Józef Balsamo/Tom III/Rozdział XXXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXII
DYPLOM ZAMORA

Po odejściu króla pani Dubarry pozostała nareszcie sama z Chon i bratem, który nie pokazywał się dotychczas, aby nie spostrzeżono, że rana jego była w rzeczywistości bardzo lekka.
Z narady familijnej wynikło, że hrabina, miast jechać do Luciennes, jak to przyrzekła królowi, udała się do Paryża. Miała przy ulicy de Valois mieszkanie, które służyło całej tej podróżującej bezustanku rodzinie za zajazd, ilekroć interesy lub przyjemności wymagały zatrzymania się w stolicy.
Pani Dubarry rozgościła się tam i z książką w ręku czekała.
Przejeżdżając przez miasto nie mogła sobie jednak faworyta odmówić, aby nie wyjrzeć od czasu do czasu przez okno karety. Jest to słabostka wszystkich pięknych kobiet; lubią się pokazywać, wiedząc, że miło jest na nie patrzyć. Gdy się rozeszła wieść o jej przyjeździe, pomiędzy drugą a szóstą zjawiło się ze dwadzieścia osób z wizytą.
Było to łaską Opatrzności dla biednej hrabiny, która pozostawiona sama sobie, umarłaby chyba z nudów. Na królowaniu, ploteczkach i kokieterji czas zeszedł jej prędzej.
Wpół do ósmej biło na zegarze kościoła świętego Eustachego, gdy przejeżdżał tamtędy wicehrabia, wioząc hrabinę de Béarn do siostry.
Rozmowa w karecie toczyła się jeszcze na ten sam temat. Wicehrabia, przybierając ton protektora, podziwiał szczęśliwy zbieg okoliczności, który pozwoli pani de Béarn poznać hrabinę Dubarry; pieniaczka ze swej strony unosiła się nad grzecznością i uczynnością wicekanclerza. Tymczasem konie stanęły przed domem hrabiny.
— Pani pozwoli, że uprzedzę hrabinę, jaki zaszczyt ją czeka, rzekł wicehrabia, wprowadzając starą damę do salonu, który służył za poczekalnię.
— O! panie, rzekła hrabina, byłabym niepocieszona, gdyby jej odwiedziny moje w czemkolwiek miały przeszkodzić.
Jan zbliżył się do Zamora, czatującego na przybycie wicehrabiego u okien przedsionka i wydał mu po cichu rozkaz.
— Ach! co za rozkoszny murzynek! — wykrzyknęła hrabina.
— Czy to siostry pańskiej?
— Tak pani! jest to jeden z jej ulubieńców.
— Winszuję mu tego.
W tejże chwili otworzyły się podwoje salonu, i pokojowiec wprowadził hrabinę de Béarn do wielkiej sali, gdzie pani Dubarry udzielała posłuchań.
Gdy staruszka z westchnieniem przyglądała się zbytkownemu urządzeniu tej czarodziejskiej siedziby, Jan Dubarry poszedł do siostry.
— Czy to ona? — zapytała hrabina.
— We własnej osobie.
— Nie domyśla się niczego?
— Niczego w świecie.
— A wice-kanclerz?...
— Wyśmienity. Wszystko nam sprzyja, moja droga.
— Nie siedźmy razem za długo, bo się czego domyśli.
— Masz słuszność, wygląda na bardzo przebiegłą. Gdzie jest Chon?
— Wiesz przecie, że w Wersalu.
— Przedewszystkiem niech się nie pokazuje.
— Zaleciłam to jej bardzo.
— A teraz, ukaż się, księżno.
Pani Dubarry, popchnąwszy drzwi buduaru, weszła.
Wszystkie ceremonje ówczesnej etykiety, stosowane w tych razach, zachowane zostały przez te dwie aktorki, ożywione pragnieniem przypodobania się sobie wzajemnie.
Pierwsza odezwała się pani Dubarry.
— Pani, dziękowałam memu bratu, za zaszczyt, jaki mi sprawiają odwiedziny pani. Teraz pani składam podziękowanie, za powzięcie tej myśli.
