Karjera panny Mańki/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Karjera panny Mańki
Podtytuł Powieść
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wydania 1935
Druk P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ X.
W mieszkaniu Hipcia.

Wskoczyli do stojącej na rogu taksówki.
Była godzina druga po północy, mżył drobny deszczyk i zrzadka migali zapóźnieni przechodnie, tulący twarze w podniesione kołnierze palt, chroniąc się od jesiennej słoty.
Auto mknęło szybko przez puste i zamglone ulice.
— Dziwne, dziwne — mamrotał Welesz — w jakim celu kłamała? Czemu nie zjawiła się zaraz w domu? Dlaczego chciano się mnie pozbyć?
Mańkę również dręczyły tysiączne pytania. Ciekawa była co powie Weleszowa gdy ich ujrzy razem — o ile w mieszkaniu będzie — i jaki rozmowa obrót przyjmie...
Rychło znaleźli się przed domem, w którym zamieszkiwał Welesz. Do mieszkania znajdującego się na parterze, prowadziło wejście bezpośrednio od ulicy, nie przez ogólną bramę. — Hipcio uważnie spojrzał w okna — wszędzie panowała ciemność, a może li tylko okiennice nie przepuszczały z zewnątrz światła. Otworzył drzwi z klucza, wszedł, przekręcił kontakt elektryczny, i snop światła padł, oświetlając schody, wysłane puszystym dywanem.
— Proszę! — wskazał Mary drogę, a gdy znaleźli się wewnątrz, zatrzasnął drzwi, dodając:
— Zresztą pójdę pierwszy...
Niezwykle zaintrygowana podążyła za nim na górę. Zapalane po drodze lampy ujawniły bogate choć nieco staroświeckie urządzenie domu. Zewsząd wyzierały ciężkie rzeźbione meble, wielkie obrazy w złoconych ramach, ówdzie rzeźby i posągi.
Tak przeszli przez dwa wielkie salony, nie napotykając nikogo, a cały dom wydawał się wymarły.
— Dziwne — pomyślała Mańka — przecież tu niema nikogo.
Te same refleksje nasunąć się musiały gospodarzowi, bo rzekł:
— Musiał ktoś zażartować z pani!... Moja żona jest nieobecna... Służba śpi na drugim końcu mieszkania...
Rozchmurzył twarz, pchnął drzwi i przekręciwszy kontakt, gestem zaprosił ją do następnego pokoju.
— Oto moje sanktuarjum i gabinet... tu mieści się moja kolekcja!
Mańka obrzuciła szybko wzrokiem i gabloty i makaty i ciężkie draperje, oraz bogatą kolekcję broni, znajdującą się na ścianie i miała właśnie postąpić parę kroków naprzód, aby obejrzeć zbliska te bogactwa, gdy posłyszała rozpaczliwy krzyk:
— Złodzieje!...
Obejrzała się przerażona. Welesz stał przy jednej ze ścian, w którą była wmurowana kaseta. Drzwi schowanka stały otworem i ziało ono na pokój ciemną głębią.
— Okradziono mnie! — zawołał i gorączkowo jął grzebać w skarbczyku. Próżne musiały być te poszukiwania, bo zatoczył się aż na ścianę i począł jęczeć:
— Okradziono mnie!... Zabrano, co miałem najcenniejszego!... Moją kolekcję biżuterji... I papiery wartościowe...
— Niemożliwe! — zawołała.
— Miljon... skradziono mi okrągły miljon!... Teraz rozumiem dlaczego chciano mnie u pani zatrzymać!
Upadł na fotel za biurkiem, pochwycił się rękoma za głowę, nieprzytomnie bełkotał:
— Ona... napewno ona... Więc to miały znaczyć te przeciągane pertraktacje?... Ograbić, a później zmusić do uznania dokonanego faktu!... Co za przewrotność!... Jak świetnie udawała niewiniątko...
Dla Mańki również cała sprawa przedstawiała się aż nadto jasno. Weleszowa bawiąc potajemnie w Warszawie i sprytnie dowiedziawszy się o wszystkiem, ją sobie chciała skaptować za wspólniczkę, aby całkowicie bezkarnie i wedle swego uznania dokonać „majątkowego podziału”. Liczyła zapewne, że mąż w obawie przed skandalem do władz ze skargą się nie zwróci — bo choć ten miljon, a szczególniej zabrana biżuterja stanowiły stratę znaczną — były częścią ledwie majątku bogacza.
