Jerzy/List VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Jerzy
Pochodzenie „Jerzy” i „Fragment”
Data wydania 1882
Wydawnictwo Redakcja „Mód Paryzkich”
Druk Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LIST VII.
JERZY DO HENRYKA.

„Wczoraj wieczorem napisałem ci wierne sprawozdanie z myśli i wrażeń moich; dziś znowu siadam do pisania, a robię to równie dla siebie, jak i dla ciebie, mój drogi. W tym nowym świecie, wśród którego rzucił mnie przypadek, pozbawiony koniecznego regulatora władz naszych, — pracy, potrzebuję niejako skupić i odnaleźć się, odzywając się do ciebie co wieczór. Każdy z nas myślał i zastanawiał się nad sobą; zdawało mi się nieraz że znam samego siebie, i miałem względną słuszność: wiem czem jestem, lecz nie mogę z pewnością obrachować czem być mogę, jakie pierwiastki odezwą się we mnie w starciu z drugiemi, jakie obudzą myśli i wyrobią przekonania. Dlatego też najstalszy człowiek nawet jest jeszcze istotą nieobrachowaną, dlatego przyszłość jest zawsze tajemniczą, a wola tylko i wiara w niezmienny pierwiastek obowiązku sterować nami może. W tem też nieujętem poczuciu przyszłości nieznanej, niestworzonej, że tak powiem, leży magiczny urok tego słowa „życie”, zasługa jego i trwoga tajemna jaką nas przejmuje. Zapytasz mnie może do czego ten postęp zmierza? Do niczego, mój drogi. Te kwestye między nami poruszane były często, a chwila obecna przywiodła mi je na pamięć.
Dzisiaj, choć biały ranek zastał mnie przy stoliku, wstałem jednak wcześniej niż wszyscy mieszkańcy Zalipnej. Rano przychodzą najtrzeźwiejsze myśli, rano, to prawdziwa godzina pracy. Wiesz że przywykłem budzić się ze słońcem, a tutaj, choć zaspałem trochę, dzięki zmęczeniu podróży, miękkości łóżka, czy snów dziwacznych, wstałem jednak dość rano, by używać letnich godzin chłodu. Lucyan, ten pieszczoch, spoczywał jeszcze w najlepsze. Wyszedłem do ogrodu i począłem rozglądać się wszędzie. Ruch i praca panowały tutaj, a imię Stasi odbijało się ciągle o moje uszy. Wszystko robiono z jej rozkazu, dla niej, według jej woli. Musi to być czynna i energiczna natura. Tem lepiej. Wiesz jak się lękam tych pieszczonych istot, które nie raczą dotykać ziemi, zajęte księżycowemi marzeniami, które zrzucają na drugich realne warunki bytu i to śmią nazywać poezyą.
W stawie pławiono konie, a żwawy chłopak zajęty był na brzegu myciem białej jak śnieg klaczy. Wiek dziecinny, jak ci wiadomo, spędziłem na wsi, jeździłem konno i dotąd życie miejskie nie zatarło siły pierwszych wrażeń. Zbliżyłem się więc z zajęciem i przypatrywałem ślicznemu stworzeniu.
— Czyja to klacz? — spytałem.
— To arabka naszej panienki, — odpowiedziano mi.
Rzeczywiście znać na niej było czystość rasy. Sierść miękka i połyskliwa uwydatniała muskuły i żyłki; oko było tak żywe i mądre, iż zdawało się niepodobieństwem zaprzeczyć tej istocie władzy myślenia. Zwracała suchy maleńki łepek na wszystkie strony, jakby rozumiejąc co mówiono w koło. Z kolei przeglądałem inne konie i byłem zupełnie niemi zajęty, gdy nadszedł Lucyan. Nie wspomniał mi ani słowem wczorajszej rozprawy, ale jak zwykle szczęśliwy i ufny, z nieporównanym wdziękiem, który go cechuje, roztaczał blask swobodnego ducha. Ile razy z rozwagą rozbieram ten charakter, wymyka mi się on i traci barwy; będąc z nim dopiero, czuję urok tej indywidualności, urok tem większy, że jest nieujęty.
Paląc cygara, chodziliśmy po cienistych szpalerach ogrodu, rozmawiając o niczem i o wszystkiem razem, dopóki nie zawezwano nas na herbatę.
