Kobieta (Kraszewski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kobieta
Podtytuł fragment
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Kobieta.
(fragment.)


Spojrzyjcie, proszę — jest-li co na świecie piękniejszego nad tę istotę... przez oczy jéj śmieją się niebiosa, w jéj ustach spoczywać się zdaje tajemnica tajemnic... ona milczy, a cała jéj postać przemawia czémś świętszém, wyższém, większém nad świat cały... Na czole jéj ani zmarszczki, a w wejrzeniu ani chmurki, w sercu ani kropelki goryczy, na ustach prawda święta... Jak ją opisać i jak wypowiedziéć, czém ona piękna, wielka i święta, gdzie spoczywa ten urok, przed którym słabnie wszelka siła i kruszy się moc wszelaka?... Malarz da jéj barwy bez ruchu, rzeźbiarz da jéj kształty bez barwy — poeta da jéj słowo bez oblicza... ale zbierz ich trzech i każ im ją odtworzyć... stworzą szyderstwo... Bóg tylko może z nicości wyrwać tchnieniem taki cud.
Zgadliście, prawda? To kobieta, dziewica, w chwili kiedy z dziecięcia staje się czarodziejką i panią... żywém uosobieniem piękna... dobra... obrazkiem anioła zstępującego od bożego tronu z kroplą ambrozyi na ustach...
Lecz chwila... i spojrzcie znowu... Jestli co na świecie poważniejszego nad tę osiwiałą w troskach i boleści matronę, któréj życie pozabierało wszystkie listki swego kwiecia, zostawując kolce tylko, u któréj nóg leży palma, na którą ona nie patrzy... z któréj oczów płynie łza milcząca, cicha modlitwa do Boga, ale nie wyrzut niebiosom... Osierocona, sama, owdowiała po uczuciach, siedzi samotna, modli się, czeka, pracuje... Na czole jéj zmarszczki, to ścieżki, które wydeptała boleść, chmurka w oku, to łez resztki, gorycz w sercu, to dar świata, który jéj nic więcéj nad to nie zostawił. Patrzcież, jak się uśmiecha jeszcze, jak cierpi bez jęku, jak się modli bez natarczywości, jak czeka spokojna...
Między temi dwoma krańcowemi obrazami, jak wstęga przetykana uroczysta, cały żywot kobiecy z jednéj strony błyszczący i jasny, z drugiéj węzłowaty i splątany, tu i tam jeden zawsze. Z tego aniołka, co stał z uśmiechem w białéj sukience w progu życia... nikt nie powié, co się stanie... Ona gotowa być lub dłużéj aniołem, lub stać się szaloną kusicielką do złego. Ale czy ona winna? czy my winni?... Stoi w progu i czeka, jeszcze zasłona biała spływa po niéj, ręka drży wyciągnięta... kto ją przetrzyma? praca czy szał, obowiązek czy pragnienie?... Potém już pójdzie za przewódcą i oplótłszy na szyi jego ramiona, w przepaść z nim, lub z nim w niebo.
Kusić się o to, by wypowiedziéć kobietę, byłoby... chciéć ręką zdjąć gwiazdkę z nieba lub dłonią ocean wypróżnić... zdaje ci się, żeś ją poznał, zdaje się, żeś ją znienawidził, zdaje się, żeś się jéj wyrzekł... niéma dla ciebie tajemnic... jesteś spokojny... ale czekaj do jutra... zjawia ci się nowy typ, nowa istota, nowy świat i mędrzec zarozumiały, składasz proch swéj mądrości przed tą niezbadaną istotą... jakbyś wczoraj nowy nieśmiały przyszedł na świat. Znałeś wszystkie... aleś nie znał téj jednéj, która tamtym zadaje kłamstwo cnoty, lub kłamstwo obłudy, lub fałsz tajemniczością.
Tak wiele napisano o kobietach, że dziś zdaje się, jakby nikt nic o nich nie pisał. Te pisma różne jedne po drugich kreśląc fantazyjne gzygzaki, cala księgę uczyniły nieczytelną. Zawsze mi się zdaje, że granitowy sfinks egipski śmiejący się młodą twarzą niewiasty, wykuty został przed tysiącami lat, aby wyrazić, iż ona pozostanie niezbadaną zagadką.
