Faraon/Tom I/Rozdział XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Faraon‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Faraon
Podtytuł Tom I
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom XVIII
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIV.

Teraz już Ramzes wiedział, że albo nie spełni rozkazu faraona, albo — musi poddać się woli kapłanów, co go przejmowało gniewem i niechęcią dla nich.
Nie spieszył się więc do tajemnic, ukrytych w świątyni. Miał jeszcze czas na posty i pobożne zajęcia. Tem zaś gorliwszy zaczął brać udział w ucztach, jakie na jego cześć wyprawiano.
Właśnie powrócił Tutmozis, mistrz we wszelkiej zabawie, i przywiózł księciu dobre wiadomości od Sary. Była zdrowa i pięknie wyglądała, co dziś mniej już obchodziło Ramzesa. Lecz kapłani postawili jego przyszłemu dziecku tak dobry horoskop, że książę był zachwycony.
Twierdzili na pewno, że dziecko będzie synem, bardzo obdarowanym od bogów i, jeżeli ojciec będzie go kochał, osiągnie w życiu wielkie zaszczyty.
Książę śmiał się z drugiej części tej przepowiedni.
— Dziwna ich mądrość! — mówił do Tutmozisa. — Wiedzą, że będzie syn, o czem ja nie wiem, choć jestem ojcem; a wątpią czy go będę kochał, choć łatwo zgadnąć, że kochałbym to dziecię, gdyby nawet było córką.
A o zaszczyty dla niego niech będą spokojni. Ja się tem zajmę!...
W miesiącu Pachono (styczeń — luty) następca przyjechał do nomesu Ka, gdzie był podejmowany przez nomarchę Sofra. Miasto Anu leżało o 7 godzin pieszej drogi od Atribis, ale książę przez trzy dni odbywał tę podróż. Na myśl o modlitwach i postach, jakie czekały go przy wtajemniczaniu się w sekreta świątyń, Ramzes czuł coraz większą ochotę do zabaw; jego orszak odgadł to, więc następowała uciecha po uciesze.
Znowu na gościńcach, któremi przejeżdżał do Atribis, ukazały się tłumy ludu z okrzykami, kwiatami i muzyką. Szczególnie pod miastem zapał dosięgnął szczytu. Zdarzyło się nawet, że jakiś olbrzymi robotnik rzucił się pod wóz namiestnika. A gdy Ramzes zatrzymał konie, z gromady wystąpiło kilkanaście młodych kobiet i cały wóz oplotły mu kwiatami.
— Oni jednak kochają mnie!... — pomyślał książę.
W prowincji Ka już nie zapytywał nomarchy o dochody faraona, nie zwiedzał fabryk, nie kazał sobie czytać raportów. Wiedział, że niczego nie zrozumie, więc odłożył te zajęcia do czasu, gdy będzie wtajemniczonym. Tylko raz, gdy zobaczył, że świątynia boga Sebaka stoi na wysokiem wzgórzu, oświadczył chęć wejścia na jej pylon i obejrzenia okolicy.
Dostojny Sofra natychmiast spełnił wolę następcy, który, znalazłszy się na wieży, spędził parę godzin z wielką uciechą.
Prowincja Ka była to żyzna równina. Kilkanaście kanałów i odnóg nilowych przecinało ją we wszystkich kierunkach, niby sieć, skręcona ze srebrnych i lazurowych sznurów. Melony i pszenica, siana w listopadzie, już dojrzewała. Na polach gęsto roili się nadzy ludzie, którzy zbierali ogórki lub sieli bawełnę. Ziemia była pokryta budynkami, które w kilkunastu punktach skupiały się mocniej i tworzyły miasteczka.
Większość domów, osobliwie tych, które leżały wśród pól, były to gliniane lepianki, przykryte słomą i palmowemi liśćmi. Zato w miastach domy były murowane, o płaskich dachach, i wyglądały, jak białe sześciany, podziurawione w miejscach, gdzie były drzwi i okna. Bardzo często na jednym takim sześcianie stał drugi nieco mniejszy, a na tym trzeci, jeszcze mniejszy, i każde piętro wymalowane było innym kolorem. Pod ognistem słońcem Egiptu domy te wyglądały jak wielkie perły, rubiny i szafiry, rozrzucone wśród zieleni pól, otoczone palmami i akacjami.