Uważała za stosowne doradzać:
— Należy zawiadomić policję...
Hipcio machnął bezradnie ręką:
— Policję? Nie... Przecież to mogła zrobić tylko... ona... Dość tego skandalu. Może teraz się zgodzi...
— Posądza pan swoją żonę? — rzekła, udając zadziwienie. — Rzeczywiście, jeśli przyjąć pod uwagę ową wizytę u mnie, cała sprawa wygląda bardzo niewyraźnie... Ale w każdym razie, przydałby się dobry wywiadowca, celem ostatecznego wyświetlenia zagadki. O ile pan obawia się rozgłosu, należy wezwać prywatnego detektywa.
— Nie znam żadnego...
— Znamy przecież Dena!... Mogę zaraz go powiadomić telefonicznie.
Biedny Hipcio tak był oszołomiony poniesioną stratą, że nie dał jej żadnej odpowiedzi. Siedział, niby wielka kukła woskowa, kiwając bezmyślnie głową. Zdawało się nawet, że nie słyszy, gdy dziewczyna wymówiła numer Dena. Równie obojętnie słuchał dalej jak zastawszy go szczęśliwie w domu, prosiła, aby w sprawie niecierpiącej zwłoki przybył natychmiast na ulicę Czackiego — i kiedy mu powtórzyła zapewnienie detektywa, że najdalej za dwadzieścia minut się tam znajdzie.
Oczekując, siedzieli w milczeniu.
Tysiące myśli i zapytań wirowało w głowie Mary i już miała usta otworzyć, aby wyrwać towarzysza z odrętwienia... wtem nagle...
Najwyraźniej posłyszała odgłos kroków...
Nie były to jednak kroki skradające, nieśmiałe, ale kroki pewne, rzekłbyś kto obudziwszy się ze snu szedł sprawdzić, co w gabinecie się działo... Może ktoś ze służby?...
Zanim zdążyła zwrócić na owe odgłosy uwagę Welesza, drzwi się rozwarły i w nich na progu ukazała się kobieta. Na jej widok głośny okrzyk zamarł na ustach Mańki, choć jej obecności winna się była spodziewać.
Na progu stała Weleszowa. Wyglądała oczywiście inaczej, niźli wczoraj, bo była w nocnej bieliźnie i na tę bieliznę niedbale narzuconym szlafroku. Wściekła zapewne być musiała na Mańkę, że ta nie spełniła jej prośby i nie zatrzymała dłużej męża, bo jej twarz krzywił jakiś wyraz zły i zawzięty.
Obrzuciwszy wzrokiem pokój i jakby nie zwracając uwagi na pełną boleści pozę Hipcia, odezwała się pogardliwie:
— Więc do tego doszło, mój panie, że pan pod rodzinny dach nierządnice sprowadza?
— Jak pani śmie! — zawołała Mańka, oburzona tą bezprzykładną bezczelnością — pani, która...
Nie dokończyła zdania, bo Welesz w tejże chwili porwał się ze swego miejsca.
— Milcz! — krzyknął — milcz, ty żmijo!... Tej „nierządnicy”, jak ją nazywasz, zawdzięczam, że zdążyłem na czas, aby ci odebrać, coś ukradła! Gdzie są klejnoty i papiery?
— Nie wzięłam klejnotów ani papierów!
Welesz wskazał na pusty skarbczyk.
— Któż go otworzył i z tamtąd je zabrał?
— Nie wiem!
Mańka z podziwieniem patrzyła na Weleszową. Byłaż to ta sama kobieta, która ją odwiedziła w mieszkaniu? Tak, bezwzględnie ta sama. Poznawała tę twarz o nieco wydatnych rysach i oczy szare i jasno blond włosy, teraz w nieładzie wymykające się z pod nocnego czepka. Ale gdzież się podział ów wyraz słodyczy i pokory, ów melodyjny, chwytający za serce głos, jakim przemawiała wczoraj... Dziś była oschła, sztywna, a wyrazy, padające z jej ust brzmiały nieprzyjemnie, wyzywająco. Podziwiała Mańka tę znakomitą grę i jednocześnie stwierdzała, jak napozór drobne różnice w ruchach i mowie, przetwarzają kobietę w zgoła inną istotę. Podczas gdy „wczorajsza” Weleszowa budziła sympatję i przy okolicznościach łagodzących usprawiedliwić było można nawet zabranie papierów i kosztowności — „dzisiejsza” wywoływała niechęć, odrazę...
