Żywot i przygody Imci Pana Józefa Gabryela z Gozda Hrabi Gozdzkiego, Wojewodzica Podlaskiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Żywot i przygody Imci Pana Józefa Gabryela z Gozda Hrabi Gozdzkiego, Wojewodzica Podlaskiego
Podtytuł urywek
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Żywot i przygody Imci Pana Józefa Gabryela
Z Gozda Hrabi Gozdzkiego,
Wojewodzica Podlaskiego.
(urywek).


Marszałkiem wielkim koronnym był podówczas Bieliński Frańciszek, który po Mniszchu tę godność piastował; człowiek wielkiego znaczenia, charakteru gwałtownego, dumny władzą i nieszanujący nikogo. Obawiano się jego absolutności, która przy sile, jaką dawał urząd, istotnie straszną była. Ojca mojego niebardzo ludzie szanowali, a Bieliński za boże nie miał go stworzenie. Wojewoda unikał spotkania z nim, bo rzadko kiedy czego nie oberwał, ratując się tém, że z nim styczności nie miał. Nieszczęście chciało, żeby u Małachowskich się zeszli, a że zdawna krzywo na się patrzyli, w pierwszym początku rozmowy marszałek zaraz coś ojcu przyciął. Gozdzkich krew ozwała się w starym i plunął także ostrym wyrazem. Od słowa do słowa, poczęli sobie przymawiać coraz kwaśniéj i do tego przyszło, że wojewoda mu rzekł: „Chociażeś waszmość marszałkiem, nie mieniałbym jego laski na mój kij sękaty“. Bieliński, jak był pasyonat, tak się rozżarł i zapomniał, że powstawszy z krzesła, przystąpił do niego i począł go lżyć ostatniemi słowy, a w ostatku zakończył:
— Milcz... bo możesz się we dwadzieścia cztery godzin ze Świętą Trójcą zobaczyć!
Ojca mojego wyprowadzili, ale że dużo było téj sromoty naszéj świadków, że przeciw dumnemu starcowi nic nie mógł począć, powróciwszy do domu, głowę stracił prawie z żałości i gniewu.
Ja o tém nic nie wiedziałem, bom rzadko tam, gdzie ojciec, bywał, mając swoje towarzystwo; wtém wchodzi do mnie nasz marszałek dworu Paporski, nocą, kiedym do mojéj izdebki powrócił, i powiada mi, żebym szedł na górę do jegomości, bo się jakieś zdarzyło nieszczęście. Jużem był kontusz zrzucił i rozpasał się; porwawszy tedy na się, com pod ręką znalazł, skokiem stanąłem w sypialni ojca. Widzę go, z załamanemi rękoma chodzi po pokoju, a łzy mu z oczu płyną... Książę Ludwik Radziwiłł, koniuszy litewsk`i, siedzi z zaciętemi usty, oba milczą. Ledwie mnie na progu ujrzał ojciec, podszedł do mnie z jakiémś uczuciem, którego w nim nigdy nie widziałem dla siebie.
— Słuchaj waść, Józefie — rzekł — rzuć imię Gozdzkich... rzuć, dziś ono zbezczeszczone zostało.
— Kuzynie — przerwał koniuszy — uspokój się.
— Jabym się miał uspokoić! ja... ja... senator rzeczypospolitéj publicznie zbesztany, zesromocony... Jak ludziom oczy pokażę, gdy się z tym człowiekiem spotkam? Ani wyzwać na rękę... ani się pomścić.
Krew we mnie zakipiała...
— Ojcze dobrodzieju! — rzekłem — jeśli mam cokolwiek łaski, słowo tylko. Kto to uczynił? Kto śmiał to uczynić, a będziesz pomszczonym... przysięgam, będziesz pomszczonym!...
Choć w wielkim nieładzie słów i myśli, wojewoda począł mi rozpowiadać, jak się to stało. Oba starzy byli winni, bo sobie nie szczędzili przycinków, ale Bieliński stokroć winniejszy, że prywatnego człowieka urazę, marszałkostwa swego znaczeniem chciał wetować i śmiał się odgrażać.
Ledwiem się domacał prawdy, jużem się nie zastanawiał nad niczém, i postanowiłem za ojca się pomścić, na co natychmiast przy księciu koniuszym wykonałem jurament; ale na to nie zważali bardzo, mając za próżną przechwałkę. Nie było wówczas człowieka, coby się na Bielińskiego śmiał porwać, bo to pachło szubienicą we dwadzieścia cztery godzin. Myśleli, że wysapawszy się, pomiarkuję, iż mi z marszałkiem walczyć niepodobna.