Stasia przygotowywała śniadanie, z wdziękiem żywej natury, której wszystko w ład idzie. Nie zapomniała o żadnym drobiazgu, umiała smak każdego odgadnąć. Zauważyłem to, bo cały charakter człowieka maluje się w drobiazgach. Czyż rzeczywiście istnieją drobiazgi dla tego, który chce patrzyć? Człowiek który postąpi źle w małej rzeczy, niezawodnie postąpiłby tak samo i w większej, gdyby nie lękał się następstw, odpowiedzialności, lub ludzkiego sądu. Drobiazgi więc są najpewniejszą miarą charakteru.
Stasia w rannej muślinowej sukni gospodarując pomiędzy nami, była zachwycająca. Ślady wczorajszych chmur przeszły bez wieści, a patrzeć na nią, trzeba było koniecznie zamarzyć o ciszy i błogosławieństwie domowego ogniska.
— A co, panie Jerzy, spytała panna Rozalia, czy pamiętasz uczynioną obietnicę?
Musiałem przyznać ze wstydem, iż zapomniałem o co idzie.
— A pański sen, pamiętasz pan co się śniło?
Spojrzałem w koło trochę zdziwiony i wzrok mój padł na portret bladej kobiety nad kominkiem, na starożytne sprzęty i ściany sali, a sen mój uprzytomnił się nagle w pamięci, jak najdobitniejsza rzeczywistość.
— Miałem dziwaczny sen, — odparłem, — sen, który tylko śnić się mógł w Zalipnej.
— Doprawdy?.. — zapytała panna Rozalia ciekawie, — mówże pan.
— Czy panna Stanisława nie ma brata?.. — spytałem.
— Nie, i nie miała nigdy. Dlaczego to pytanie?
— Bo we śnie widziałem człowieka podobnego do niej, jak dwie krople wody do siebie.
— To być nie może!.. — zawołała panna Rozalia, blednąc i załamując ręce, — „on” ukazał się panu?
Spojrzałem na nią, zdziwiony wrażeniem jakie uczyniły słowa moje. Wzrok jej z rodzajem przerażenia zwracał się od Stasi do pustego miejsca nad kominkiem, gdzie brakujący portret rysował się świeżością adamaszku na spłowiałej ścianie. Ja sam zapatrzyłem się w portret bladej kobiety i zdawało mi się że w jej rysach odnajduję zamgloną powieść snu mojego.
Dość długo trwało milczenie. Lucyan i Stasia, korzystając z niego, wymknęli się do ogrodu. Wówczas panna Rozalia dała mi ręką znak bym się przybliżył.
— Mów pan teraz, — wyrzekła smutnie, stłumionym głosem, jakby lękała się by nas nie podsłuchali martwi świadkowie otaczający.
Ja sam, przejęty uroczystością jej głosu, zacząłem opowiadać swe marzenia z powagą, która w innej chwili wydałyby mi się doskonale śmieszną. A gdym mówił, marzenia te odnawiały się w mojej głowie, nabierały rzeczywistości i barwy.
— Śniło mi się, — mówiłem, — żem się znajdował tutaj w tej samej sali, tylko wyglądała ona strojnie i świątecznie. Pająki, obsadzone jarzącem światłem, spuszczały się z sufitu i jasnością napełniały salę; sprzęty te same, stały w tem samem miejscu, ale wszystko było lśniące i nowe. Przy trzaskającym ogniu kominka, wsparty ręką o gzyms marmurowy, stał mężczyzna w całym kwiecie młodości i piękna. Podobny był do panny Stanisławy i więcej niż podobny: była to ona sama, w męzkim, wytwornym stroju końca ośmnastego wieku. Włosy płowe, lekko przypudrowane, otaczały twarz jego świeżą, nacechowaną nieprzepartym wdziękiem, a nateraz płonącą jakimś ogniem niepewności czy oczekiwania; bo wzrok jego zwracał się co chwila ku drzwiom naprzeciw niego będącym. Do postaci jego, trochę zniewieściałéj, przypadał cudnie ubiór z niebieskiego atłasu, szyty srebrem, i biała kamizelka z ciężkiej materji, haftowana w drobne róże kolorowemi jedwabiami tak misternie, że zdawały się prawdziwe, a jednak bladły przy różach jego lica. Koronkowe mankiety spadały mu na rękę wytworną, pieszczoną, gdy raz wraz przesuwał nią po czole, jakby chcąc odpędzić jakąś myśl natrętną.