— A ja, pani, — odpowiedziała zachwycona pieniaczka — nie umiem znaleźć słów, na wyrażenie mojej wdzięczności za uprzejme przyjęcie, jakie mnie tu spotyka.
— Pani — rzekła z głębokim ukłonem hrabina — obowiązkiem moim względem tak dostojnej damy, jest oddać się na usługi, jeżeli w czemkolwiek użyteczną jej być mogę.
I po trzech obustronnych ukłonach, hrabina wskazała pani de Béarn fotel, a w drugim sama zasiadła.
— Pani — mówiła faworyta do hrabiny — proszę mówić, słucham.
— Pozwól, siostro — przerwał Jan — pozwól, że objaśnię, iż pani nie przyszła do ciebie z prośbą; pani hrabina nie ma nic podobnego na myśli; kanclerz obarczył panią poleceniem do ciebie, ot i wszystko.
Pani de Béarn z wdzięcznością spojrzała na Jana i podała hrabinie dyplom, podpisany przez wicekanclerza, wynoszący Luciennes do godności pałacu królewskiego i mianujący Zamora rządcą tegoż pałacu.
— To ja jestem pani obowiązaną — rzekła hrabina, rzuciwszy okiem na dyplom, — i gdybym była tyle szczęśliwą, abym się mogła odwdzięczyć..
— O! to z łatwością pani przyjdzie — zawołała pieniaczka z żywością.
— Jakto? niech pani mówi, proszę.
— Ponieważ, hrabino, raczyła pani powiedzieć, iż nazwisko moje nie jest jej nieznane...
— A jakże, de Béarn!
— Może więc słyszała pani o procesie w którym chodzi o mój majątek rodzinny.
— Proces z panem de Saluces, jeżeli się nie mylę.
— Niestety! tak pani.
— Tak, tak, znam tę sprawę — powiedziała hrabina, Jego Królewska Mość, będąc u mnie przeszłego wieczoru, mówił o niej z moim kuzynem, panem de Maupeau.
— Jego Królewska Mość mówił o moim procesie?
— Tak pani.
— Niestety! hrabino! — odpowiedziała Dubarry, potrząsając głową.
— Więc proces przegrany, prawda? — zawołała stara pieniaczka niespokojnie.
— Jeżeli mam prawdę mówić, to bardzo się o panią boję.
— Jego Królewska Mość powiedział!
— Najjaśniejszy Pan mówił tylko, że uważa te dobra za należące słusznie do rodziny de Saluces.
O Boże, Boże, szanowna pani!... gdyby Jego Królewska Mość znał sprawę, gdyby wiedział, że zostały oddane przez cesję po wypłaceniu należności dwieście tysięcy franków,... Tak, pani... po wypłaceniu. Nie posiadam pokwitowań, ale mam dowody moralne i gdybym mogła osobiście stanąć przed parlamentem i bronić mej sprawy, wykazałabym jak najjaśniej...
— Jak najjaśniej? — podchwyciła hrabina, nic a nic nie rozumiejąca z tego, co mówiła pani de Béarn, udająca jednakże, iż ją to bardzo zajmuje.
— Tak, pani, dowodzę, że rewers na dwieście tysięcy franków z procentami, co wynosi obecnie więcej niż miljon, że rewers z datą 1406 r. musiał być zapłacony przez Guy’a Gastona IV hrabiego de Béarn, na łożu śmiertelnem w r. 1417, ponieważ w testamencie własną jego ręką napisane stoi: „Na śmiertelnem łożu, nie winien nic ludziom i gotów stanąć przed obliczem Boga“....
— No i cóż dalej? — zapytała hrabina.
— Przecie pani rozumie: skoro nic nie winien był ludziom, zatem zapłacił de Saluces’om. W przeciwnym razie byłby powiedział: „Będąc winien dwieście tysięcy liwrów“, zamiast: „Nie będąc nic winien“.
— Z pewnością byłby tak uczynił — przerwał Jan.
— A nie posiadacie innych dowodów?
— Tylko słowo Gastona IV, pani, którego zwano bez skazy.
— A wasi przeciwnicy posiadają dowody?
— Tak — odpowiedziała stara — i to właśnie gmatwa proces.
Powinna była powiedzieć, że go rozjaśnia, lecz pani de Béarn sądziła o rzeczach ze swego punktu widzenia.
