Gwiazda przewodnia/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jeanie Gould
Tytuł Gwiazda przewodnia
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Druk Drukarnia „Głosu Narodu“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Hartingh
Tytuł orygin. Marjorie’s Quest
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.

Mistress Moulton siedziała w swoim pokoju, odczytując list tylko co odebrany z poczty. Po krótkiem zastanowieniu zadzwoniła na pokojową.
— Magdaleno — rzekła do niej — idź do pokoju miss Daisy i poproś ją, aby przyszła do mnie, gdy skończy się ubierać. Potem bądź gotowa, bo odprowadzisz ją do pana Clive.
Po chwili zastukano do drzwi.
— Czy pani mnie potrzebuje? — spytał głos łagodny i dźwięczny. — Byłam już oddawna ubrana, gdy pani po mnie przysłała; kończyłam tylko pakowanie moich malowniczych łachmanów do koszyka.
— Malowniczych łachmanów? Cóż to jest? Wytłumasz się, proszę, Daisy.
Wiotka postać dziewczęcia, pełna wdzięku i niezrównanej prostoty, ubrana w przejrzystą muślinową, białą suknię, przysunęła się do przełożonej. Była to ta sama twarz słodka i niewinna, którą znaliśmy przed sześciu laty, z wielkiemi siwemi oczami, przysłonionemi kiedy niekiedy mgłą smutku. Jasne, złociste włosy, sczesane z białego czoła, spięte były w gruby węzeł ztyłu nad szyją, której kształty białe i wysmukłe rysowały się delikatnie pod osłoną koronki. Pani Moulton przyciągnęła Marjorie do siebie i przypatrzyła jej się uważnie.
— Mówię o moim kostjumie do żywych obrazów — tłumaczyła się wychowanica. — Myrjam przyniosła mi go dziś zrana do przymierzenia.
— A, przypominam sobie teraz. Mówisz o tem przedstawieniu na rzecz chorych biedaków. Posłałam po ciebie, moja droga, bo chciałam pomówić z tobą w pewnym interesie, sądząc, że może znajdziesz sposobność porozumienia się w tym względzie z panem Clive, albo z Wirginją.
— Dobrze, droga pani — odparła Marjorie, nieco zdziwiona tym wstępem.
— Otrzymałam tylko co list od mojej krewnej, zamieszkałej przy tej drogiej staruszce, mistress Frost, o której opowiadałam ci nieraz. Ona to wychowała mnie od dziecka, to też nie mam droższej nad nią istoty na całym świecie. Otóż siostrzenica jej, Debora, pisze mi, że poszukuje nauczycielki do dwojga wnucząt pani Frost. Z wielu względów sądzę, że miejsce to byłoby bardzo odpowiednie dla ciebie, moja droga.
— Jakże się cieszę! — zawołała Marjorie.
— Dzieci są jeszcze małe i, jak mi pisze Debora, bardzo swawolne, ale milutkie i pojętne. Pragnęłabym jeszcze czas jakiś zatrzymać cię przy sobie, drogie dziecko, ale druga równie dobra sposobność nieprędko może się trafić. Sama mówiłaś mi, że chciałabyś zawód swój nauczycielski rozpocząć od edukacji małych dzieci. Rodzina ta jest zewszechmiar zacną i pobożną; wiem, że otoczy cię opieką i przywiązaniem, a pensja, jaką Debora ofiarowuje, jest dosyć znaczną. Jedno jest tylko, nad czem trzeba się dobrze zastanowić... czy nie obawiałabyś się jechać na południe w tym wojennym czasie? Debby pisze mi wprawdzie, że dotąd nie byli niepokojeni przez wojska, bo miejscowość, zamieszkiwana przez nich, leży zdala od publicznego traktu!
— O! ja się nie boję niczego — upewniała Marjorie, ale muszę wpierw otrzymać zezwolenie moich opiekunów. Pragnę bardzo iść już o własnych siłach.
Łzy zabłysły w jej pięknych, zamyślonych oczach. Pani Moulton pogłaskała ją po twarzy.
