocie do wód miała miejsce następująca okropna scena.
— Mój Boże — mówiła Moina — bardzośmy źle zrobiły, mamo żeśmy dłużéj nie pozostały w górach, było nam tam daleko lepiéj niż tutaj. Czyś nie słyszała ciągłych jęków tego nieznośnego dziecka i gadaniny téj nieszczęśliwéj kobiety, zapewne używała jakiegoś ludowego narzecza, bo nie mogłam zrozumiéć jednego słowa z jéj całéj mowy. Cóż to za ludzi dano nam za sąsiadów? Ta noc jest jedną z najokropniejszych, jaką przeszłam w mém życiu.
— Nic nie słyszałam — odparła margrabina; — ale pójdę zaraz do gospodyni, moje drogie dziecko, i najmę ten pokój obok naszego, tym sposobem będziemy same w tém mieszkaniu bez żadnego sąsiedztwa, nie będziesz znosić hałasu. Jakże się czujesz dziś rano? Czyś zmęczona?
Mówiąc to margrabina wstała i zbliżyła się do łóżka Moiny.
— Jakże-ż ci? — pytała, chcąc wziąć ją za rękę.
— Och! puść mnie, mamo — odparła Moina — masz zimne ręce.
I młoda dziewczyna okręciła się kołdrą zadąsana, ale tak pełna wdzięku, iż niepodobna było matce obrazić się o to.
W téj chwili skarga cicha i przeciągła, rozdzierająca dla kobiecego serca, odezwała się w przyległym pokoju.
— Jeżeliś słyszała takie jęki przez całą noc, dlaczegoż mnie nie obudziłaś, byłybyśmy...
Jęk boleśniejszy od innych przerwał mowę margrabiny.
— Tam ktoś umiera — zawołała.
I szybko wyszła z pokoju.
— Przyślij mi Paulinę — zawołała Moina — chcę się ubierać.
Margrabina zeszła na dziedziniec i znalazła tam właścicielkę hotelu rozmawiającą z kilku osobami, które zdawały się słuchać jéj ciekawie.
— Pani postawiłaś obok nas osobę, która musi być bardzo cierpiąca.
— Ach! nie mów mi o tém, pani — odparła właścicielka hotelu — posłałam właśnie po mera. Wystaw sobie pani, że ta nieszczęśliwa kobieta przyszła tutaj jeszcze wczoraj wieczór, przyszła z Hiszpanii, a nie ma ani paszportu ani pieniędzy, przyniosła na plecach maleńkie dziecko umierające. Nie mogłam jéj odmówić przyjęcia. Dziś rano przyszłam sama ją odwiedzić, bo wczoraj kiedy tu przyszła, żal było patrzéć na nią. Biedna kobieta! leżała z dzieckiem na jedném łóżku, a oboje walczą ze śmiercią.
— Pani — powiedziała mi, zdejmując z palca złotą obrączkę — oto wszystko, co posiadam, weź to jako zapłatę, to ci wystarczy, bo zapewne tu długo nie zagoszczę. Biedne dziecię! umrzemy razem — dodała, patrząc na nią.
Wzięłam jej obrączkę i spytałam o nazwisko... Nie chciała mi odpowiedziéć. Posłałam po doktora i po mera.
— Daj jéj pani — zawołała margrabina — pomoc, jaka tylko może jéj być potrzebną. Boże! kto wie, czy nie da się jéj ocalić jeszcze. Biorę na siebie wszystkie wydatki.
— Ach! pani, ona zdaje się tak dumna; nie wiem prawdziwie, czy zechce co przyjąć.
— Pójdę do niéj.
Margrabina natychmiast poszła do nieznajoméj, nie zastanawiając się nad wrażeniem, jakie sprawić mogła na choréj, będąc jeszcze w żałobie. Na widok umierającéj pobladła. Pomimo strasznych cierpień, jakie zmieniły piękną twarz Heleny, poznała najstarszą córkę.
Na widok kobiety czarno ubranéj Helena podniosła się, krzyknęła przerażona i opadła na łóżko, poznając w téj kobiecie swoję matkę.
— Moja córko — zawołała pani d’Aiglemont — co ci potrzeba? Paulino! Moino!
— Nic mi już nie potrzeba — odparła słabym głosem Helena — Miałam nadzieję ujrzéć jeszcze ojca, ale ta żałoba pokazuje mi...
Nie dokończyła; przycisnęła dziecię do serca, jak gdyby je rozgrzać chciała, pocałowała je i rzuciła matce spojrzenie, w którém pomimo przebaczenia widać było jeszcze wymówkę.
Margrabina nie chciała widziéć téj wymówki, zapomniała, że Helena była dziecięciem poczętém wśród łez i rozpaczy, dziecięciem obowiązku, dziecięciem, które było powodem jéj największych cierpień, ona zbliżyła się łagodnie do najstarszéj córki, pamiętając to tylko, że pierwsza Helena dała jéj niegdyś poznać słodycze macierzyństwa. Oczy matki były łez pełne i ściskając córkę zawołała:
— Heleno! — moje dziecię.