Ale ja byłem w wieku, w którym niepodobieństw i niebezpieczeństw nie widzi człowiek; awantur mi się chciało, jak rybie wody; ojcowskie poniżenie dawno mi dojmowało, i gdy po długich lamentach, koło drugiéj z północy, odjechał koniuszy, ja pełną mając głowę zamiarów najzuchwalszych, zbiegłem na dół do mego mieszkania, gniewny, ale dumny, że się na coś przydać mogę.
Taka była natura moja, żem coś postanowiwszy, ani spać, ani jeść, ani się czém inném zajmować nie mógł, dopókim na swojém nie postawił; więc choć o drugiéj z północy, w téjże chwili posłałem po masztalerza i kazałem mu trzy konie osiodłać, a sam począłem się ubierać. Nie bardzom wiedział, co czynię, to tylko czułem, że nie daruję krzywdy imieniowi mojemu wyrządzonéj. Kazałem pokojowcowi memu, a miałem wówczas bardzo żwawego chłopaka Sulmierzyckiego, uzbroić się także, i zbiegłszy do stajni, samotrzeć z pokojowcem i masztalerzem dosiadłem konia i wyjechałem na ulicę. Co tam mną w téj ekspedycyi kierowało, nie wiem; jakiś instynkt, czy wola boża, dosyć, że się to, niewiele zastanawiając, czyniło, a po myśli się błąkało, żeby wartę pod pałacem marszałka napocząć i przy pierwszém spotkaniu obelgą za obelgę publicznie zapłacić, albo łeb mu roztrzaskać.
Dopiéro gdyśmy się w czarną noc znaleźli w pustych ulicach, pomiarkowałem, żem oszaléć musiał, i nie wiedziéć po co nocą wyruszył, ale już znowu wstyd było zawracać. Puściwszy tedy konia w czwał, poleciałem do pałacu Bielińskich.
Niedaleko Saskiego pałacu, zdaleka mignęły mi dwie pochodnie i kareta. Dopadam i poznaję, jakby mi sam go Pan Bóg chciał dać w ręce, marszałka, który parą ogromnych, całemu miastu znanych tarantów, powoli do siebie powracał.
Gdybym miał czas ochłonąć z pasyi, możebym się zastanowił, że głowę moję ryzykowałem, ale w téj chwili nic mię powstrzymać nie mogło. Jak-em skoro poznał, że mi los szczęśliwy daje w ręce nieprzyjaciela, pokojowcowi kazałem konie u karety chwycić, a tenby był na mój rozkaz koło młyńskie zębami porwał, konia mojego oddałem masztalerzowi, a sam rzuciłem się do drzwiczek i gwałtownie je oderwawszy, staję przeciwko Bielińskiemu.
Stary, pomimo nieograniczonéj władzy w mieście i zupełnego bezpieczeństwa o swą osobę, którą prawo otaczało strachem, poczuwając się snać do czegoś, pobladł, ale gwałtowny jak zawsze, drżał zarazem i wściekał się. Postrzegłem go przy świetle pochodni oniemiałego, z oczyma prawie z głowy wyskakującemi i drżącemi wargami.
— Słuchaj — krzyknąłem — wiesz lub dorozumiewasz się, kto jestem... bo ci sumienie wyrzucać musi, żeś starca publicznie pokrzywdził, a póki jest na świecie choć jeden imię jego noszący, tego ci darować nie możemy. Jestem Gozdzki... i przyszedłem ci to oddać z nawiązką, czémeś ojca mojego nakarmił. Jesteś podły i nikczemny, boś się rzucił na bezbronnego, boś nadużył władzy, boś szlachcica sobie równego uczynił pośmiewiskiem... Naucz się drugi raz ludzi szanować!
To mówiąc, rękawiczką uchylającego się przede mną i pieniącego się ze złości trzepnąłem po twarzy i odskoczyłem od drzwiczek.
Sam nie wiem potém, jak-em konia mojego dosiadł i do ojcowskiego domu się dostał. W dziedzińcu rzuciłem wierzchowca i wprost wbiegłem do ojca, który nie spał jeszcze.
— Jesteś pomszczony... — rzekłem wchodząc — los mi dał spotkać na ulicy Bielińskiego, i na jego twarzy zostanie niezmazana pamiątka, że śmiał Gozdzkiego upokorzyć.