— Wiem, dziecko drogie, że nigdy nie zawiedziesz oczekiwań naszych, ani nadziei, jakie pokładamy w tobie, i cieszę się, że ci się uśmiecha myśl pobytu w domu zacnych moich przyjaciół. Musiałam nadmienić ci o tem niezwłocznie, bo Debora pisze mi, że trafia się dobra sposobność odbycia podróży razem z jakimś sąsiadem, który się wkrótce wybiera do Filadelfji. A teraz idź do swoich przyjaciół, moje dziecię. Pozdrów Wirginję i proś, aby do mnie wstąpiła jutro dla pomówienia o tym interesie. Baw się dobrze i przyjdź potem zdać mi sprawę z wieczoru.
Pani Moulton ucałowała swoją wychowankę, otuliła ją starannie w ciepły szal i odprowadziła do drzwi.
Dom pana Clive oświetlony był rzęsiście, a gdy Marjorie pociągnęła za dzwonek, Myrjam wybiegła naprzeciw niej ze stołowego pokoju.
— Nareszcie panienka przyszła! — zawołała, witając ją — proszę wejść do pokoju, pani czeka na panienkę. Wszyscy goście poszli się ubierać.
Oddawszy swój koszyk pannie służącej, Marjorie lekko wbiegła na górę.
Śliczna miss Wirginja była teraz piękną panią Randolph i trudno było spotkać szczęśliwszą i bardziej uroczą młodą mężatkę. Domysły i życzenia wiernej Myrjam sprawdziły się, choć srogiego doznała zawodu, bo uroczystości weselne, na które tak się zgóry cieszyła, odbyły się bardzo skromnie. Groźne tchnienie wojny zmroziło weselne kwiecie; odgłos trąb i huk armat zagłuszyły radosne dźwięki spiżowych dzwonów. Wirginja poślubiła młodego swego rycerza w wigilję dnia, w którym tenże udał się na plac wojny.
Męczarnie niepokoju, jakie młoda małżonka przebyła przez następne sześć tygodni, nie dadzą się niczem opisać.
Gdy wkrótce powrócił z zamiarem powtórnego zaciągnięcia się do wojska jako ochotnik, Wirginja towarzyszyła mu do obozu, spędzając połowę roku wśród niebezpieczeństw i ciągłej trwogi o życie ukochanego męża, a drugą połowę wypoczywając pod rodzinnym dachem. W piersi jej biło dzielne i waleczne serce; to też, pomimo wszystkiego, nie traciła ona nigdy ducha, krzepiła odwagę ojca, pocieszała go w smutku i wiernej a niezachwianej przyjaźni dochowała wyratowanej przez siebie sierocie.
Wkońcu Fred Randolph, ranny na polu bitwy, odesłany został do domu pod opiekę żony. Gdy wyszedł z niebezpieczeństwa, Wirginja z całą energją zabrała się do wspierania komitetu dla niesienia pomocy rannym i w tym celu urządziła całą serję przedstawień, które znaczny dochód przynosiły biednym wojownikom.
— Czy to ty, Daisy? — zapytał kapitan Randolph. — Wejdź, proszę, i osądź sama, jaka tyrania zrobiła się z tej mojej żony... Nie wiem nawet, czy mi pozwoli zejść na dół, aby być świadkiem jej sukcesów. Pytam się, co przyszło do głowy szkockiej królowej Marji, żeby chcieć własnoręcznie bandażować ramię ubogiego jakiegoś żołdaka z dziewiętnastego wieku?
— Od pana tylko zależy wyobrazić sobie, że pan jesteś Jerzym Duglasem i że masz dopomagać w ucieczce swej monarchini — odparła Marjorie, śmiejąc się i czule ściskając Wirginję, która stała w pośrodku wykwintnego swego buduaru; wyglądała ona wspaniale w przebraniu uroczej królowej Szkotów. Bogate fałdy białego atłasu zaścielały szeroko perski dywan, a sznury pereł zwieszały się fantastycznie z wysoko upiętrzonych włosów, zdobnych w monarszy diadem. Staroświeckie klejnoty zdobiły łabędzią szyję, wychylającą się z karbowanej koronkowej fryzy, i okalały pyszne ramiona i białe ręce, zajęte starannem bandażowaniem ramienia rannego męża.
— Jakże się cieszę, że panią zastaję samą, droga mistress Randolph! Chcę pani zakomunikować pewną wiadomość.
— Więc ja się liczę za nikogo? — wtrącił kapitan, udając obrażonego.