W tym aniołku z różowym uśmiechem... co tak patrzy pogodnie, jest już wszystko dobre i wszystko złe świata; co więcéj — jest kameleońska zmienność barwy... Skrzydła jéj to się stają cherubinowém światłem, to szeleszczą niedoperzową skórą suchą. Nie wiesz, czy cię pocałuje, czy ukąsi, a może pocałunek uprzedzi ranę lub rana wywoła uścisk. W końcu najzepsutsza jeszcze ma łzę ukrytą gdzieś głęboko, która zawsze wytrysnąć gotowa a najlepsza trochę zdrady na obronę swéj słabości.
Mylę się, stary to przesąd mówić o sile maluczkiéj, kiedy jéj tylko siła jest prawdziwą, a wszelka inna zmyśloną i chwilową. Kobieta wcale nie jest słabą, a Bóg nie dał jéj materyalnej przewagi tylko dlatego, aby się nigdy gwałtem zmazać nie mogła. Jest to dobrodziejstwo, nie wydziedziczenie. Czémże jest ta siła, co zabija, przy téj sile, co żywi i pociąga? Pierwsza umié zniszczyć i zetrzéć w proch, ale nie stworzy nic, ta łączy, spaja, goi i słodzi...
W miarę jak świat się uszlachetnia, kobieta bierze górę i coraz wyższe wywalcza stanowisko. U barbarzyńskich ludów, ona dźwiga ciężary, ona znosi pracę, ona jest sługą i niewolnicą, daléj przeradza się w ideał, w bóstwo, w pokusę, w powiewne myśli zjawiska, staje na piedestale i świat klęka przed nią.
Ale by wnijść tak wysoko, musi cierpiéć... I dlatego jest tak wielką, że łączy w sobie dwoje najsprzeczniejszych rzeczy — boleść z miłością. Odejmcie jéj boleść a zostawcie miłość, to zalotnica tylko pusta, nic więcéj; odejmcie jéj miłość, to jędza zemsty i szału. Kobieta dosięga ideału, kiedy w sercu jéj zbiegają się razem to, coby powinno zrodzić nienawiść, cierpienie, i to coby boleść odsunąć od niéj powinno, miłość. Jeden ślub dwóch uczuć sprzecznych w jedném spojonych sercu jest kolebką ideału. W dziewicy przemaga miłość, by dać siłę do zniesienia boleści, w matronie boleść góruje, ale utulona miłością.
Bez tego dwojga niepełną jest kobieta... ale i to dwoje różną jéj miarą dola wymierza... Jednéj da więcéj cierpienia, drugiéj więcéj serca, tamtéj zapóźno uczucie, innéj zawcześnie boleść... Któż policzy, kto spisze wszystkie od Agrypiny do Magdaleny, od Cenci do Jadwigi, od Lukrecyi Borgia do matki Grachów i... dajmy pokój regiestrom.
Ani pojąć, ani spisać, ani zobojętniéć, ni zapomniéć... za młodu zdaje się, żeśmy zbyt nowi, by zbadać wielką tajemnicę, potém, żeśmy za starzy, by ją zrozumiéć.
Nad obłąkaną potrzeba się litować, a cnotliwą wielbić, ale odgadnąć nie próbować. Świat stary z nich szydził, świat chrześcijański dopiéro postawił niewiastę tam, gdzie ona zostać powinna... Odzywa się jeszcze nieraz pogańska u nas niewiara; odzywa się w nich szyderstwo pogańskie... ale dalekośmy od tych czasów, gdy w jéj uśmiechu nic a nic prócz ząbków białych, w wejrzeniu nic prócz żądzy, w piersi nic krom fałszu zręcznego nie widziano... czujemy, że serce mówi, że usta prorokują, że pierś łkać umié i płakać... a nad upadłą litujemy się sami w piersi, bo jéj wina jest naszą wina... poszła osamotniona, gdzieśmy ją poprowadzili... czyż wiedziała, gdzie prowadziła droga? Najzepsutsza miała jeszcze łzę, gdzie my jużeśmy nic nad rozpacz nie znaleźli.
Więc jest aniołem? spytacie.
Więc jest szatanem może?... Więc ja wam nie powiem, bo nie wiem, czém jest, nie wiem, czém nie jest... nie kuszę się odgadnąć, czém być może... ale myślę i myślę i chylę głowę przed niedocieczoną tajemnicą, która staje mi granitowym sfinksem egipskim na wieki.
Dajcie jéj krzyż — pojmę ją może wówczas świętą... a obleczoną w szatę pokutną; — na świecie, w życiu nie rozumiem... trwożę się... milknę...
1861.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.