Ojciec uszom zrazu wierzyć nie chciał, ale się rozradował i do piersi mnie przycisnął. Tuż przyszła refleksya, co robić, aby uniknąć dalszych takiéj sprawy następności. Kto zna wszechwładztwo wówczas Bielińskiego i moc, jaką prawo dawało marszałkom przy boku króla zostającym, ten tylko pomiarkuje, co nam groziło. Marszałek był pokrzywdzony i mściwy, w ręku miał miecz, którym sobie mógł sprawiedliwość wymierzyć; nie było sposobu uniknienia zemsty jego. Ojciec, choć mu to dogadzało, żem się za jego sprawę, własne nadstawiając życie, ujął tak gorąco, głowę stracił. Posłano po księcia Radziwiłła do porady, gdyż chwili nie tracąc, trzeba było zaraz myśléć o mojém bezpieczeństwie, nimby się Bieliński, ochłonąwszy, wziął do mnie.
O godzinie czwartéj nadjechał koniuszy i zrazu wierzyć mi nie chcąc, gdy z zeznań Sulmierzyckiego przekonał się, że wistocie tak-em się sprawił, powiedział odrazu, że innéj rady niéma, tylko mnie z kraju wyprawić. Lukta była, gdzie i dokąd, ale służył podówczas w wojsku pruskiém gienerał Małachowski, wuj mój przyszły, brat panny Barbary; do tego więc postanowili mnie wysłać. Robiło się to tak, iż konie stały nierozsiodłane, a Sulmierzycki i masztalerz czekali. Siadł wojewoda list pisać do Małachowskiego, ja na dół pobiegłem przeodziać się i chwycić, co naprędce można, zebrało się w domu dwa tysiące czerwonych złotych, i o brzasku dnia konno wybiegłem z Warszawy, niepewien, czy mnie ścigać nie będą, czy gdzie nie złapią... Na wszelki przypadek byliśmy zbrojni dobrze, miałem dwie pary pistoletów, pałasz i nóż turecki za pasem; Sulmierzycki także, i bylibyśmy dziesięciu się napastników nie zlękli.
Dopiéro za miastem, gdy mnie chłodniejsze objęło powietrze i ranek zmęczenie nocne dał uczuć, począłem egzaminować przeszłość i przyszłość moję, z pociechą widząc, żem nic nie uczynił, czegobym z ochotą nie powtórzył znowu. Sumienie miałem spokojne, strach jakoś nigdy nie miał przystępu do serca mojego, przyszłość się śmiała. Król pruski właśnie siedmioletnią zabawiony był wojną, dobrego żołnierza, jak ja; odrzucić nie mógł, a kto wié, jaka tam pod okiem takiego wodza dla mnie otworzyć się mogła karyera. Czułem w sobie i męstwo, i potrzebę zajęcia. Warszawa stęchlizną mi śmierdziała, i choć po-za sobą zostawiłem nie lada węzełek do rozplątania, z dobrym humorem jechałem ku nieznanéj przyszłości. Ojciec mi dał znać potém, że nie daléj jak w pół godziny po moim odjeździe, nasłany na pałac nasz inspektor sądów marszałkowskich, z żołnierzami i pachołkami, zasztukał do bramy. Dopominano się, aby mnie wydano, ludzie powiedzieli, żem nie nocował, bo tak już byli nauczeni. Strzęśli tedy pachołkowie dwór cały od strychu do piwnicy, nie mijając najmniejszego kącika, szukając i pod łóżkami, i po szafach, ale naturalnie śladu już winowajcy nie było. Pobrano ludzi do aresztu, pogoni jednak nie porozsyłano, i dali mi swobodnie za granicę pruską się przeprawić. Jam tedy prosto do obozu, wiedząc, że tam jest gienerał Małachowski, pociągnął. Paszport miałem wyrobiony na imię Krzysztofa Sławińskiego, którego nigdy na świecie nie było, i z tém nazwiskiem meldowałem się po drodze, Gozdzkiego do kieszeni schowawszy.
Nie było to bez racyi, gdyż zemsta Bielińskiego i za granicą ścigać mię mogła. Małachowski przyjął mnie dobrze, ale na razie, gdy wyegzaminował, co umiem, i popatrzył mi w oczy, uznał jeszcze potrzebném w pruski egzercyrunek mnie wdrożyć i kazać mi się uczyć mustry, wedle obyczaju, który tu ściśle był przestrzegany. Wziął mnie jednak za swojego adjutanta, a nimbym mu się mógł przydać do czego, używał do kancelaryi. Wojsko pruskie w owym czasie składało się nie z samych Niemców, ale z najrozmaitszego pochodzenia ludzi; byli w nim pochwytani i pozaciągani różnemi sposoby, bo i gwałtem, awanturnicy z całego świata, pod karabin postawieni księża, a między tym tłumem różnojęzycznym, dosyć téż Polaków, którym w domu gnuśny pokój nie smakował.