Z tego miejsca Ramzes spostrzegł zjawisko, które go zastanowiło. Oto w pobliżu świątyń domy były najpiękniejsze, a w polach kręciło się najwięcej ludności.
— Folwarki kapłanów są najbogatsze!... — przypomniał sobie i jeszcze raz przebiegł oczyma świątynie i kaplice, których z wieży było widać kilkanaście.
Ponieważ jednak pogodził się z Herhorem i potrzebował usług od kapłanów, więc nie chciał dłużej zajmować się tą sprawą.
W ciągu następnych dni, dostojny Sofra urządził dla księcia szereg polowań, posuwając się od miasta Atribis ku wschodowi. Nad kanałami strzelano z łuku do ptaków, chwytano je w ogromne potrzaski z sieci, które odrazu zagarniały po kilkadziesiąt sztuk, albo na latające swobodnie wypuszczano sokoły. Gdy zaś orszak księcia wkroczył do wschodniej pustyni, zaczęły się wielkie łowy z psami i panterą, na czworonożne zwierzęta, których w ciągu kilku dni zabito i schwytano paręset sztuk.
Gdy dostojny Sofra spostrzegł, że książę ma już dość zabaw pod otwartem niebem i noclegów w namiotach, przerwał polowanie i najkrótszemi drogami zawrócił swoich gości do Atribis.
Stanęli tu o czwartej po południu, a nomarcha zaprosił wszystkich do swego pałacu na ucztę.
Sam zaprowadził księcia do łazienki, asystował przy kąpieli i z własnej skrzyni wydobył wonności do namaszczenia Ramzesa. Potem dozorował fryzjera, który porządkował włosy namiestnikowi, wreszcie, uklęknąwszy na podłodze, błagał księcia o łaskawe przyjęcie od niego nowych szat.
Była tam świeżo utkana koszula, pokryta haftem, fartuch wyszyty perłami i płaszcz przetykany złotem, bardzo mocny, ale tak delikatny, że można go było zamknąć w dwu rękach.
Następca łaskawie przyjął to, oświadczając, że jeszcze nigdy nie otrzymał tak pięknego podarunku.
Słońce już zaszło, i nomarcha zaprowadził księcia do sali balowej.
Był to duży dziedziniec, otoczony kolumnadą, wyłożoną mozaiką. Wszystkie ściany były pokryte malowidłami, przedstawiającemi sceny z życia przodków Sofry, a więc — wojny, morskie podróże i polowania. Nad budynkiem tym, zamiast dachu, unosił się olbrzymi motyl, z różnobarwnemi skrzydłami, które poruszali ukryci niewolnicy dla odświeżania powietrza.
W bronzowych kagańcach, przybitych do kolumn, płonęły jasne pochodnie, wydzielając z siebie pachnące dymy.
Sala podzieliła się na dwie części: jedna była pusta, druga zapełniona stolikami i krzesłami dla biesiadników. W głębi wznosił się pomost, na którym, pod kosztownym namiotem z rozsuniętemi ścianami, stał stolik i kanapa dla Ramzesa.
Przy każdym stoliku znajdowały się wielkie wazony z palmami, akacjami i figami. Stół następcy otoczono roślinami iglastemi, które w sali rozlewały woń balsamiczną.
Zgromadzeni goście powitali księcia radosnym okrzykiem, a gdy Ramzes zajął miejsce pod baldachimem, skąd był otwarty widok na całą salę, orszak jego zasiadł do stołów.
Odezwały się arfy i zaczęły wchodzić damy, w bogatych muślinowych szatach, z odsłoniętemi piersiami, błyszczące od klejnotów. Cztery najpiękniejsze otoczyły Ramzesa, inne zasiadły obok dostojników jego orszaku.
W powietrzu unosiła się woń róż, konwalij i fiołków, a książę poczuł, że w skroniach biją mu tętna.
Niewolnicy i niewolnice w koszulach białych, różowych i błękitnych, zaczęli roznosić ciasta, pieczony drób i zwierzynę, ryby, wino i owoce, tudzież wieńce z kwiatów, które biesiadnicy kładli na głowy. Ogromny motyl coraz szybciej wachlował skrzydłami, a w pustej połowie sali rozpoczęło się widowisko. Pokolei występowały tancerki, gimnastycy, błazny, kuglarze i fechmistrze; gdy zaś który okazał niezwykły dowód zręczności, widzowie rzucali mu kwiaty ze swych wieńców, lub złote pierścienie.
