Kłopoty babuni/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Kłopoty babuni
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom II
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII


OKAZUJĄCY, W JAKI SPOSÓB SOCIO OBUDZIŁ, A NIEWIDZIALNY PRZYJACIEL CIĘŻKO ZIRYTOWAŁ BABUNIĘ

Dopiero około północy, — pożegnawszy dwu pozostałych gości i przyrzekłszy zacnemu Gadulskiemu, że odtąd tylko u niego odbywać się będą posiedzenia rad familijnych, — ulokowaliśmy Postępowicza w jakiejś stancyjce na górze i sami zabraliśmy się do spania.
— Ach, pułkowniku! — mówiła majorowa — nabij, serce, fuzją, żeby nas czasem złoczyńcy nie pomordowali... Jaki to zacny człowiek ten Gadulsio, no, i Pieprzkowski niczego, choć zdaje mi się, że nie szlachcic... Sociu, rybeńko! mów pacierz i kładź się spać... Patrzaj się, to ten staruszeczek uczył jeszcze mego Ksawcia, a jak go doskonale zapamiętał! Ten... ten... jakże go tam?... Aha! Gamajdowski.
— Gamadeltowicz — poprawiłem staruszkę.
— Nie wymówiłabym nigdy takiego nazwiska. — Jakże tobie się zdaje, to niezły musi być starowina? choć Pieprzkowski gadał, że on już trochę durnowaty. Ten drugi, daleko przytomniejszy, choć ma, biedactwo, głowę zabawną; — pewnie, jak był mały, musiała go niańka z rąk wypuścić. Jak to on się zwał?... Pryszczykiewicz, czy jak?
— Priamowski — wtrąciłem.
— Aha, tak, tak!... Dziwne mają nazwiska ci uczeni ludzie, choć sami coprawda jeszcze dziwniejsi. A czy można wejść do ciebie?
— Poco, kochana majorowo? — zapytałem, przeklinając w duchu takie urządzenie hotelów, które pozwala mieszkańcom numeru pierwszego kombinować się z lokatorami drugiego.
— Chciałam wziąć od ciebie jedno krzesełko na złodziejów...
— Chyba dla złodziejów — przerwałem. — Miałażbyś zamiar, kochana przyjaciółko, prosić ich, ażeby siedząc kradli?
— Eli!... Przecież taka znowu głupia nie jestem. Ja, widzisz, mam zwyczaj stawiać przed oknem stołki jeden na drugim, dogóry nogami, tak, że gdyby złodziej lazł tamtędy, toby krzesła rozwalił i wszystkich, choćby najtwardziej śpiących, obudził.
— Aha! — rzekłem, najzupełniej przekonany o skuteczności tego domowego środka przeciw ospalcom. — No, ale co zrobisz, kochana pani, jeżeli złodziejowi przyjdzie fantazja wleźć drzwiami?
— Niechże Bóg broni! — zawołała ze zgrozą nerwowa dama. — Ach, bodaj cię, serce... całą noc spać nie będę mogła!
— Uspokój się jejmość — rzekłem, serdecznie żałując niewinnego pytania. — Śpij spokojnie, nikt tu nie wejdzie. Dobranoc...
— Dobranoc ci, sokole mój! — szepnęła może zanadto tkliwym głosem znużona staruszka i nastąpiła cisza.
Teraz dopiero usłyszałem, że pod trzecim numerem, przy ścianie, obok której znajdowała się moja pościel, nocuje ktoś. Zgrzyt starego hotelowego łóżka i potężne chrapanie, połączone z lekkiem pogwizdywaniem, nasunęły mi myśl, że sąsiad musi być człowiekiem niepospolitej budowy.
— Babciu, ja chcę sznurka! — zawołał nagle Soterek.
— Daj mi pokój... Weź sobie z koszałki — mruknęła rozespana babka, przewracając się na drugi bok.