— O cóż idzie, moja najdroższa? — spytała Wirginja. — Macie nowe elewki?
— Tak, droga pani. Tym razem moje elewki. Trafia mi się miejsce.
— Daisy! ja o tem słyszeć nie chcę!... Już ci to raz mówiłam!
— Ależ, pani moja ukochana, przecież to musi nastąpić... — z łagodnością odparło dziewczę.
— Mówiłem wam zawsze, pilnujcie tej małej! — rzekł kapitan. — Jak sobie dopuści jaką myśl do głowy, to jej nikt nie wyperswaduje.
Marjorie w kilku słowach opowiedziała o propozycji pani Moulton. Wirginja, poruszając wciąż przecząco głową, zapytała męża co do miejscowości, wymienionej w liście. Kapitan uznał ją za dosyć bezpieczną, ale wymówił się od wyjawienia osobistego zapatrywania i podziwiał szlachetność młodej dziewczyny, która przenosiła pracę samodzielną nad chleb łaskawy w domu opiekunów.
— W każdym razie nie możemy nic decydować bez papy i dopóki nie porozumiemy się osobiście z panią Moulton — zawyrokowała Wirginja. — A teraz, Daisy, idź prędko ubierać się, już wielki czas po temu. Zawołaj Myrjam, aby ci pomogła, a potem przyjdź do mnie, do bibljoteki. Fredzie, jeżeli się nie będziesz zachowywał z większą godnością, moja kryza pójdzie na nic i królowa Szkotów skaże cię na więzienie.
To mówiąc, młoda żona wysunęła się z uścisków i pocałunków zachwyconego nią męża.
Duże i wspaniale oświetlone salony przepełnione były gośćmi, a żywe obrazy, które Wirginja urządziła ze zwykłą umiejętnością i wytwornym smakiem, wzbudzały powszechny entuzjazm.
Marjorie pojawiła się na scenie dopiero w ostatnim obrazie.
— Co to jest? — pytała pani Sanderson, przykładając lornetkę do oczu.
— W programie jest napisane: „Sierota“ — odparła córka jej, Minia.
— Wirginja mówiła mi, że obraz ten wykonany został według utworu znakomitego jakiegoś włoskiego malarza. Nie wiem, kto przedstawia tytułową postać. Wirginja nie chciała wyjawić tajemnicy. Niech mama pozwoli lornetkę... Ależ to Daisy Russel.
Obraz był zupełnie skromny. Jedna tylko twarz dziewczęcia na tle staroświeckiej, rzeźbionej ramy. Lekko odsłonione białe ramię dziecka, przeglądające przez rozdarty, stary rękaw, i maleńka, dziecinna niemal dłoń, usiłująca przytrzymać rozlatujące się łachmany, zabytki prawdopodobnie świetnej przeszłości.
Ale któż opisze niewysłowiony smutek tych wielkich, siwych, niby zamglonych, a jednak promieniejących źrenic, z niemą skargą zwróconych ku niebu, bolesny wyraz delikatnie rzeźbionych ust, zdających się tęsknić do niezaznanych słodyczy macierzyńskich pieszczot, drżący układ dłoni, tłumiącej pod łachmanami namiętne uderzenia sierocego serca!...
Na ten widok, tak niespodziewany, chwila przejmującej ciszy zapanowała w sali; rzewna prostota obrazu każdego chwyciła za serce.
Naraz odezwały się głośne i przeciągłe oklaski, wśród których powoli zsuwała się zasłona.
— Czy nie wie pani, kto to jest? — spytał pan Rogers, nerwowo przesuwając chustkę po oczach.
— Jest to uboga sierota, którą pani Randolph wzięła na wychowanie — odparła mistress Sanderson.
— Więc to nie jest żadna krewna? — zdławionym głosem pytał dalej pan Rogers.
Mistress Sanderson patrzyła na niego zdziwiona.
— Naturalnie, że nie. Jest to dziecko niewiadomego pochodzenia, które pani Randolph i jej ojciec przywieźli z Nowego Yorku.
Pan Rogers mruknął coś niewyraźnie, że nie miał nic złego na myśli i, oparłszy się o krzesło, siedział pogrążony w milczeniu, niezdolny słowa przemówić.