Kilka godzin ciągnęła się uczta, przeplatana okrzykami na cześć księcia, nomarchy i jego rodziny.
Ramzesa, który w postawie półleżącej siedział na łóżku, okrytem lwią skórą, ze złotemi szponami, obsługiwały cztery damy. Jedna wachlowała go, druga zmieniała mu wieńce na głowie, dwie inne przysuwały potrawy. Pod koniec uczty, ta z nich, z którą książę najchętniej rozmawiał, przyniosła mu kielich wina. Ramzes wychylił połowę, resztę podał jej, a gdy wypiła, pocałował ją w usta.
Wówczas niewolnicy szybko zaczęli gasić pochodnie, motyl przestał poruszać skrzydłami, a w sali zrobiła się noc i cisza, przerywana nerwowym śmiechem kobiet.
Nagle rozległy się prędkie stąpania kilku ludzi i straszny krzyk:
— Puśćcie mnie!... — wołał ochrypły głos męski. — Gdzie jest następca?... Gdzie namiestnik?...
W sali zagotowało się. Kobiety płakały przerażone, mężczyźni wołali:
— Co to jest?... Zamach na następcę!... Hej, warta!...
Słychać było dźwięk tłuczonych naczyń i trzask krzeseł.
— Gdzie jest następca? — ryczał obcy człowiek.
— Warta!... Brońcie następcy!... — odpowiedziano z sali.
— Zapalcie światło!... — odezwał się młodzieńczy głos następcy. — Kto mnie szuka?... Tu jestem!...
Wniesiono pochodnie. Na sali piętrzyły się wywrócone i połamane sprzęty, między któremi kryli się biesiadnicy. Na estradzie książę wydzierał się kobietom, które, krzycząc, oplatały mu ręce i nogi. Obok księcia Tutmozis, w potarganej peruce, z bronzowym dzbanem w ręku, gotów był walić w łeb każdego, któryby się zbliżył. We drzwiach sali ukazało się kilku żołnierzy z obnażonemi mieczami.
— Co to jest?... Kto tu jest?... — wołał przerażony nomarcha.
Nareszcie spostrzeżono sprawcę zamętu. Jakiś olbrzym nagi, okryty błotem, z krwawemi pręgami na plecach, klęczał na schodach estrady i wyciągał ręce do następcy.
— Oto morderca!... — wrzasnął nomarcha. — Bierzcie go!...
Tutmozis podniósł swój dzban, ode drzwi przybiegli żołnierze. Poraniony człowiek upadł twarzą na schody, wołając:
— Miłosierdzia, słońce Egiptu!...
Już mieli go schwycić żołnierze, gdy Ramzes, wydarłszy się kobietom, zbliżył się do nędzarza.
— Nie dotykajcie go! — zawołał Ramzes na żołnierzy. — Czego chcesz, człowieku?
— Chcę ci opowiedzieć o naszych krzywdach, panie...
W tej chwili Sofra, zbliżywszy się do księcia, szepnął:
— To Hyksos... spojrzyj wasza dostojność na jego kudłatą brodę i włosy... Jego wreszcie zuchwalstwo, z jakiem się tu wdarł, dowodzi, że zbrodniarz ten nie jest urodzonym Egipcjaninem...
— Kto jesteś? — spytał książę.
— Jestem Bakura, robotnik z pułku kopaczy w Sochem. Nie mamy teraz zajęcia, więc nomarcha Otoes kazał nam...
— To pijak i warjat!... — szeptał wzburzony Sofra. — Jak on przemawia do ciebie, panie...
Książę tak spojrzał na nomarchę, że dygnitarz, zgięty wpół, cofnął się.
— Co wam kazał dostojny Otoes? — pytał namiestnik Bakury.
— Kazał nam, panie, chodzić brzegiem Nilu, pływać po rzece, stawać przy gościńcach i robić zgiełk na twoją cześć. I obiecał, że zato wyda nam, co się należy... Bo, panie, my już dwa miesiące nie dostawaliśmy nic... Ani placków jęczmiennych, ani ryb, ani oliwy do namaszczania ciała.
