Karczmy, Żydzi, Drogi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Karczmy, Żydzi, Drogi
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Karczmy, Żydzi, Drogi.


Powiadają, że dwie są drogi w życiu, jedna gładka i wesoła do piekła, druga ciężka i ciasna do nieba. Jeśli tak, to poleskie drogi wprost do królestwa niebieskiego prowadzić muszą, i to pewna, że tam już niejednego zaprowadzić musiały. Wystawcie sobie naprzykład drożynę wyłożoną wozami chłopskiemi, kręto, po korzeniach, wśród pni i gałęzi, lasem. Trudno się nią wykręcić, gdzieniegdzie woda powybijała doły dla tém pewniejszego wywrotu, tam i sam strumyk błędny sącząc się, wieczną grzęzawicę robi. Nareszcie przez błoto trzeba grobli. Ale gdzież zaś obojętny poleszuk tyle może miéć czasu, żeby groble sypał? Cóż więc? Oto natnie drzewa i pokładzie na drodze, żeby koła nie tonęły w błocie. Wygodna droga po takich nakotach! Jeśli przez osobliwsze miłosierdzie nad podróżnemi nasypie na wierzch chróstu, ten się rozpełznie, wbije w ziemię, a nakoty zostaną, jak były. Często ogromne przestrzenie błot po takiéj drodze przebywać trzeba. Ale otóż i mostek. Godzien drogi, wązki naprzód, dziurawy powtóre, trzęsący się na palach, to trzecie i ostatnie. Gdyby zaś pod nim była przepaść na sto sążni, a długość jego była Bóg wié jaka; nie znajdziesz nigdzie poręczy, jest-to luxus, którego sobie poleszuk nigdy nie pozwala. Ciągle więc zdawszy się na Opatrzność i furmana, musisz jechać pod strachem.
Nad drogi poleskie, nie znam nic straszniejszego, chyba poleskie karczmy. Ach! wszystkie pięć zmysłów i drugie pięć, gdyby je miał człowiek, cierpiałyby męczarnię najwyrafinowańszą w tych jaskiniach swędu i niechlujstwa.
Już widzę, jak się podróżny zdaleka cieszy, gdy mu powiedzą, że będzie wkrótce karczma. Wygląda on, niespokoi się — i widzi nareszcie światło błyszczące zdaleka przez okno pobite, pozaklejane, pozatykane. Stój! Dach się chyli, komin wali, wjazd zawalony błotem, stajnia bydłem, wozami i saniami. W izbie dymią okropnie fajki poleskie, słychać gwar głuchy pijackiéj rozmowy. Pytasz o osobną izbę — żydzi ci się w oczy śmieją.
Rad nie rad, ciemno, późno, słota, wchodzisz do jedynéj! Ach! pod nogami twemi plączą się bachury, gęsi, kury, błoto; głowa twoja zawadza o lichtarz siedmioramienny, wiszący z pułapu i kapiący łojem, w nos twój zapach gorzałki, dymu fajek, swędu właściwego żydom, kwasu, czadu, łoju, dziegciu, błota, wpada i uderza o uszy twoje gwar pomięszany beku dzieci, krzyku kur, kaczek, gęsi, żydówek, brzęku kwart i pieśni chłopskich. Na dobitkę, w jednym kącie żydzi rzną kozę wśród izby, w drugim szpektor uczy dziecko, ponuro powtarzając — Gecher! Uciekasz do alkierza! W alkierzu na betach i piernatach żydzi mieszą bułki i łokszyn, wisi kołyska, stoi stół kulawy, włóczy się kotka z kociętami, skaczą kozy po ławach, zawala drogę worek z owsem, w kącie śmierdzi rzepa i brukiew, a w drugim leży kupa kartofli. Ani sposobu! — Gdzież ja będę nocował! — myśli biédny podróżny.
Żyd, jako bardzo przebiegły, wybiega naprzód do stajni zobaczyć, czém podróżny przyjechał. Od tego zależy przyjęcie.