Pani Sanderson, dziwiąc się niepomiernie szczególnemu jego zachowaniu się, szepnęła do córki:
— Albo pijany, albo warjat. Co też Henrykowi przyszło do głowy, żeby przysyłać do nas listy z obozu przez jakiegoś podejrzanego, niby kolegę oficera...
— Mama wie, że w obozie nie wybiera się towarzyszów — odparła miss Minnie.
Poczem, litując się nad widocznem zakłopotaniem pana Rogersa, zwróciła się do niego i zaczęła mu opowiadać historję młodej protegowanej pani Randolph. Słuchał jej jednak roztargniony i odetchnął dopiero swobodnie, gdy publiczność zabierała się do odejścia.
— Tylko co się nie zdradziłem — pomyślał ów Rogers, sprowadzając damy ze schodów. — Byłem w okropnym strachu... Jakiż bałwan ze mnie, że zapomniałem, że Clivowie tu mieszkają!... Widocznie tracę głowę... Całe szczęście, że gospodarz mnie nie spostrzegł. Bałbym się jego bystrych oczu, nawet pod tą peruką i przyprawnemi bakami, które przecież zmieniają mnie nie do poznania... Czyż to być może to samo dziecko?! Żywy obraz swej matki... Czyż już nigdy cień tej kobiety nie przestanie mnie ścigać?
Po ukończonem przedstawieniu Wirginja poszła szukać ojca i Marjorie, i zastała ich razem zajętych ożywioną rozmową. Ślady łez w oczach młodej dziewczyny świadczyły, iż gorąco przemawiała za swoją sprawą.
— Czy wiesz, że ta mała uparła się pracować sama na siebie. — rzekł pan Clive do córki, sadzając ją obok siebie na sofce. — I cóż ty na to, moja miła?
— Sądzę, papo, że trzeba jej pozwolić popróbować sił swoich, kiedy już taka jej wola — odparła pani Randolph. — Widzę, że ten zamiar bardzo jej leży na sercu. Lepiej zaś powierzyć ją na pierwszą próbę ludziom znanym z dobrej opinji, niżeli całkiem obcym.
— Przypominam sobie dobrze staruszkę, panią Frost — mówił pan Clive. — Musi mieć już dziś około osiemdziesięciu lat. No, skoro i Wirginja i pani Moulton sprzysięgły się przeciw mnie, muszę rad nierad ulec twoim prośbom, Daisy, ale pamiętaj, moja droga, że w każdej chwili dom mój otwarty jest dla ciebie. Byłaś dobrem, wdzięcznem dzieckiem i przykro mi jest rozstawać się z tobą.
Marjorie ze łzami w oczach ucałowała ręce swego opiekuna.
— Żadna sierota na świecie nie miała chyba tak zacnych przyjaciół... — rzekła z przejęciem.
Ale pan Clive, ukrywając własne swoje wzruszenie, zaczął z niej żartować, poczem szybko powiedział jej dobranoc i oddalił się, mówiąc, że kareta czeka zaprzężona, aby ją odwieźć do pani Moulton.
— Bywaj zdrowa, najdroższa — żegnała ją Wirginja, ściskając czule. — Powiedz pani Moulton, że przyjadę do niej jutro pomówić o tym interesie, i opowiedz jej, jak się powiodło nasze przedstawienie. Dziękuje ci za udział, jaki wzięłaś w niem. Szkoda, że nie mogłaś widzieć siebie, Daisy...
Nazajutrz po południu powóz pani Randolph zajechał przed bramę. Marjorie, która całe rano oczekiwała niespokojnie na przyjaciółkę, wybiegła na jej spotkanie; ale odrazu z twarzy jej spostrzegła, iż stało się coś niezwykłego.
— Nie mogłam wyrwać się wcześniej — mówiła Wirginja, witając się. — Wczoraj, późno w nocy, już po twojem odejściu, Daisy, dostaliśmy telegram od stryja Percy, donoszący nam o śmierci biednego dziadunia Clive. Ojciec mój pośpieszył na pogrzeb, ja zaś cały ranek zajęta byłam pakowaniem, bo nie na tem koniec jeszcze — tu łzy zabłysły w ciemnych jej oczach — Fred dostał rozkaz wyruszenia zaraz do obozu i w przyszłym tygodniu musi stawić się w miejscu.