— Cóż wy na to, dostojny panie? — zapytał książę nomarchy.
— Niebezpieczny pijak... brzydki kłamca... — odparł Sofra.
— Jakiżeście to zgiełk robili na moją cześć?
— Jak rozkazano — mówił olbrzym. — Moja żona i córka krzyczały razem z innymi: „Oby żył wiecznie!“ a ja skakałem do wody i ciskałem wieńce do statku waszej dostojności, za co miano mi płacić po utenie. Zaś kiedy wasza cześć raczyłeś wjeżdżać łaskawie do miasta Atribis, mnie naznaczono, abym rzucił się pod konie i zatrzymał wóz...
Książę zaczął się śmiać.
— Jako żywo — mówił — nie myślałem, że tak wesoło zakończymy ucztę!... A ileż ci zapłacono za to, żeś wpadł pod wóz?
— Obiecano mi trzy uteny, ale nie zapłacono nic, ani mnie, ani żonie i córce. Również całemu pułkowi nie dano nic do jedzenia przez dwa miesiące.
— Z czegóż żyjecie?
— Z żebraniny, albo z tego, co się zapracuje u chłopa. Więc w tej ciężkiej nędzy, trzy razy buntowaliśmy się i chcieliśmy wracać do domu. Ale oficerowie i pisarze albo obiecywali nam, że oddadzą, albo kazali nas bić...
— Za ten zgiełk dla mnie? — wtrącił, śmiejąc się, książę.
— Prawdę mówi wasza cześć... Otóż wczoraj był bunt największy, za co jego dostojność nomarcha Sofra kazał nas dziesiątkować... Co dziesiąty brał kije, a ja dostałem najwięcej, bom duży i mam do wykarmienia trzy gęby: moją, żony i córki... Zbity, wydarłem się im, ażeby upaść na mój brzuch przed tobą, panie, i opowiedzieć nasze żale. Ty nas bij, jeżeliśmy winni, ale niech pisarze wydadzą nam, co się należy, bo z głodu pomrzemy — my, żony i dzieci nasze...
— To człowiek opętany!... — zawołał Sofra. — Racz spojrzeć, wasza dostojność, ile on mi szkody narobił... Dziesięciu talentów nie wziąłbym za te stoły, misy i dzbany...
Między biesiadnikami, którzy już odzyskali przytomność, zaczął się szmer.
— To jakiś bandyta!... — mówiono. — Patrzcie, to naprawdę Hyksos... Jeszcze w nim burzy się przeklęta krew jego dziadów, którzy najechali i zniszczyli Egipt... Takie kosztowne sprzęty... takie ozdobne naczynia — porozbijane w proch!...
— Jeden bunt niezapłaconych robotników więcej sprawia szkody państwu, aniżeli warte są te bogactwa — surowo odezwał się Ramzes.
— Święte słowa!... Należy zapisać je na pomnikach — w tejże chwili odezwano się między gośćmi. — Bunt odrywa ludzi od pracy i zasmuca serce jego świątobliwości... Nie godzi się, ażeby robotnicy po dwa miesiące nie odbierali żołdu...
Z nieukrywaną pogardą spojrzał książę na zmiennych jak obłoki dworaków, i zwrócił się do nomarchy.
— Oddaję ci — rzekł groźnie — tego skatowanego człowieka. Jestem pewny, że nie spadnie mu włos z głowy. Zaś jutro chcę zobaczyć pułk, do którego należy, i przekonać się, czy skarżący mówił prawdę.
Po tych słowach namiestnik wyszedł, zostawiając nomarchę i gości w wielkiem strapieniu.
Na drugi dzień książę, ubierając się przy pomocy Tutmozisa, zapytał go:
— Czy robotnicy przyszli?
— Tak, panie. Od świtu czekają na twoje rozkazy.
— A ten... ten Bakura jest między nimi?
Tutmozis skrzywił się i odparł:
— Zdarzył się dziwny wypadek. Dostojny Sofra kazał go zamknąć w pustej piwnicy swego pałacu. Otóż ten hultaj, bardzo silny człowiek, wyłamał drzwi do drugiego lochu, gdzie stało wino, przewrócił kilka dzbanów bardzo kosztownych, a sam tak się spił, że...