Człek tedy nie był zbytecznie odosobniony, bo choć wolontery polskie w wojsku pruskiém nie mogły się poszczycić ani imionami sławnemi ani wychowaniem wytworném, byli to ludzie nic nie mający do stracenia, wszakże człowiek choć przez ich usta słyszał miłą mowę swoję i miał się do kogo obrócić.
Byłem naówczas w kwiecie wieku i mogłem się na żołnierza podobać, choćby królowi pruskiemu, który łokciem mierzył swoich gwardzistów i o wzrost dbał więcéj niż o serce. Pan Bóg mi dał i postawę dzielną, i twarz piękną, i ramiona szerokie, i oko wesołe, i usta uśmiechnięte nawet w biedzie, a humor prawdziwie wówczas miałem żołnierski. Nigdym się nie zachmurzył, nie zatrwożył i nie dał wziąć pomieszany, przytomność największą i porywczość téż miałem wielką; ale pobywszy w obozie, który niedaleko był austryackiego feldmarszałka Laudona, trzymany przez Małachowskiego na pasku, żebym jakiego wybryku nie zrobił, nie spróbowawszy jeszcze pałasza i nie powąchawszy prochu, nudziłem się, że mnie w kancelaryi ciągle zamykano.
Dosyć długi czas nie było na to rady. Małachowski mi wciąż odpowiadał: — Przyjdzie i do tego, poczekaj. Czekaj! czekaj! a tu korciło, mundur już nosząc ochrzcić go krwią nieprzyjacielską i czémś się odznaczyć, bo taką miałem zawsze naturę, żem spokojnie w kącie siedziéć nie potrafił. Chciało się próbować, czy téż Niemiec się bije i jak, a nie miałem ich za boże stworzenia, wyobrażając sobie tylko takich Niemców, jakich u nas widać za warsztatem, co krzyczą czasem, ale przed pałaszem się chowają do dziury.
Raz i drugi tedy Małachowskiego proszę: — Kochany gienerale, dajże mi téż mięsa białego spróbować. Coż ze mnie za żołnierz, kiedym jeszcze nawet na żart w pole nie wyszedł...?
Ten się trochę śmiał, ale pod różnemi pozorami nie puszczał, nudząc musztrą, która więcéj czasu brała, niż wszystko. Mnie się zdawało, że to na nic nieprzydatne, ale pruski żołnierz był lalką, którą musiano nieustannie stroić, przestawiać, prostować, szykować, aby z niego jakąkolwiek całość zrobić, bo toby inaczéj jedno się drugiego nie trzymało.
Tak mi w końcu obozowe życie dojadło, żem już wytrzymać nie mógł i postanowiłem najmocniéj czémś się przecież odznaczyć.
W regimencie Małachowskiego najwięcéj było Polaków, z temi tedy najprzód porozumiéć się przyszło. Pieniądze miałem i wcalem ich nie żałował, żołnierz był skąpo płatny i w wielkim trzymany rygorze; gdym więc począł ich poić i karmić na mój rachunek, a z niemi za pan brat sobie poczynać, w krótkim czasie zjednałem ich sobie do jednego, tak, iż byliby się pokrajać dali za mnie.
Gdziem się w obozie pokazał, otaczali mnie i na rękach nieomal nosili, ale téż nigdy na sucho się nie obeszło i zawszem spotkanie przypłacił. Jużem tak kilka miesięcy nowicyatu odbył uprzykrzonego wielce, gdy jednego wieczora znalazłszy Małachowskiego w usposobieniu powolniejszém, jąłem go prosić, ażeby mi na patrol nocny jechać pozwolił.
— Tobie się chce koniecznie głupstwo jakieś zrobić, a mnie i sobie kłopotu... dałbyś spokój. Spodziewamy się bitwy, no to sobie pozwolisz i mięsa niemieckiego sprobujesz... miéjże cierpliwość.
Wyperswadować mi było trudno, kiedym się na co uwziął; jak-em go jął modlić, i prosić, i przekonywać, choć przeciw przekonaniu, dał mi nocny patrol dowodzić. Obozy nasze prawie się z sobą stykały, wyleciałem z komenderówką gdyby szalony wprost do moich, i dałem sobie słowo, skorzystać z okoliczności. W bitwie żadnéj jeszcze nie byłem, chciało mi się jéj nad wszelki wyraz... nudziło mnie już to patrzenie na Austryaków... Więc konia siodłać, zbroję się, ludzi wziąwszy za obóz wyjeżdżamy; tu kazałem im stanąć; a byli prawie sami Polacy i przyjaciele moi.