Jeśli parą końmi, nie krytym wózkiem, a żyd ma kilkaset rubli, traktuje podróżnego de puissance en puissance, en égal, kładzie ręce w kieszenie, pluje, zapala fajkę (tu wszyscy żydzi fajkę palą) i chodzi w czapce. Jeśli konie zaprzężone w szwarc, z trochę większą dystynkcyą, jeśli jedziesz ze dzwonkiem, najwyższy respekt, jeśli masz kocz i brykę, wypędza chłopów i oczyszcza ci piérwszą izbę. Daje ci świécę chorą, leżącą na bok w lichtarzu, gospodyni zmiata stoły i ławy fartuchem, podłogę posypują piaskiem. Ale któż cię wybawi od całéj historyi naturalnéj, wijącéj się po ścianach, jakby naumyślnie do obserwacyi, od smrodów, któremi już ściany przesiękły, od krzyku z sąsiedniéj wylatającego izby bachurów, kotów, żydów, szpektora i t. d.
Nic obrzydliwszego na świecie nad karczmę poleską, nic podobniejszego do czysca nad nocleg w niéj, nic przytém nudniejszego, nad żydów jéj mieszkańców, którzy pijawczanym sposobem siedząc w każdéj wsi, ssą chłopów, odzierają podróżnych i wypłacają się rozmaicie panom swoim, często dziedzicznie po lat dwieście, w jednéj familii, jednę karczmę sobie podając.
Nic szkodliwszego przytém dla gospodarstwa nad nich. Oni bliżéj z wieśniakiem w stosunkach zostając, wiedzą o wszystkiém, co on ma, każdy jego snopek policzony u nich, każda sztuka bydła zapisana w pamięci. Co tylko można za pół ceny wziąć w długu, to wezmą — zboże, bydło, aż do najdrobniejszych rzeczy, aż do ruchomości gospodarskich, które opilcy odnoszą wreszcie arędarzowi. Zważmy i chciejmy się przekonać o szkodach niezliczonych z zajęcia karczem przez żydów, chciejmy nareszcie rzucić oczyma na swoje położenie i zrzucić to jarzmo ohydne. Co za osobliwszy wdzięk, co za czary mają żydzi, że przy tylu niedogodnościach, tylu oczywistych krzywdach, siedzą wszędzie tak spokojnie?
Policzmy, ile to oni szkodzą przedaży wódki swojemi gorzelenkami, przy każdéj nieuchronnemi karczmie, ile psują cenę wołów, stawiąc ich tyle wszędzie, jak zniżają cenę wódki, szynkując ją złą miarą i złym gatunkiem, jak niszczą chłopa zmuszonego im oddawać za dług, co ma, i w takiéj cenie, która chociaż się powierzchownie zdaje słuszna, jest istotnie z jego krzywdą. Ale to tylko uwagi spekulacyjne; cóż dopiéro, gdybym chciał powtarzać zarzuty demoralizacyi nie płonne; bo któż gorzéj tę biédną nieoświeconą klasę psuje nad nich? Pytam, co trzyma żydów w Polesiu i wielu innych stronach na karczmach? oto: lenistwo, opieszałość do stanowczych kroków, zwyczajna starym i zardzewiałym domalcom. Lecz w imię własnéj, w imię korzyści biédnych włościan, niechby obywatele dali sobie słowo i ręce, niechby to plugawe plemię wyrzucili z wiosek swoich, a wówczas i dla nich i dla włości i dla spekulacyj gospodarskich, lepszyby się widok otworzył.
Zmuszeni żydzi szukać innego zarobku, możeby się rzucili do pracy ręcznéj, do przemysłu pracowitego, możeby się oddali uprawie ziemi, rzemiosłom, możeby z nich byli pożyteczniejsi mieszkańcy kraju; a za lepszym bytem, moralniejszém życiem, kto wié, czy-by się i tu oświata nie wcisnęła. Dwa tylko dotąd rodzaje życia tamują do tego drogę żydom — karczmy i faktorstwo. Od tych dwóch koniecznie odsunąćby ich trzeba, a niedostatek zajęcia, potrzeba zarobku, zwróciłyby ich gdzieindziéj.