— Że co?... — spytał książę.
— Że umarł.
Następca zerwał się z krzesła.
— I ty wierzysz — zawołał — że on sam zapił się na śmierć?...
— Muszę wierzyć, bo nie mam dowodów, że go zabito — odpowiedział Tutmozis.
— Ale ja ich poszukam!... — wybuchnął książę.
Biegał po komnacie i parskał, jak rozgniewane lwiątko.
Gdy nieco uspokoił się, rzekł Tutmozis:
— Nie szukaj, panie, winy tam, gdzie jej nie widać, bo nawet świadków nie znajdziesz. Gdyby ktoś w rzeczy samej z rozkazu nomarchy zadławił tego robotnika, nie przyzna się, sam umarły także nic nie powie, a zresztą, cóżby znaczyła jego skarga na nomarchę!... W tych warunkach żaden sąd nie zechce rozpoczynać śledztwa...
— A jeżeli ja każę?... — spytał namiestnik.
— W takim razie przeprowadzą śledztwo i dowiodą niewinności Sofry. Poczem ty, panie, będziesz zawstydzony, a wszyscy nomarchowie, ich krewni i służba zostaną twoimi wrogami.
Książę stał na środku pokoju i myślał.
— Wreszcie — mówił Tutmozis — wszystko zdaje się przemawiać za tem, że nieszczęsny Bakura był pijakiem, albo warjatem, a nadewszystko — człowiekiem obcego pochodzenia. Bo czyliż rodowity i przytomny Egipcjanin, choćby przez rok nie pobierał żołdu i dwa razy tyle dostał kijów, czy ośmieliłby się wpadać do pałacu nomarchy i z takim wrzaskiem wzywać ciebie?...
Ramzes pochylił głowę, a widząc, że w drugim pokoju są dworzanie, rzekł zniżonym głosem:
— Czy ty wiesz, Tutmozisie, że od czasu jak wyruszyłem w tę podróż, Egipt zaczyna mi się wydawać jakiś inny. Niekiedy pytam samego siebie: czy ja jestem w obcym kraju? To znowu serce moje niepokoi się, jakbym miał na oczach zasłonę, poza którą dzieją się wszelkie łotrostwa, ale których ja — nie mogę dojrzeć...
— To też i nie wypatruj ich, bo wkońcu wyda ci się, żeśmy wszyscy powinni iść do kopalń — odparł ze śmiechem Tutmozis. — Pamiętaj, że nomarchowie i urzędnicy są pasterzami twego stada. Gdy który wydoi miarę mleka dla siebie, albo zarżnie owcę, przecie go nie zabijesz, ani wypędzisz. Owiec masz za dużo, a o pastuchów trudno.
Namiestnik, już ubrany, przeszedł do sali poczekalnej, gdzie zebrała się jego świta: kapłani, oficerowie i urzędnicy. Następnie razem z nimi opuścił pałac i udał się na dziedziniec zewnętrzny.
Był to obszerny plac, zasadzony akacjami, pod których cieniem oczekiwali na księcia robotnicy. Na odgłos trąbki cały tłum zerwał się z ziemi i uszykował w pięć szeregów.
Ramzes, otoczony błyszczącym orszakiem dostojników, nagle zatrzymał się, chcąc najpierwej zdaleka obejrzeć pułk kopaczy. Byli to ludzie nadzy, w białych czepcach na głowie i takichże przepaskach około bioder. W szeregach doskonale można było odróżnić brunatnych Egipcjan, ciemnych Murzynów, żółtych Azjatów i białych mieszkańców Libji, tudzież wysp morza Śródziemnego.
W pierwszej linji stali kopacze z oskardami, w drugiej z motykami, w trzeciej z łopatami. Czwarty szereg stanowili tragarze, z których każdy miał drąg i dwa kubełki, piąty również tragarze, lecz z wielkiemi skrzyniami, obsługiwanemi przez dwu ludzi. Przenosili oni wykopaną ziemię.
Przed szeregami, co kilkanaście kroków, stali majstrowie: każdy miał w ręku mocny kij i duży cyrkiel drewniany, lub węgielnicę.
