Katedra Notre-Dame w Paryżu/Księga druga/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Victor Hugo
Tytuł Katedra Notre-Dame w Paryżu
Podtytuł (Notre Dame de Paris)
Rozdział Dalszy ciąg przykrych następstw
Wydawca Polski Instytut Wydawniczy „Sfinks“
Data wydania 1928
Druk Neuman & Tomaszewski
Miejsce wyd. Gdańsk; Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Notre Dame de Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
V
Dalszy ciąg przykrych następstw.

Gringoire, ogłuszony uderzeniem i upadkiem, leżał na bruku opodal figury Matki Boskiej. Powoli przychodził do siebie; początkowo ujęty jakby półsnem, wcale przyjemnym, widział przed sobą postacie cyganki i kozy, to znów potężną pięść Quasimodo. Stan ten jednak nie trwał zbyt długo. Dokuczliwe uczucie chłodu w tej części ciała, która stykała się z brukiem, obudziło go nagle i przywróciło mu świadomość rzeczywistości.
— Skądże ten chłód? — zapytał się nagle. I teraz dopiero zauważył, że leżał pośrodku kałuży.
— Djabeł nie człowiek z tego garbatego cyklopa, — mruczał przez zęby, usiłując się podnieść. Zanadto był jednak ogłuszony i potłuczony. Rad nierad musiał pozostać na miejscu. Miał jednak wolną rękę; nią więc zatkał sobie nos i poddał się swemu losowi.
— Błoto paryskie, — myślał (a przecież mógł to przewidzieć, że w rynsztoku jedynie znajdzie nocleg) — jest dziwnie cuchnące, musi zawierać wiele soli lotnych i saletrowych. Zresztą, tego zdania jest mistrz Mikołaj Flamel i uczeni alchemicy...
Słowo „alchemicy“ przywiodło mu na myśl archidjakona Klaudjusza Frollo. Przypomniał sobie gwałtowną scenę, której był przed chwilą świadkiem; cygankę szamocącą się z dwoma mężczyznami i towarzysza Quasimody; i stanęła mu przed oczyma zasępiona i dumna postać archidjakona: „Toby było niezwykłe!“ — pomyślał i zaczął w myśli wznosić fantastyczną budowlę swych domniemań; wkrótce jednak porzucił filozoficzny domek z kart i powrócił do rzeczywistości.
— No tak! ale ja tu zamarznę! — zawołał.
Coraz trudniej było mu wytrzymać w tej pozycji. Cząsteczki wody w kałuży zabierały cząsteczki ciepłe z pleców Gringoire’a i ciepłoty tych dwu ciał w sposób bardzo dotkliwy starały się wyrównać.
Na domiar złego innego rodzaju przykrość spotkała go niespodzianie.
Gromada chłopców, tych małych, zdziczałych, bosonogich urwisów, znanych od niepamiętnych czasów na bruku paryskim pod uświęconą nazwą „gamins“, którzy, jak to dobrze pamiętamy, obrzucali nas kamieniami, gdyśmy jako dzieci wychodzili wieczorem ze szkoły za to, żeśmy mieli spodnie (mniej podarte od nich — oto gromada tych małych hultajów biegła ulicą ku miejscu, gdzie leżał Gringoire, śmiecąc się i krzycząc i nie troszcząc się wcale o sen sąsiadów. Za sobą ciągnęli rodzaj niekształtnego worka; a odgłos ich drewnianego obuwia byłby w stanie obudzić umarłego. Gringoire zatem, który jeszcze nie był nieboszczykiem, podniósł się połową ciała.
— Hennequin Daudèche, Janie Pincebourde! — darli się z całych sił, — stary Eustachy Moubou, handlarz żelaza, umarł dopieroco, zabraliśmy jego siennik, podpalimy go i urządzimy sobie fajerwerk. Będzie to na cześć Flamandów!
I oto malcy cisnęli siennik prosto na Gringoire, nie zauważywszy go wcale. Równocześnie jeden z nich chwycił garść słomy, którą chciał zapalić od lampki, palącej się przed figurą Matki Boskiej.
— Do wszystkich djabłów, — mruknął Gringoire, — gotówem jeszcze spocić się porządnie!
Chwila była niebezpieczna. Łatwo mógł się znalezć między wodą a ogniem; zrobił nadludzki wysiłek, wysiłek fałszerza monety, którego mają wrzucić do kipiącej wody i który próbuje wymknąć się oprawcom. Skoczył na równe nogi, odrzucił siennik na uliczników i uciekł co siły w nogach
— Matko Boska! — wrzasnęły dzieciaki, — handlarz zmartwychwstał!
Z kolei oni rzucili się do ucieczki.
Na placu walki pozostał jedynie siennik.
Belleforêt, ojciec Le Juge i Corrozet zapewniają, że następnego dnia kler sąsiedniej parafji zabrał go z wielką pompą i umieścił w skarbcu kościoła św. Opportuny; a zakrystjan tego kościoła jeszcze w roku 1789 miał piękny dochód z wielkiego cudu figury Matki Boskiej na rogu ulicy Mauconseil; przez samą bowiem bliskość tej figury, pamiętnej nocy z 6 na 7 stycznia 1482 roku został egzorcyzmowany nieboszczyk Eustachy Moubou, który w zamiarze spłatania figla djabłu, umierając, złośliwie przemienił swoją duszę w siennik.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: anonimowy.