Józef Jerzy Hordyński-Fed'kowicz/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Abgar Sołtan
Tytuł Józef Jerzy Hordyński-Fed’kowicz
Podtytuł Poeta rusiński na Ukrainie.
Szkic literacki
Data wydania 1892
Wydawnictwo Nakładem autora
Drukarz Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

Ostatnie rozdziały mej pracy, poświęcę rozbiorowi krytycznemu utworów Fed’kowicza.
Wszystkiego, co poeta napisał, nie mogłem przeczytać, utwory bowiem jego niedoczekały się dotychczas zbiorowego wydania, a były rozrzucone po licznych pismach peryodycznych, które zebrać, jest obecnie prawie niepodobieństwem. Utwory te musimy rozklassyfikować na trzy zupełnie odrębne działy: 1) poezye, przeważnie liryczne, z pierwszej epoki twórczości; 2) powieści, t. j. utwory pisane prozą, zbliżające się najbardziej do tego rodzaju formy literackiej, który dziś „nowellą“ zowiemy; 3) wreszcie wszystkie pisma z ostatniej doby twórczości poety, z czasów, kiedy jego umysł był już zamącony mistycyzmem i przegryziony bezbrzeżnym pessymizmem i zwątpieniem.
Niezwyczajna siła i polot poetyczny, orle prawie natchnienie, znamionujące pierwsze utwory Fed’kowicza, zwróciły odrazu na niego uwagę ludzi zajmujących się rusińskiem piśmiennictwem. Namiętna dusza „dziecka gór“ z dziwną pożądliwością chłonęła wszelkie wrażenia, a kojarząc je natychmiast z wspomnieniami dzieciństwa, z tym wrodzonym huculskiemu plemieniu sentymentalizmem, zapłodniała się pomysłami do tych wszystkich lirycznych utworów, które zjednały ich twórcy sławę i rozgłos. Epizody z życia żołnierskiego i z wojny włoskiej natchnęły Fed’kowicza do napisania całego szeregu dum żołnierskich, w których cierpienia żołnierskie i ogólna ludzka niedola, znalazły wierną illustracyę. W dumie o bitwie pod Castenedollo wyrywa mu się taka pełna żalu skarga:

Podywyż ty sia maty
Na żownirskiji kabaty:
Wsia kabatyna
Krow i katyna!
Tyż hidnaja mia piznaty?

(Popatrz się matko na żołnierskie mundury: cały mundur, to krew i kalina! Czyż zdołasz ty mnie poznać?).
Bardzo często utwory Fed’kowicza z tej epoki są więcej pieśniami śpiewanemi przez żołnierzy, które autor ujął tylko w formę metryką przepisaną, zazwyczaj nawet monotonny rytm pieśni huculskich pozostawiając niezmienionym. Któż n. p. z pośród tych, którzy przysłuchiwali się przy myśliwskiem ognisku tęsknym śpiewom łeginiów karpackich, nie pozna w dumie p. t. Towaryszi rodzonej siostry tych ludowych pieśni:

Hej brate myłyj! Hej! cy czujesz?
Czoho ty chodysz, taj sumujesz;
Czoho sumujesz taj dumajesz,
Konia futrujesz, ne spiwajesz? —
Ot — tak mij druże, tak, sokołe,
Pojidem rano w czyste połe
Z Francuzom, z Sardom wojowaty,
Czej perestanu wże dumaty?.

(Hej bracie miły! Hej! czy słyszysz? Czego ty chodzisz zasmucony, czego się smucisz i dumasz, konia karmisz a nie śpiewasz? — Ot, tak mój drogi, tak sokole, pójdziemy rankiem w czyste pole, z Sardem, z Francuzem wojować! Może przestanę raz dumać?).
W następnych strofach tej samej dumy posługuje się autor wprost słowami ludowej piosnki, dodając tylko nazwy miejscowości wsławionych za czasów włoskiej wojny:

Cy to w poli pid Madżentow
Jawir powaływ sia?
Cy to w poli pid Madżentow
Ułan zakołenyj?
Pokłonyw sia hołowoju
Na horyaczij kamiń
A kanony zahukały
Po Madżenti: Amiń! —
Hej zkaży my, krasnyj ułan:
Cy ne tut konaty,
Lipsze znajut zadzwonyty
Jak u doma zwony?

Taj skaży my, myłyj brate;
Cy ne tutki kruki
Lipsze znajut naryadyty,
Jak najmylszi zwuki?

