Kobieta o aksamitnym naszyjniku/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Kobieta o aksamitnym naszyjniku
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1928
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV
ANTONJA

Antonja wydała się Hoffmanowi jeszcze tysiąckroć piękniejsza w chwili, gdy otwierając drzwi przechodziła przez próg, niż wtedy, gdy schodziła ze stopni ołtarza. A to dlatego, że w zwierciadle obraz jej odbił się zaledwie o dwa kroki przed Hoffmanem, który mógł jednym rzutem oka ogarnąć wszystkie wdzięki niewidzialne zdaleka.
Antonja miała lat zaledwie siedemnaście; była średniego wzrostu, raczej wysoka, niż niska, ale tak szczupła, a nie chuda, tak giętka, a nie wątła, że wszystkie porównania lilji kołyszącej się na łodydze, palmy pochylającej się za wiatrem, nie starczyłyby dla odmalowania tej włoskiej morbidezza, jednego wyrazu w języku ludzkim określającego wrażenie budzące się na jej widok. Matka jej, równie jak Szekspirowskiej Juliety, była jednym z najpiękniejszych kwiatów wiosny Werońskiej, a w Antonji widać było, nie stopione, ale kłócące się, co właśnie stanowiło urok tej dziewicy, wdzięki obu ras walczących o palmę piękności. Owóż przy delikatności skóry kobiet północnych, miała ona matowość skóry kobiet południa; włosy jej płowe, gęste i lekkie zarazem, rozwiewające się za najmniejszym wietrzykiem, niby złocista mgła, ocieniały oczy i brwi z czarnego aksamitu. Przytem, rzecz dziwna, w jej mianowicie głosie znać było harmonijną mieszaninę obu języków. Więc też, kiedy Antonja mówiła po niemiecku, to słodycz pięknego języka południowego, w którym, jak mówi Dante, przebrzmiewa głoska si łagodziła ostrość akcentu germańskiego; przeciwnie, kiedy mówiła po włosku, zbyt miękki język Metastazjusza i Goldoniego nabierał werwy, jaką mu nadawała potężna akcentacja Schillera i Goethego.
Ale nietylko pod względem fizycznym uwydatniało to zmieszanie: Antonja pod względem moralnym stanowiła dziwny i rzadki typ tego, co mogą zjednoczyć przeciwległe: poezja z pod słońca Włoch i z pod mgieł niemieckich. Rzekłbyś, zarazem muza i czarodziejka, Loreley z ballady i Beatryx z Boskiej komedji.
Bo i Antonja, artystka wyśmienita, była córką wielkiej artystki. Matka jej, nawykła do muzyki włoskiej, wzięła się raz zawzięcie do muzyki niemieckiej. Wpadła jej raz do ręki partytura Alcesty Glucka; mąż, mistrz Bogumił, na jej prośbę, kazał jej przetłomaczyć tekst na język włoski, i potem zaśpiewała tę operę w Wiedniu. Ale zanadto zaufała siłom, a raczej dzielna śpiewaczka nie znała miary wrażliwości. Przy trzeciem przedstawieniu opery, mającej powodzenie znakomite, przy prześlicznem solo Alcesty: „Bóstwa Styksowe“... kiedy doszła do re, które wyrzuciła pełną piersią, zbladła, zachwiała się, zemdlała; naczynie pękło w tej tak szlachetnej piersi, ofiara bogom podziemnym spełniła się istotnie: matka Antonji umarła.
Biedny mistrz Bogumił dyrygował orkiestrą; z miejsca swego widział on jak się zachwiała, zbladła i upadła ukochana; co większa, usłyszał rwącą się w jej piersi tę tkannę, od której zależało jej życie, i wydał okrzyk okropny, który zlał się z ostatnim westchnieniem wirtuozki.
Stąd to może pochodziła ta nienawiść mistrza Bogumiła do kompozytorów niemieckich; to kawaler Gluck, wprawdzie zgoła niewinnie, zabił jego Teresę, ale niemniej miał on urazę do Glucka za tę głęboką boleść, jaką uczuł, a która nie uśmierzyła się, aż zwolna przeniósł na Antonję tę miłość, jaką czuł dla matki.
Teraz, w siedemdziesiątym roku życia, dziewica zastępowała ojcu wszystko. Żył on przez Antonję, oddychał przez Antonję. Nigdy śmierć Antonji nie przeszła mu przez głowę; ale gdyby i przeszła, nie zaniepokoiłby się, z uwagi, że nie mógłby przeżyć Antonji.
