Ewa (Wassermann)/Nocne rozmowy/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
2.

Skończyły się konferencje w różnych sprawach przemysłowych i posłuchania. Rysy tajnego radcy Wahnschaffe ujawniały znużenie. Ostatni, którego dziś przyjął, był to Japończyk, działający z polecenia tokijskiego ministerstwa wojny. Jeden z dyrektorów fabryki był obecny przy rozmowie, która miała wielką doniosłość, a nawet znaczenie polityczne. Chciał odejść, ale radca wstrzymał go gestem.
— Czy pan już wyznaczył inżyniera do Glasgowa? — spytał, unikając spojrzeń swego podwładnego.
Czynił to zawsze niemal, znieść nie mogąc wyrazu zachłanności, żądzy posiadania, czy karjery. Wszyscy mieli tensam uniform.
Dyrektor wymienił jakieś nazwisko.
Radca skinął potakująco.
— Dziwne rzeczy z tymi Anglikami, — powiedział — popadają w coraz większą od nas zależność. Nietylko nie są w stanie wytworzyć maszyn tego typu, ale musimy im jeszcze posyłać rzeczoznawców, którzy im wyjaśniają konstrukcję i puszczają w ruch. Któżby to był przed dziesięciu laty przypuszczał?
— Sami uznają niższość swoją? — zauważył dyrektor. Niedawno pokazywałem, przybyłym z Birminghamu fachowcom zakłady nasze. Jeden z nich wyraził z miną dość przygnębioną, podziw dla naszego fenomenalnego rozwoju. Zauważyłem, że niema w tem nic nadzwyczajnego, po prostu praca 11 nas trwa dłużej, nie znamy też t. zw. angielskiej soboty.
— Czy na tem poprzestał?
— Nie! Zapytał, czy istotnie sądzę, iż tych kilka godzin w tygodniu może spowodować laką przewagę wytwórczości. Poprosiłem, by zechciał policzyć, ile produkuje n. p. dwa tysiące bodaj tylko godzin pracy w ciągu roku. Na te słowa potrząsnął głową i oświadczył, że jesteśmy niezmiernie dzielni i pracowici, ale prawdę mówiąc, taka drobnostkowa konkurencja nic jest całkiem fair.
Radca wzruszył ramionami.
— A wiem, wiem... fair... to zawsze ich ostatnie słowo. Sądzą, że nas tem pokonają.
— Nie bardzo nas lubią! — zauważył dyrektor.
— O nie, nie lubią nas wcale! — potwierdził.
Potem skinął głową, a dyrektor opuścił gabinet.
Tajny radca rozsiadł się w fotelu, ogarnął znużonem spojrzeniem olbrzymie biurko, zarzucone aktami i przysłonił biała dłonią oczy. W ten sposób zawsze odpoczywał i zbierał myśli. Potem nacisnął jeden z licznych guzików na skraju biurka widniejących i spytał wchodzącego lokaja:
— Czy jest kto jeszcze?
— Ten pan przybywa z Berlina — powiedział, podając bilet — i powiada, że jest zamówiony przez jaśnie pana radcę.
Na bilecie widniało:
— Willibald Girke, detektyw prywatny, współwłaściciel firmy: Girke et Graurock, Berlin C. Puttbuserstrasse 2.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.