— Zatem pani jest przekonana, że de Saluces są zapłaceni? — powiedział Jan.
— Tak, panie wicehrabio, jest to moje przekonanie niewzruszone.
— A więc! — podjęła hrabina, zwracając się z miną przejętą do brata — wiesz Janie, że ten dowód, na który powołuje się pani de Béarn, zmienia straszliwie postać rzeczy.
— Straszliwie, tak pani — wypowiedział Jan.
— Straszliwie dla moich przeciwników — ciągnęła hrabina — wyrażenie w testamencie Gastona IV jest stanowcze: „Nie będąc winien nic ludziom“.
— I nietylko jest jasne, ale zupełnie logiczne — rzekł Jan. Nic nie był winien, to znaczy, że zapłacił, co był winien.
— Tak, tak, zapłacił — powtórzyła pani Dubarry.
— O! czemuż nie jesteś pani sędzią moim! — wykrzyknęła stara hrabina.
— Dawniej w podobnych wypadkach — dodał wicehrabia Jan — nie trybunały, lecz sąd boski rozstrzygał. Co do mnie, taką mam wiarę w czystość sprawy, iż gdyby zwyczaj podobny był jeszcze w użyciu, przysięgam, w tejże chwili zostałbym obrońcą pani.
— O! panie. — Zrobiłbym tylko to, co uczynił dziad mój Dubarry-Moore, który miał zaszczyt przyłączyć się do rodziny królewskiej Stuartów i walczyć za honor młodej i pięknej Edyty Scarborough. Niestety! ciągnął wicehrabia z westchnieniem pogardy — nie żyjemy już w tych czasach, pełnych chwały, i szlachcic, gdy chce praw swoich dochodzić, musi poddać się sądowi ludzi, nie rozumiejących zdania tak jasnego jak: „Nie będąc nic winien ludziom“.
— Słuchaj, mój bracie, trzysta lat mija, jak słowa te zostały napisane — ośmieliła się wtrącić Dubarry — zdaje mi się, iż w sądach zowią to przedawnieniem.
— Nie, to nic nie znaczy — odrzekł Jan przekonany jestem, że gdyby Jego Królewska Mość słyszał panią, przedstawiającą swą sprawę tak, jak nam opowiedziała...
— Przekonałabym go! jestem pewna!
— I ja także.
— Lecz jakim sposobem mogłabym mu to powiedzieć? Trzeba, ażeby pani odwiedziła mnie któregokolwiek dnia w Luciennes; a ponieważ Najjaśniejszy Pan raczy bywać u mnie dość często...
— Zapewne, moja droga siostro, ale to zależy od trafu.
— Wiesz dobrze, wicehrabio, iż często zawierzam trafowi i nigdy się nie potrzebuję nań żalić.
— Może się jednak zdarzyć, że tydzień, dwa, trzy upłynie i pani nie napotka króla.
— To prawda.
— A proces będzie sądzony w poniedziałek czy we wtorek.
— We wtorek, proszę pana.
— Dziś mamy piątek.
— W takim razie — rzekła pani Dubarry z miną zrozpaczoną — nie można już na to liczyć.
— Jakby to zrobić? — podchwycił hrabia, udając zamyślenie głębokie. — Do djabła...
— Możeby posłuchanie w Wersalu? — rzekła nieśmiało pani de Béarn.
— O! nie uzyska go pani.
— Przy pani protekcji?
— Nic to nie znaczy. Jego Królewska Mość nienawidzi rzeczy urzędowych, a obecnie zaprzątnięty jest jedną głównie sprawą...
— Sprawą izb narodowych? — zapytała pani de Béarn.
— O nie, moją prezentacją u dworu.
— A! — zawołała stara arystokratka.
— Wiadomo pani zapewne, że pomimo opozycji pana de Choiseul, pomimo intryg pana de Praslin i pomimo zabiegów pani de Grammont, król postanowił, iż będę przedstawioną.
— Nic o tem nie wiedziałam, pani hrabino.
— Król jest najzupełniej zdecydowany — dodał Jan.
— Kiedyż nastąpi przedstawienie pani?
— Niedługo.