Helena milczała; odebrała ostatnie tchnienie swego dziecka...
W téj chwili Moina, Paulina, właścicielka hotelu i doktór nadeszli. Margrabina trzymała w swoich stygnącą rękę córki i patrzyła na nią z prawdziwą rozpaczą.
Doprowadzona do ostateczności wdowa korsarza, która z rozbicia zdołała ocalić jedynie najmłodsze dziecię, rzekła do matki okropnym głosem:
— Wszystko to twoja robota! gdybyś dla mnie była tém co...
— Moino odejdź; odejdźcie wszyscy — zawołała pani d’Aiglemont, głusząc podniesionym głosem słowa Heleny.
— Przez miłosierdzie, moja córko, nie wznawiajmy w téj chwili tych smutnych walk...
— Będę milczéć — odparła Helena, czyniąc widocznie wysilenie nadludzkie. — Jestem sama matką, wiem, że Moina nie śpi. Gdzie moje dziecię?
Moina powodowana ciekawością powróciła w téj chwili.
— Moja siostro — wyrzekła jak zepsute dziecko — doktór...
— Wszystko napróżno — wyrzekła Helena — Ach! czemuż nie umarłam w szesnastu latach, gdym się zabić chciała! Po za prawami szczęście nie istnieje... Moino... ty...
Skonała, pochylając głowę nad głową umarłego dziecka, którą ściskała konwulsyjnie.
— Twoja siostra chciała ci zapewne powiedziéć Moino — wyrzekła pani d’Aiglemont, gdy cała we łzach powróciła do swego pokoju — że kobieta nigdy nie znajdzie szczęścia w życiu romansowém, łamiącém ogólne pojęcia, a szczególniéj, że córka nie znajdzie go zdala od matki.




VI.

Starość występnéj matki.

W pierwszych dniach czerwca 1844 roku kobieta blizko pięćdziesięcioletnia, ale która zdawała się o wiele starszą niż te lata, przechadzała się w południe na słońcu w alei ogrodu jednego z największych pałaców przy ulicy Plumet w Paryżu. Przeszedłszy się kilka razy tu i owdzie, a zawsze w ten sposób, by nie spuścić z oka okien apartamentu, które skupiały widocznie całą jéj uwagę, usiadła na jedném z ogrodowych foteli z drzewa nie obranego wcale z kory.
Z miejsca, gdzie się znajdowało to eleganckie siedzenie, stara kobieta mogła dojrzéć przez ogrodową kratę i bulwar, przy którym cudna kopuła Inwalidów wznosi wpośród jaworów swe złocone szczyty, i spokojny ogród zamknięty frontonem jednego z najpiękniejszych pałaców przedmieścia Saint-Germain. Wszystko wkoło niéj było pogrążone w ciszy i sąsiednie ogrody i bulwary i Inwalidzi, gdyż w téj szlacheckiéj części miasta dzień rozpoczyna się dopiéro po południu. Chyba że jaka młoda kobieta z kaprysu chce się rano konno przejechać, lub dyplomata musi odrobić protokół, inaczéj o téj godzinie panowie i służba śpią, lub budzą się zaledwie.
Starą kobietą była margrabina d’Aiglemont, matka pani de Saint-Hereen, do któréj ten piękny pałac należał. Margrabina oddała go córce wraz z całym majątkiem, wymawiając sobie jedynie pensyą dożywotnią. Hrabina Moina de Saint-Hereen była najmłodszém dziecięciem pani d’Alglemont[20], a margrabina poświęciła wszystko, by wydać ją za potomka jednéj z najznakomitszych rodzin we Francyi. Było-to rzeczą naturalną, straciła jednego po drugim dwóch synów, jeden Gustaw margrabia d’Aiglemont umarł na cholerę, drugi Abel, zginął pod Konstantyną. Gustaw zostawił wdowę i dzieci. Ale słaba miłość, jaką pani d’Aiglemont miała dla synów, zmniejszyła się jeszcze przechodząc na wnuków. To téż była bardzo grzeczną dla młodéj pani d’Aiglemont, ale stosunek ten nie przekraczał powierzchownych oznak nakazanych dobrym smakiem i obyczajem towarzyskim. Ponieważ stosunki majątkowe zmarłych dzieci były doskonale urządzone, margrabina oddała ukochanéj Moinie wszystkie swoje oszczędności i swój osobisty majątek.
Moina, śliczna i zachwycająca od dzieciństwa, była zawsze ze strony pani d’Aiglemont przedmiotem ukochania mimowolnego u wielu matek, które często zdaje się niepodobném do wytłómaczenia, lub téż według pilniejszych badaczy tłómaczy się aż nadto dobrze. Cudna twarzyczka Moiny, dźwięk jéj głosu, jéj ruchy, chód, wyraz całéj postaci, wszystko to budziło w margrabinie najtkliwsze wrażenia mogące poruszyć i radować serce macierzyńskie. Pierwiastek jéj życia w obecnéj chwili w dniach minionych i w przyszłości wreszcie, tkwił w téj młodéj kobiecie, któréj oddała wszystkie skarby swojego serca. Moina przeżyła szczęśliwie czworo innych dzieci starszych od siebie. Pani d’Aiglemont, tak mówili ludzie światowi, straciła w najnieszczęśliwszy sposób śliczną córkę, któréj los był prawie nieznany, i pięcioletniego chłopczyka jakąś dziwną katastrofą. Margrabina zapewne widziała wolę nieba w tém, że los oszczędził jéj najpiękniejszą córkę, i święciła tylko słabe wspomnienie zmarłym przedwcześnie dzieciom, a grobowce jéj serca, nakształt mogił wysypanych w polu dla poległych, porosły kwiatami.