(Czy to w polu pod Magentą jawor się powalił? Czy to w polu pod Magentą ułana zakłuto? Skłonił głowę na gorący kamień, a armaty zahuczały po Magencie: Amen! Hej! powiedz mi piękny ułanie: Czy nie dobrze tu konać? Lepiej tu umieją zadzwonić niż domowe dzwony. Hej powiedz mi miły bracie: czy tutejsze kruki nie przyrządzą cię lepiej niż najmilsze dzwięki?).
Miejscami przebija się i egotyzm, ale szlachetny i podniosły, n. p. w poniżej przytoczonym ustępie poeta niby tłómaczy się z tego, że dotknął strun lutni:

Moja maty mene porodyła
Tam hde worły wodu pyły
Ta i spiwanok mene wyuczyła
Wisimdesiat’ i czetyry.
Bo moja maty mene porodyła
W czistim poły pry Dunaju:
Spiwaj mij synu — tak mi haworyła —
Jak sołowij w temnym haju!...
A ja litaju po haju... dubrowi,
Ta i szcze budu ta i litaty,
Oj! pizwilte my syny sokołowi
Meży wamy zaśpiwaty!...“

(Moja matka mnie powiła, tam gdzie orły wodę piły i nauczyła mnie ośmdziesiąt cztery pieśni; bo moja matka powiła mnie w czystem polu nad Dunajem. Śpiewaj mój synu — tak ona mówiła — jak słowik w ciemnym gaju! Więc ja latem po gajach... dąbrowach i jeszcze latać będę! — Oj! pozwólcie mi sokoli synowie wraz z wami zaśpiewać).
Egotyzm ten wzmógł się później, lecz i wyszlachetniał jeszcze bardziej. Poeta nabrał samowiedzy swego stanowiska; czasami sięgał wieszczych prawie nut, zdradzał wieszczy polot; wiara w dobry skutek swego posłannictwa i przyszlość ukochanego przezeń plemienia, maluje się w następujących słowach:

A ja zaśpiwaju po ruskomu kraju
Szczob buło daleko... daleko mia czuty;
Wid Czornoji-hory do Dniepra — Dunaju
Rozsyp sia my piśni, barwinkom ta rutow:
Naj ruśki mołojci zatyczut kresani,
Naj ruśki diwczata winki sobi szyjut,
Naj lude ne każut — szczo my beztałanni,
Naj ślozy krowawi łyczka nam ne myjut!
Rozsyp sia my piśni, jak soneczko liti
Chaj naszi krowawi na wiki obsuszyt.
Rozsyp sia, rozdaj sia — jak hrim po Rokiti
Chaj szwargit nimeckij nas bilsze ne hłuszyt!

(Zaśpiewam ja w ruskim kraju, tak, żeby mnie można słyszeć daleko... daleko; od Czarnohory do Dniepru — Dunaju rozsyp się ma pieśni barwinkiem i rutą. Niech ruscy mołojcy ustroją kwiatami kapelusze, niech ruskie dziewice wieńce sobie wiją, niechaj ludzie nie mówią, że my nieszczęśliwi, niechaj łzy krwawe lic naszych nie myją... Rozsyp się ma pieśni jak słoneczko w lecie, osusz nasze łzy krwawe na zawsze; rozsyp się jak grom po Rokicie (szczyt karpacki). Niechaj szwargot niemiecki dłużej nas nie głuszy!).
Ciekawym bardzo objawem jest wiersz p. t. Preczysta diwo raduj sia Marijo! Gdym go po raz pierwszy czytał, nie mogłem wyjść ze zdumienia; uparcie mi się zdawało, że wiersz ten musiał autor chyba przetłómaczyć z jakiegoś nieznanego mi utworu pani Konopnickiej; szczegół ten jednak, że wydrukowano go na piętnaście lat przedtem, nim p. Konopnicka zaczęła pisać, usunął moje podejrzenie. W każdym razie socyalno-sentymentalny pessymizm, który dźwięczy w przeważnej ilości utworów pełnej talentu poetki, który dalej rozrodził się w całem, licznem potomstwie duchowem Janka muzykanta, drga w wierszu Fed’kowicza w całej już swej potędze. Wiersz ten jest zanadto ciekawy — i powiem otwarcie — za nadto piękny co do formy, ażebym mógł się wstrzymać od przytoczenia z niego kilku ustępów. Mojem zdaniem, jest to najwyższy szczyt rusińskiego liryzmu:

W syne more sonce jasne tone,
I swoje świtło, niby krow czerwone,
Po wsij kraini dokoła sije;
A tam zazulku w haju deś czuwaty,
A tam zwinoczok staw sełam kowaty,
Tam w boru witer lystiom szewilije:
Preczysta diwo, raduj sia, Marije!

Pręczysta diwo, raduj sia, Marije!
On mołod żowniar, liahsy na murawi,
Łyczko studene, szaty mu krowawi,
Rozstriłen nyni, bo — samyj ne wmije;
Kamraty jamu temnu mu wkopały
I na spoczynok bidnoho w nim skłały,
Uże ne skaże jak zwinok zapije:
Preczysta diwo, raduj sia, Marije!