— Król chce, aby odbyło się to przed przybyciem pani delfinowej, by mógł siostrę moją zabrać na uroczystości do Compiégne.
— A! teraz rozumiem. Pani ma być prezentowaną u dworu? — odezwała się nieśmiało hrabina.
— Mój Boże! tak. Pani baronowa d’Alogny...
— Czy pani ją zna?
— Nie znam teraz nikogo; dwadzieścia lat temu dwór opuściłam.
— Otóż pani baronowa d’Alogny będzie moją matką chrzestną. Król obsypuje ją za to swemi łaskami: mąż jej zostaje szambelanem, syn przechodzi do gwardji z obietnicą pierwszego awansu, baronostwo zamienione im będzie na hrabstwo, papiery ich, oparte na szkatule królewskiej wyżej stoją od akcyj miejskich, a wieczorem po prezentacji baronowa dostaje do ręki dwadzieścia tysięcy dukatów. To też śpieszy się, śpieszy!
— Pojmuję — odpowiedziała hrabina ze słodkim uśmiechem.
— A! wiesz, co ja myślę!... — wykrzyknął Jan.
— Co? — zapytała pani Dubarry.
— Jakie nieszczęście! — dodał, rzucając się w fotelu — że nie spotkałem pani tydzień temu u naszego kuzyna wice-kanclerza.
— Więc co?
— Nie mieliśmy wtedy żadnego układu z baronową d’Alogny.
— Mówisz, jak sfinks, mój drogi, nie rozumiem cię zupełnie.
— Jakto, nie rozumiesz?
— Nic a nic.
— Założę się, że pani rozumie.
— Przepraszam, nie mogę się domyślić...
— Przed ośmiu dniami nie mieliśmy matki chrzestnej...
— No tak.
— Otóż pani... może zanadto jestem śmiały?
— Nie, panie, niech pan mówi,
— Pani byłaby ci usłużyła, a to co robi król dla pani d’Alogny, dla niejby uczynił.
Pieniaczka zrobiła wielkie oczy.
— Niestety! — wyrzekła.
— O! gdyby pani wiedziała — ciągnął dalej Jan, z jaką łaskawością król uprzedzał jej życzenia. Gdy się tylko dowiedział, że baronowa ofiaruje się na matkę chrzestną Joanny: „Doskonale — powiedział — znudziły mnie te wszystkie hultajki dumniejsze, jak się pokazuje, ode mnie.
Hrabino, przedstawisz mi tę damę, nieprawdaż? Może ma proces, należność jaką?...“
Oczy pani de Béarn rozszerzały się coraz więcej.
— Jedna tylko rzecz — dodał król — gniewa mnie.
— Nie podobało się coś królowi?
— Tak jest. „Jedna rzecz mnie gniewa; dla wprowadzenia na dwór pani Dubarry, chciałbym nazwiska historycznego“. I mówiąc to, Najjaśniejszy Pan patrzył na portret Karola I-go!
— Najjaśniejszy Pan — rzekła stara pieniaczka — mówił to z powodu połączenia Dubarry-Moor’ów ze Stuartami, o którem wspominał pan przed chwilą.
— Tak właśnie.
— Faktem jest — mówiła pani de Béarn z intonacją trudną do oddania — że o d’Alogny’ch nie słyszałam nigdy.
— Dobra to jednak rodzina — rzekła hrabina.
— Dali nawet podobno jakieś dowody...
— A! mój Boże — krzyknął nagle Jan, zrywając się z fotela gwałtownie.
— Co ci się stało? — zapytała pani Dubarry, starając się powstrzymać śmiech, na widok wykrzywiań brata.
— Może się pan ukłuł? — spytała stara hrabina z troskliwością.
— Nie — odrzekł Jan, siadając — nie, tylko przychodzi mi świetna myśl do głowy.
— Cóż to za myśl! — rzekła hrabina śmiejąc się — że cię prawie przewróciła!
— Musi być bardzo dobra! — dodała pani de Béarn.
— Wyśmienita!
— To niech nam pan ją powie.
— Jest tylko jedno nieszczęście.
— Jakie znowu?
— Nie można myśli mojej wykonać,.
— Powiedz pan jednakże.
