Gehenna/Tom I/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gehenna‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Gehenna
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XVIII.
Wyrok.

Gdy zaprzęg wykwintny Olelkowicza stanął przed gankiem w Wilczarach, fakt ten wywołał w domu pewien popłoch. W przedpokoju przyjął młodego pana służący Kościeszy i w milczeniu otworzył mu drzwi do saloniku urządzonego po myśliwsku. Długi czas nikt nie wychodził, Andrzej niecierpliwił się. Oglądał różne rysunki i sztychy kolorowe, przedstawiające sceny myśliwskie, spacerował głośno po pokoju, chrząkał.
— Czy nikogo niema w domu — myślał zły — ale czemuż mi ten bałwan tego nie powiedział.
Usłyszał dochodzący z głębi domu nienaturalnie głośny śmiech Lory i pomyślał znowu:
— Pewno stary tyran zabrał Andzię do lasu, jeśli uprzedziła go...
Wtem cicho skrzypnęły drzwi i Tarłówna stanęła na progu.
Młodzieniec podszedł do niej prędko, porwał jej ręce i podniósł do ust. Ale teraz dopiero zauważył, że była dziwnie pomieszaną; blada jej twarz miała w sobie smutek, powieki nabrzękłe i zaczerwienione, zdradzały ślady łez. Zaczął dopytywać troskliwie, czemu smutna i dlaczego płakała, tulił do siebie jej dłonie czując, że się coś stało złego i że on jest tego powodem, a zarazem jej oczy zapłakane wydały mu się teraz jeszcze stokroć droższe i bardziej kochane, niż gdy je widywał okraszone uśmiechem. Uniesiony uczuciem chciał objąć ją ramieniem i przygarnąć do swej piersi, lecz Andzia drgnęła i odsunęła się nieco kładąc palec na ustach.
— Nie, nie! boję się... pan nic nie wie!?... tak mi straszno.
— Co się stało?... przez Boga!...
— Kościesza kazał służącemu oznajmić panu, że nikogo niema w domu. Nie chce pana widzieć...
Nastąpiła chwila milczenia. Olelkowicz poczerwieniał, nozdrza rozdęły mu się wściekłością, oczy błysnęły złowrogo.
— Przecież służący sam mnie przyjął i tu wprowadził.
— Rozkaz wydano mu już potem, biedny stary nie wiedział co począć, ja go wstrzymałam i przyszłam sama.
— Czy Kościesza wie o naszem postanowieniu?...
— Domyśla się tylko. Zaszła dziś rozmowa, która chyba upewniła go w moich uczuciach. Zresztą nie wiem. Mnie, Lorce i starszym paniom, zabronił wyjść do pana, Lora zaśmiała się tak głośno, żeby pana upewnić, że jednak jesteśmy w domu.
— Cóż to wszystko znaczy? Co on ma przeciw mnie.
Andzi łzy zaświeciły w źrenicach.
— On na nasz związek nigdy... nigdy nie pozwoli.
— Więc się go pytać nie będziemy — wybuchnął Andrzej. — Handziuś mój, ufaj mi najdroższa. Życie swe oddałbym w ofierze, ale ciebie muszę wyrwać z tego piekła.
— Ciiicho!... ktoś idzie... to on...
Przerażenie, odmalowało się chwilowo na jej twarzy, uwolniła ręce z jego uścisku i szybko postąpiła na środek pokoju, hamując wewnętrzny lęk.
— Tylko odważnie jedyna, tylko śmiało... — szepnął jej Andrzej.
Drzwi szarpnięto energicznie, wszedł Kościesza zimny, jak z granitu wykuty.
Olelkowicz skłonił się, pan Teodor skinął mu niedbale głową i rzekł wprost do Andzi.
— Powiedziano mi, że poszłaś witać... pomimo...
— Wiedziałam, że pan Andrzej dziś przyjedzie i dlatego pośpieszyłam pierwsza — żywo zagadała Andzia.
— Ach zatem to wizyta umówiona?
Andrzej postanowił odrazu rzecz wyjaśnić.
— Tak, pannę Annę uprzedziłem o mej dzisiejszej bytności jak również, i o celu tej wizyty. Kocham pannę Annę i jestem szczęśliwy, że posiadam jej wzajemność, ale pragniemy uzyskać aprobatę pańską jako ojczyma i opiekuna...
Kościesza zbladł strasznie, tego się tak prędko nie spodziewał. Słowa młodego pana ogłuszyły go niemal. Więc to już zaszło tak daleko?... Pomimo jego niechęci tak wyraźnie okazywanej? Więc ten pewny siebie młodzian chce zabrać mu Andzię i mówi to w jej obecności, czyli z jej zgodą i za wspólnem porozumieniem?...