Świat wprawdzie mógł od niéj żądać surowego rachunku z powodów tego zapomnienia i téj wyłącznéj miłości, ale świat paryzki uniesiony jest takim strumieniem wypadków, mód, nowych idei, że całe życie przeszłe pani d’Aiglemont było zupełnie zapomniane. — Nikt nie mógł jéj obwiniać o chłód i niepamięć, bo te nie obchodziły nikogo, gdy przeciwnie jéj wielka miłość dla Moiny zajmowała wszystkich i miała cały urok przesądu. Zresztą margrabina mało bywała w świecie, a ci wszyscy, którzy ją znali, widzieli, że była dobra, łagodna, pobożna i pobłażająca. Czyż nie trzebaby mieć jakiegoś szczególnego interesu, by zaglądać po-za te pozory, na których poprzestaje zwykle towarzystwo? A potém czegóż świat nie przebacza starcom, skoro oni godzą się niknąć jak cienie i zadawalniają się wspomnieniami? Pani d’Aiglemont była wzorem chętnie przytaczanym rodzicom przez dzieci i świekrom przez zięciów. Wszakże ona oddała przed czasem cały majątek Moinie, cieszyła się szczęściem młodéj hrabiny i żyła jedynie dla niéj i przez nią. A jeśli jaki starzec, jaki wuj niedowierzający ganił jéj postępowanie, mówiąc:
— Pani d’Aiglemont zapewne pożałuje niedługo, że wyzuła się z całego majątku dla córki, bo jeśli nawet zna dobrze serce pani de Saint-Hereen, nie może być równie pewną postępowania zięcia; — to zagłuszał ich ogólny okrzyk zgrozy i pochwały sypiące się ze stron wszystkich na cześć Moiny.
— Trzeba oddać tę sprawiedliwość pani de Saint-Hereen — dowodziła młoda kobieta — że matka jéj nie znajduje koło siebie żadnéj zmiany. Pani d’Aiglemont ma cudny apartament, konie na zawołanie, i może jak dawniéj bywać i w świecie i gdzie chce tylko.
— Tak, byle nie na operze włoskiéj — odpowiadał pocichu stary pasorzyt, jeden z tych ludzi, którzy sądzą się w prawie wszystkim dokuczać językiem, pod pozorem niepodległości umysłu. — Oprócz ukochanego dziecka, margrabina lubi jedynie muzykę. W swoim czasie ślicznie śpiewała! ale ponieważ loża hrabiny jest zawsze zajęta przez świetną młodzież, a obecność matki zawadzałaby téj osóbce, mającéj już sławę skończonéj kokietki, ta woli nie bywać wcale na włoskiéj operze.
— Pani de Saint-Hereen — mówiła panna na wydaniu — wydaje dla matki najświetniejsze wieczory, ma salon, gdzie bywa cały Paryż.
— Tak salon, gdzie nikt nie zwraca najmniejszéj uwagi na margrabinę — odpowiadał pasorzyt.
— Tym sposobem pani d’Aiglemont nigdy nie jest samą — mówił młody człowiek, trzymając stronę młodych kobiet.
— Tak, rano kochana Moina śpi — ciągnął daléj pocichu stary spostrzegacz — o czwartéj, kochana Moina jest w Bulońskim lasku. Wieczór, kochana Moina jedzie na bal lub teatr... Prawda, iż pani d’Aiglemout może widywać córkę, gdy ta się ubiera lub w czasie obiadu, kiedy przypadkiem kochana Moina obiaduje w domu.
Nie dawniéj, jak ośm dni temu — mówił ciągłe nieubłagany pasożyt biorąc pod ramię nieśmiałego guwernera, który od bardzo niedawna gościł w domu gdzie się znajdowali obecnie — widziałem tę biedną matkę siedzącą smutną i osamotnioną przy kominku. — Co pani jest — zapytałem. — Spojrzała na mnie z uśmiechem, ale widziałem dobrze, iż płakała. — Myślałam właśnie — odparła — jak to dziwno być saméj, kiedy się miało pięcioro dzieci. Ale taki już nasz los! a przytém jestem szczęśliwa, bo wiem, że Moina się bawi. Mogła przecież wywnętrzyć się przede mną; znałem niegdyś jéj męża; był-to lichy umysł; szczęściem dla niego, że miał ją za żonę, jéj to z pewnością zawdzięczał swoje parostwo i urząd na dworze Karola X.
