Katorżnik/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Siwiński
Tytuł Katorżnik
Podtytuł czyli Pamiętniki Sybiraka
Data wydania 1905
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Polska
Drukarz Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział vi.

Kolej aresztancka.

Dnia 3. listopada 1863 roku wsiedliśmy na Pradze do wagonów aresztanckich. Kto w życiu swojem jechał dłuższy czas koleją, ten musi mi to przyznać, jak taka dłuższa jazda męczy człowieka, chociażby jechał nawet pierwszą klasą. Proszę sobie tedy wyobrazić, jak musiał wyglądać ów człowiek, ktory bez wysiadania jechał aresztancką koleją przez trzynaście dni i nocy! Wagony aresztanckie nie wiele wprawdzie różnią się od wagonów trzeciej klasy, najważniejsze atoli jest to, że nie posiadają okien zwykłych wagonów, lecz tylko u góry wązkie i małe okienko okratowane, przez które nic widzieć nie można. Ławki do siedzenia są wązkie i szczupłe, przedziały tak małe, że kolana pomiędzy kolana sąsiada trzeba wkładać, aby się pomieścić, środkiem zaś wozu biegnie korytarz dla dyżurnego żandarma. W każdym wagonie jest także ustęp. Do takich to wagonów naładowano nas jak śledzi do beczki. Trzeba wiedzieć, że pociąg aresztancki z każdej stacyi odchodzi ostatni, to też na każdej stacyi trzeba było stać dwie, trzy a nieraz i cztery godziny, zanim wszystkie pociągi poodchodziły, wówczas my mogliśmy odjechać.
Przedstawić więc sobie można, co się działo z naszymi członkami! O spaniu też mowy być nie mogło w takich prasach; otóż jeżeli kto chciał się zdrzemnąć, to właził pod ławkę, rozumie się jeżeli się pomieścił. Później nawet tak się urządziliśmy, że co dwie godziny każdy kolejno szedł pod ławkę, aby módz swe członki i mięśnie ponaciągać! Najprzykrzejszą okolicznością było dla nas to, że razem z nami w tych samych wagonach i na tych samych warunkach jechały równisz i kobiety, kobiety-patryotki. Mdlały one nieraz z bolów i kurczów. Wikt mieliśmy telegraficznie na stacjach zamówiony; gdy pociąg nadszedł, lub gdy już wszystkie inne pociągi poodchodziły, wtedy my w asystencyi żandarmów, szliśmy do sali jadalnej, gdzie już potrawy były na talerzach gotowe. Śniadanie i kolacye jedliśmy w wagonach; ograniczały się one na szklance herbaty.
W taki sposób i w tych torturach przejechaliśmy gubernie: Warszawską, Augustowską, Grodzieńską, Wileńską, Witebską, Pskowską — do Petersburga, czyli 1500 wiorst!

separator poziomy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Siwiński.