Nie z mniejszem też zapałem jak Hoffman, lubo uczucie jego czystsze było jeszcze, spostrzegł on ukazującą się Antonję na progu swego gabinetu.
Dziewica zbliżała się wolno, dwie łzy błyszczały u jej powiek, a podszedłszy trzy kroki do Hoffmana, podała mu rękę.
Potem tonem skromnej poufałości, i jakby znała młodzieńca dziesięć lat:
— Dzień dobry, bracie — rzekła.
Od ukazania się córki mistrz Bogumił pozostał milczący i nieruchomy; dusza jego, jak zwykle, opuściła ciało, oblatując koło Antonji, śpiewała w jej uszy wszystkie melodje miłości i szczęścia, jakie śpiewa dusza ojca na widok osieroconej córki.
Położył na stole swojego Amati, i spoglądał na dziecko.
Hoffman nie wiedział, czy czuwa, czy śpi, czy był na ziemi, czy w niebie; czy to kobieta przyszła do niego, czy zjawił mu się anioł.
To też prawie cofnął się krokiem wstecz, gdy spostrzegł, że Antonja zbliża się do niego i podając mu rękę nazywa go bratem.
— Pani moją siostrą? — zapytał głosem stłumionym.
— Tak — odrzekła Antonja — nie krew ustanawia rodzinę, ale dusza. Wszystkie kwiaty braćmi są po zapachu, wszyscy artyści braćmi są po sztuce. Nie widziałam pana nigdy, to prawda, ale zczasem i smyczek opowiedział mi twe życie. Jesteś poetą trochę zagorzałym, biedny przyjacielu! Niestety! to ta iskra gorejąca, jaką Bóg rzuca w naszą głowę, lub piersi, pali nasz mózg, lub trawi serce.
Potem, zwracając się do mistrza Bogumiła:
— Dzień dobry, ojcze — rzekła — czemuż to jeszcze nie ucałowałeś swej Antonji? A! rozumiem, Il matrimonio segreto, Stabat mater, Cimaroza, Pergolese, Porpora! Co tam Antonja znaczy przy tych genjuszach? Biedne, kochające cię dziecko, o którem ty zapominasz dla nich!
— Jabym o tobie zapomniał? — zawołał Bogumił — stary Murr zapomniałby o Antonji! Ojciec zapomniałby o córce? Dlaczego? Dla kilku nut, dla krzyżyków i bemoli. Oto mi się podobasz. Zobaczysz zaraz!
I okręciwszy się na kulawej nodze ze zwinnością zadziwiającą, drugą nogą i obu rękami starzec rozrzucił głosy orkiestrowe z Matrimonio segreto, gotowe już zupełnie do rozdania między członków orkiestry.
— Ojcze mój! ojcze! — wołała Antonja.
— Ognia! ognia! — wołał mistrz Bogumił — ognia, spalić to wszystko! spalić Pergolesa! spalić Cimarozę! spalić Paesiella! spalić Stradivariusa i Gramula i Amatiego! Czyż Antonja, moja córka, nie powiedziała, że ja wolę moje struny, drzewo i papier, niż moje ciało i krew? Ognia! ognia! ognia!
I starzec rzucał się jak opętany, skakał na nodze jak djabeł kulawy, rękami machał jak skrzydłami wiatraka.
Antonja patrzyła na ten szał starca ze słodkim uśmiechem zadowolonej dumy dziecięcej. Ona z ojcem tylko pozwalająca sobie zalotności, wiedziała dobrze, iż jest nad ojcem wszechwładna, że serce jego było królestwem, w którem panowała nieograniczenie. Zatrzymała też starca pośród tych ewolucji, i przyciągając go ku sobie, złożyła na jego czole pocałunek.
Starzec wykrzyknął radośnie, wziął córkę w objęcia, podniósł jak ptaszę, i okręciwszy się kilka razy, padł na kanapę, gdzie jął ją huśtać, jak matka niemowlę.
Zrazu Hoffman patrzał na mistrza Bogumiła z przestrachem. Widząc, jak rozrzuca partycje po powietrzu, porywa córkę w objęcia, wziął go za furjata. Ale uspokoił go niebawem uśmiech Antonji; zbierając więc z szacunkiem rozrzucone głosy, kładł je napowrót na stołach i pulpitach, końcem oka spoglądając na tę dziwną grupę w której sam nawet starzec wyglądał dość poetycznie.