W rozmowach światowych tyle jest błędów, traktuje się w nich tak lekko wielkie cierpienia, że historyograf obyczajów zmuszony jest rozsądnie ważyć zdania wypowiadane od niechcenia, przy tyla roztargnieniach. Zresztą nikt może nie ma prawa orzekać, kto ma słuszność, gdzie sprawa się toczy pomiędzy matką a dzieckiem. Pomiędzy dwoma sercami, związanemi w ten sposób, jeden jest tylko sędzia — Bóg! Bóg, który nieraz urządza trybunał w ognisku rodzin i używa wiekuiście dzieci na ukaranie matek, ojców na ukaranie synów, narodów na ukaranie królów, władców na ukaranie narodów, wszystkich przeciwko wszystkim, Bóg, który uczucia zastępuje uczuciami, jak młode liście zastępują stare, i działa w widokach niewzruszonego porządku, celu zrozumiałego jemu tylko. Zapewne każda rzecz idzie na jego łono albo raczéj na nie powraca.
Te religijne uczucia, tak naturalne w sercu starców, tkwiły rozpierzchłe w duszy pani d’Aiglemont, były one czasem jasne, czasem niewyraźne, to znów rozwijały się w całéj pełni jak kwiaty wodne w czasie burzy. Usiadła zmęczona, osłabła długiém rozmyślaniem, marzeniami, w których życie całe rozwija się przed oczyma tych, co przewidują śmierć rychłą.
Ta kobieta, zestarzała przed czasem, przedstawiałaby ciekawy obraz dla poety, któryby przypadkiem przechodził bulwarami. Siedziała pod wątłym cieniem akacyi, a cóż znaczy w południe cień akacyi? i na twarzy jéj bladéj i chłodnéj nawet wśród gorących promieni słońca można było wyczytać tysiące rzeczy. Twarz ta wyrazista miała więcéj powagi, niż go nadaje schyłek życia, więcéj głębi, niż to ma zwykle miejsce z powodu doświadczenia. Był-to jeden z tych typów, który wśród tysiąca innych bez charakteru zatrzymuje wzrok i myśléć każe, w ten sam sposób, jak wśród tysiąca obrazów galeryi jesteśmy silnie poruszeni cudną głową, na któréj Murillo odmalował boleść macierzyńską lub wyrazem twarzy Beatryczy Cenci, w którą Guido Reni wcielił największą niewinność wśród najokropniejszéj zbrodni, lub téż ponurą figurą Filipa II, gdzie Velasquez zaklął na wieki majestatyczną trwogę, jaką królewskość budzić powinna. Niektóre twarze ludzkie mają tę władzę, że przemawiają do nas, budują nas, odpowiadają najtajniejszym myślom lub tworzą nawet całe poematy. Zlodowaciała twarz pani d’Aiglemont miała przerażającą poezyą, podobną była do postaci rozsianych tysiącami w Bozkiéj Komedyi Dantego.
Przez krótką porę rozkwita kobieta, charakter jéj piękności nadaje się wybornie do kłamstwa, na jakie ją skazują i słabość wrodzona i nasze urządzenia społeczne. Pod bogatym kolorytem jéj świeżych policzków, pod ogniem spojrzenia, pod delikatną siecią drobnych zarysów zawsze pełnych wdzięku, każde wzruszenie ukryć się może, ognie wewnętrzne giną tak dobrze w blasku źrenic tryskających życiem, że przelotny przebłysk cierpienia zdaje się tylko podwojonym wdziękiem. Twarz młoda jest dyskretna, bo jest nieruchoma, młoda kobieta posiada gładkość, spokój i świeżość powierzchni jeziora. Dopiéro od trzydziestego roku nabiera ona fizyognomii. Aż do tego wieku malarz znajdzie na twarzy tylko białą i różową farbę i uśmiechy pełne jednego tylko wyrazu młodości i miłości jednostajnéj pozbawionéj głębi. Co innego w starości; wówczas wszystko już przemówiło w kobiecie, namiętności wyryły się na jéj twarzy, była już kochanką, żoną, matką; gwałtowne wyrazy radości i bólu w końcu zdeformowały, umęczyły jéj rysy, wypisały się na nich tysiącem zmarszczek, z których każda ma swoję wymowę. Wówczas głowa kobieca staje się tragiczną boleścią, piękną smutkiem, lub téż zachwycającą spokojem. Jeśli wolno jest daléj używać tego porównania, możnaby rzec, iż łożysko wyschnięte jeziora dozwala spostrzedz ślady potoków wszystkich, które go zasilały. Głowa staréj kobiety nie przemawia wówczas do świata, bo ten przeraża się lekkomyślnie, widząc zniszczenie elegancyi i wdzięku, ani do tuzinkowego artysty, bo ten w niéj nic nie dostrzeże, ale do prawdziwego poety, do tego, co posiada pojęcie piękna, wolne od wszelkiego konwencyonalizmu, na którym opierają się przesądy zarówno co do piękności jak i co do sztuki.
