Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zachłanności, żądzy posiadania, czy karjery. Wszyscy mieli tensam uniform.
Dyrektor wymienił jakieś nazwisko.
Radca skinął potakująco.
— Dziwne rzeczy z tymi Anglikami, — powiedział — popadają w coraz większą od nas zależność. Nietylko nie są w stanie wytworzyć maszyn tego typu, ale musimy im jeszcze posyłać rzeczoznawców, którzy im wyjaśniają konstrukcję i puszczają w ruch. Któżby to był przed dziesięciu laty przypuszczał?
— Sami uznają niższość swoją? — zauważył dyrektor. Niedawno pokazywałem, przybyłym z Birminghamu fachowcom zakłady nasze. Jeden z nich wyraził z miną dość przygnębioną, podziw dla naszego fenomenalnego rozwoju. Zauważyłem, że niema w tem nic nadzwyczajnego, po prostu praca 11 nas trwa dłużej, nie znamy też t. zw. angielskiej soboty.
— Czy na tem poprzestał?
— Nie! Zapytał, czy istotnie sądzę, iż tych kilka godzin w tygodniu może spowodować laką przewagę wytwórczości. Poprosiłem, by zechciał policzyć, ile produkuje n. p. dwa tysiące bodaj tylko godzin pracy w ciągu roku. Na te słowa potrząsnął głową i oświadczył, że jesteśmy niezmiernie dzielni i pracowici, ale prawdę mówiąc, taka drobnostkowa konkurencja nic jest całkiem fair.
Radca wzruszył ramionami.
— A wiem, wiem... fair... to zawsze ich ostatnie słowo. Sądzą, że nas tem pokonają.
— Nie bardzo nas lubią! — zauważył dyrektor.
— O nie, nie lubią nas wcale! — potwierdził.
Potem skinął głową, a dyrektor opuścił gabinet.