Weleszowa widocznie zamierzała tupetem i arogancją onieśmielić męża, gdyż jęła cedzić w jego stronę:
— Napomyka pan, iż zaszła jakaś kradzież!... Trzeba być człowiekiem, wyzutym z wszelkich zasad moralnych, takim, jakim jest pan, aby mnie o nią posądzać! Na wymysły ordynarne nie odpowiadam!... Ale stwierdzam kategorycznie, że nie wiem o niczem! Powróciłam dziś wieczór z zagranicy, spałam i obudziłam się dopiero, posłyszawszy głosy w gabinecie... Czy moje wyjaśnienie wystarcza?
Mańka aż usta otworzyła ze zdziwienia.
Ta Weleszowa godna była stać się za dawnych czasów pomocnicą Balasa. Uczyć się można od niej. Toć ona, Mańka, będąc przyłapana na gorącym uczynku, nigdyby nie potrafiła wyłgiwać się równie zręcznie. A jak świetnie umiała zabezpieczyć się ze wszech stron... Uśpić męża, zabrać biżuterję, wyjechać — a jeśli cokolwiek w tym planie zawiedzie, symulować, iż tylko co powróciła i nie wie o niczem. To też raczej z „fachowem” uznaniem, niźli z oburzeniem, słuchała dalszych wykrętów Weleszowej:
— Wystarczy panu moje wyjaśnienie i mogę odejść, czy też nadal mam pozostać w tem... niezbyt dla mnie miłem towarzystwie?... A może pan pragnie moje rzeczy zrewidować?... Służę!
— Zaraz tu przyjdzie detektyw, — odparł podnieconym głosem Welesz — i jeśli zajdzie potrzeba, przeprowadzi rewizję...
— Ach, tak...
— Proponuję jednak, abyśmy tę sprawę załatwili polubownie. Mam niezbite dowody, że pani mnie okrad.. to jest, chciałem powiedzieć, samowolnie zabrała klejnoty ze skarbczyka, jednak...
Weleszowa wykonała ruch, tak groźny i stanowczy, że Hipcio, mimo złości, zamilkł na chwilę.
— A ja nie będę rozmawiała z panem, o ile pan nie zmieni tonu! Odchodzę...
— Zostaniesz!
— Nie zostanę ani chwili dłużej w towarzystwie tej dziewczyny ulicznej, bo tylko dziewczyna uliczna odwiedzać może po nocy mieszkanie żonatego człowieka...
Mańkę, jak gdyby kto trzasnął szpicrutą. Dotychczas zachowywała się obojętnie, starając do sceny małżeńskiej się nie mięszać. Lecz teraz ją poderwało. Że Weleszowa wyłguje się bezczelnie — obchodziło ją niewiele. Że zabrała biżuterję, nie jej rzecz tu sąd wydawać. Lecz jak śmie, po wczorajszej wizycie, zwać ją dziewczyną uliczną?... Wszak przedtem już z jej ust padło słowo „nierządnica”. Broniąc swej skóry, nie ma potrzeby jej znieważać. Wszystko zakipiało w Mańce. Głosem podnieconym jęła wyrzucać:
— Od mojej osoby, wara! Rozumie pani?! Patrzcie, dziewczyna uliczna! Doskonale pani wie, kim jestem i dlaczego się tu znalazłam. Nie wtrącałam się między was, pókiście się kłócili o biżuterję, ale teraz powiem wszystko... Była pani u mnie wczoraj i chciała mnie wciągnąć w swoje szacherki...
— Ja byłam u pani?
— Tak! Dość tych wykrętów! Była pani, żeby mnie nakłonić, abym zatrzymała męża do siódmej rano, bo przez ten czas pragnie pani zabrać swe rzeczy, których mąż jakoby nie wydawał, i o siódmej wyjechać. Co prawda, nie raczyła pani nadmienić, że to chodzi o klejnoty miljonowej wartości!... No, może nie tak było?...
— Kłamstwo!