— To on, to on, widzę go! — szepnęła panna Rozalia.
— W końcu zaszeleściały jedwabie, drzwi się otworzyły i weszła kobieta, której tu widzę portret, — i wskazałem na obraz bladej dziewczyny. Ale nie była ona smutną, jak ją tu wymalowano. Rysy jej delikatne, jaśniały rumieńcem zdrowia i szczęścia; czarne oczy pełne były głębokiego uczucia; suknia jej z białej gazy, lamowana była srebrem; miała na włosach wieniec z róż białych i takiż bukiet u piersi.
— Zkąd pan to wiesz? — zapytała nagle panna Rozalia, — taką wymalowana jest na miniaturze przechowanej u mnie.
Uśmiechnąłem się, przypominając jej że opowiadam sen tylko.
— On zbliżył się do niej rozpromieniony, namiętny, pochwycił jej ręce i przycisnął je do ust. Jej oczy pod jego wzrokiem mgliły się i łzawiły szczęściem. Jego źrenice płonęły, a słowa urywane i przysięgi namiętne z ich ust się sypały. „Ty mnie kochasz, — wyrzekła w końcu smutnie dziewczyna, — ja to czuję, ja ci wierzę. Ale odjeżdżasz jutro; kto mnie za to jutro zaręczy? Spotkasz tyle innych, piękniejszych. Zapomnisz!..” Ale on nie dał jej dokończyć, klęknął u jej kolan i jedną ręką obejmując jej kibić, drugą kładł na sercu, powtarzając ciche przysięgi. I głowa jej pochyliła się ku niemu, usta złączyły pocałunkiem. „Pamiętaj Stanisławie, — szepnęła, — życie moje jest w tobie, ja umrę jeżeli o mnie zapomnisz!” „Jak Bóg w niebie, Jadwigo, powrócę niezadługo z niezmiennem sercem, a gdybym mógł zapomnieć o tobie, niech nie znajdę spokoju w grobie nawet, niech sam przecierpię cobyś ty przecierpiała.” Słowa te wymówił głośno; zdawało mi się, że światła zadrżały, że mrok przesunął się po sali, — aż ona zbladła i wyrwała się z rąk jego.
— Tak było, to wszystko prawda! — zawołała panna Rozalia z przerażeniem. To zaklęcie wymówionem zostało słowo w słowo w złą godzinę.
— Teraz śniło mi się, — mówiłem dalej, — że tłum strojnych gości napełnił salę. Stanisław i Jadwiga stanęli obok siebie. Wówczas zbliżył się do nich młody człowiek z poważnem obliczem; blade czoło jego przedwcześnie opadło z włosów; twarz wyrazista i piękna jaśniała dostojnością myśli i cierpienia. Zdjął z palca pierścień i wręczył go Jadwidze, mówiąc: „Siostro, oddaj to wybranemu serca swego, i oby wybór twój był dobry, a życie szczęśliwe.” Ksiądz poświęcił pierścionki i odbył się obrzęd zaręczyn, „Stanisławie, — rzekł do niego brat narzeczonej, — straży miłości twojej oddaję co mam najdroższego, serce siostry; pamiętaj że za jej łzę każdą, gdyby zapłakać miała, żądałbym krwi twojej.” Słowa te były złowrogie, a Stanisław rzekł poraz drugi: „Gdybym zapomniał o niej, niech nie znajdę spokoju w grobie nawet, i niech sam przecierpię, coby ona przecierpieć miała.”
— I wyrzekł to samo jeszcze poraz trzeci, — mówiła panna Rozalia, jakby sama do siebie, ciągnąc dalej powieść snu mojego, — na drugi dzień w chwili odjazdu.
Mnie doprawdy zaczynało się mącić w głowie. Byłże to sen? widzenie? Nie pojmowałem sam jakim sposobem to co dla mnie było tylko chaotycznym obrazem, dla panny Rozalii wiązało się w całość, było powieścią przeszłości, rodową tradycyą.
— Czy to już wszystko? — spytała wkońcu powolnie.
— Nie, — odparłem, — ale koniec snu mojego jest smutny...
— Mów pan, mów, — wyrzekła, — przeszłość nasza jest smutną, wiem to nie od dzisiaj. Cóż widziałeś dalej?