— Słuchajcie, ichmoście — rzeknę — za ten patrol, któremu kazano stać i patrzéć, ja odpowiadam jako dowodzący... dla was z przestąpienia rozkazów niéma żadnego niebezpieczeństwa, moja głowa za to odpowiada...
Dobyłem worka z kieszeni.
— Otóż macie każdy gemejn po dukacie, sierżant po trzy dla ochoty, a musimy dziś Austryaków przydybać i z niemi się spróbować.
W pobliżu obozu była karczma, w pobliżu któréj zastanowiliśmy się. Kazałem beczkę wytoczyć i na humor pić im dałem, ile chcieli, ale jednak tak, aby się nikt z nóg nie zwalił. Pilnowali sierżanci.
Kiedy już dobrze podochoceni zostali, zawołałem na koń, sam siadłem i mówiłem do nich tak:
— Trzeba się nam czémś odznaczyć, jest nas garść Polaków, między obcemi żaden jeszcze nic takiego nie zrobił, czémby Prusaka przekonał, że mężniejszego żołnierza i ludzi większego serca od nas niéma na świecie. Panowie bracia! dziś, albo nigdy! Musimy im pokazać, czém jesteśmy... Łatwo nam przebaczą, gdy powiązanych przyprowadzim Laudonowskich baranków... Zgoda?
— Zgoda!
— Dla sławy oręża polskiego — dodałem — naprzód!
Zamruczało kilku, ale słuchać musieli...
Noc śpiesznie nadchodziła i my pociągnęliśmy ku linii patrolowéj. Kapral dostał języka zaraz, że trzechset Austryaków najspokojniéj sobie w poblizkiéj na stronie karczmie rozłożyło się nawet bez placówek. Nie mogłem tego zrozumiéć, czemuby tak mało się nas spodziewali; ale okoliczność zdawała się jedyna. Na nieszczęście nic o tém nie wiedziałem, że między armiami naszemi, tegoż ranka, kilkodniowy zawarty był rozejm...
Na miejscu wyznaczoném do placówki zostawiwszy tych, co iść nie chcieli na wyprawę ze mną, sam w 60 ludzi posunąłem się ku karczmie, do któréj światło nas prowadziło. Zbliżyliśmy się w cichości największéj; rozstawiłem straże wokoło, objąłem karczmę, opasałem ją, opanowałem naprzód bez wystrzału konie, które stały w zagrodzie nieco opodal. A potém z krzykiem na dany znak mój rzuciliśmy się na gospodę.
Myślałem, że do żwawéj przyjdzie utarczki, bo Austryaków było cztery razy tyle co nas. Huknęliśmy więc dając po razu ognia. Harmider się wszczął wielki; z rzadka tam wystrzelili do nas, ale bez szkody. Wypadli, ale żeśmy ich ze wszech stron objęli, musieli się poddać prawie bez oporu. Nuż ich tedy wiązać jak baranów, a ja, szczęśliwy jak nigdy, obliczywszy się postrzegłem, żem ich trzechset ułowił. Wytoczyłem w karczmie, co było, dla swoich ludzi, i skoro świt, do obozu ze zdobyczą, wyobrażając sobie, żem heroicznego dzieła dokonał, które mnie u króla sławę i estymacyą nie lada wyjedna...
Żem się w téj wyprawie dobrze zaszargał i ubłocił, poszedłem się przebrać do mojéj kwatery, chcąc zaraz zameldować zdobycz gienerałowi Małachowskiemu. Wskok to odbyłem i już lecę do jego namiotu, gdy widzę, że mnie austryacki parlamentarz poprzedza. Wpuszczono go naprzód, zabawił chwilę. Ja stoję, aż mi się w piersi gotuje, żeby się pochwalić... a tu ledwie się Austryaka pozbył Małachowski, wypada na mnie rwąc włosy na głowie.
— Taś to WPan tego nieszczęścia sprawcą?
— Jakiego nieszczęścia? panie gienerale... przyprowadziłem trzechset Austryaków wziętych przeze mnie w niewolę.
— A bodajby cię byli dyabli wprzód wzięli, szaleńcze, waryacie! — w wojsku nie heroizmu, ale posłuszeństwa potrzeba przedewszystkiém. Kto ci kazał napadać, bić się i rozejmu nie szanując, awanturę robić?