Wyobrażam sobie, jak wiele ucierpiałaby dokładność niniejszego opowiadania, gdybym w tem miejscu nie dodał, że naprzeciwko okien naszych numerów, po drugiej stronie ulicy, znajdował się szynk, na którego szyldzie wymalowano strusia. Bez podpisu trudno zaiste byłoby się domyślić, że ten straszliwy ptak z głową krokodyla, dźwigający na grzbiecie Kupidyna z naciągniętym łukiem, ma imitować niewinnego dostarczyciela piór, używanych przez barbarzyńców do ubierania koni, a przez ludy ucywilizowane — na ozdobę piękniejszej połowy naszego gatunku.
Nie wiem z jakiej racji, łagodny oddech majorowej i energiczne chrapanie mego sąsiada numer trzy przywiodły mi na myśl owo potworne malowidło; trudno jednak zaprzeczyć, że od kilku chwil ptak, zdobiący wejście do szynku, stał przed oczyma mej duszy. Źle mówię, że stał. On się ruszał, on pędził wprost na mnie z całą chyżością nóg patykowatych, coraz szerzej rozdziawiając ohydną paszczę... Słyszałem świst jego skrzydeł i widziałem z przestrachem, że siedzący na jego grzbiecie nagi Kupidyn strzałą, podobną do bretnala, godzi prosto w moje serce a, co gorsza, patrzy mi w oczy z jakimś niesłychanie lubieżnym i bezczelnym uśmiechem.
Wtedy zdało mi się, że jedna z otaczających strusia malowanych butelek przybiera postać nieustannie tracącego równowagę celnika, że kufel przemienia się w gospodarza hotelu, a okseft w moją poważną przyjaciółkę. Włosy stanęły mi dębem, gdym dostrzegł, że stara dama ma na sobie welon oblubienicy, i gdy nadto jakiś głos wewnętrzny począł mi dowodzić, że nietrzeźwy poborca kopytkowego i uprzejmy właściciel zajazdu są drużbami podeszłej panny młodej, która patrzyła na mnie z czułością, zdolną raz na zawsze usunąć z medycyny emetyk i podobne do niego preperaty.
Wtem rrrruum!... rrum!... — rozległ się straszliwy łoskot... Nie wiedziałem, gdzie jestem...
— Jezus!... Marja!... aux armes!... do broni! — odezwał się głos kobiecy, dobrze mi znany jeszcze z epoki wojen napoleońskich.
— Alarm! — zawołałem, zrywając się na równe nogi. — Szpadę!... konia!... Oficerowie na swoje miejsca!... Sygnał do ataku! — komenderowałem w półśnie, sądząc, że mój oddział ze wszech stron otoczono.
— Bataljon... do ataku broń!... Biegiem maaarsz!... Vive l’empereur! — ryknął tubalnym głosem mój sąsiad numer trzy, w którym poznałem eksmajora Byczkowskiego, sławnego na całą dywizją, a następnie na cały powiat z niesłychanej tuszy.
— Chi! chi! chi!... — chichotał rozpustny Soterek, tarzając się po łóżku.
— Pułkowniku, serce, a zapal świecę, bo zdaje się, że złodziej wszedł! — jęczy nadobre już obudzona moja nerwowa przyjaciółka.
W okamgnieniu zapalam świecę, wchodzę do pokoju majorowej i widzę rozwalone krzesła, tudzież niezmiernie zadowolonego Socia ze sznurkiem w ręku. Ale złodzieja nigdzie ani śladu...
— Co ty sobie myślisz, hultaju? — krzyknąłem na niedobrego zbytnika. — To chce ci się babkę straszyć? po nocy figle płatać i cały hotel budzić?... Ja ci!...
— Jak pragnę zbawienia duszy — mówi trochę już uspokojona staruszka — takem zrazu myślała, że jesteśmy z Grzesiem tam w tej wsi pod Moguncją, gdzie to nasz oddział Prusacy napadli... Pamiętasz, serce?