— Doprawdy, boję się, ażeby żalu próżnego nie wywołać.
— Nie zważaj pan, wicehrabio, mów.
— A gdyby powiedzieć pani d’Alogny o uwadze króla, jaką uczynił, patrząc na portret Karola I-go.
— Ależ, wicehrabio, byłoby to niegrzecznie...
— Tak, to prawda.
— Nie myślmy lepiej o tem.
Pieniaczka westchnęła.
— Szkoda wielka — ciągnął wicehrabia jakby do siebie — wszystko dobrzeby się składało; matrona rozumna, z nazwiskiem historycznem, trafia się zamiast pani d’Alogny; wygrywa proces, syn jej zostaje pułkownikiem, wracają jej koszta procesu. Nie, podobnego szczęścia nie spotyka się w życiu dwa razy!
— O z pewnością nie! — wyrzekła pani de Béarn odurzona,.
— Widzisz, braciszku — zaczęła ze współczuciem hrabina — zasmuciłeś panią. Czyż nie dosyć, iż nie mogę nic zrobić dla niej u króla przed prezentacją moją?
— O! gdybym mogła odroczyć termin procesu!
— Chociaż o tydzień — powiedziała Dubarry.
— Za tydzień pani już będzie przedstawioną.
— Król wtedy będzie w Compiégne, rozbawiony; delfinowa już przybędzie.
— Prawda, prawda, — powiedział Jan — ale...
— Ale co?
— Poczekajcie, przychodzi mi nowa myśl.
— O! powiedz nam prędzej!
— Zdaje mi się... nie... tak... tak właśnie.
Pani de Béarn połykała słowa Jana.
— Znalazłem sposób wyjścia...
— Słuchamy.
— Przedstawienie twoje u dworu jest dotąd tajemnicą, wszak prawda?
— Naturalnie, pani tylko jedna...
— Bądźcie państwo spokojni — wykrzyknęła stara dama.
— Nie domyślają się, iż znalazłaś matkę chrzestną.
— Bezwątpienia, król chce sprawić niespodziankę...
— To posłuchajcie.
Jan zbliżył się do niewiast.
— Pani udaje, że nie wie, iż masz być przedstawioną i że znalazłaś matkę chrzestną... Nas pani nie zna... i prosi o posłuchanie u króla.
— Pani hrabina utrzymuje, że król odmówi...
— Żąda pani audjencji i ofiarowuje się wprowadzić na dwór panią Dubarry. Króla, naturalnie, wzrusza ten krok ze stroni pani, przyjmuje ją, dziękuje i pragnie się odwdzięczyć. Pani wtedy zaczyna o procesie...
Dubarry błyszczącym wzrokiem patrzyła na starą damę, która zaczęła potrochu domyślać się podejścia.
— O ja, taka nienacząca osobistość, czyżby Jego Królewska Mość chciał...
— W tym wypadku dobre chęci wystarczą — powiedział Jan.
— Jeżeli tylko o to chodzi...
— Myśl jest doskonała — rzekła Dubarry z uśmiechem — lecz może pani hrabina nawet dla procesu, nie podjęłaby się udawania?...
— A któżby o tem wiedział? — rzekł Jan.
— Rzeczywiście — odparła hrabina, chcąc się wykręcić — wolałabym oddać pani inną, ważniejszą usługę i zyskać jej przyjaźń...
— Bardzo pani łaskawa, — odpowiedziała Dubarry z ironją.
— Posiadam jeden jeszcze sposób — rzekł Jan.
— Aby przysługa moja była prawdziwą?
— Jak uważam, wicehrabio, stajesz się poetą — rzekła Dubarry — pan Beaumarchais mógłby ci pozazdrościć.
— Żarty na bok — powiedział Jan. — Czy dobrze jesteś siostrzyczko z baronową d’Alogny?
— Jak najlepiej.
— Czy obraziłaby się, gdybyś kogo innego na jej miejsce poprosiła?
— Zdaje mi się, że tak...
— Nie potrzebujesz mówić jej, że król powiedział, że za świeżą jest szlachcianką dla honoru, jakiby jej przypadł. Masz ty rozumek i wynajdziesz coś innego, ona zaś, zaręczam, ustąpi, a pani hrabina odda usługę tobie i sobie zarazem.