Kiedy książę zbliżył się do nich, zawołali chórem: „Obyś żył wiecznie!“ i uklęknąwszy, uderzyli czołem o ziemię. Następca kazał im powstać i znowu przypatrywał się z uwagą.
Byli to ludzie zdrowi i silni, bynajmniej nie wyglądający na takich, którzy od dwu miesięcy utrzymywali się z żebraniny.
Do namiestnika przystąpił nomarcha Sofra, ze swoim orszakiem. Ale Ramzes, udając, że go nie spostrzegł, zwrócił się do jednego z majstrów:
— Jesteście kopaczami z Sochem? — zapytał.
Majster jak długi upadł twarzą na ziemię i milczał.
Książę wzruszył ramionami i zawołał do robotników:
— Jesteście z Sochem?
— Jesteśmy kopacze z Sochem!... — odpowiedzieli chórem.
— Dostaliście żołd?
— Żołd dostaliśmy — jesteśmy syci i szczęśliwi — słudzy jego świątobliwości — odparł chór, wybijając każdy wyraz.
— Wtył zwrot!... — zakomenderował książę.
Odwrócili się. Prawie każdy miał na plecach głębokie i gęste blizny od kijów; ale świeżych pręg nie było.
„Oszukują mnie!...“ — pomyślał następca. Kazał robotnikom iść do koszar i, nie witając się, ani żegnając z nomarchą, wrócił do pałacu.
— Czy i ty mi powiesz — rzekł w drodze do Tutmozisa — że ci ludzie są robotnikami z Sochem?...
— Wszakże oni sami to powiedzieli — odparł dworak.
Książę zawołał, aby mu podano konia i odjechał do wojsk, obozujących za miastem.
Cały dzień musztrował pułki. Około południa na placu ćwiczeń, pod dowództwem nomarchy, ukazało się kilkudziesięciu tragarzy, z namiotami, sprzętami, jadłem i winem. Ale książę odprawił ich do Atribis, a gdy nadszedł czas posiłku dla wojska, kazał sobie podać i jadł owsiane placki z suszonem mięsem.
Były to najemne pułki libijskie. Kiedy książę wieczorem kazał im odłożyć broń i pożegnał się z nimi, zdawało się, że żołnierze i oficerowie ulegli szaleństwu. Krzycząc: „Żyj wiecznie!“ całowali jego ręce i nogi, zrobili lektykę z włóczni i płaszczów, ze śpiewami odnieśli księcia do miasta, a w drodze kłócili się o zaszczyt dźwigania go na ramionach.
Nomarcha i urzędnicy prowincji, widząc zapał barbarzyńskich Libijczyków i łaskę dla nich następcy, zatrwożyli się.
— Oto jest władca!... — szepnął do Sofry wielki pisarz. — Gdyby zechciał, ci ludzie pobiliby mieczem nas i dzieci nasze...
Strapiony nomarcha westchnął do bogów i polecił się ich łaskawej opiece.
Późno w nocy, Ramzes znalazł się w swym pałacu, i tu powiedziała mu służba, że zmieniono mu pokój sypialny.
— Dlaczegóż to?
— Bo w tamtej sypialni widziano jadowitego węża, który skrył się tak, że nie można go znaleźć.
W skrzydle, sąsiadującem z domem nomarchy, znajdowała się nowa sypialnia. Był to czworoboczny pokój, otoczony kolumnami. Miał alabastrowe ściany, pokryte malowaną płaskorzeźbą, wyobrażającą — u dołu rośliny w wazonach, wyżej — girlandy z liści oliwkowych i laurowych.
Prawie na środku stało wielkie łoże, wykładane hebanem, kością słoniową i złotem. Pokój oświetlały dwie wonne pochodnie, pod kolumnadą znajdowały się stoliki z winem, jadłem i wieńcami z róż.
W suficie był wielki otwór czworoboczny, zasłonięty płótnem.
Książę wykąpał się i legł na miękkiem posłaniu, jego służba odeszła do dalszych komnat. Pochodnie zaczęły przygasać, po sypialni wionął chłodny wiatr, nasycony wonią kwiatów. Jednocześnie w górze odezwała się cicha muzyka arf.
