Ewa (Wassermann)/Nocne rozmowy/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
10.

— Powiem ci — rzekł Voss Krystjanowi, — pod jakiem stale żyjesz wrażeniem. Otóż jesteś, jak człowiek, który chcąc się zahartować, zrzuca nagle wszystko i wychodzi na mróz. Jesteś jak człowiek ,który nie powąchawszy nigdy wódki, ni stąd, ni z owąd wlewa całą flaszkę fuzlu w gardło. Oczywiście padasz na ziemię i zamarzasz na śmierć. Ale gorsze jest to, że w głębi duszy czujesz wstręt.
Inaczej nawet być nie może. Pierwiastki twej osobowości mają nad tobą władzę wbrew twej woli, dotykasz mnóstwa rzeczy brudnych, ordynarnych, brzydkich, o których przedtem nie wiedziałeś zgoła. Potem siadasz, oglądając swe polerowane jeszcze paznokcie z obrzydzeniem, nie mając odwagi sięgnąć po szklankę z wodą, której dotykały usta brudne i spocone ręce. Tak, tak, najbardziej żal ci rąk własnych. A cóż ma za cel to wszystko, jeśli komuś żal własnych rąk?
Czyż istotnie ty sam leżysz na tej kanapie?
— Tak sądzę, Amadeuszu.
— Ja nie. A jeśli zimno ci w nocy, czy ty sam istotnie rozniecasz ogień w tym piecu?
— A któżby inny? Nauczyłem się tego, wszakże.
— Żali ty sam zaświecasz lampę, podczas gdy za naciśnięciem guzika ongiś jaśniały salony... czy jesteś to ty, we własnej osobie? Nie i nie. Spójrz, proszę, na tę zakopcona powałę... pfuj do licha! O, jakiż musi w tobie tkwić niepokój, jaki tobą wstręt targa! Czyż możesz sypiać po nocach? A przebudzenie nie wydaje ci się zwidem złowrogim? W pięknej swej odzieży idziesz w tłum, a każdy spostrzega niezwłocznie, że nie robił jej tani krawiec, a zaprasowane poprawnie spodnie wywołują szyderstwo. Wydaje im się, że ich oszukujesz, bowiem największym w oczach biednych oszustem jest bogacz, grający rolę biedaka. Choćbyś cały majątek rzucił do Sprewy, chyba że chodził będziesz w łachmanach, nie wezmą cię na serjo. Rozgoryczasz ich tylko, bo uważają to za szarlatanerję i spleen.
Nie znasz ich, nie wiesz jak są zaniedbani i wygłodzeni od długich pokoleń i jak cię za to nienawidzą. Nie znasz ich interesów, myśli, ni języka, oni zaś nie pojmą nigdy, by ktoś mógł wyrzekać się dobrowolnie tego, co jest, ich krwią serca oblewanem marzeniem i nadzieją, co jest podkładem ich marzeń, zazdrości i gniewu. Pracują dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat poto jeno, by oddychać i napełnić żołądek, a ty chcesz by uwierzyli, że tego tylko pożądasz ty, dla którego byli i są zwierzętami roboczemi bez imienia, dla którego rtęć i pył żelaza żre im płuca? Miljony proletarjatu w codziennych, bezgłośnych walkach ginie za kapitał. Palacze, czy murarze, tkacze, czy kowale, robotnicy szklarni, czy budujący maszyny, są to żołnierze przywaleni jarzmem służby. Cóż tedy chcesz czynić? Jakie bierzesz w rachubę siły duszy i jaki wymiar czasu? Jesteś narazie graczem, który płaci znaczkami, niebaczny, że je wykupić niebawem musi.
— Wszystko to jest prawda! — przyznał Krystjan.
— A więc?
— W niczem jednak nie wpłynie na moje postępowanie.
— Jeszcze tydzień temu, takiego nabrałeś wstrętu do tej nory, że poszedłeś spać do hotelu Westminster.
— To prawda. Ale skąd wiesz?
— To obojętne. Czy chcesz zadusić swa duszę w tej atmosferze? Poszukaj drogi wyjścia. Ta Engelschall, jej matka i bral uczynią ci życie piekłem. W ich szponach gorzej ci będzie, niż biedakowi w pazurach lichwiarza. Wiesz chyba jakie żywią zamiary, bo dziecku byłoby to jasne. Dlatego ostrzegam. Oni i inni, z którymi się wdajesz, do coraz to większej doprowadzać cię będą rozpaczy.
— Nie boję się, Amadeuszu! — oświadczył Krystjan — Nie rozumiem tylko, — dodał zcicha — że to ty właśnie usiłujesz odwieść mnie od tego, co uznałem za słuszne i konieczne.
Voss odparł gwałtownie:
— Położyłeś mi deskę, po której mam dojść do brzegu, czemuż mnie chcesz strącić w przepaść, zanim tam slanę? Bądź czem jesteś! Nie zmieniaj się w cień w oczach moich! Nie zabieraj deski, gdyż w takim razie nie wiem, co się stać może z nami oboma.
Twarz jego przybrała straszny wygląd, a zaciśnięte pięści drżały.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.