— A kto mnie prosił, żebym w razie czego, męża uśpiła, a nawet doręczył mi nasenny środek?
— Uśpiła? Nasenny środek? Nowe kłamstwo!...
Weleszowa wzruszyła ramionami i rzuciwszy na Mańkę spojrzenie pełne pogardy, skierowała się ku drzwiom. Wyszłaby może, ale frazes, jaki padł z ust dziewczyny, przykuł ją do miejsca:
— Na szczęście mam dowody!
— Dowody? — W głosie Weleszowej zadźwięczało szyderstwo. — Ciekawam jakie? Panienka je wymyśliła?
Mańka aż trzęsła się z podniecenia — takiej czelności nie wydarzyło jej się nigdy dotąd napotkać.
— Dość tych tonów obrażonej królowej! — wrzasnęła niemal, — tego kręcenia nosem! Może pani zaprzeczy, że nie pisała tej karteczki?...
Postąpiwszy o parę kroków, wyciągnęła ku niej bilet. Po twarzy Weleszowej poraz pierwszy przebiegł cień niepokoju. Uważnie przeczytała karteczkę, poczem czerwieniąc się nieco, drżącym głosem rzekła:
— Skąd pani to ma?
— Jakto skąd? Pani mi to dała!
— Nigdy nie dawałam, bo powiadam, nie znam pani, u niej nie byłam i widzę ją poraz pierwszy!... Kartka ta jest sfałszowana!...
— Nie, to przechodzi wszelkie granice! — gniew Mańki wzmagał się coraz bardziej. — Nie, to przechodzi wszelkie pojęcie, żeby kłamać tak bezwstydnie! Wczoraj zjawia się u mnie, poznaję ją doskonale, doręcza karteczkę... błaga... prosi... a teraz udaje, że nietylko mnie nie zna, ale nigdy nic mi nie dawała... Bóg mnie strzegł, że w porę zdążyłam wycofać się z tej brudnej sprawy. Bo przy takiej przewrotności, zaczynam wierzyć, że i ten sławny środek nasenny, nie jest niczem innem, jak trucizną! Tak, trucizną. Chciała pani pewnie otruć męża, a potem podejrzenie zepchnąć na mnie... Zaczynam pojmować... i szczerze będę rada, o ile władze sprawdzą zawartość flaszeczki!...
W zachowaniu się Weleszowej, dotąd tak dumnej i wyniosłej, zaszła nieoczekiwana zmiana. Przygarbiwszy się nieco, jakby pod wpływem druzgocących zarzutów, przybliżyła się do stołu i wziąwszy niepewnie flaszeczkę, spoglądała długi czas na nią w milczeniu. Potem bezsilnie opadła w stojący w pobliżu fotel. Na zarzuty Mańki nie odpowiedziała ani słowa, patrzyła tylko przed siebie jakimś tępym wzrokiem, zagłębiona snać w myśli ponure. Również i Mańka zamilkła, w podnieceniu tylko uderzając końcem lakierowanego pantofelka o posadzkę. Chciała Weleszowa, to i ma... Nie trzeba było z nią zaczynać! Cała sprawa jasna jest, jak na dłoni, i gotowa to samo powtórzyć choćby w tej chwili sędziemu śledczemu. Przestanie się wreszcie zapierać!... Dowody są nazbyt wyraźne.
— Cóż ty na to wszystko? — odezwał się do żony Welesz, który, stojąc za biurkiem, obserwował całą scenę. — Sądzę, dalsze wykręty nie pomogą?
Weleszowa, napół leżąc w fotelu, nadal zachowywała uporczywe milczenie, tylko gra jej twarzy, nadwyraz była wymowna. Widać było, że dojrzewa w niej jakaś decyzja, że na coś się waży, — wreszcie wargi jej wyszeptały bezdźwięcznie:
— Nadal się męczyć... Poco, naco?... Toć oni obmyślili wszystko doskonale... I ta kradzież... i to pismo... Tłomaczyć się?.. Czy uwierzą? Wstyd... Hańba...
Machinalnie oczy Weleszowej padły na znajdującą się w jej dłoni flaszeczkę.