— Otóż co to jest być żoną żołnierza w wojennych czasach — rzekła pani Moulton ze współczuciem.
— Tak — odparła Wirginja, tłumiąc łzy — ale przybyłam tu, aby mówić nie o sobie, lecz o projektach Daisy.
Pani Moulton wyłożyła jej cały plan, którego Wirginja wysłuchała z zajęciem, pomijając własne swoje życzenia, skłaniające ją do zatrzymania przy sobie wychowanicy, gorąco przez całą rodzinę ukochanej. Osobliwie teraz, gdy miała pozostać sama, czuła, jak wielką pociechą byłoby dla niej jej towarzystwo; nie wydała się z tem jednakże, widząc, jak bardzo zależało Marjorie na wykonaniu powziętego planu.
Podczas gdy dwie zacne jej przyjaciółki rozprawiały o jej losie, złotowłose dziewczę siedziało zamyślone w oknie, budując zamki na lodzie i ciesząc się w duchu, że zacznie przecie samodzielnie pracować na siebie.
Wzmocniwszy się na zdrowiu, Marjorie przestała zczasem dręczyć się niepokojem, w jaki wprawiała ją zrazu utrata pamięci o przeszłości swojej. Niejedną noc spędziła, rozmyślając nad połączeniem z sobą rozerwanych ogniw mglistych wspomnień dzieciństwa, wśród których najwybitniej występowała postać sędziego Graya, czyli, jak go w myśli zwała: pana, który ją wyuczył kolędy o Bożej Dziecinie. Choć bowiem pamiętała każde słowo pieśni, brzmiącej dokoła Betleemskiej stajenki, nazwisko sędziego i miejsce jego zamieszkania wyszło jej zupełnie z pamięci. Twarz tylko jego rozumna a pełna dobroci i uśmiech pociągający piwnych jego oczu stawały jej często w myśli.
— Spotkam go kiedyś — mówiła sobie, trwając silnie w tem przekonaniu, a wtedy przypomnę sobie resztę. — Barnej pojawiał się także często w zamglonym świecie jej marzeń, ale wyobraźnia jej przekształciła go w rodzaj służącego; wkońcu przyszła do przekonania, że musiał chyba być piwniczym na tym wielkim statku, o który fale morskie biły z taką siłą. Ale najdroższem marzeniem i jedyną przewodnią nadzieją jej życia było odszukanie nieznanego ojca. Pewien drobny napozór wypadek naprowadził pana Clive na myśl, że jakaś tajemnica związana była z losem jego wychowanki.
W jakie sześć miesięcy po wyjeździe jej do Filadelfji pan Percy Clive przysłał z Nowego Yorku małą paczkę, którą uboga jakaś kobieta zostawiła u jednego z jego dependentów, powołując się na adres firmy, pozostawiony jej przez jakiegoś nieznajomego pana. Kazała powiedzieć tylko, że „Nancy“ zwraca ten przedmiot, należący do „małej Maryni“. W pudełku znajdował się złoty łańcuszek, składający się z paciorków misternie rzeźbionych, z których kilku brakowało. Marjorie ułożyła sobie, że to Barnej dał jej te paciorki. Nie nosiła też nigdy tej drogiej dla siebie pamiątki, tylko wydobywała ją czasem z ukrycia, spoglądając na nią z rozrzewnieniem i tęskniąc do chwili, gdy zawisła nad losem jej tajemnica rozjaśni się nareszcie.
Po wspólnej naradzie postanowiono, iż Marjorie pojedzie aż do Washingtonu w towarzystwie pana Randolpha. Wirginja zajęła się gorliwie przygotowaniem wyprawki i zaopatrzeniem podróżnej we wszystkie jej potrzeby. Myrjam ze łzami w oczach pracowała nad szyciem bielizny i sukien, ubolewając, że z ukochaną swoją panienką nie może jechać na południe.
Gdy ostatni ścieg został ukończony, a walizka spakowana, Marjorie, czule i ze łzami żegnana przez wszystkich, puściła się w podróż, stawiając pierwszy krok samodzielny na drodze, która miała ją doprowadzić do celu najgorętszych jej marzeń.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jeanie Gould i tłumacza: Zofia Hartingh.