Ewa (Wassermann)/Nocne rozmowy/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
9.

Karen Engelschall powiedziała:
— Nie bój się pan. On nie przyjdzie przed wieczorem, a choćby nawet przyszedł, jesteś pan znajomym moim.
Spojrzała przenikliwie na Girkego. Rozsiadła się szeroko, z lubością przy oknie, zajęta szyciem koszulki dziecięcej. Ryta w późnym okresie ciąży.
— Zresztą nie mamy co długo gadać ze sobą! — ciągnęła dalej ze złośliwem zadowoleniem. — Wiesz pan wszystko. Dają mi sześćdziesiąt tysięcy pod warunkiem, że zniknę z widowni... Ano tak... sześćdziesiąt tysięcy, to wcale ładny grosz... Ale jeśli zaczekam, to jaśnie państwo postąpią niezawodnie. Namyślę się, rozważę. Przyjdź pan w przyszłym tygodniu.
— Powinnaby się pani istotnie namyśleć! — zauważył oficjalnie Girke. Proszę pomyśleć o przyszłości. To przecież wielka wygrana. Przed sześciu miesiącami nie śniło się pani nawet o tem. Same procenty dadzą nielada sumkę. Lekkomyślnością byłoby zmarnować taką sposobność.
Karen pochyliła się nad robotą z podstępnym uśmiechem. Dobrze jej było, zesunęła kolana, przymknęła oczy, potem podniosła głowę, odsunęła z czoła żółty kosmyk włosów i rzekła:
— Nie jestem głupia i złapać się nie dam. Wiem dobrze jak on jest bogaty. Gdyby się chciał mnie pozbyć dałby tyle, że wasza oferta wobec tego jest jałmużną dziadowską. Czemuż mam robić złe interesy? Masz pan rację, jest to wielka wygrana, ale w innem znaczeniu. Nie upadłam na głowę. Wolę czekać, popijając herbatę. Omylić się mogę w rachunku, ale w takim razie sama sobie przypiszę winę.
Girke kręcił się na stołku, spoglądał na zegarek i okiem pożądającem notatek ogarniał stancję z ordynarnemi meblami, tapetami i lichym dywanem.
— Jedno mogę panu powiedzieć na pociechę, a mówię to dlatego, że dla mnie nie zmienia sprawy... — podjęła znowu — otóż rodzina jego jest na mylnej drodze. Czy sądzisz pan, że z mego powodu stał się tem czem dziś jest i że oni byliby go zachowali gdyby mnie nie napotkał? Mogłabym was ćmić, że dla mnie przekabacił się, ale poco? Nowonarodzone dziecko poznałoby, chyba, że on ma źle w głowie. Nie chcę tedy grać komedji, bo sama łamię sobie głowę, aby to zrozumieć.
— Wielka racja! — przyznał Girke, zdumiony tą szczerością. — Słowa pani interesują mnie żywo. Zawsze sądziłem, że tu znajdę pomoc. Wielką oddałaby mi pani przysługę, odpowiadając na pytania. Ręka rękę myje, więc w danym razie nie opuściłbym pani.
Karen zaśmiała się.
— O, wierze! — odparła. — Tak troszeczkę poszpiegować, a potem wypaplać. Tego panu trzeba? Nie... tego nie uczynię za nic. Ale spylaj pan innych, a oni powiedzą napewne. Na przykład przyjaciel od serca Voss, zwróć się pan do niego! — łypnęła oczyma, wymawiając to nazwisko. — On ma laką minę, jakby jadł łyżkami mądrość świata, a traktuje człowieka jak psa, tak że zbiera chętka palnąć pięścią w nos. Jego pan zapylaj, gdzie się podziewają pieniądze. Ja ich nie biorę, ale Voss wie coś o tem.
— Przecenia to pani, zaiste! — wtrącił Girke fachowo. — Nie ulega wątpliwości, że Voss jest przyczyną wszystkiego złego, ale tak jak dziś rzeczy stoją, niczemby była kwota dziesięćkroć większa od pochłanianej przez niego. Może pani być co do tego spokojna. Muszą gdzieś być inne, dużo gorsze pijawki.