— O, do stu fur beczek bataljonów djabłów! — odzywa się sąsiad numer trzy. — Co wy tam wyrabiacie?... ciury!... marudery!... psie ogony!... O saperment!...
— Uspokój się, Bysiu... Byczkosiu!... to jestem ja z majorową Moździerznicką, której wnuk nicpoń stołki przewrócił i takiego nam strachu napędził — uspakajam impetycznego sąsiada.
— Aha!... to ty, pułkowniku?... Ja też, usłyszawszy rumot i komendę, myślałem, bodaj mnie pierwsza kula nie minęła, że to alarm... Tfy, do stu Prusaków, także mi się przypomniało! — mruczał już udobruchany kolega. — A cóż wy robicie w tym kurniku ze starą?
— Przywieźliśmy Socia Moździerznickiego — odpowiadam. — Imaginuj sobie, Bysiu, że już nie wiemy, co z tym paliwodą robić!
— Cóżto, uczyć się nie chce?...
— I uczyć się nie chce i psie figle nieustannie stroi, a wyrostek już prawie pod wąsem. Naradzamy się tu z rozmaitymi ludźmi, ale jakoś nam nie idzie.
— Aaa! — przerywa Byczkowski. — Szkoda, że ja o świcie muszę wyjechać. W każdym jednak razie poszukaj tu w mieście starego emeryta Batożnickiego, on wam poradzi, bo to tęgi chłop, bodaj mnie rozerwało!
— Bóg zapłać za dobrą radę — rzekłem. — Pójdziemy tam jutro, a tymczasem życzę ci szczęśliwej podróży i dobrej nocy.
— Dobranoc! — huknął major, ciężko upadając na posłanie.
— Patrzaj, serce — odzywa się moja przyjaciółka — to i ten poczciwy Byczkowski tu zajechał? Pamiętam go, pamiętam... tęgi to był żołnierz, choć z prostej klasy. Smalił on do mnie cholewki razem z Grzesiem nieboszczykiem...
— Ale, ale... — woła znowu sąsiad numer trzy. — A czyś się czasem nie ożenił, pułkowniku, z tą landarą, że za jej interesami jeździsz?
— Boże uchowaj! — odparłem, mocno zgorszony nadaniem tak nieprzyzwoitego nazwiska mojej przyjaciółce.
— Myślałem!... Nie zróbże tego głupstwa, komendancie, bobym cię okrutnie wyśmiał. Przed stu laty Grzesiowa była sobie niczegowatą babiną, ale dziś — czysta ropucha!... bodaj mi ręce i nogi połamało.
— Ach, ty chmyzie jakiś!... ty byku obrzydły! — woła do najwyższego stopnia oburzona majorowa. — Ropucha?... widzisz go, jaki ładny mężczyzna!... I skąd jemu do tego łysego łba takie głupstwa przychodzą?
— W starym piecu djabeł pali! — zaryczał z nieprzystojnym śmiechem nasz wspólny przyjaciel. — Dobranoc, starucho!... a nie wybieraj się zamąż, bo jak cię zaczną wieść do ślubu, to się na próchno rozsypiesz!
— Ty chłystku niegodny!... ty cały pułk kompromitujesz! — wrzasnęła zirytowana dama. — Uuu... to chłopisko jakieś... Każdy z nich myślał sobie, że damy to tak się bierze jak armaty... A może ci się zdaje, żebym za ciebie teraz wyszła, ty grubasie obmierzły? Oho, — toś trafił!... Wolałabym, żeby się na mnie ten hotel zawalił! Pułkownik to zupełnie co innego, zaraz znać szlachcica!
W tej chwili przywidziało mi się, że ostatnie słowa majorowej są jednym z owych bretnali, które, zamiast strzał, ciskał niemoralny Kupido, siedzący na malowanym strusiu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.