— Widziałem Jadwigę chorą, opuszczoną, widziałem ją tutaj znowu wraz z bratem. Róże zeszły z jej lica, swoboda z czoła, wzrok bystry i niespokojny zwracał się na wszystkie strony, szukając tego, który był oddalony. Widziałem jak twarz jej brata stawała się coraz bardziej smutną i surową. Nie mówił nic o nim, otaczał siostrę staraniem, miłością; ale gniew, nienawiść i pogarda szarpały jego sercem, bo był bezsilnym przeciw jej boleści, przeciw jego niewiarze, i choć marzył o zemście, wahał się odstąpić siostry, by zażądać krwawego rachunku za łzy jej, za złamanie słowa. Ale ona odgadywała te myśli jego i konając, wstrzymywała cios grożący Stanisławowi. Leżała tutaj na tej kanapie, wspierając wychudłe ciało na adamaszkowych poduszkach. Brat patrzał na nią długo w milczeniu, a wzrok jego płonął, przymglony łzami; ona była ostatnią, najdroższą miłością jego i gasła mu w oczach. Leżała szepcząc coś półgłosem, rachując coś gorączkowo; brat ją usłyszał i zrozumiał. Twarz poważna zawrzała mu gniewem i wybuchnął słowem dłużej niepowstrzymanem: „Ośm miesięcy mija, jak miał powrócić, a nie powrócił; czas już bym się upomniał o łzy twoje.” Widziałem jak ją oddał opiece służebnych, a sam oddalił się szybko, nie oglądając się na nią, głuchy na jej wołanie, człowiek wyzuty z człowieczeństwa ślepą żądzą krwi.
Gdzie to było nie wiem; krajobraz był zaćmiony w snach moich; ale widziałem w perłowem świetle letniego poranku, wśród ciszy budzącego się dnia, tych dwóch ludzi walczących z sobą. Jeden nieubłagany jak sprawiedliwość, namiętny jak zemsta, szukał serca przeciwnika; z posępnem okiem utkwionem w niego. Drugi bronił życia, szczęścia, może nowej miłości, z rozpaczą istoty, dla której świat ten jest słodki. Było cóś fantastycznego w tym pojedynku, cóś nakształt walki złotego dnia z cieniem wieczoru; było cóś strasznego w tej ciszy, przerywanej tylko dźwiękiem stali i uderzeń serca. Ci dwaj ludzie piękni byli odmienną pięknością i odmiennym wyrazem: Stanisław z okiem płonącem, z jasnym włosem rozwianym, z zaciśniętemi usty, z brwią ściągniętą, przypominał archanioła Guida Reni, następującego na smoka. Przeciwnik jego, blady i nieugięty, podobnym był do posągu, tylko wzrok jego przerażał siłą nienawiści, a oczy jego krwią zaszłe, usta napół roztwarte, zdawały się spragnione mordu i zemsty. Jednak, jeżeli morderstwo usprawiedliwionem być może, sprawiedliwość była po jego stronie. Ale Stanisław zrozumiał szybko, że jeden z nich zginąć musi, i bronił szczęśliwej doli. Siły jego podwajały się w walce: musiał w końcu zwyciężyć. Przeciwnik jego padł z piersią przeszytą, jęknął przekleństwem i skonał.
— Na nim wygasła starsza linia naszej rodziny, rzekła panna Rozalja. Stanisław, imiennik i krewny najbliższy, odziedziczył rozległy majątek ofiary swojej. Ale cóż dalej, cóż dalej?
— Dalej, odparłem, koniec snu. Ta sama sala kirem wybita, gromnice, trumny, katafalk i ostatnie słowa umierającej, obłąkanej Jadwigi. „Obyś nie znalazł w grobie spokoju i przecierpiał to wszystko, co ja przecierpiałam.” Wiarołomstwo, morderstwo, przekleństwo i tryumf niesprawiedliwości! Jakim cudem przyśniła mi się ta straszna powieść, o której nigdy nie słyszałem ani słowa, a którą ty pani rozumiesz i dopełniać umiesz?
Panna Rozalja patrzyła na mnie z niewypowiedzianą trwogą i smutkiem, jej blade ręce drżały.
