Dziennik Dolnośląski nr 0/Jak założyliśmy gazetę

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Piotr Adamczyk
Tytuł Jak założyliśmy gazetę
Pochodzenie Dziennik Dolnośląski nr 0
Redaktor Włodzimierz Suleja
Data wydania 31 sierpnia 1990
Wydawnictwo Norpol-Press sp. z o.o.
Miejsce wyd. Wrocław
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Jak założyliśmy gazetę

Jak założyliśmy gazetę-zdj.1.jpg
Foto: Marek Grotowski

PIOTR ADAMCZYK

Spór wybuchł kilka miesięcy temu. Jeszcze w zeszłym roku wszystko wydawało się prostsze. Na rynku prasowym wciąż dominował koncern rozpadającej się partii, więc każda próba wyjścia z niezależną, nową gazetą była dla sięgających po władzę środowisk nęcąca.

Tymczasem okazało się, że prasa dotychczas nazywana reżimową dość szybko zmieniła oblicze. Na początek redakcje zrezygnowały z drukowanego przy winietach hasła o konieczności połączenia się wszystkich na świecie proletariuszy. Potem zaczęto wymieniać naczelnych tak, aby ich następcy gwarantowali zgodność z poglądami dysponentów o innych niż międzynarodowe połączenie proletariuszy zamiarach. Pojęcie niezależności zaczęło być przy tym coraz bardziej względne, aż w końcu niespodziewanie okazało się, iż niektórzy z niegdysiejszych zwolenników wolnej prasy są dziś jej radykalnymi przeciwnikami. Tak stało się na przykład we Wrocławiu.

Pierwsze kłopoty

Pomysł zrobienia interesu na wydawaniu w Polsce kolorowego dziennika wyszedł od Norwegów. Jeden z norweskich potentatów prasowych Orkla Media, spółka akcyjna wchodząca w skład koncernu Orkla Borregaard (przemysł, inwestycje giełdowe, ponad 6 tysięcy pracowników, ponad miliard dolarów rocznego obrotu), postanowił zainwestować gotówkę oraz sprzęt, w sumie ok. 600 tysięcy dolarów.

Do przetargu z Norwegami stanęły Gdańsk, Warszawa oraz Wrocław. Najwięcej przekonywających argumentów przedstawił Władysław Frasyniuk, szef dolnośląskiej „Solidarności”. Oprócz osobistych kontaktów miał bowiem 50 tysięcy związkowych dolarów.

Pełen szarpaniny proces zawiązywania spółki NORPOL-PRESS zaczął się pod koniec ubiegłego roku i trwał dziewięć miesięcy.
Najpierw trzeba było dogadać się z Norwegami. Później przekonać piętrzącą problemy Agencję ds. Inwestycji Zagranicznych. W końcu przeforsować pomysł w dolnośląskim Zarządzie Regionu, który, jak się okazało, na wspólne z Norwegami finansowanie niezależnej prasy miał ochotę dość umiarkowaną.
Najszybciej potoczyły się rozmowy z kapitalistami. Stanęło na tym, że Orkla odda spółce w dzierżawę, z możliwością sukcesywnego wykupu, maszyny drukarskie, sprzęt poligraficzny i komputery oraz wniesie udział w wysokości 60 tysięcy dolarów. Ze strony polskiej gotowość wejścia do spółki zgłosiło dysponujące budynkiem nadającym się na drukarnię Wrocławskie Przedsiębiorstwo Przemysłu Betonów „Prefabet” oraz związek „Solidarność”, który zobowiązał się do zainwestowania ponad 700 milionów złotych. Norwegowie wiedzieli, iż dla normalnego człowieka Polska jest krajem trudnym do zrozumienia. Nie spodziewali się jednak, że aż tak bardzo. W ogóle nie potrafili pojąć na przykład sensu istnienia stołecznej Agencji d/s Inwestycji Zagranicznych.
— Sądziliśmy — przyznają — że skoro Polsce zależy na dopływie technologii oraz kapitału, to instytucje państwowe przynajmniej nic będą przeszkadzać.
Okazało się jednak, iż Agencja przekonana jest, że o wszystkim wie lepiej niż zainteresowani spółką wspólnicy.
— Jeździliśmy do Warszawy kilka razy — wspomina ze złością dyrektor spółki Juliusz Zieliński. — Ciągle czegoś brakowało. Wymagania urzędników były sprzeczne, sprawa się przeciągała. Agencja chciała za nas negocjować warunki, a przecież to jest nasz interes, a nie urzędników z Warszawy.
Tygodnie mijały, pliki dokumentów rosły. Agencja żądała coraz to nowszych opinii. Norwegowie z niecierpliwością patrzyli na kalendarz. Wydłużały się terminy potrzebne na obeschnięcie kolejnych pieczęci. Sprawę przyśpieszyła dopiero interwencja premiera. Na dokumenty z Agencji trzeba było jednak trochę jeszcze czekać, bowiem nie mieli tam akurat wolnej maszynistki.
W końcu należało odwiedzić notariusza. Norwegowie mieli wszelkie niezbędne pełnomocnictwa, ale okazało się, że nie ma ich Frasyniuk. Zgodnie ze statutem związku na ich udzielenie musieli pozwolić wszyscy członkowie Komisji Krajowej. Zaczęło się więc ściganie członków komisji po całym kraju.
Wspólnicy akurat doprowadzili do notariusza Michała Boniego, gdy nieoczekiwanie pojawił się nowy kłopot. Otóż, pełnomocnictwa dla Frasyniuka podpisywali aktualni członkowie komisji, natomiast notariusz dysponował starym wyciągiem z rejestru związku, w którym na przykład Boniego w ogóle nie było. Przyznał więc, że pan Boni znany jest mu skądinąd i wie z telewizji, iż jest członkiem Komisji Krajowej, ale w notarialnych dokumentach nie ma na to stosownego kwitu. Trzeba więc było jechać po aktualny wyciąg z rejestru związku, którego, rzecz jasna, nie mógł wziąć byle kto, lecz jedynie osoba specjalnie upoważniona przez członka komisji.
Tymczasem kolejne problemy zaczęły się pojawiać w samym Wrocławiu, w którym część związkowych działaczy oprotestowała koncepcję spółki oraz przedstawioną przez nią wizję gazety.