Chociaż pani d’Aiglemont nosiła modny kapelusz, łatwo można było dostrzedz, że włosy jéj, niegdyś czarne, zbielały pod nawałem ciężkich ciosów; pomimo to jednak sposób zaczesania włosów świadczył o nawyknieniach wdzięku i dobrego smaku i rysował kształty czoła zwiędniałego, pomarszczonego, ale na którém znać było dawny majestat. Owal jéj twarzy, regularność rysów przypominały jeszcze, jakkolwiek słabo, piękność, z któréj niegdyś musiała być dumną; te ślady piękności uwydatniały silniéj jeszcze cierpienia, które musiały być dojmujące, skoro zdołały ściągnąć rysy, wysuszyć skronie, pożréć policzki, a zwiędłe powieki pozbawić ich głównéj ozdoby — rzęs.
Wszystko było milczące w téj kobiecie, jéj chód i ruchy miały tę powolność skupioną i poważną, nakazującą poszanowanie. Skromność jéj zamieniła się w nieśmiałość i zdawała się pochodzić z nawyknień nabranych od lat kilku, w których ciągle usuwała się przed córką; słowa jéj były rzadkie; łagodne jak zwykle u osób zmuszonych dużo myśléć i żyć samym w sobie. Ten sposób zachowania się sprawiał nieopisane wrażenie, budził nie obawę, nie litość, ale jakieś pośrednie uczucie, łączące w sobie wszystkie ich odcienie. Wreszcie sam rodzaj zmarszczek pokrywających jéj rysy, bladość cierpiącego spojrzenia, wszystko to świadczyło o łzach niespłakanych, które spadały na serce.
Nieszczęśliwi, przywykli spoglądać w niebo, ażeby zanosić mu skargi na nędzę téj ziemi, odnaleźliby łatwo w spojrzeniu téj matki bolesne nawyknienia modlitwy bez słów, wznoszonéj cochwilnie i lekkie oznaki tych tajemnych zadraźnień, które w końcu niweczą kwiat uczuć a nawet niweczą macierzyństwo.
Malarze mają barwy dla podobnych portretów, ale słowa niezdolne są oddać je wiernie; istnieją bowiem w tonach cery i w wyrazie twarzy zjawiska niewytłómaczone, które odczuć się dadzą za pomocą wzroku, gdy tymczasem poeta opowiedziéć może wypadki zrządzające tak straszne zmiany fizyognomii, ażeby je zrozumiałemi uczynić.
Twarz pani d’Aiglemont świadczyła o burzy spokojnéj i zimnéj, o tajemnéj walce pomiędzy heroizmem macierzyńskiéj boleści a niedoskonałością naszych uczuć skończonych, które nieskończoności podołać nie mogą. Cierpienia te nieustannie powtarzane wytworzyły w niéj coś chorobliwego. Zapewne wzruszenia zbyt gwałtowne fizycznie nadwerężyły to macierzyńskie serce, i choroba, może anewryzm, zagrażała życiu, choć sama o tém nie wiedziała. Prawdziwe zgryzoty są zazwyczaj spokojne, zdają się drzemać w głębokiém łożysku, które sobie wyrobiły, ale niszczą życie nakształt tego straszliwego kwasu, co kryształ nawet przejada.
W téj chwili dwie łzy spłynęły po licach margrabiny, powstała nagle, jakby uczuła boleść dotkliwszą od innych. Zapewne zwątpiła o przyszłości Moiny. I przeczuwając wszystkie nieszczęścia, jakie córkę jéj spotkać miały, nieszczęścia własnego życia spadły jéj na serce.
Położenie téj matki stanie się zrozumiałe, skoro opiszemy położenie córki.
Hrabia de Saint-Hereen wyjechał od sześciu miesięcy dla spełnienia misyi politycznéj. Przez czas jego nieobecności Moina, która do wszystkich żądz modnéj kobiety łączyła kapryśne zachcianki zepsutego dziecka, bądź-to z nierozwagi, ażeby dogodzić swéj próżności kobiecéj, bądź-to dla spróbowania swéj władzy bawiła się namiętnością człowieka przebiegłego ale bez serca, który okazywał dla niéj jednę z tych miłości gwałtownych z pozoru, gdzie jednak mieszają się wszystkie próżnostki i ambicye światowe salonowca. Pani d’Aiglemont, któréj długie doświadczenie dało naukę życia, znajomość ludzi i pokazało niebezpieczeństwa świata, śledziła wzrost téj miłostki i przeczuwała zgubę córki, widząc, że wpadła w ręce człowieka, dla którego nic świętego nie było. A jednak Moina słuchała go z przyjemnością. Jéj najukochańsze dziecko znajdowało się nad przepaścią. Nie wątpiła o tém i nie mogła jéj powstrzymać, gdyż drżała przed własną córką. Wiedziała z góry, że Moina nie posłucha żadnej z jéj rozsądnych przestróg, nie miała najmniejszéj władzy nad tą duszą, która dla niéj okazywała się ze stali a dla innych była cudnéj miękkości. Ona byłaby zapewne wybaczyła jako nieszczęście prawdziwe uczucie, usprawiedliwione przynajmniéj wysokiemi przymiotami uwodziciela; ale margrabina wiedziała dobrze, iż córka ulegała jedynie popędom