Preczysta diwo, raduj sia, Marije:
Pid płotom siła odowycia maty,
Do sebe tułyt bidne syrotiaty,
I płacze rewno, serdeńko ji mlije;
Bo wże ne płacze, wże i ne hołysyt,
Skłonyła hołow! bilsze ne pidnosyt,
Zirnyci płaczut, a zwinok nimije,
Preczysta diwo, raduj sia, Maryje!

Preczysta diwo, raduj sia, Maryje:
Tam onde błudyt spłakana dytyna,
Bez tata, mamy, bidna serotyna;
Niczo ne jiło, duszeńka mu mlije;
I chocze w chatu bidne nawernuty
— Gospodar psami jeho trowyt — czuty:
Wereskło, wpało, krow sia z niżki lije.
Preczysta diwo, raduj sia, Marije!

Preczysta diwo, raduj sia, Marije!
Bo ja ne możu; wszak ja maju duszu;
I czuty muszu i dywyty muszu
Szczo tut na switi, ach! tutkie sia dije,

Da, jak do hrobu złożut moje tiło,
Do temno, tisno, studeno zatliło,
De nic ne płacze, de use nimije:
Preczysta diwo, raduj sia, Maryje!...

(W błękitnem morzu jasne słońce tonie, i światło swoje niby krew czerwone, po całym kraju wokoło roztacza. A tam kukułka odzywa się w gaju, a tam znów dzwonek w siole się kołysze, tam w borze wietrzyk listkami szeleszcze: Przeczysta Panno, raduj się, Maryo!
Przeczysta Panno, raduj się, Maryo! Opodal młody żołnierz padł w murawę, lica ma zimne, szaty jego krwawe, rozstrzelan dziś, on bo sam nie potrafił — towarzysze dół ciemny wykopali i na spoczynek biednego złożyli; już on nie rzeknie, kiedy jęknie dzwonek: Przeczysta Panno, raduj się, Maryo!
Przeczysta Panno, raduj się, Maryo: pod płotem siedzi owdowiała matka, tuli do piersi biedne sierociątko i płacze rzewnie, serce w niej omdlewa. — Oh! już nie płacze, nawet już nie jęczy, skłoniła głowę, już jej nie podnosi i gwiazdy płaczą a dzwonek oniemiał. Przeczysta Panno, raduj się, Maryo!
Przeczysta Panno, raduj się, Maryo: Patrz tam się błąka spłakana dziecina, bez ojca, matki, nieszczęsna sierota; nie jadło dotąd, duszyczka w niem mdleje, biedna, do chaty pragnie się gdzieś wprosić, gospodarz psami szczuje, oh! tam słychać: krzyknęło, padło, krew mu z nóżki płynie. Przeczysta Panno, raduj się, Maryo!
Przeczysta Panno, raduj się Maryo! Bo ja nie mogę, wszak i ja mam duszę, i słuchać muszę, i spoglądać muszę; co tu na świecie, ach! na tym się dzieje. — Gdy wreszcie w grobie złożą moje ciało, gdzie ciemno, ciasno, zimno i zadusznie, gdzie nic nie płacze, gdzie wszystko niemieje: Przeczysta Panno, raduj się, Maryo!)
Czytelnicy nieznający rusińskiego języka nie mogą mieć wyobrażenia o sile tego rozpaczliwego, prawie bluźnierskiego wiersza, z mego prozaicznego przekładu. Może nam, wierzącym głęboko w miłosierdzie Boga, wydać się on bluźnierczym, niemoralnym, nie możemy jednak zaprzeczyć, że poeta, który go napisał, odczuwał niedolę ludzką do przesytu prawie; bolała go ona tak, że aż zapominał o Opatrzności i zwątpił w miłosierdzie — nie on jeden zresztą błądził w ten sposób, Bóg mu zapewne przebaczy... Nie możemy również nie uchylić głowy przed wdziękiem formy, a zapominać nienależy, że tworzył to człowiek, który w dwudziestym piątym roku życia nauczył się pisać po rusińsku. Ten jeden wiersz powinien zapewnić Fed’kowiczowi poczestne stanowisko wśród plejady poetów całej Słowiańszczyzny.
Ciekawemby było dojść: czy i w jakim stopniu na twórczość Fed’kowicza wpłynęła polska literatura?... Na tego rodzaju studyum porównawcze, nie mam w tej pracy miejsca; pewnem jednak jest, że czytywał po polsku i znał rodzinny język swego ojca; mamy tego dowody w dwóch jego opisowych utworach, w umieszczonych, na końcu tomiku wydanego w 1862 r. we Lwowie: Prazdnyk w Takowi i Kirdżali, są one tylko rymowanemi przeróbkami z powieści Michała Czajkowskiego, i powiedzmy szczerze, o wiele słabszemi, niż oryginalne prace Fed’kowicza z tej epoki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.