Strona:PL Bolesław Prus - Kłopoty babuni.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że to alarm... Tfy, do stu Prusaków, także mi się przypomniało! — mruczał już udobruchany kolega. — A cóż wy robicie w tym kurniku ze starą?
— Przywieźliśmy Socia Moździerznickiego — odpowiadam. — Imaginuj sobie, Bysiu, że już nie wiemy, co z tym paliwodą robić!
— Cóżto, uczyć się nie chce?...
— I uczyć się nie chce i psie figle nieustannie stroi, a wyrostek już prawie pod wąsem. Naradzamy się tu z rozmaitymi ludźmi, ale jakoś nam nie idzie.
— Aaa! — przerywa Byczkowski. — Szkoda, że ja o świcie muszę wyjechać. W każdym jednak razie poszukaj tu w mieście starego emeryta Batożnickiego, on wam poradzi, bo to tęgi chłop, bodaj mnie rozerwało!
— Bóg zapłać za dobrą radę — rzekłem. — Pójdziemy tam jutro, a tymczasem życzę ci szczęśliwej podróży i dobrej nocy.
— Dobranoc! — huknął major, ciężko upadając na posłanie.
— Patrzaj, serce — odzywa się moja przyjaciółka — to i ten poczciwy Byczkowski tu zajechał? Pamiętam go, pamiętam... tęgi to był żołnierz, choć z prostej klasy. Smalił on do mnie cholewki razem z Grzesiem nieboszczykiem...
— Ale, ale... — woła znowu sąsiad numer trzy. — A czyś się czasem nie ożenił, pułkowniku, z tą landarą, że za jej interesami jeździsz?
— Boże uchowaj! — odparłem, mocno zgorszony nadaniem tak nieprzyzwoitego nazwiska mojej przyjaciółce.
— Myślałem!... Nie zróbże tego głupstwa, komendancie, bobym cię okrutnie wyśmiał. Przed stu laty Grzesiowa była sobie niczegowatą babiną, ale dziś — czysta ropucha!... bodaj mi ręce i nogi połamało.
— Ach, ty chmyzie jakiś!... ty byku obrzydły! — woła do najwyższego stopnia oburzona majorowa. — Ropucha?... wi-