zalotności, a sama pogardzała Alfredem de Vandenesse, wiedząc, że on uważa romans z Moiną za rodzaj gry szachowéj. Chociaż Alfred de Vandenesse budził głęboki wstręt w téj nieszczęśliwéj matce, była zmuszoną ukrywać w najtajniejszéj głębi serca powody tego wstrętu. Była ściśle związana z margrabią de Vandenesse, ojcem Alfreda, a ta dawna przyjaźń, szanowana przez ludzi, dozwalała młodemu człowiekowi bywać na poufałéj stopie w domu pani de Saint-Hereen, dla któréj udawał namiętność, pochodzącą jeszcze z lat dziecinnych. Daremnie zresztą pani d’Aiglemont rzuciłaby pomiędzy swoję córkę a Alfreda straszne słowo, coby ich rozdzielić powinno, była pewna, że potęga tego słowa, hańbiącego ją w oczach własnéj córki, nie osiągnęłoby swego celu. Alfred był zanadto zepsuty, Moina miała zawiele rozumu, by uwierzyć podobnemu odkryciu, młoda kobieta byłaby z pewnością obeszła je, uważając to za fortel ze strony matki. Pani d’Aiglemont sama własnemi rękoma wybudowała swoje więzienie, zamurowała się w niém i zmuszona była patrzéć, jak się gubi piękne życie Moiny, to życie, które stało się jéj sławą, jéj szczęściem, jéj pociechą, istnością stokroć droższą dla niéj od własnego życia. Było-to straszne cierpienie, cierpienie bez nazwy, przepaść bezdenna!
Czekała niecierpliwie obudzenia córki, a jednak go się lękała, podobna w tém do nieszczęśliwych na śmierć skazanych, którzy pragnęliby już nie żyć, a przecież drżą na myśl o kacie. Margrabina postanowiła spróbować ostatniego usiłowania; ale może nie tyle lękała się złego skutku, jak jednéj z tych ran, tak bolesnych dla jéj serca, że odbierały jéj całą odwagę. Do czegoż ją doprowadziła miłość macierzyńska: kochać córkę, lękać jéj się, wyczekiwać uderzenia sztyletu i iść naprzeciw niemu?... Miłość macierzyńska jest tak wielką w kochających sercach, że matka wsparta wiarą i miłością prędzéj umrze, niżeli dojdzie do obojętności.
Dziś od rana pamięć margrabiny przedstawiła jéj kilka drobnych z pozoru faktów, które jednak w życiu moralném są ważnemi wypadkami. Czasem rzeczywiście w jednym ruchu zamyka się cały dramat, wyraz nadany głosowi rozdziera życie całe, obojętność spojrzenia zabija szczęśliwą namiętność; a nieszczęściem margrabina d’Aiglemont zanadto wiele widziała podobnych ruchów, słyszała słów i odebrała okrutnych spojrzeń, ażeby w pamięci mogła zaczerpnąć nadzieję. Wszystko było dla niéj dowodem, że Alfred zgubił ją w sercu córki i że teraz ona, matka, była dla Moiny nie przedmiotem miłości, ale obowiązku.
Tysiące drobnostek świadczyło o niegodziwém postępowaniu pani de Saint-Hereen względem niéj, była-to okropna niewdzięczność, ale margrabina uważała je za słuszną karę, szukała usprawiedliwienia dla córki w wyrokach Opatrzności, ażeby mogła kochać jeszcze chłoszczącą rękę.
Tego ranka przypomniała sobie wszystko i wszystko uderzyło ją znowu tak boleśnie w serce, że czara jéj cierpień musiała się przepełnić najlżejszą przykrością. Zimne spojrzenie mogło ją zabić w téj chwili. Trudno jest opisywać drobne domowe wypadki, ale kilka starczy, ażeby dać o wszystkich wyobrażenie. I tak: margrabina miała słuch trochę stępiony, jednakże nigdy nie mogła wymódz na Moinie, by ta podnosiła głos, mówiąc do niéj; a w dniu kiedy z całą naiwnością cierpienia prosiła córkę, by powtórzyła niedosłyszany frazes, Moina uczyniła to tak niechętnie, że już nigdy więcéj pani d’Aiglemont nie ponowiła podobnie skromnego żądania. Od tego czasu, gdy Moina opowiadała co lub rozmawiała, margrabina przybliżała się do niéj; ale często znowu młoda kobieta zdawała się znudzoną kalectwem, które nierozważnie wymawiała matce. Ten przykład pomiędzy wielu innemi uderzał boleśnie serce matki. Odcienie podobne uszłyby może zwykłemu spostrzegaczowi, ale były one widoczne dla kobiecych oczów. Pewnego dnia pani d’Aiglemont mówiła córce, że księżna de Cadignan odwiedzała ją, a Moina zawoła nieoględnie: — „Jakto! ona była tu dla mamy?“ Wyraz, z jakim wypowiedziała te słowa, akcent, jaki na nie położyła, malowały delikatnemi odcieniami zdziwienie i elegancką pogardę, które kazały pożałować obyczaju dzikich, co zabijają starców, skoro ci nie mogą się utrzymać na gałęzi mocno wstrząsanego drzewa. Pani d’Aiglemont powstała, uśmiechnęła się i poszła wypłakać się w tajemnicy.