Protesty i pretensje

Od początku najpoważniejsze zastrzeżenia zgłaszał Tomasz Wójcik, członek prezydium dolnośląskiego Zarządu Regionu. Oprócz swojego stanowiska przedstawił zbieżne z nim oświadczenie KZ „Solidarności" Politechniki Wrocławskiej, sprzeciwiającej się zainwestowaniu w spółkę 50 tysięcy związkowych dolarów. Twierdził, iż pieniądze te, pochodzące ze składek i przechowywane od stanu wojennego przez Józefa Piniora, miały być przeznaczone na realizację potrzeb Zarządu Regionu, a nie na działalność wydawniczą.
Protokolant podczas kwietniowego posiedzenia ZR odnotował, iż „Frasyniuk zarzucił Wójcikowi specjalne rozognianie sprawy” zaś „Wójcik wyraził protest przeciwko sformułowaniu pretensji przez W. Frasyniuka i stwierdził, że ma jedyne wątpliwości co do działalności gospodarczej”.
Trzy miesiące później umowa o utworzeniu spółki NORPOL-PRESS została zawarta. Ustalono, że kapitał zakładowy wynosi półtora miliarda złotych i dzieli się na tysiąc udziałów. „Solidarność” objęła 514 udziałów, Orkla 400, „Prefabet” 80. Sześć udziałów zostało wykupionych przez trzech pracowników spółki jako zaczątek mającego rozwinąć się w przyszłości akcjonariatu pracowniczego.
W aneksie do umowy znalazł się zapis dotyczący profilu wydawanego przez spółkę pisma: „Polityka wydawnicza dziennika oparta będzie na podstawowym założeniu, że będzie on całkowicie wolny i niezależny, nawet od swoich właścicieli. Opinia dziennika będzie ograniczona do artykułu wstępnego zawsze opartego na zasadach wolności, niezależności i stałego umacniania demokracji i praw jednostki w społeczeństwie. Są to te same założenia, które przyjęła dla swojej pracy wydawniczej 10 lat temu Solidarność — ze skutkiem dzisiaj widocznym. Mimo to, dziennik nie będzie organem Solidarności, będzie mógł być nawet zasadniczo opozycyjny wobec Solidarności i swoich właścicieli i będzie zawsze przedstawiał swój profil wydawniczy na zasadach wyżej opisanych”.