Ramzes podniósł głowę. Płócienny dach pokoju usunął się, i przez otwór w suficie widać było konstelację Lwa, a w niej jasną gwiazdę Regulusa. Muzyka arf wzmogła się.
— Czy bogowie wybierają się do mnie w odwiedziny?... — pomyślał z uśmiechem Ramzes.
W otworze sufitu błysnęła szeroka smuga światła; było ono mocne, lecz łagodne. W chwilę później, ukazała się w górze lektyka w formie złotej łodzi, niosącej altankę z kwiatów; słupy były okręcone girlandami z róż, dach z fiołków i lotosów.
Na sznurach, spowitych zielonością, złota łódź bez szmeru opuściła się do sypialnej komnaty. Stanęła na podłodze, a z pod kwiatów wyszła niepospolitej piękności naga kobieta. Ciało jej miało ton białego marmuru; od bursztynowej fali włosów płynęła woń upajająca.
Kobieta, wysiadłszy ze swej napowietrznej lektyki, uklękła przed księciem.
— Jesteś córką Sofry?... — spytał jej następca.
— Prawdę mówisz, panie...
— I mimo to przyszłaś do mnie!
— Błagać cię, ażebyś przebaczył memu ojcu... Nieszczęśliwy on!... od południa leje łzy i tarza się w popiele.
— A gdybym mu nie przebaczył, odeszłabyś?
— Nie... — cicho szepnęła.
Ramzes przyciągnął ją do siebie i namiętnie pocałował. Oczy płonęły mu.
— Dlatego przebaczę mu — rzekł.
— O jakiś ty dobry!... — zawołała, tuląc się do księcia, a potem dodała z przymileniem:
— Każesz wynagrodzić szkody, które wyrządził mu ten szalony robotnik?
— Każę...
— I mnie weźmiesz do swego domu...
Ramzes popatrzył na nią.
— Wezmę cię, bo jesteś piękna.
— Doprawdy?... — odparła, obejmując go za szyję. — Przypatrz mi się lepiej... Między pięknemi Egiptu zajmuję dopiero czwarte miejsce.
— Cóż to znaczy?
— W Memfis, czy koło Memfis, mieszka twoja najpierwsza... Na szczęście tylko Żydówka!... W Sochem jest druga...
— Nic o tem nie wiem — wtrącił książę.
— O, ty gołąbku!... Więc zapewne nie wiesz i o trzeciej w Anu...
— Czy i ona należy do mego domu?...
— Niewdzięczniku!... — zawołała, uderzając go kwiatem lotosu. — Gotów jesteś za miesiąc o mnie powiedzieć to samo... Ale ja nie dam zrobić sobie krzywdy...
— Jak i twój ojciec.
— Jeszcześ mu nie zapomniał?... Pamiętaj, że odejdę...
— Zostań już... zostań!...
Na drugi dzień namiestnik raczył przyjąć hołdy i ucztę od nomarchy Sofra. Publicznie pochwalił jego zarząd prowincją i, aby wynagrodzić szkody, wyrządzone przez pijanego robotnika, darował mu połowę naczyń i sprzętów, które otrzymał w mieście Anu.
Drugą połowę tych darów zabrała córka nomarchy, piękna Abeb, jako dama dworu. Nadto kazała sobie wypłacić z kasy Ramzesa pięć talentów na stroje, konie i niewolnice.
Wieczorem książę, ziewając, rzekł do Tutmozisa:
— Jego świątobliwość, ojciec mój, powiedział mi wielką naukę, że kobiety dużo kosztują!
— Gorzej, gdy ich niema — odparł elegant.
— Ale ja mam ich cztery i nawet dobrze nie wiem, jakim sposobem. Mógłbym ze dwie odstąpić wam.
— Czy i Sarę?
— Tej nie, szczególnie jeżeli będzie miała syna.
— Jeżeli wasza dostojność przeznaczysz tym synogarlicom ładny posag, znajdą się dla nich mężowie.
Książę znowu ziewnął.
— Nie lubię słuchać o posagach — rzekł. — Aaa!... jakie to szczęście, że już wyrwę się od was i osiądę między kapłanami...
— Naprawdę uczynisz tak?...
— Muszę. Nareszcie może dowiem się od nich, dlaczego faraoni biednieją... Aaa!... no — i odpocznę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.