Ewa (Wassermann)/Nocne rozmowy/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
3.

— Masz pan co nowego, panie Girke, spytał Wahnschaffe.
Spojrzawszy w tę twarz, dostrzegł w niej znane sobie doskonale cechy zachłanności, żądzę posiadania, sukcesu i niewzruszonej decyzji na każde upokorzenie i każdą nikczemność.
— Pisemne relacje pańskie nie zadowolniły mnie, dlatego poprosiłem pana do siebie, by wytyczyć pewną metodę postępowania w danej sprawie.
Ten frazes miał zakryć niepewność i wstyd tajnego radcy.
Girke usiadł.
— Staraliśmy się usilnie... — zaczął chrapliwym akcentem berlińskim — mamy dużo materjału. Jeśli pan radca pozwoli, mogę służyć niezwłocznie.
Dobył notesu i przewracał kartki.
Miał uszy wielkie, odstające, jakby przystosowane do zawodu. Wypluwał spiesznie słowa, połykając części zdań. Co chwila spoglądał nerwowo na zegarek, łyskając niepewnie oczyma. Wyglądał, jak pijany, szalonem tempem stolicy, jak człowiek, który nie ma czasu spać, ni jeść i dręczony jest nieustannem czyhaniem na dzwonki telefonu, listy, depesze i dzienniki.
Jął mówić szybko, a monotonnie.
— Apartament przy Kronprinzenufer został zatrzymany, ale syn pana radcy był tam w ciągu ubiegłego miesiąca tylko cztery razy. Lokatorem istotnym jest, zdaje się, student medycyny Amadeusz Voss.
Tą osobistością zajmujemy się stale, stosownie do zlecenia. Wydatki tego młodzieńca są niesłychane, wobec jego pochodzenia i notorycznego ubóstwa. Wiemy zresztą z jakich czerpie źródeł. Jest rzeczywiście zapisany na medycynę, podobnie jak i syn pana radcy.
— Dajmy na razie pokój temu Vossowi! — przerwał wymownemu detektywowi, pod brzemieniem niepewności i wstydu. — Doniosłeś mi pan, że syn mój zajmował jedno po drugiem kilka mieszkań. Gdzież teraz osiadł?
Girke przerzucił parę kartek.
— Do usług! — powiedział. — Dochodzenia nasze tworzą spoisty łańcuch faktów. Z Kronzprinzenufer przeniósł się, wraz z pewną kobietą, o której posiadamy również szczegółowe i pewne wiadomości, na Bernauerstrasse, obok dworca szczecińskiego, stamtąd na Fahrbellinerstrasse 16, dalej na ul. Jabłońskiego 3, na Gaudystrasse, tuż przy placu musztry, a w końcu na Stolpische Strasse u wylotu Riesener Strasse.
Znamiennem jest nietylko tak częste zmienianie mieszkań, ale pogarszanie się ich ciągłe, rzec można proletaryzacja ich. Da się tu zauważyć pewien, tajemny, a rozmyślny plan i cel.
— I pozostał przy Stolpische Strasse?
— Tak jest. Mieszka tam od dwudziestego lutego, wynajmując dwa pomieszczenia. Jedno dla siebie, drugie zaś dla owej kobiety.
— Ta ulica leży daleko, w północnej części miasta, | nieprawdaż?
— Mniej więcej na peryferji. Na zachód i dalej ku północy są niezabudowane place, od wschodu wiedzie ul. Gustawa Adolfa w stronę Weisensee. Wokoło są fabryki. Jest to okolica niezdrowa i brzydka i niepewna. Dom wybudowany przed sześciu dopiero laty, znajduje się w opłakanym stanie. W części frontowej mieszka czterdzieści pięć rodzin, w oficynie pięćdziesiąt dziewięć, a są to przeważnie robotnicy, kramikarze, łaziki, podnajemcy, żebracy, słowem podejrzane egzystencje.
Na trzeciem piętrze mieszka wzmiankowana już kobieta, Karen Engelschall, zajmując dwa umeblowane pokoiki i kuchnię. Meble są własnością wdowy Spindler. Czynsz miesięczny wynosi ośmdziesiąt marek zgóry płatnych. Kobieta owa nie gotuje sama, ale ma posługaczkę, młodą dziewczynę Izoldę Schirmacher, córkę krawca.
Syn pana radcy mieszka na parterze od frontu u niejakiego Giseviusa, strażnika nocnego w fabryce Borsiga. Mieszkanie składa się z nędznie umeblowanej izby i przyległej komórki, o jednem oknie, gdzie stoi tylko kanapa do spania.
Oczy tajnego radcy rozwarły się pod wrażeniem nieopisanego przerażenia.
— Cóż to znaczy, na miłość boska? — wykrztusił z trudem.
— Istna zagadka, łaskawy panie radco tajny. W całej praktyce mojej nowość zupełna. Można się tylko domyślać, o ile nie utracimy nadziei, że same wydarzenia przyniosą jakieś wyjaśnienie.
Opanowując się wreszcie, przybrał tajny radca minę urzędową, chłodną i spytał:
— Jakie pan zebrałeś informacje odnośnie do owej kobiety?
— Właśnie miałem o tem mówić. Wszystkie antecedencje wyszły na jaw. Trudna to była rzecz i musieliśmy funkcjonarjuszów naszych wysyłać na miejsce. Nie da się określić stanu i zawodu jej ojca, gdyż narodziny były nielegalne. Matka pochodzi z Fryzji, przebywa w Oldenburgu, jako gospodyni w małej posiadłości wiejskiej, potem żyła z pewnym pensjonowanyin poborcą podatków, a po jego śmierci założyła sklep z perfumerją w Hanowerze. Ale nie wiodło jej się.