— Nie napróżno, szepnęła, widziałeś pan przeszłe nieszczęścia naszego rodu, zbrodnie niezapomniane; to nie był sen, to było widzenie, przypomnienie przekleństwa, groźba.
Rzeczywiście, mnie samemu fakt ten niepojęty zamącił głowę, bo żadnego racyonalnego tłumaczenia znaleźć dlań nie mogłem. Zdawało mi się, że sen trwa ciągle, że jestem igraszką złudzeń i milczałem, nie znajdując słowa odpowiedzi.
— Przekleństwo spełnić się musi, mówiła dalej stara kobieta, jakby sama do siebie.
Wstała i zaczęła przechadzać się po sali, zatrzymując się czasem przed którym z portretów, pod wpływem strasznego niepokoju. W końcu zbliżyła się do mnie.
— Ani słowa o tem przed Stasią, wyrzekła stanowczo, jakby już skupiała siły przeciw nowym nieszczęściom. Niech nie wie nigdy o tem co nad nią cięży. Nikt oprzeć się nie potrafi temu co spełnić się musi; nie możemy tu nic przewidzieć, nic uprzedzić. Grozi nam cios jakiś, wiem o tem. Nie pytaj mnie pan o więcej, nie żądaj bym ci wytłumaczyła to co jest niepojętem; ale czuję że los twój zwiąże się tu dziwnie z naszym losem.
Dała mi znak ręką bym się oddalił i zostawił ją samą.
Na miłość Boga, napisz mi co myślisz o tem wszystkiem, bo jestem w położeniu człowieka, któremu pęka węgielny kamień przekonań całego życia.
Wyszedłem z myślą znękaną, chciałem iść gdzie daleko i stracić z oczów ten dom zaklęty, gdzie jakieś zaraźliwe marzenia obsiadają mózgi; ale spotkałem Stasię i Lucyana, którzy szukali mnie, chcąc namówić do konnej przejażdżki. Przystałem z wielką ochotą, choć wolałbym był samotność. Lucyan widać dał tutaj dobre wyobrażenie o moich talentach, bo przyprowadzono mi dzielnego wierzchowca. Przyznaję iż w tej chwili dosiadłem go z rozkoszą; zmęczenie fizyczne, przywraca równowagę myśli zmęczonej. Stasia na swojej arabce, w amazonce ciemno-zielonej, w okrągłem kapelusiku, który odsłaniał zwoje jej płowych włosów i podnosił świeżość lica, była zachwycającą. I była też wesoła jak dziecko, zręczna i śmiała; powodowała koniem wprawną ręką, wypuszczała go, zwracała na miejscu, z lekkością przeskakiwała płoty i rowy, mimo zaklęć i próśb Lucyana. Twarz jej ożywiał rumieniec; coś dziwnie hardego błyszczało w oczach, była jakby w swoim żywiole. Patrzyłem na nią, ale mimowolnie stawał mi w myśli bohater snów moich; przypominała mi go każdym ruchem, spojrzeniem, skinieniem ręki, śmiechem nawet i dźwiękiem głosu. Widocznie jestem pod wpływem jakichś marzeń, z których nawet biały dzień rozbudzić mnie nie może.
Stasia zauważyła w końcu zamyślenie, które mnie ogarnęło i jechała chwilę spokojnie obok mnie, spoglądając kiedy niekiedy na moje zachmurzone czoło. Droga którą jechaliśmy wiła się pomiędzy dwoma łanami zboża, tak wązko, że tylko dwa konie mogły iść razem; Lucyan pozostał trochę w tyle.
— Panie Jerzy, co panu jest? — zapytała w końcu Stasia.
— Nic pani, odparłem, trochę nierad z jej troskliwości. Głowa mnie boli; sądziłem że ruch i świeże powietrze rozpędzi tę lekką słabość.
Ale Stasia nie zdawała się przekonaną wcale.
— Byłeś pan zupełnie inny dziś rano, wyrzekła. A może, dodała po chwili, figlarnie pochylając się na siodle i patrząc mi w oczy, a może boli pana głowa tak samo jak mnie wczoraj?
Rozśmiałem się mimowolnie z jej przenikliwości.
— Przebacz mi pani, rzekłem, wczorajsze słowa. Jak na ukaranie mego pedantyzmu, możnaby je teraz po części do mnie przystosować. Niezawsze człowiek jest panem siebie.
Ale wyraz twarzy Stasi zmienił się nagle.