Stara zadrżała; tym razem szturm przypuszczono otwarcie, nie było prawie rady; spróbowała jednak ucieczki ostatniej:
— Nie chciałabym obrazić tej damy — powiedziała — pomiędzy ludźmi trzeba zachować pewne względy.
Dubarry spojrzała z pogardą, brat gestem ją powstrzymał.
— Niech pani pamięta, iż nic od pani nie żądamy — podchwycił. Masz pani proces, każdy go mieć może; pragniesz go wygrać, to zupełnie naturalne. Poznałem panią w chwili rozpaczy; wzruszyłem się, zająłem sprawą i pragnąłem na dobrą wyprowadzić ją drogę. Źle uczyniłem, nie mówmy o tem więcej.
Jan powstał z miejsca.
— Panie! — zawołała stara, widząc z boleścią, iż Dubarry’owie przeciw niej stają — uznaję, uwielbiam dobroć pańską!
— Pojmuje pani — odparł Jan obojętnie, że dla mnie to zupełnie wszystko jedno, czy siostra będzie zaprezentowaną przez panią d’Alogny, panią de Polustron, czy przez panią de Béarn... Tylko przyznaję, iż żałuję bardzo, że tyle dobrodziejstw spłynie może na osobę tego niegodną.
— Bardzo to być może — dodała pani Dubarry.
— Gdy pani — ciągnął Jan — niezaproszona i którą zaledwie znamy, godna jest ze wszech miar aby skorzystać ze sposobności...
Hrabina zaprzeczyłaby może dobrym chęciom przypisywanym jej, lecz Dubarry nie pozwolił na to.
— Pewny jestem, że król byłby zachwycony i niczegoby nie odmówił osobie...
— Powiada pan hrabia, że król nie odmówiłby?...
— Nietylko nie odmówiłby, lecz uprzedziłby życzenia; na własne uszy usłyszelibyście go, jak powiedziałby do wicekanclerza: „Chcę, aby miano względy dla pani de Béarn, rozumiesz, panie de Maupeau?“ — Zdaje mi się jednak, iż pani hrabina nie życzy sobie tego. Mam nadzieję — dodał Jan, kłaniając się — iż pani oceni moje dobre chęci.
— Wdzięczność moja niema granic, łaskawy panie — zawołała stara — lecz sądzę, iż pani d’Alogny nie ustąpi praw swoich.
— Znowu wracamy do początku, pani wystąpi z propozycją, a Jego Królewska Mość uczuje wdzięczność.
— Przypuśćmy nawet, iż pani d’Alogny zgodzi się — podchwyciła hrabina — to czyż można ją pozbawiać korzyści...
— Dobroć królewska jest dla mnie niewyczerpaną — dodała faworyta.
— O! jakżeby to zmiażdżyło Saluces’ów, których cierpieć nie mogę! — zawołał Jan.
— Gdybym oddała się na usługi pani — zaczęła stara pieniaczka, pociągnięta wyrachowaniem i komedją dwojga spiskujących — nie mogłabym jeszcze uważać kłopotów swych za skończone; proces uznany dziś za stracony dla mnie, jutro tak samo trudny byłby do wygrania.
— Gdy tylko król zechce... dodał pośpiesznie wicehrabia.
— Pani ma rację zupełną i podzielam jej zdanie — przerwała faworyta.
— Co mówisz? — zawołał wicehrabia ździwiony.
— Mówię, iż dla kobiety pani nazwiska, wymaganiem naturalnem jest, aby proces szedł drogą prawidłową. Dodaję jednak, że ani woli ani szczodrobliwości królewskiej tamować nie wolno i gdyby król, nie chcąc wpływać na bieg sprawiedliwości, ofiarował pani inne wynagrodzenie?...
— Niestety! jak wynagrodzić stratę dwustu tysięcy liwrów!
— Najpierw darem królewskim stu tysięcy liwrów?
— Sprzymierzeni spojrzeli na swą ofiarę.
— Mam syna — rzekła.
— Tem lepiej! jedna więcej podpora dla rządu, wierny sługa królewski.
— Czy zrobionoby cokolwiek dla mego syna?