Ludzie dobrze wychowani, szczególniéj téż kobiety, zdradzają jedynie swoje uczucia niedostrzegalnemi prawie znakami, które przecież pozwalają odgadywać drgania serca dla tych, co odnajdują w swojém życiu położenia podobne do tego, w jakiém znajdowała się ta zbolała matka. Przygnębiona swemi wspomnieniami pani d’Aiglemont widziała znowu te mikroskopijne a okrutne fakta i nie mogła się omylić na téj strasznéj pogardzie pokrytéj uśmiechami. Ale łzy jéj oschły, gdy usłyszała, jak otwierano żaluzye w pokoju sypialnym córki, i biegła ku tym oknom ścieżką wiodącą koło kraty, przy któréj dotąd siedziała. Idąc, zauważyła staranność, z jaką ogrodnik zagrabiał piasek na téj alei zwykle niedbale utrzymanéj. Gdy pani d’Aiglemont podeszła pod okna córki, żaluzye zamknęły się nagle.
— Moina! — zawołała.
Nie było odpowiedzi.
— Pani hrabina jest w małym saloniku — rzekła panna służąca Moiny, gdy pani d’Aiglemont, powróciwszy do domu, zapytała, czy córka jéj wstała.
Margrabina miała serce zbyt przepełnione i głowę zaprzątnioną, ażeby zastanawiać się nad temi drobnemi z pozoru okolicznościami; poszła więc wprost do małego saloniku, gdzie zastała Moinę w ranném ubraniu, w czepeczku narzuconym niedbale na nieuczesane włosy, w pantoflach, miała u paska klucz od swego pokoju, na twarzy jéj malowały się burzliwe myśli i żywe kolory. Siedziała na sofie i zdawała się zastanawiać.
— Kto tam idzie? — zapytała ostrym głosem. — Ach! to ty, matko — dodała niedbale, spostrzegłszy ją.
— Tak, moje dziecko, to twoja matka.
Wyraz, z jakim pani d’Aiglemont wyrzekła te słowa, świadczył o wylaniu serca i wzruszeniu niemal świętém, gdyż trudnoby na oddanie go wynaléźć inne wyrażenie. Przyodziała się tak świętym charakterem matki, że to uderzyło Moinę. Zwróciła się do niéj ruchem, w którym widać było uszanowanie, niepokój i wyrzut sumienia. Margrabina zamknęła drzwi saloniku, gdzie nikt nie mógł wejść bez zrobienia hałasu w poprzedzających pokojach. Broniło ją to od niedyskretnych uszów.
— Moja córko — rzekła margrabina — jest moim obowiązkiem oświecić cię w jednéj z najważniejszych chwil naszego kobiecego życia, w któréj znajdujesz się teraz, może sama o tém nie wiedząc, o któréj ja powiedziéć ci muszę więcéj jako przyjaciółka niż jako matka. Wyszedłszy za mąż wolna jesteś co do swoich czynów, winnaś z nich sprawę jednemu tylko mężowi; ale tak mało dałam ci uczuć władzę macierzyńską — może było to błędem z mojéj strony — iż mam, sądzę, prawo żądać, byś mnie wysłuchała raz jeden w ważnéj chwili, w któréj musisz potrzebować dobréj rady. Pomyśl, Moino, żem cię wydała za człowieka niepospolitych zdolności, którym możesz się szczycić, że...
— Mamo — zawołała Moina, przerywając jéj z zadąsaną minką — już wiem, co mi chcesz powiedziéć: będziesz mnie łajać z powodu Alfreda.
— Nie odgadłabyś tego tak łatwo, Moino, — odparła poważnie margrabina, wstrzymując łzy — gdybyś nie czuła...
— Czego? — spytała dumnie prawie. — Alboż, moja matko, prawdziwie...
— Moino — zawołała pani d’Aiglemont z widoczném wysileniem — trzeba, żebyś wysłuchała uważnie tego, co ci muszę powiedziéć.
— Słucham — wyrzekła młoda kobieta, zakładając ramiona z wyrazem hardego posłuszeństwa. — Pozwól mi tylko mamo — dodała z niepojętą zimną krwią — zadzwonić na Paulinę i odesłać ją.
Zadzwoniła.
— Moje drogie dziecko, Paulina słyszéć nie może.
— Mamo — wyrzekła znowu Moina z miną poważną, która powinna była zwrócić uwagę matki — ja muszę...
Zatrzymała się, bo w téj chwili panna służąca nadeszła.
— Paulino, — mówiła, zwracając się do niéj — idź do Baudran’a ale idź sama i dowiedz się, dlaczego nie mam dotąd mego kapelusza.