— To źle że pan tak mówisz, podchwyciła z żywością. Nie powinieneś zaprzeczać samemu sobie i psuć dobro któreś uczynił. Ja chcę pamiętać tylko wczorajsze słowa, bo wrażenie ich zostanie mi nazawsze.
Stasia, zwyczajem istot bardzo młodych, wszystko do wyższej podnosiła potęgi i zupełnie nie rozumiała półcieni. Ta szczerość i energia dziecinna chwyciły mnie za serce i zawstydziły we własnych oczach. Dla tego też odparłem jej poważnie:
— Życie jest ciągłą walką; co chwila spotykamy pokusę. Człowiek któryby ani chwilę nie osłabł i nie upadł, w którymby walka ustała, przestałby być człowiekiem, tak jak ten któryby się uchylał od walki, nie dorósłby własnej godności.
Stasia słuchała chciwie słów moich, wlepiając we mnie swe śmiałe, przejrzyste wejrzenie. Widocznie były to rzeczy zupełnie nowe dla niej, a jednak starała się je zrozumieć.
— Dlaczego, spytała w końcu powolnie, nikt nigdy dotąd w podobny sposób nie przemawiał do mnie?
— Byłaś pani dzieckiem, odparłem, a dziecku to mniej potrzebne, bo ono nie zależy od siebie.
— Sądzę jednak, wyrzekła, że dzieci dojrzewałyby prędzej pod wpływem słów podobnych, że toby je lepiej przygotowało do życia, do owej walki, jak pan nazywasz, niż samo posłuszeństwo i zdanie się na drugich.
Z dziwną szybkością Stasia zrozumiała całą doniosłość tej kwestyi i trafiła w jej jądro; mogłem mówić do niej nie jak do dziecka, do ładnej kobietki, ale jak do istoty dojrzałej.
— Kto żyje sam przez się, mówiłem, kto szuka, walczy i postępuje, może też błądzić i upadać, bo walka każda jest niebezpieczeństwem. Wszak to pani rozumie?
— Rozumiem, odparła uważnie.
— A każda omyłka, każdy błąd, ma swe konieczne następstwo, — karę.
— Dlaczego? -
— Bo inaczej nie byłoby doświadczenia. W karze tej leży moc uleczająca; dochodząc przyczyny cierpienia, uczymy się unikać powodów jego, bo złe jest tylko niewiadomością. Bóg urządził świat tak cudownie, że złe samo przez się niszczyć się musi, że siła rozumu i doświadczenia wiedzie nas do postępu.
— Jakież to piękne i jasne! zawołała Stasia. Ale wytłumacz mi pan, jakim sposobem tyle błędów trwa jeszcze.
— Bo dotąd świat nie przejrzał jasno i jak chore oko lęka się światła; bo złe wywoływało złe inne. Pokrzyżowały się niesprawiedliwości, tak iż pierwotnych przyczyn dojść trudno; błędy nagromadzone przez wieki ciemnoty, przeszły w krew i życie ludzkości, wyrobiły się w prawa, w obyczaje, w przesądy zacięte, które wieki trudu zaledwie uleczą. A każdy z nas powinien przyłożyć ręki do pracy, bo w mocy jest naszej zbliżyć wyzwolenie przyszłości, a wyzwolenie to zowie się światłem. Ale wśród ogólnego rozstroju, droga życia stała się zawikłaną i niebezpieczną.
— Tak, odparła Stasia z żywością, ale puszczając się w tą drogę, potrzeba wiedzieć co nas czeka.
— Zapewne, ale rozumie pani teraz, że zadanie to łatwem nie jest i dziwić się nie będziesz matkom, które, lękając się narazić dziecko na błąd i na karę, chcą opatrzną miłością przez życie całe ochraniać je od walki.
Stasia wstrząsnęła główką.
— A gdy matki zbraknie? spytała.
— Wówczas biada temu, który iść musi o własnej sile, choć go chodzić nie nauczono; nie mając pojęcia o życiu i walkach jego, rozbija się ślepo po wszystkich drogach, lub trzymać musi uparcie rutyny i tradycyi. Podobne istoty, bo nie mogę ich nazwać ludźmi, są rzeczywistą zawadą na drodze świata. Wygodnie byłoby może zdać życie na drugich, ale nie jest w mocy naszej zdać na drugich odpowiedzialność; ciąży ona na nas nieodwołalnie i tem samem naucza, że nie wolno nam wyrzec się człowieczeństwa.