Gdzieniegdzie na Polesiu ku Wołyniowi świeżo utworzyły się osady żydów niby rolnicze. Powodowało ich do tego uwolnienie od zaciągu do służby wojskowéj, na któréj wspomnienie się wzdrygają. Kupili oni ziemię od Wolcza wśród zniszczonych lasów, lecz cóż? Pobudowali domki w lesie głuchym, a zamiast rolę uprawiać, trudnią się i tu rzemiosłami, szachrajstwem, najmują okolicznych chłopów do pracy około roli, nawet dość drogo, a sami są, jak byli. Najwięcéj tu rzemieślników, chociaż pozornie mają to być rolnicy. Z czasem kto wié; czy do tego nie przyjdzie. Osobliwsza ta osada zowie się Nową Jeruzalem i wystawia obraz rzadkiéj brzydkości.
Wśród lasu i błota, po grobli tak okropnéj, tak niegodziwéj, wjeżdża się na ulicę, po obu stronach domkami otoczoną. Tu chatki walące się i nędzne o jednéj izbie, o jedném oknie, tam domy porządne skończone, tam jeszcze pozaczynane, — a to wszystko ożywione samą tylko populacyą żydowską, wszelkiego stroju, rodzaju i wieku. Brudu i niechlujstwa królestwo. Nie wolno im tam szynku trzymać, co jednak nie zawadza wcale do szynkowania. Łąki swoje najmują chętnie, najęliby i pola, gdyby kto chciał je wziąć. Tam gdzie niegdyś był folwark właściciela i kaplica — zrobili sobie centralny dom i szkołę z kaplicy! Nie wiem, jakim jeszcze cudem krzyże się po drogach na ich terytoryum utrzymały. Cóż to za nędzę widziéć tam można! jaką obojętność na wszystko, co się zowie czystością, powierzchownością, ochędóstwem.
W mieście żyd się czyści dla oka podróżnych, tu, że ich niéma, bo Nowa Jeruzalem wśród lasu, bez traktu, rzadko widzi gości — błoci się i smoli w najlepsze. Porządek stawienia domów jest taki jak wszystko. Gdzie się komu podobało, tam siadł, niektórzy porobili sobie domy z szop i chlewów. Jaka jest przyszłość téj osady, nie śmiemy zgadywać, lecz, że dziś nie myślą tu o roli wcale, za to zaręczamy. Wszyscy tu zamieszkali prawie są rzemieślnicy i przekupnie.
Trudno mi po setny raz odzywać się przeciw żydom po wsiach, gdy tyle już o to bezskutecznie nalegano w imieniu dobra publicznego. Cóż na to odpowiadają właściciele? Zawsze jedno: — Ja zrobię, sąsiad nie zechce. Cóż ja pocznę sam jeden? — Ale na Boga, niechże zacznie ktokolwiek.
— Sam jeden nadtobym tracił.
Otóż szkopuł — chwilowa strata dla późniejszych korzyści! Niech-by możniejsi dali przykład. — Ale możniejsi są uboższemi jeszcze od ubogich — bo tyle mają niepotrzebnych potrzeb, do których przywykli!
Wróćmyż do dróg i karczem. Są tu i nieco porządniejsze na większych traktach, ale w najporządniejszéj z nich, jeżeli znajdziesz zimną i wilgotną izbę osobną, w któréj będziesz dzwonić zębami czytając encyklopedyą szybową — jest-to jeszcze wielkie szczęście! Na Polesiu izba osobna w gospodzie! gdyby i była, czyż jéj żyd nie zawali, nie zarzuci, nie zamieszka zaraz i nie ubrudzi?
Dziwna, że zawsze też same wymówki odbieramy od piszących podróżnych, którzy chórem na gospody narzekają, lecz czy kto pomyślał, sam śmiejąc się z tego, żeby innym dać przykład? Zysk może być do tego powodem po miasteczkach, na wsiach zawsze się wymawiają małą liczbą przejeżdżających. Biedne opuszczone Polesie! Cóż to za obrazy musimy kreślić, chcąc je malować. Lecz czyż nasza wina, że nic piękniejszego w niém znaléźć nie możem, że zacząwszy od dróg i mostów, aż do błot i piasku, wszystko tak jest szpetne! — Gdyby nie ludzie, którzy tu wiele więcéj warci są od kraju, ciężkoby nawet z ciekawości nienasyconéj zawrócić się w podróży.

1839.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.