— Ach, gdyby to była trucizna! — zawołała — i nim ktokolwiek zdążył przeszkodzić, wyrwawszy korek, przytknęła buteleczkę do ust. Przez kilka sekund wiodła po obecnych błędnym wzrokiem, poczem, powstając ze swego miejsca, postąpiła parę kroków, lecz zatoczywszy się, z głuchym łoskotem runęła na podłogę.
— Otruła się! — krzyknął nieludzkim głosem Welesz. — Otruła tym samym jadem, który był dla mnie przeznaczony! Straszne... Okropne...
Straciwszy zupełnie głowę, jął bezradnie kręcić się po pokoju, potrącając meble i mrucząc słowa bez związku.
Tymczasem Mańka rzuciła się na ratunek.
— Doktora! — padł z jej ust krótki rozkaz. — Wezwij pan prędko doktora!
Nachyliła się blisko, myśląc, czy na czas zdąży ratunek. Ale piorunująco działać musiała trucizna, oczy umierającej zaszły bielmem, ciało już sztywniało.
— Tu zbyteczny już doktór... — mruknęła.
Już miała powstać, gdy nagle szczegół pewien zastanowił ją niezwykle, pochwyciła jedną z rąk zmarłej.
— Boże! — wyrwał się jej okrzyk przerażenia. — Cóż to znaczy? Wszak tamta nie miała jednego palca u prawej dłoni!...

Może w godzinę później, w jednym z pokojów, sąsiadujących z gabinetem, w którym rozegrał się dramat, Den przystąpił do szczegółowego badania Mary.
— Więc panią uderzył dopiero ten szczegół, iż nieboszczce nie brakowało żadnego palca u dłoni?
— Tak! Ta kobieta, która podała się u mnie za panią Welesz miała ich tylko cztery, brakło jej czwartego palca u prawej ręki...
— A przedtem nic pani nie zauważyła? — rozpytywał dalej Den.
— Nic.
— Podobieństwo nieznajomej do nieboszczki było tak wielkie?
— Naturalnie!... Ta sama podstawa, rysy twarzy, włosy... Uderzyły mnie tylko pewne różnice w głosie... Sądziłam jednak, że umyślnie zmienia głos, lub pod wpływem podniecenia brzmi on trochę inaczej.
— Rozumiem!
— Pozatem, przysięgłabym! Co prawda, twarz nieznajomej zasłaniał żałobny welon, i zajęła ona miejsce tyłem do światła, ale jednak rysy mogłam rozróżnić wybornie.
Den skinął głową.
— Sugestja! — mruknął, — albo niezwykłe podobieństwo! Ktoś się znakomicie ucharakteryzował na panią Weleszową, a ponieważ jednocześnie doręczył sfałszowane pismo, wytworzył wrażenie, że to być mogła tylko ona.
— Ale kto?
— Otóż pytanie! W każdym razie jedno jest jasne. Ktoś pragnął użyć panią za narzędzie, wykorzystując jej impulsywność i dobre serce. Przeliczył się tylko, mniemając, że nie dojdzie między nią a Weleszem do poufnej rozmowy, że pod wpływem trunków stanie się on natarczywy, a pani, by uwolnić się od zalotów, doleje do wina ów rzekomy środek nasenny... w rzeczywistości truciznę, działającą błyskawicznie i nie pozostawiającą prawie śladów.
— Brr! — wzdrygnęła się, wspominając, iż przez tyle czasu przechowywała jad, uważając go za nieszkodliwy narkotyk. — Brr... Straszne... Toć nawet doktór w pierwszej chwili twierdził, że pani Weleszowa umarła na udar sercowy...
— I jabym tak sądził, gdybym nie znał wszystkich szczegółów... Zaiste, szatański pomysł! Welesz umiera u pani, niby to nagle, rodzina nie bada bliżej sprawy, bo wszyscy wiedzą, że choruje na serce... Zresztą skandal, śmierć w takich okolicznościach!... Kradzież biżuterji i papierów pozostaje niewykryta, bo Hipcio interesy prowadzi nieporządnie, nikomu się z nich nie zwierza i nikt nie byłby w stanie określić, co posiadał on w skarbczyku naprawdę i czy brakujących klejnotów sam nie porozdawał... Pani Weleszowa, nieboszczka, nie wszczęłaby sprawy napewno...
Mańka skinieniami głowy wtórowała tym wywodom, które tylko potwierdzały jej własne spostrzeżenia.