Stasia milczała czas jakiś, rozważając słowa moje. Czytałem w jej oczach budzące się życie, rozwijające myśl!. Dziwnie to bogata natura! Nadzwyczajna piękność gaśnie przy polocie inteligencyi, przy kryształowej czystości serca; powolna jak dziecko, a harda i śmiała, figlarna i myśląca, razem czynna i rozmarzona, z sercem kobiety, z szczerością i prostotą dziecka, z umysłem męzkim, zdolnym wszystko zrozumieć. Nie pojmowałem dotąd, by podobna kobieta istnieć mogła. Ten Lucyan jest doprawdy dzieckiem szczęścia.
Wieczorem rozeszliśmy się wcześniej niż zwykle. Stasia była milcząca; panna Rozalja pod wpływem jeszcze mego opowiadania. Lucyan przyszedł do mego pokoju i rzucił się na sofę. Był jakiś rozmarzony i smutny prawie.
— Jerzy, zapytał po chwili milczenia, czy kochałeś ty kiedy?
— Nigdy dotąd, odparłem, czując nie wiem czemu, że rumieniec występował mi na twarz.
— Ale Lucyan nie zważał na to, on przed oczami miał postać Stasi.
— Szkoda, wyrzekł, bo pojąć nie możesz co to jest szczęście.
— I owszem, wszak widzę ciebie, odpowiedziałem z uśmiechem.
— Prawda, rzekł podnosząc na mnie swe pogodne oczy; nigdy nie mogłem na los się uskarżać, ale dziś, dziś doprawdy lękać się zaczynam, czy zanadto szczęśliwym nie jestem.
Słowa te, jakaś nieufność w przyszłość którą wyrażały, były zupełnie niezwykłe w jego ustach, zdradzały smutne myśli, dawniej leżące poza zakresem pojęć jego.
— Kochałem nieraz już, mówił dalej, jeżeli takie uczucie miłością nazwać można, ale nie przeczuwałem nawet tego co dziś czuję; kochałem zawsze bez niepokoju o jutro. Dziś przygniata mnie ogrom szczęścia i tłoczy jakaś trwoga tajemna, bo ja życia bez niej nie pojmuję wcale.
Lucyan był dziwnie rozmarzony w tej chwili, sam niepodobny do siebie. Nie umiałem znaleźć odpowiedzi na słowa jego, ale on nie zważał na to i mówił jakby sam do siebie:
— Od pierwszej chwili kiedym ją zobaczył, przestałem do siebie należeć; ta dziewczyna ma w rękach serce moje i mogłaby w nie wbijać szpilki gdyby chciała, a jabym i tak kochać ją musiał.
— Bądź spokojny, wyrzekłem, Stasia tego nie uczyni nigdy. Wart jej jesteś, a ona ciebie. Czyż możesz wątpić o jej miłości?
— Nigdy, nigdy! zawołał Lucyan. Ona mnie kocha, kochać musi! Dni kilka jeszcze, a moją będzie nazawsze. Jerzy, znudzę cię powtarzając sto razy jedno, ale powtarzać muszę.
— Nie znudzisz mnie nigdy, rzekłem z uśmiechem, zapominasz że twoje szczęście jest i mojem.
— Nie wątpię o tem, odparł ściskając mi rękę, dlatego cię tu wezwałem. Powiedz mi tylko czem zasłużyłem na tyle błogosławieństwa w życiu? Powiedz mi Jerzy, co warte życie bez miłości?
Słowa te zabrzmiały dziwnie w uszach moich, bo przez dzień cały pytanie to miałem w myśli. Henryku, powtarzam je tobie: co warte życie oddane na pastwę nauki i pracy, co warta umysłowa rozkosz zdobytej prawdy, rozwiązanego zagadnienia, obok takiej pełni szczęścia? Żal mi lat zmarnowanych, młodości mijającej i uderzeń serca, których nie uczułem! Henryku, pisz do mnie, pisz ostro i surowo, bo widzisz że tutaj hart serca i myśli topnieje. Ja potrzebuję słów twoich i tych trzeźwych pojęć, jakie dać tylko może życie takie jak twoje, poświęcone pracy, nauce i obowiązkom.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.