Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Doprawdy?... — odparła, obejmując go za szyję. — Przypatrz mi się lepiej... Między pięknemi Egiptu zajmuję dopiero czwarte miejsce.
— Cóż to znaczy?
— W Memfis, czy koło Memfis, mieszka twoja najpierwsza... Na szczęście tylko Żydówka!... W Sochem jest druga...
— Nic o tem nie wiem — wtrącił książę.
— O, ty gołąbku!... Więc zapewne nie wiesz i o trzeciej w Anu...
— Czy i ona należy do mego domu?...
— Niewdzięczniku!... — zawołała, uderzając go kwiatem lotosu. — Gotów jesteś za miesiąc o mnie powiedzieć to samo... Ale ja nie dam zrobić sobie krzywdy...
— Jak i twój ojciec.
— Jeszcześ mu nie zapomniał?... Pamiętaj, że odejdę...
— Zostań już... zostań!...
Na drugi dzień namiestnik raczył przyjąć hołdy i ucztę od nomarchy Sofra. Publicznie pochwalił jego zarząd prowincją i, aby wynagrodzić szkody, wyrządzone przez pijanego robotnika, darował mu połowę naczyń i sprzętów, które otrzymał w mieście Anu.
Drugą połowę tych darów zabrała córka nomarchy, piękna Abeb, jako dama dworu. Nadto kazała sobie wypłacić z kasy Ramzesa pięć talentów na stroje, konie i niewolnice.
Wieczorem książę, ziewając, rzekł do Tutmozisa:
— Jego świątobliwość, ojciec mój, powiedział mi wielką naukę, że kobiety dużo kosztują!
— Gorzej, gdy ich niema — odparł elegant.
— Ale ja mam ich cztery i nawet dobrze nie wiem, jakim sposobem. Mógłbym ze dwie odstąpić wam.
— Czy i Sarę?
— Tej nie, szczególnie jeżeli będzie miała syna.
— Jeżeli wasza dostojność przeznaczysz tym synogarlicom ładny posag, znajdą się dla nich mężowie.