— Ja za to ręczę — rzekł Jan — zostałby co najmniej pułkownikiem w gwardji.
— Czy posiada pani więcej krewnych? — zapytała faworyta.
— Mam jeszcze siostrzeńca.
— I dla niego coś wymyślimy.
— Zajmiesz się tem, wicehrabio — dodała, śmiejąc się, faworyta.
— Więc gdyby król uczynił to wszystko dla pani, czy byłabyś mu wdzięczną?
— Uważałabym go za najwspanialszego z monarchów, a panią za najłaskawszą, gdyż miałabym to przekonanie, że pani najwięcej dla mnie uczyniła.
— Niech pani uważa, że umowa nasza traktowana jest poważnie.
— Wiem pani, i zgadzam się — odrzekła stara, blada ze wzruszenia.
— Pozwoli mi pani, abym z Jego Królewską Mością o niej pomówiła?
— Proszę o ten zaszczyt — odpowiedziała pieniaczka z westchnieniem.
— Nastąpi to najpóźniej dziś wieczorem — odrzekła faworyta, podnosząc się — a teraz, szanowna pani, rachuję, iż pozyskałam jej przyjaźń.
— O! pani, to ja proszę o waszą — odpowiedziała stara dama, kłaniając się — wszystko, co się stało, snem mi się wydaje.
— Obrachujmy teraz — rzekł Jan, chcąc dać podstawę materjalną marzeniom hrabiny, sto tysięcy liwrów, jako wynagrodzenie kosztów procesu, podróży, honorarjum adwokatów, i t. p. Dowództwo pułku dla młodego hrabiego...
— Będzie to dla niego początkiem świetnej karjery!
— I cośkolwiek dla siostrzeńca, czy prawda?
— Tak, panie.
— Znajdzie się coś niezłego, ja za to ręczę.
— Kiedy będzie mi wolno przedstawić się pani? — zapytała stara dama.
— Jutro zrana kareta moja zabierze panią i powiezie do Luciennes; o dziesiątej zawiadomię króla, który tam będzie; zaraz on panią powita.
— Pozwól pani towarzyszyć sobie — rzekł Jan, podając ramię hrabinie.
— Nie pozwolę na to, zostań pan, proszę bardzo — rzekła stara dama.
— Pozwól, hrabino, chociaż do schodów...
— Jeżeli już koniecznie...
I przyjęła ramię wicehrabiego.
— Zamor! — zawołała hrabina.
Zamor nadbiegł.
— Niech poświecą pani aż do przedsionka, i niech powóz brata mojego zajedzie.
Zamor wybiegł jak strzała.
— Naprawdę, zawstydzacie mię państwo — odezwała się pani de Béarn.
Dwie kobiety zamieniły ukłon ostatni.
Kiedy doszli do schodów, wicehrabia Jan pożegnał panią de Béarn i wrócił do siostry. Stara hrabina majestatycznie szła dalej.
Na przodzie kroczył Zamor, za nim dwóch lokajów z lampami, potem pani de Béarn, której tren sukni trochę przykrótki niósł trzeci lokaj.
Brat z siostrą patrzyli z okna na szacowną matkę chrzestną, której tak pilnie szukali i po tylu mozołach znaleźli nareszcie.
W chwili, gdy pani de Béarn schodziła z ostatniego stopnia, na podwórze wjechał powozik i wyskoczyła z niego młoda kobieta.
— A! pani Chon — zawołał Zamor — dobry wieczór, pani Chon!
Pani de Béarn osłupiała, poznała bowiem w przybyłej swego gościa, mniemaną córkę pana Flageot.
Dubarry oknem dawała znaki siostrze.
— Czy ten mały głuptas, Gilbert jest tutaj? — zapytała lokaja, nie widząc hrabiny.
— Nie, pani — odpowiedział — nie widziałem go wcale.
Wtedy podniosła oczy i ujrzała znaki, jakie dawał jej Jan, a patrząc w kierunku jego ręki, spostrzegła panią de Béarn, poznała ją, krzyknęła, zapuściła woal i znikła w przedsionku.
Stara dama udała, iż nic nie widzi, wsiadła do karety i kazała się zawieść do siebie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.