— Ale ja nie wiedziałem o rozejmie!
— Do aresztu! pod wartę! — krzyknął Małachowski — pod sąd wojenny! Tylko co odszedł oficer od Laudona, skarżący się na złamanie prawa narodów i nieposzanowanie rozejmu. I tak już wojsko pruskie złéj famy używa. Zbezcześciłeś nas w oczach nieprzyjaciół! Co król powie? co król powie?
Po desperacyi Małachowskiego zmiarkowałem, jakie-m głupstwo zrobił, ale na to nie było rady.
Trzeba wiedziéć, że rozejm ten nie łatwo było wyjednać, a król pruski wszelkich praw wojskowych ścisłym był przestrzegaczem; zrobiło się więc z tego, że com z Warszawy uciekł od sprawy gardłowéj, tom znowu w niebezpieczeństwo życia najniespodziewaniéj popadł.
Małachowski natychmiast kazał mię aresztować, i po minach otaczających i ze słów ich zmiarkować było łatwo, że sąd wojenny żartować nie będzie. U nas w Polsce szlachcicowi łatwiéj się było zawsze wykręcić, to protekcyą, to pieniędzmi, to łaską, to układem, ale w pruskiém wojsku srogość była niezmierna, i król dowiedziawszy się o zgwałceniu rozejmu, przysiągł, że nie daruje winowajcy, który wojsko jego jak garść awanturników, nieznających porządku i ładu, skompromitował.
Wzięto mnie pod wartę ostrą; nie było sposobu pomyśléć o ucieczce nawet, a w godzin dwie stawiono przed sądem. Ani wiem, com tam gadał i jak-em się tłómaczył; bo wśród tych nocnych i dziennych wypadków i najmniéj spodziewanego końca zupełniem stracił, pierwszy raz w życiu, przytomność.
Miałem przy sobie ciągle starego unteroficera, Sandomierzanina Wołkowskiego, ciurę i pijaka, ale poczciwego serca człowieka, który się do mnie był niezmiernie przywiązał.
Pod noc, kiedy siedząc medytuję nad marnością rzeczy ludzkich, wchodzi Wołkowski, ale jakby go z krzyża zdjęto, napiły widocznie i cały we łzach.
— A co, panie poruczniku?... kiepsko.
— Cóż się tam dzieje? — zawołałem.
— Nic, tylko pana słyszę powiesić mają w środku obozu i już szubienicę stawić kazali.
Skoczyłem wściekły.
— Rozstrzelają chyba! — zawrzałem.
— Gdybyż choć tak... ale mówię, że król gniewa się i na szubienicę skazał... przypadłem do pana po dyspozycyą... Sulmierzycki powiada, że pan jeszcze dosyć masz pieniędzy... te Prusaki gotowi zabrać. Każ pan nam Polakom je rozdać... wiernieśmy panu służyli, a teraz przez niego biedę cierpim...
Płakał, łzy rękawem ocierał i do kolan mi się kłaniał. Przekonany jestem, że miał do mnie przywiązanie, ale jako żołnierz życia nie cenił bardzo, i już się obywszy z tą myślą, że mnie powieszą, żałował tylko mojego grosza, żeby go Prusacy nie przywłaszczyli.
— Czyż mnie gienerał Małachowski nie potrafi obronić? — zawołałem do Wołkowskiego — to być nie może. Cóżem zresztą tak strasznego zrobił? Trzebaż mi było powiedziéć o rozejmie, kaduk ich tam wiedział... a żołnierzowi zawsze siekaniny się zachce... Powinni byli przestrzedz.
— Komenda była: stać na patrolu i nic więcéj.
— U tych dyabłów wszystko po komendzie, a nie po sercu... Ale zjedzą licha, żebym im się dał powiesić.
Wziąłem parę pistoletów do kieszeni i siadłem.
— A tłomoczek, panie poruczniku? — pyta płacząc Wołkowski.
Ażem go połajać musiał, żeby się pozbyć. Mnie chodziło o życie, a temu o dukaty moje, bo już mnie miał za skazanego bezpowrotnie na tamten świat.
Posłałem go do gienerała, prosząc, aby się ze mną chciał widziéć. Sam nie wiedziałem co począć; pojęcie niebezpieczeństwa powoli mię przejmowało i jakoś na przemiany to wściekłość ogarniała, to żal niewymowny życia, które marnie dla popisu utracić miałem.