W roku 1895 została skazana na trzy miesiące więzienia, w Clewe za oszustwo i sprzeniewierzenie. Polem, aż do roku 1900 ślad znika, a jawi się znowu w Berlinie. Mieszkała tam naprzód w Rixdorfie, potem przy Treptowerstrasse, Briisselerstrasse za szpitalem Virchowa. Niejednokrotnie była podejrzywana o kuplerstwo, ale nie karano jej z braku dowodów. Zameldowana jest, jako właścicielka zakładu cerowania maszynowego, w rzeczywistości jednak żyje z wróżbiarstwa i kładzenia kabały, co sądząc po stopie życia, musi jej się opłacać.
Ma tylko dwoje dzieci, ową Karen i dwudziestosześcioletniego syna Nielsa Henryka, znanego policji nicponia, który wchodzi ciągle w konflikt z prawem. Córka, Karen w młodych już latach zeszła na bezdroża, w czem musiała wziąć udział matka. Gdy miała siedmnaście lat, pewien holenderski kapitan kupił ja za pięć guldenów i zabrał ze sobą.
Urodziła dwoje nieślubnych dzieci, jedno w r. 1897 w Kielu, a drugie 1901 r. w Królewcu, ale zmarły one niedługo polem. Przebywała dalej w Bremie, Szlezwigu, Hanowerze, Ivuxhaven, Szczecinie, Elberfeldzie i Hamburgu, wszędzie niemal poci dozorem policji. W Hamburgu właśnie spotkał ją syn pański i zabrał, w okolicznościach jakie przedstawić miałem zaszczyt w relacji z czternastego lutego.
Girke zaczerpnął tchu, pełen podziwu dla własnego, tak kunsztownie zbudowanego dzieła. Potem, nic zauważywszy skamieniałych rysów Wahnschaffcna, ciągnął dalej:
— Przybywszy do Berlina, odwiedziła matkę i odtąd matka bywała we wszystkich mieszkaniach, począwszy od Kronprinzenufer do Stolpische Strasse. Nieraz się pokłóciły. Niels Henryk bywał także u siostry, wyciągał z niej pieniądze i przepijał. Dwunastego b. m. dał mu syn pański pewną kwotę, a dnia czternastego b. m. wieczór, pod mieszkaniem Vossa kilkanaście sztuk złota i banknot.
Voss towarzyszył dnia tego synowi pańskiemu przez czas dłuższy, rozmawiając z nim w sposób porywczy, niemal gniewny. Lokatorowie domu przy Kronprinzufer twierdzą zgodnie, że Voss zachowuje się wobec syna pańskiego nieraz napastliwie i nawet beszta go.
Tajny radca pobladł aż tak, że mu zbielały wargi i chcąc to ukryć, podszedł do okna.
— Cóż należało uczynić? Czy jąć się ostateczności?
Kuratela nie mogła zmyć hańby, ale koniecznem było wkroczyć, opanować, zapobiec i utaić.
— Czy obcuje jeszcze z kimś innym, podejrzanym? — wykrztusił ze ściśniętego gardła.
— Nie! — odparł detektyw. — Oczywiście wspiera różnych biedaków w domu, czy na ulicy i rozmawia z nimi. Pilnie uczęszcza na wykłady i pracuje także w domu. Ale trzyma się zdala od kolegów, którzy nań patrzą z zaciekawieniem. Przed dwoma dniami był u niego pan v. Thüngen, który stanął w Hotel de Rome. Nie wiem jeszcze, czy wizyta owa miała jakieś skutki.
Tajny radca nachmurzył się i rzekł:
— Zakupiłem cały nieruchomy i ruchomy majątek mego syna, a sumę ogólną, trzynaście i pół miljona przekazałem do Banku Państwa. Brak mi środków legalnych dla skontrolowania w jaki sposób odbywa się użytkowanie tego kapitału. Czy wydatkowane są tylko procenty, czy może ubywa samego majątku i w czyje to idzie ręce. Zależy mi bardzo na tych informacjach.
Na wzmiankę o miljonach, dreszcz szacunku przejął Girkego. Skulił się i spytał dla dokładności:
— Czy synowi pana radcy, poza ową sumą trzynastu i pół miljonów przypada jeszcze jakaś renta roczna?
Wahnschaffe potwierdził skinieniem.
— Firma płaci ją w ratach kwartalnych, do filji Banku Drezdeńskiego.
— Pytam dlatego tylko, by zdać sobie sprawę z sytuacji! — rzekł Girke. — Wobec tak potężnych środków, postępowanie pana Krystjana Wahnschaffe jest niezmiernie dziwne. Jada w małych garkuchniach i nie używa nigdy auta, czy dorożki. Rzadko wsiada w tramwaj, a najczęściej przebywa pieszo bardzo znaczne przestrzenie i to zarówno dniem, jak i nocą.
Na te słowa drgnął tajny radca. Uczyniły na nim silniejsze wrażenie, niż wszystkie inne wieści detektywa.
— Będę się starał zaspokoić wszelkie życzenia pana radcy! — zapewnił Girke. — Punkt ostatni przedstawia znaczne trudności, ale postaram się, by firma Girke et Graurock zaszczytnie je pokonała.
Na tem skończono rozmowę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.