Ewa (Wassermann)/Zanim pęknie srebrna nić/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
19.

Był wieczór, a Krystjan kroczył w kierunku leśniczówki. Wydało mu się to zupełnie naturalne, a nie zdawał sobie sprawy, że działa pod przymusem.
Amadeusz Voss siedział przy lampie i czytał zniszczoną mocno książkę. W drugich drzwiach przemknął cień jego matki.
Po chwili spytał Amadeusz:
— Czy pójdziesz pan ze mną jutro do Nettersheim?
— Cóż tam po mnie? — odrzucił Krystjan pytanie.
Voss zwrócił się ku niemu, a szkła okularów zabłysły
w półmroku.
— Może ona zmarła już? — mruknął.
Jął bębnić palcami po kolanie. Krystjan milczał, on zaś zaczął opowiadać o dziewczynie, Walpurdze, która służyła u jego wuja kmiecia Borschego.
— Urodziła się w tej wsi. Była córką komornika. Mając lat piętnaście powędrowała do miasta. Słyszała dużo o pięknem życiu miejskiem i pewna była, że niesłychane osiągnie powodzenie. Sługiwała po różnych domach, aż w końcu syn pewnego kupca uwiódł ją i jak to bywa zawsze, została wygnaną. A więc ofiara, ponosi w takich razach jeszcze karę.
Urodziła dziecko, które zmarło zaraz, ona zaś staczała się coraz niżej. Handlarz żywym towarem umieścił ją w domu rozpusty, skąd po krótkim pobycie poszła na ulicę. Zawód ten wykonywała w Bochum i Elberfeldzie, ale nie wiodło jej się i popadła w nędzę. Pewnego dnia, ogarnięta tęsknotą, zebrała wszystkie siły i wróciła do wsi uboga, chora, ale zdecydowana zarabiać na chleb powszedni bez względu na trud i wynagrodzenie.
Ale nikt jej przyjąć nie chciał. Rodzice zmarli, krewnych nie miała, toteż siała się ciężarem dla gminy i dawano jej to wyraźnie do poznania. Pewnej niedzieli zgromił ja proboszcz z kazalnicy. Nie wymienił wprawdzie nazwiska, ale piorunował na życie rozwiązłe, na bagno grzechu, oraz przedstawiał, jak to gniew Pański wyraźnie przejawia w oczach wszystkich członków parafji. Napiętnowana i rzucona na łup wzgardy publicznej, postanowiła położyć kres życiu swemu.
Kmieć Borsche, wracając pewnego wieczoru z gospody, ujarzł[1] leżącą w strasznych drgawkach na gościńcu kobietę. Była to Walpurga, wszetecznica miejska, jak ją zwano we wsi. Wokół nie dojrzał nigdzie człowieka, wziął ją tedy na szerokie bary i zaniósł do swego osiedla. Wyznała zaraz, że naskrobawszy fosforu z zapałek połknęła to. Kmieć dał jej mleka, dziewczyna przyszła do siebie i nie wypędzono jej już.
Czasem była w stanie zawlec się w pole i pracować, czasem znowu legała gdzieś w kątku bezsilna zupełnie. Wszyscy parobcy uważali ciało jej za rzecz bezpańską, żaden opór nie zdał się na nic. Zmiana nastąpiła dopiero po interwencji gospodarza domu. Miała zaledwo dwadzieścia trzy lat, a mimo choroby, oraz przebytej nędzy, wyglądała świetnie. Policzki jej pokrywały zawsze rumieńce, a oczy lśniły rzeźwo. Toteż, ile razy nie poszła do roboty, napastowały ją inne dziewki czeladne, zwąc oszustką.
Dwa tygodnie temu odbyłem wycieczkę do Nettersheimu i zaszedłem do Borschów. Przyjęli mnie życzliwie, jako przyszłego kapłana. Rozmowa skierowała się na Walpurgę, gospodarz opowiedział mi jej dzieje i poprosił, bym naocznie zbadał czy jej choroba nie jest prostem udawaniem. Spytałem, czemu nie wezwą lekarza, ale powiedziano mi, że lekarz był i nic nie znalazł. Poszedłem do niej. Leżała w stajni, deskami tylko oddzielona od bydła, na snopie słomy, chroniącym od wilgotnej ziemi, nakryła starą derą końską. Nie złudziły mnie jej rumieńce, ni pozory zdrowia i powiedziałem Borschemu: — Ona już dogasa! — Gospodarz i żona jego dali wiarę słowom moim, gdym jednak ich poprosił, by chorą umieścili w miejscu odpowiedniejszem, wzruszyli ramionami. Nigdzie cieplej, niż w stajni być nie może, któżby zresztą ściągał na siebie kłopoty z powodu takiej, powszechnie unikanej nędznej istoty.
Poszedłem tam dnia trzeciego, polem zaś chodziłem stale. Nie mogłem poprostu myśli od niej oderwać. W ciągu całego życia nikt mi się tak głęboko nie wdarł w serce. Najzłośliwsi widzieli teraz, że już wsiać nie może. Siadywałem na drewnianej ławie, w dusznem zagrodzeniu u jej barłoga, ona zaś wilała mnie coraz to radośniej. Zerwane przezemnie po drodze kwiaty polne przyciskała do piersi, trzymając je w złożonych modlitewnie rękach. Powiedziano jej kim jestem i zaczęła mi zadawać mnóstwo pylań, na lemat życia pośmiertnego i zbawienia.
Chciała wiedzieć, czy Chrystus i za nią także poniósł mękę krzyżową. Bała się czyśćca, mówiąc, że jeśli tam tak źle, jak pośród ludzi, to dusza jej drży z trwogi. Nie było w tem urągowiska, ni skargi, chciała tylko wiedzieć.
Cóż jej mogłem odrzec. Zapewniłem, że Chrystus i ją takźe odkupił męką krzyżową. Na inne pytania nie dałem odpowiedzi. Milczymy i stajemy dzikimi, gdy żywe serce łaknie prawdy, i zawarty w niem zmrożony Chrystus chciałby odżyć i ujrzeć słońce nowego dnia. Gdzież jest prawdziwe królestwo szatana tu, czy... tam, gdzieś na jakiejś bardziej jeszcze przeklętej gwieździe. Dusze jęczą w męce, a Bóg nie unicestwia zła. Napisano, że Pan rzekł szatanowi: — Skąd idziesz? — A szatan odrzekł: — Chodzę po ziemi i węszę!
Poprosiła, bym wysłuchał jej spowiedzi i dał rozgrzeszenie. Nic atoli nie wydało mi się w niej grzesznem. Ujrzałem jeno pustkę i opuszczenie, gołe ściany izby, ulice oświetlone migotliwemi latarniami i ludzi o spojrzeniu bezlitosnem. To wszystko zobaczyłem wyraźnie i uznałem ją za wolną od wszelkiej winy, obiecując niebo. Uśmiechnęła się, a gdym jej na żądanie podał rękę, ucałowała ją, zanim mogłem cofnąć. To było wczoraj.
Milczał przez chwilę zadumany, potem coś powtórzył:
— To było wczoraj, dzisiaj zaś nie poszedłem tam ze strachu przed jej śmiercią. Może już nie żyje.
— Jeśli pan chce iść zaraz, gotów jestem! — rzekł Krystjan nieśmiało. — Za godzinę będziemy na miejscu. Pójdę z panem.
— A więc chodźmy! — odparł Amadeusz, odetchnął głęboko i wstał.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – ujrzał.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.