Usiadła napowrót i spojrzała uważnie na matkę. Margrabina miała wezbrane serce i oczy suche, doznawała w téj chwili wzruszenia, którego boleść jedynie przez matki zrozumianą być może. Przedstawiła ona córce niebezpieczeństwo, w jakiém się znajdowała. Ale bądź to, że Moina uczuła się dotkniętą podejrzeniami, jakie matka jéj miała względem syna margrabiego de Vandenesse, bądź to, że była w jednéj z tych chwil niepojętego szaleństwa, które tłómaczyć tylko może niedoświadczenie młodości; skorzystała z chwili przerwy w mowie matki i wyrzekła, śmiejąc się przymuszonym śmiechem.
— Mamo, ja sądziłam, że jesteś jedynie zazdrosną o ojca.
Na te słowa pani d’Aiglemont zamknęła oczy, spuściła głowę i wydała ciche westchnienie. Rzuciła w górę spojrzenie, pchnięta niezwyciężoną potrzebą wezwania Boga, jaką czujemy w ważnych momentach życia, potém zwróciła na córkę oczy pełne strasznego majestatu i głębokiego bolu.
— Moja córko — wyrzekła poważnie — byłaś dla matki niemiłosierniejszą niż człowiek, któregom obraziła, niemiłosierniejszą, niż zapewne będzie sam Bóg.
Powstała, ale doszedłszy do drzwi, odwróciła się i dostrzegła jedynie zdziwienie w oczach córki, i oddaliła się, ale doszła tylko do ogrodu, tam opuściły ją siły, uczuła w sercu ból gwałtowny i upadła na ławkę. Wówczas oczy jéj, błądząc po piasku alei, zobaczyły miękkie kroki, które pozostawiły wyraźne ślady butów. Bez wątpienia córka jéj była zgubioną. Wówczas zrozumiała powód rozkazu danego Paulinie. Ta straszna myśl zrodziła inną jeszcze straszniejszą. Zrozumiała, że syn margrabiego de Vandenesse zniszczył w sercu Moiny szacunek, jaki córka winna matce. Boleść jéj się wzmogła, aż omdlała powoli i zdawała się senna.
Młoda hrabina myślała, że matka pozwoliła sobie powiedziéć jéj rzeczy zbyt silne i że wieczorem małe pieszczoty i względy sprowadzą znów zgodę między niemi. Słysząc krzyk kobiecy w ogrodzie wychyliła się niedbale z okna w chwili, gdy Paulina, która do téj pory nie wyszła jeszcze, wołała o ratunek podnosząc w objęciu margrabinę.
— Nie straszcie mojéj córki! — to było ostatnie słowo, jakie wymówiła ta matka.
Moina zobaczyła, jak niesiono ją bladą, nieruchomą, oddychającą z trudnością, ale poruszającą ręce, jak gdyby chciała walczyć lub mówić. Pognębiona tym widokiem Moina szła za matką, w milczeniu pomogła ją rozebrać i położyć. Wina popełniona ciążyła na niéj. W téj ostatniéj chwili poznała swoję matkę, a nie mogła już nic naprawić. Chciała pozostać z nią sam na sam, a kiedy nie było już nikogo w pokoju, kiedy uczuła zimno téj ręki tak zawsze dla niéj pieszczotliwéj, zalała się łzami. Zbudowana jéj płaczem, margrabina zdołała jeszcze spojrzéć na ukochaną Moinę, a słysząc łkania rozdzierające jéj wątłe piersi, patrzała na córkę z uśmiechem. Ten uśmiech dowiódł młodéj matkobójczyni, że serce matki jest otchłanią, w głębi któréj można zawsze znaléźć przebaczenie.
Skoro tylko zrozumiano stan margrabiny, wyprawiono konnych ludzi po doktora, felczera i wnuków pani d’Aiglemont. Młoda margrabina z dziećmi przybyła jednocześnie z pomocą lekarską i wszyscy utworzyli dość pokaźną grupę milczącą i niespokojną, do któréj przyłączyli się służący. Młoda margrabina, nie słysząc żadnego ruchu w pokoju choréj, poszła cicho do drzwi zapukać. Na ten głos Moina, przebudzona zapewne ze swéj boleści, otworzyła gwałtownie drzwi na oścież, spojrzała błędnym wzrokiem na zgromadzenie rodzinne a przerażenie, wyrażone w jéj całéj postawie, było wymowniejsze od słów. Na ten widok wszyscy oniemieli. Można było dostrzedz zdaleka nogi margrabiny sztywne i wyciągnięte konwulsyjnie na łożu śmiertelném.
Moina oparła się o drzwi, spojrzała na krewnych i rzekła głuchym głosem:
Straciłam matkę!

Paryż, 1828—1844.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – placowi.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – rumienił.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wszystko.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – jechać.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zrozumiéć.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – posłuszeństwo.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Ludwika.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Margrabina.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – powiedziéć.
  10. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – chwili.
  11. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – dotąd.
  12. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – porzuca.
  13. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zastępowały.
  14. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – szczytami.
  15. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – nad.
  16. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – odbijały.
  17. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – jest.
  18. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – schronienie.
  19. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – chcąc.
  20. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – d’Aiglemont.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoriusz Balzac i tłumacza: Waleria Marrené.