Naraz coś pieściwego, niby nuta eteryczna, powiało w powietrzu; była to mgła, melodja, coś bardziej jeszcze boskiego. Był to głos Antonji. Ze swą artystyczną fantazją, poczęła ona tę cudowną kompozycję Stradelli, która ocaliła życie jej twórcy, ową Pieta Signora.
Przy pierwszych drganiach tego anielskiego głosu, Hoffman stał nieporuszony, podczas gdy stary Bogumił lekko córkę z kolan podnosząc, ułożył ją wzdłuż na kanapie; potem, pobiegłszy po Amati i dostrajając akompanjament do słów, zaczął przelewać harmonję swego smyczka pod głos Antonji, i podtrzymywać go jak anioł podtrzymuje duszę unoszącą się do nieba.
Głos Antonji był sopranowy, posiadający całą obszerność, jaką dać może szczodrobliwość boża, nie już kobiecemu, lecz anielskiemu głosowi; Antonja przebiegła pół-szóstej oktawy, od wysokiego ut do głębokich nut basowych. Nigdy Hoffman nie słyszał nic tak aksamitnego jak cztery pierwsze takty śpiewane bez akompanjamentu „Pieta, Signora, di me dolente“. To westchnienie duszy cierpiącej do Boga, ta gorąca modlitwa do Pana o litość nad żalącem się cierpieniem, nabierały w ustach Antonji przeczucia czci Bożej podobnej do przestrachu. Ze swej strony, akompanjament, powtarzający echo skargi, schwytane między ziemią i niebem godnym był ze wszechmiar tego żałosnego głosu i bolesnym jak on. Mówił on nie po włosku, nie po niemiecku, ani po francusku, ale tym językiem powszechnym, który zwie się muzyką.
— „Litości, Panie, litości nade mną, nieszczęśliwą! Litości, Panie, a jeśli ma prośba dojdzie do Ciebie, niech ustąpi twój gniew, a oczy twe zwrócą się ku mnie łaskawie!“
Potem, gdy głosem drżącym poczęła: — „Niechaj to nigdy nie nastąpi, abym została potępiona i rzucona w wiekuisty twego gniewu ogień, o! wielki Boże‘“ — wtedy akompanjament, jakby przerażony widokiem płomieni wiecznych, błagał ze swej strony, jęczał, podtrzymywał w tonach grozy i boleści. Aż kiedy wyczerpany i bezsilny głos zamierał w piersi Antonji, akompanjament szedł dalej sam po zagasłym głosie, jak po duszy uleciałej ku niebu, ciągną się szemrzące i żałosne modły pozostałych.
Wtem do suplikacji skrzypcowych mistrza Bogumiła, zaczęła przybywać harmonja niespodziewana, cicha a zarazem potężna, prawie niebiańska. Antonja wsparła się na łokciu, mistrz Bogumił odwrócił się w połowie i stanął ze smyczkiem zwieszonym nad strunami skrzypiec. Hoffman, zrazu ogłuszony, upojony, w szale, zrozumiał, że dla uniesień tej duszy potrzeba nieco nadziei, że złamałby się, gdyby jej jaki promień boski nie ukazał nieba; rzucił się więc ku organom i położył ręce na drżących klawiszach, a organy wydając długie westchnienie połączyły się ze skrzypcami Bogumiła i głosem Antonji.
Cudowny też był ów zwrot motywu Piêta Signora, w towarzystwie tego zwrotu nadziei: dreszcz przeszedł po żyłach starego Bogumiła, okrzyk wybuchnął z ust Hoffmana, który, tłumiąc skrzypce pod potokami harmonji płynącej z jego organu, przedłużał głos Antonji po jego uciszeniu się, i na skrzydłach już nie anioła, lecz huraganu, zdawał się nieść ostatnie westchnienie tej duszy, pod stopy Pana wszechmocnego i wszechmiłosiernego.
Potem nastała cisza; wszystko troje spojrzeli po sobie, ręce ich połączyły się w uścisku bratnim, tak jak dusze zjednywały się w harmonji wspólnej.
Od tej chwili, nietylko Antonja nazywała Hoffmana bratem, ale i stary Bogumił Murr nazwał Hoffmana synem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.