W dodatku, ta sromotna szubienica, którą widziałem przed sobą, dreszczem mnie przejmowała. Chodziłem jak obłąkany, ale już nic nie mając do stracenia, postanowiłem drogo sprzedać życie i bronić się do upadłego.
W moment powraca Wołkowski, z doniesieniem, że gienerała niéma, bo do królewskiéj kwatery wezwany, tłómaczyć się pojechał.
Trochę życia wstąpiło we mnie, bom czuł, że mnie tak nie da obwiesić, nie spróbowawszy szabli. Ale z Fryderykiem II sprawa była ciężka, gdy co postanowił, i w dyscyplinie militarnéj ludzkie życie za fraszkę się liczyło.
Wołkowski wciąż u drzwi, a co chwila mi tłomoczek i dukaty przypomina, żebym ich Prusakom skonfiskować nie dał; małom go nie ubił z gniewu. Późno w noc posłałem znowu do Małachowskiego, ale jeszcze nie powrócił.
Wiele się w życiu przebyło na wozie i pod wozem, mospaneńku, ale téj nocy szubienicznéj, i tego czém mnie ona nakarmiła, nie zapomnę do śmierci; jeszcze mnie przechodzą śmiertelne dreszcze, gdy mi to na myśl przyjdzie; a we śnie ów namiot i Wołkowskiego u drzwi, i tę ciszę przerywaną tylko obozowym obluzem warty, często jeszcze mam na oczach.
Gdyby tak dziś gardło dać przyszło, jużby to takiego nie zrobiło wrażenia; ale wówczas, gdy byłem w pełni sił i życia; gdy mi się uśmiechało wszystko, i jeszcze dla tych pluder niemieckich pójść na szubienicę jako złodziéj... nie zdziwisz się, gdy ci powiem, żem omal nie zwaryował. Rzucałem się w najdzikszych projektach, między któremi było i wartę moję ubić, a pieszo uciekać z obozu, i domagać się widziéć z królem, i kaduk wie co... Ale co to natura; nad rankiem, mimo tego niepokoju, który mną miotał, sparłem się na stoliku i tak-em nie wiedząc jak zasnął. Sen był dalszym ciągiem tego, co mnie dręczyło na jawie, przerywany i gorączkowy. Zerwałem się z niego, sądząc, że mnie na śmierć już prowadzić mają, gdy ujrzałem starego Małachowskiego, który mnie targnął za rękaw, żeby mnie obudzić.
— Gienerale, ratuj! — wykrzyknąłem, rzucając się ku niemu.
— Szalonego nikt uratować nie może, kiedy sam głową w przepaść leci... — surowo odezwał się Małachowski. — Byłem u króla, musiałem mu powiedziéć wszystko, wydać imię twoje, odkryć pokrewieństwo, rozczulić go młodym wiekiem i nieświadomością prawa... prosiłem i błagałem, ale Fryderyk jest surowy.
— I cóż?
— Nie daje się zmiękczyć; jedź wpan ze mną... sam staniesz przed nim i będziesz się tłómaczył...
Trochę ducha wstąpiło we mnie.
Szarzeć poczynało, gdyśmy stanęli przed domkiem dosyć lichym, który Fryderyk zajmował; dotąd widywałem go tylko zdaleka na paradzie, z laską i tabakierką, dziwnie do bohatera niepodobnym; teraz miałem się zbliżyć w chwili stanowczéj, która los mój miała rozstrzygnąć.
W domu tym nic nie znamionowało króla, nawet naczelnego wodza. Była to kurdygarda dymu pełna, piwem trącąca i brudna... Ogromne draby trzymali wartę w sieniach... cisza panowała, surowo zachowywana.
Weszliśmy z gieneralem do izby, w któréj dwie świece w prostych lichtarzach paliły się na niepomalowanych stołach. Czekał w niéj jakiś starszy wojskowy z raportem i parę mniéj znaczących figur. Mnie postawiono u drzwi... Drzwi od gabinetu królewskiego były zamknięte, milczenie przerywane tylko szczękiem broni w sieniach... Czekaliśmy chwilę wiekuiście długą; naostatku wezwano gienerała do króla, i drzwi znowu zamknięto. W oczach mi się ćmiło, gdy usłyszałem nazwisko moje, i jakiś wojskowy wepchnął mię raczéj niż wprowadził do gabinetu.