Chwilowe zgnębienie zmieniło się w gniew. Stał przed młodą parą niby uosobienie grozy. Z pod zmarszczonych brwi stalowe, jak nity, jego oczy patrzyły na Olelkowicza drapieżnie; możnaby myśleć, że samym wzrokiem chce go zabić, zgnieść go, znęcać się nad nim. Zdawało się, że wybuchnie zwierzęcym rykiem i rzuci się na młodzieńca. Ale Andzia, wzięła go łagodnie za ramię i przemówiła słodko. Głos jej drżał.
— Ojczymku mój. Ty mnie kochasz prawda? i zawsze mówiłeś, że pragniesz mego szczęścia, otóż szczęście to znalazłam, kocham pana Andrzeja, serdecznie go kocham, a ojczymek zastąpi mi... zmarłą mamę i pobłogosławi nas.
Kościesza odsunął ją od siebie szorstko, i zwrócił się bezpośrednio do Olelkowicza.
— Kto pana upoważnił do takich zamiarów?... — spytał z mrożącym chłodem.
— Miłość moja do panny Anny i jej wzajemność!... — odrzekł młodzieniec głosem śmiałym.
— To za mało.... łaskawy panie, Andzia jest jeszcze dzieckiem i uczucia jej dziecinne nie mogą nosić nazwy miłości, jej zaś duszą i sercem, na szczęście... ja się opiekuję i dlatego na ten związek... nie zgodzę się nigdy.
— Ojczymku! — jęknęła Andzia.
Olelkowiczowi skurczyła się twarz szaloną obrazą i gniewem.
— Co mi pan ma do zarzucenia, proszę mówić wyraźnie.
— Nic i... wszystko! Niech to panu wystarczy.
— Nie panie, to mi nie wystarcza. Proszę dać konkretną odpowiedź, o co panu chodzi, dla jakich powodów zabrania pan szczęścia nam obojgu. Dlaczego nie mogę sięgnąć po jej rękę i serce?... Słucham zarzutów!
— Tłumaczyć się panu nie będę, lecz powtarzam, że mężem Andzi nie zostaniesz pan nigdy, przenigdy!...
W głosie Kościeszy drżały gromy.
— Dlaczego?! — wybuchnął Andrzej wzburzony do najwyższych granic — żądam odpowiedzi. Żądam jej od pana.
— Lecz jej nie dostaniesz... gdyż tak mi się podoba!
Andrzej zwrócił się do Andzi.
— Słyszy pani, wyrok na nas?... — spytał głucho.
Lecz w tej chwili drżąca, półprzytomna i śmiertelnie blada Tarłówna, zmieniła się nagle; wyprostowała smukłą swą postać, policzki trysnęły rumieńcem, w oczach czarnych błysnął zapał, zamigotały w nich ognie bohaterstwa. Wzięła Andrzeja za rękę i stanęła z podaną naprzód piersią, jakby gotowa do walki.
Rosły w moc przedziwną jej słowa gdy mówiła.
— Kocham pana Andrzeja nie dziecinnem uczuciem, lecz miłością głęboką i stałą, nie zrzeknę się tej miłości nigdy, za nic! Pragnę zostać jego żoną i ojczym mi tego nie może zabronić. Dusza moja i serce zrobiły dobry wybór, jaknajlepszy, żadna siła nie zdoła nas rozłączyć. Opieka ojczyma nademną nie rozciąga się aż do mej duchowej istoty.
— Czy to pańskie dzieło ta jej retoryka? — spytał Kościesza z ironją.
Ale Olelkowicz patrzał nań tak pogardliwie, że tamten mimowolnie odwrócił oczy.
— Proszę cię, Anno, wyjdź z pokoju, nie przystoi jeszcze tobie wdawać się w takie dysputy. Bardzo się dziwię zmianie jaką w tobie widzę... Panicza proszę o łaskawe opuszczenie mego domu bez prawa powrotu. Wszelkie głupstwa trzeba sobie wyperswadować, gdyż stać się nie mogą. To są moje w tej sprawie ostatnie słowa.
Olelkowicz walczył resztkami sił panując nad sobą.
— Ja zaś daję panu słowo honoru, że nigdy miłości tej nie zapomnę i, że zrobię wszystko co leży w ludzkiej władzy, aby zdobyć Annę za żonę. Pańskich dąsów i gróźb nie obawiam się, gdyż sojusznikiem moim jest jej serce.
— I na wieki pozostanie! — zawołała dziewczyna podając mu obie ręce. Ucałował je w milczeniu, z wymownem spojrzeniem skłonił się chłodno zdumionemu Kościeszy i wyszedł.
Andzia podążyła w ślad za nim, odprowadzając go aż na ganek.
Kościesza zaśmiał się jak djabeł, wyrzekł twardo i głośno, sam do siebie:
— Złamię cię, zgniotę jak robaka, lecz... jej nie dostaniesz..







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.