Historyja prawdziwa o Janie Dubeltowym (Kraszewski, 1858)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historyja prawdziwa o Janie Dubeltowym
Pochodzenie Podróż do miasteczka
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1858
Druk S. Orgelbrand
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

X.

Ksiądz Jacek rozmawiając z Romualdem trochę się był od nas odsunął, ława na któréj siedzieliśmy stuknęła, mój rozmówca się poruszył, i znowu twarz jego dziwnie zmieniła, i począł się śmiać szydersko.
— Czasem to na mnie napadają te śmieszne jakieś czułostki i łzawe usposobienia — rzekł żywo — ale to z choroby! Trzeba panu wiedziéć, żem się ożenił najgłupiéj w świecie. Antosia była dobra dziewczynka, ale to proste, ubogie, bez wychowania, a taka w serduszku kobiecina... Kochała pewnie ze dwóch przedemną, a z dziesięciu się jéj po mnie podoba. Historyja mojego ożenienia, jest historyją nieszczęść moich, zawiązałem niém sobie świat, zakopałem się w dziurze zapadłéj, a ta kobieta zrozumiéć mnie, ani ocenić nie mogła. Byłem człowiekiem wyższych usposobień i gwałtownych namiętności, ani jednemu, ani drugim pokarmu nie mogło nastarczyć życie, do zabicia jednostajne, ciężkie; miłość którą prędko przesyca uśmiech stereotypowany, żale codziennie téż same, ziewanie co chwila szersze. Musiałem zaniedbać Antosię... Któż temu winien? zanadto gorące i szerokie Bóg mi dał serce, jedna miłość powszednia wystarczyć mu nie mogła! Cóż zresztą znaczą łzy jednéj kobiety? Miała dziecię, które ją pocieszać było powinno, i przyjaciół, i wzdychającego do niéj platonicznego... ba! kto tam wié czy platonicznego kochanka!! Rzuciłem się w świat większy: domowéj rzeki mało dla piersi, musiałem na morze wypłynąć. Wszakże jéj nic nie brakło? nie wygnałem z domu, nie zapomniałem o jéj potrzebach.
Byłbym wielką zapewne i znaczącą rolę odegrał na świecie, gdyby nie dziwna, chwilowa miękkość, któréj sobie darować nie mogę, a obronić jéj nie umiem. Zbyt zniewieściałe odebrałem wychowanie, tysiące mętów z tego ulepku osiadły na dnie serca, i oczyścić z nich go nie potrafię. Na najwięcéj obiecującéj drodze powstrzymywała mnie i wstrzymuje jakaś skłonność dziwna, chorobliwa... jakaś drażliwość sumienia, która w stanowczéj chwili odbiera odwagę i czyni mnie istotą łzawą, bezsilną, rozstrojoną... Sumienie, opinija, niedorzeczności tego rodzaju, zawadzały mojemu szczęściu, które przecie pierwszym być powinno celem człowieka... innego... to darmo! nie widzę... Bałamucą nas niém, ale to dobre dla ciemięgów, nie dla nas, co się nad te przesądy wznieść umiemy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.