Był to pokój nie wielki, wcale nie przybrany, w środku stół kawałkiem sukna przykryty, na nim zegar stary leżący, papierów kupa, mapy i fletrowers. Gienerał stał z boku, a przeciw sobie ujrzałem króla, w wyszarzanym i połatanym mundurze, w kapeluszu na głowie, przypatrującego mi się z miną surową. Twarz jego czysto niemiecka miała w sobie coś dziwnie poważnie śmiesznego, długa, wyciągniona i nastrojona surowo, a jednak nie budząca poszanowania, strach jakiś raczéj. Rysy były zwiędłe, zmarszczki głębokie, oczy wpadłe, ale przenikliwe wzrokiem... Prosty żołnierz wykwintniéj od niego był ubrany, tak jakoś brudno wyglądał!
Najprzód w milczeniu obejrzał mnie od stóp do głowy okiem znawcy, który ocenia człowieka jako żołnierza, i znać postawa moja, wzrost, mina, musiały go korzystnie uderzyć. Zaraz złagodniała twarz i lekki, niedostrzeżony uśmiech przeleciał po ustach bladych i wązkich.
— Waćpan jesteś ten foedifragus? — spytał po francusku — Wiesz, co cię czeka?
Żem o tém dobrze wiedział, szubienica obiecana dodała mi odwagi i słów mi w gębie nie zabrakło.
— Co możesz powiedziéć na usprawiedliwienie swoje? — podchwycił krok odstępując.
— Najjaśniejszy panie — odezwałem się — unikając prywatnéj Bielińskiego zemsty, uciekłem do obozu waszéj królewskiéj mości, ciesząc się, że w tém miejscu zbierać będę laury rosnące obficie pod okiem Fryderyka... Pałałem żądzą wsławienia się jakimkolwiek czynem, lecz gienerał Małachowski bronił mi i zagradzał wszelką odznaczenia się drogę... Gdym go wreszcie uprosił, że mi dozwolił wynijść z patrolem, chciałem tę pierwszą chwilę czynnéj usługi waszéj królewskiéj mości uświetnić jakim czynem godnym pamięci; rozumiałem, że w osiemdziesiąt koni zabierając trzechset Austryaków, zasłużę sobie i rodakom moim na pochwałę, a tu los przeciwny śmiercią mi haniebną za to zagraża, com mniemał godném nagrody.
Ta mowa moja widocznie się podobała. Zażył tabaki, uśmiechnął się nieznacznie i począł coś na stoliku machinalnie przezierać, poglądając na mnie w milczeniu z ukosa.
— Jakże waćpan chcesz, bym na to poradził — odezwał się po chwili namysłu Fryderyk, oddając mi życie, które w piersi wstępowało. — Cóżbyś zrobił, gdybyś był na mojém miejscu?
Stawił mnie na dziwnéj próbie, zadając to zapytanie, z którego wypadało wyjść bez upodlenia i przytomnie; szczęściem jużem czuł, że szubienica była daleko i żywo odparłem:
— Najjaśniejszy panie, gdyby to ode mnie zależéć miało, kazałbym dla uspokojenia Laudona, powiesić na szubienicy portret oficera Sławińskiego, a Józef Gozdzki, wdzięczen za ocalone życie, wiernieby służył monarsze, największemu w Europie wodzowi.
Uśmiechnął się Fryderyk, spozierając na Małachowskiego. Sprawa była wygraną widocznie.
— Zgadłeś, właśnie, żem tak chciał uczynić — odezwał się po chwili. — Idź waćpan i nie grzesz więcéj... — rzekł kończąc żartem. — Mam nadzieję, że mi z twojém męstwem przydasz się na polu bitwy.
Skłonił głową, a ja nizki oddawszy pokłon, co najprędzéj się wyniosłem, oczekując w przedpokoju na Małachowskiego. Alem już głowę podniósł, ożył i pilno mi było wyjść, aby odetchnąć powietrzem na nowo z tą nadzieją przyszłości, któréj przed chwilą byłem pozbawiony, a która mi teraz nektarem smakowała, jakbym się na świat narodził.
Fryderyk Wielki wydawał mi się teraz największym i najmędrszym z monarchów świata całego i gotówem był za niego do ostatecznéj kropli krwi przelać.
Tegoż samego dnia nastąpiła egzekucya Sławińskiego, którego imię i wizerunek powieszono na szubienicy pośród obozu Laudona; osoba bowiem się nie znalazła, a Józef Gabryel Gozdzki pod własném imieniem wstąpił w aktualną służbę króla pruskiego, w regimencie Małachowskiego, jako podoficer.
Otóż jak się ta sprawa, która szubienicą pachła, szczęśliwie skończyła, a Wołkowski łzy otarł przy kieliszku.

1859.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.