Jak założyliśmy gazetę-zdj.2.jpg
Nasi drukarze przeszli „dogłębne” szkolenie w Norwegii.
Foto: Juliusz Zieliński

Umowa wraz z zawartą w niej koncepcją pisma nie wszystkim przypadła do gustu. Podczas sierpniowego zebrania Zarządu Regionu pojawiły się kolejne wątpliwości. Tomasz Wójcik domagał się ekspertyz prawnych, twierdząc, iż część punktów umowy nie jest dla strony polskiej korzystna. Z kolei za niekorzystny dla związku uznali niektórzy brak możliwości zwolnienia dziennikarzy z powodów... politycznych.
Za postawionym po burzliwej dyskusji wnioskiem o zaciągnięcie 305 milionów złotych kredytu na uzupełnienie wkładu spółki głosowało 13 osób. Przeciw było 10.

Drugie dno sporu

— Jest to kolejna rozgrywka polityczna wewnątrz związku — twierdzą w jego siedzibie przy pi. Czerwonym. Dodają, iż konflikt ciągnie się od czasów waśni między RKW a RKS, uosabianymi z jednej strony przez Frasyniuka, z drugiej zaś przez Wójcika. Ostatnio podczas regionalnych wyborów, obaj starali się o fotel przewodniczącego Zarządu Regionu.
Po utworzeniu ROAD, którego Frasyniuk został liderem, tarcia wewnątrz związku przybrały na sile.
— Teraz nie ulega wątpliwości, że za związkowe pieniądze Frasyniuk załatwił sobie gazetę. Kilku działaczy ROAD jest już zatrudnionych w spółce — skarżą się członkowie dawnego RKS.
Nazajutrz po zarejestrowaniu spółki z listem protestacyjnym do Komisji Rewizyjnej zwrócił się Jan Waszkiewicz, delegat na Zjazd Krajowy związku. Oświadczył, iż zawiesza płacenie składek, bowiem nie życzy sobie, aby wspierano nimi powstanie dziennika, który nie będzie gazetą związkową, lecz, niewykluczone, że organem ROAD.
Jednocześnie z MKK związku (obejmującej 11 wrocławskich zakładów) nadeszło pismo zarzucające przewodniczącemu Zarządu Regionu odejście od działalności związkowej. Pismo zawierało wniosek o udzielenie przewodniczącemu votum nieufności.
W Komisji Rewizyjnej przyznają, że na wniosek ten złożyło się wiele okoliczności. Rosnące bezrobocie, brak jasnego programu działania związku, pogarszające się warunki życia.
— Sądzę, że bezpośrednim detonatorem jest tu jednak zaangażowanie się Frasyniuka w ROAD i w niezależną od związku gazetę — mówi przewodniczący Komisji Rewizyjnej Antoni Tarczewski. — W sytuacji, w której związek stoi przed wyborem sposobu obrony pracowników, a w swoim zapleczu słabnie, są tylko dwie możliwości: albo liderzy przestawią się wyłącznie na obronę związku, albo zdeklarują politycznie i przejdą do pracy politycznej lub samorządowej.
Komisja Rewizyjna podejmuje uchwałę, w której wyraża wątpliwości związane ze stroną prawną umowy spółki oraz stwierdza, iż skandalem jest, że udziałowcy pisma powstającego przy finansowym wsparciu „Solidarności” nie tylko nie chcą sprecyzować jego oblicza ideowego, ale — co gorsze — dopuszczają wręcz możliwość opozycyjności wobec związku.
— Ten dziennik nie może być niczyim organem — tłumaczy Władysław Frasyniuk. — Zespół nie może być skrępowany narzuconą z zewnątrz wizją. To jest interes, w którym liczy się rentowność i poczytność pisma. Chcemy, aby przyniosło ono społeczne oraz finansowe korzyści regionowi.
Redaktor naczelny „Dziennika Dolnośląskiego” Włodzimierz Suleja, człowiek „Solidarności”, mówi, że nie będzie robił gazety propagandowej.
— Nasz dziennik musi być niezależny od zmiennych trendów politycznych. Zaangażowałem dziennikarzy z różnych środowisk. Sądzę, że reprezentowana przez nich różnorodność opcji w większym stopniu pozwoli nam na oderwanie się od tak powszechnego w naszym kraju myślenia jednotorowego.
Nieco zdezorientowany już przedstawiciel strony norweskiej ma na ten temat tylko jedno do powiedzenia. Oprócz zysku chodzi mu jedynie o to, aby nie była to gazeta komunistyczna. Akurat to życzenie wydaje się do spełnienia.

PIOTR ADAMCZYK


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0.
Dodatkowe informacje o autorach i źródle znajdują się na stronie dyskusji.