W tej chwili do pokoju wszedł Welesz. Oczy miał zapłakane, zmienił się i postarzał w przeciągu paru godzin. Nie przypominał obecnie w niczem rozbawionego, wesołego Hipcia.
— Zamordowaliśmy kobietę! — oświadczył głosem drżącym, stłumionym przez łzy. — Okropne!...
Detektyw starał się go pocieszyć.
— Nie pan jest mimowolnym sprawcą tragicznego wypadku, a ta banda, która wszystko sprytnie zainscenizowała...
— Ale, czemuż Weleszowa, skoro była niewinna, odebrała sobie życie? — nie mogła się powstrzymać od okrzyku Mańka.
Detektyw spojrzał na nią z wyrzutem, rzekłbyś, dziwiąc się, iż nie rozumie równie prostej sprawy.
— Przecież to jasne! — zawołał, — tylko należy się nieco zagłębić w jej psychologję. Pożycie państwa Weleszów, jak wiemy, nie należało do najlepszych. Mąż starał się o rozwód, na który nie zgadzała się żona. Wreszcie przybywa ona do Warszawy, niespodzianie wieczorem, kto wie, może łudząc się nadzieją, że się jej uda pana Hipolita do współżycia nakłonić... Przybywa, męża w domu nie zastaje, kładzie się spać. Śpi mocno i nie słyszy, gdy prawdziwi przestępcy operują koło skarbczyka. Natomiast budzi się na odgłos rozmowy, prowadzonej przez państwo, która jest bardzo głośna, bo pod wpływem wrażenia, spowodowanego kradzieżą, oczywiście jesteście podnieceni... Wstaje i zjawia się w gabinecie... W pierwszej chwili jest oburzona, bo sądzi, że mąż sprowadził sobie jakąś przygodną przyjaciółkę... Ale zaczynają padać zarzuty. Z początku odpiera je z pogardą... Ale kiedy te zarzuty stają się coraz groźniejsze, kiedy słyszy, iż nietylko obwiniają ją o kradzież, ale i o zgóry uplanowany zamach na życie męża, — w duszy następuje przełom... Mniema, że to pan Welesz wspólnie z panią ukartował tę całą historję, zebrał sfałszowane — a na pierwszy rzut oka, przekonywujące dowody — nie zapominajmy bowiem o liście sfałszowanym mistrzowsko — i że dzięki tym dowodom, wystąpi do władz, oskarżając ją o przestępstwa najcięższe, aby w ten sposób uzyskać upragniony rozwód, na który ona tak długo odmawiała swej zgody... Może uda jej się wytłomaczyć, ale skandal, brudna sprawa, potworne oskarżenia!... Wówczas chwyta za buteleczkę z trucizną i następuje katastrofa!... O, bo pani Weleszowa była bardzo dumną kobietą!...
W milczeniu, skinieniami głowy, potwierdzali słowa detektywa. Zrozumiałem teraz całkowicie było i zachowanie się obrażonej żony i jej pełne gniewu odpowiedzi, wreszcie raptowna decyzja. Mańka czyniła sobie wymówki, iż dała się unieść złości, sprowokowana obraźliwemi odezwaniami Weleszowej. Nie dając folgi uniesieniu, może rychlej spostrzegłaby różnice zewnętrzne w wyglądzie obu kobiet, które obecnie stawały się dla niej coraz wyraźniejsze. Hipcio raz po raz przytykał mokrą chustkę do zaczerwienionych oczu i chlipał:
— Okropne!... Okropne... Sam wolałbym skończyć nagle na serce, niźli to... Oschła była, zła, zawzięta, dumna, ale... zawsze... Podobny wyrzut sumienia na całe życie!...
— Panie Welesz, proszę nie czynić sobie wymówek, pan tu, jak i panna Mary niewiele są winni!... Gdyby nie zawzięty i dumny charakter nieboszczki, może sprawa przybrałaby inny obrót. Nie rozpaczać należy, a odszukać sprawców!
— Ma pan nadzieję?
Den zasępił się.
— Sprawa nader trudna! — rzekł. — Tu mamy do czynienia ze zbrodniarzami, którzy nie pozostawiają śladów. Badałem skarbczyk — nic... najmniejszego odcisku palców, mieli widocznie gumowe rękawiczki... Owa kobieta, która była u panny Mary? Wątpię, czy ją prędko znajdziemy!... Jedna wskazówka tylko pozostaje. Ten, czy ci, którzy dokonali przestępstwa, znakomicie obznajmieni byli z pańskiemi najdrobniejszemi przyzwyczajeniami i trybem życia.
— Czy pan kogo podejrzewa?
— Niestety, nikogo!
Po tem, mało budzącem otuchy oświadczeniu, detektyw przeszedł się parę razy po pokoju, poczem przystanął przed Weleszem:
— Jeszcze nie podejrzewam nikogo, — rzekł, — ale może za godzin parę będę już na tropie!... O rzecz jedną chciałem tylko prosić: o zupełną tajemnicę.
— Ależ to moje najgorętsze życzenie! — zawołał Hipcio. — I ja pragnąłbym, żeby ludzie sądzili, iż moja żona umarła naturalną śmiercią...
— Właśnie! Sądzę, że uda się tragiczny wypadek jakoś upozorować! Głównie zaś chodzi mi o to, aby pan chwilowo nie rozgłaszał wiadomości o kradzieży...
Hipcio spojrzał ze zdziwieniem, gdy tymczasem Den dalej wyjaśniał swą myśl:
— Mamy do czynienia z niezwykle przebiegłymi zbrodniarzami. Śmierć żony pańskiej nie wchodziła w ich rachuby, liczyli oni na pańską śmierć. O ile sprawa kradzieży nabierze rozgłosu, postarają się zatrzeć wszelkie ślady, zapewne jak najśpieszniej wyjadą zagranicę. Gdy zaś sprawa kradzieży nie nabierze rozgłosu, sądzić będą, iż świadomie pan milczy, w mniemaniu, że to żona zabrała przed śmiercią klejnoty i ukryła je gdzieindziej...
— Rozumiem! Zastosuję się do pańskich wskazówek, bo cała moja nadzieja w panu! — odrzekł Welesz, ściskając długo dłoń detektywa.

— Dziwne zbiegi okoliczności! — mruczał Den, gdy w chwilę później wraz z Mańką schodził ze schodów, — tu rolę odgrywa czarna dama... również czarna dama sprytnie wywiozła... ową Józkę!... Pamięta pani?
Mańka przystanęła, uderzona słowami detektywa.
— Czarna dama! — zawołała żywo, teraz dopiero olśniona tą myślą. — Prawda, w tamtej tajemniczej historji też występuje czarna dama... Czyż ta sama?
— Wątpię, — uśmiechnął się Den, — wszak tyle kobiet ubiera się „na czarno” w Warszawie. Również wiele nosi żałobne welony... Ot, tak nasunęło mi się wspomnienie!
— Wykrył pan co w sprawie Józki? Bo i panu ten wyjazd wydał się niezwykły?
— Wyjazd w rzeczy samej był niezwykły. Ale dotychczas nic nie wykryłem!
W głosie Dena zadźwięczało zniechęcenie, — niezbyt lubił sprawy, których wątku nie mógł pochwycić.
Chwilę szli w milczeniu — detektyw zadał nagle pytanie:
— Co porabia dyrektor Doriałowicz?
— Nie wiem!
— Jakto, pani nie wie?
— Zerwałam z nim... Nie widziałam go od dni paru!
— Pani z nim zerwała? No, no...
— Czemu pana to tak dziwi?... Nudny, oschły jegomość!... Zresztą, zamierzam się ustatkować... Może wyjdę zamąż...
Detektyw właściwie powinien był, choć przez grzeczność zainteresować się planami Mańki i zapytać o nazwisko przyszłego małżonka. Wszak sam jej tylekroć uczciwe życie doradzał. Nie uczynił tego jednak, co wcale było nawet niegrzeczne, szczególnie, jak na człowieka równie dobrze wychowanego, jakim był Den. Natomiast pochłonięty innemi myślami, rzucił:
— Czy ten Doriałowicz jest naprawdę tak bogaty?
— Podobno, bardzo! — odparła nieco podrażnionym głosem. — Zresztą, mało mnie on obchodzi i jego pieniądze!...
— Hm... hm... — mruknął — oczywiście!...
Tu przerwała się ich rozmowa. Den nie miał miny człowieka, zadowolonego ze siebie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.