— To co pan bajdurzy jest mi zupełnie niezrozumiałe! — zauważyła Karen, pokazując żółte, złe zęby.— Proszę przetrząsnąć szafę, lub materac. Może się panu mieszkanie wydaje zbyt wykwintnem? A może suknie są za kosz łowne? Może mam drogie klejnoty na sobie? Czyś pan widział norę u Giseviusa, gdzie śpi ten wielki magnat? Kolosalny luksus, nieprawdaż? Myszy tam nawet wytrzymać nie mogą. Niedawno widziałam jedną zdechną z głodu. Człowiek normalny boi się myszy, jemu to jednak obojętne. Straszne to, gdy się pomyśli jak on żył do niedawna. Podobno po królewsku. Miał pałace, urządzał polowania, jeździł własnemi autami i posiadał najpiękniejsze kobiety, które się doń zlatywały. Żadnej troski, zgryzoty, chmurki, zawsze nadmiar, pieniądze, ubrania, jedzenie, napitki, przyjaciele, służba... a teraz jest u Giseviusa, gdzie myszy zdychają.
Płonącemi oczyma patrzyła na Girkego, nie widząc go już prawdopodobnie. Nie mówiła do tego znajomego, którego celowa ciekawość była jej obojętną, ale dawała sobie folgę, by usunąć dławiący skurcz samotnego milczenia. Rozwarła dłonie, a koszulka spadła na ziemię. Język jej się rozwiązał, płynęły falą słowa, powstałe wśród rozmyślań całych dni i nocy, głos brzmiał metalicznie, a znużone mięśnie twarzy były napięte.
Girke słuchał z uwagą, notując wszystko skrzętnie w myśli. Nie potrzebował już teraz pytać. Maszyna podsycana nieznanem paliwem szła sama, wielkim pędem.
— Przychodzi — ciągnęła dalej siada i patrzy. Bierze książkę i czyta. Polem odkłada książkę i znowu patrzy. Patrzy na mnie, jakby mnie dopieroco wiatr przyniósł do tego pokoju. Myślę sobie: żeby tylko nie zaczął pytać. Mówię tedy: — Dziś wielki hałas na ulicy! — albo: — Izolda ma spuchnięte ręce, trzeba kupić maści! — Albo: — Była tu matka moja i mówiła, że na placu Aleksandra jest tanie płótno na kapę. On potwierdza głową. Nastawiam wodę na kawę. On opowiada, że pies parszywy biegał za nim przez cały ranek, aż mu dal jeść. Był na zgromadzeniu na Moabicie i rozmawiał z kilku ludźmi. Wszystko to opowiada, z niejakiem pomieszaniem. Dobrze już, myślę sobie, byle nie pytał. Ale oczy jego zaczynają błyszczeć, pyta kiedy nastąpi rozwiązanie — wskazała brutalnie na swe łono — czy się cieszę i czy poprzednim razem także się cieszyłam. Potem pyta czego chcę. Przynosi często jabłka, ciastka, czekoladę, raz przyniósł szal i futerko na szyję. — Patrz Karen, com ci przyniósł! — rzekł i pocałował mnie w rękę. Tak jest, pocałował w rękę, jakbym była nie wiedzieć kim, a on nie wiedział, że jestem szmatą, której się w rękę nie całuje.
Przy tych słowach pobladła, rysy jej się skurczyły, słomiany wiecheć włosów przyjął położenie poziome.
Girke wybałuszył oczy i mruknął:
— To szczególne! Nadzwyczaj interesujące.
Ale Karen nie zważała nań.
— Jak się masz Karen? — przedrzeźniała go. — Czy ci czegoś nie brak? — Czegóż mi może brakować? Ach! dywanika przed łóżko! — powiadam zrozpaczona. — I pary firanek do sypialni z kretonu, z czerwonego kretonu... czerwony kreton, — dodaję, bo mi to wpadło nagle.
Czasem wychodzimy razem to do lasku Humboldta, to Bramy Oranienburskiej. Ludzie się gapią, a mnie coś korci. Chciałabym im krzyknąć: — Oto ten pan wykwintny idzie ze mną, choć mam wielki brzuch, a ja z nim idę. Ładnie, nieprawdaż? Przypatrzcież się dobrze ciekawej parze!
Czasem przychodzi z Vossem i rozmawiają w drugiej izbie. To znaczy mówi Voss, a umie to, jak najlepszy proboszcz. Raz przyprowadził młodego barona, ślicznego blondynka. Ładna była historja! Baron dostał ataku płaczu i łkał, jak małe dziecko. Krystjan nie rzekł słowa, siadł tylko obok niego. Nie sposób odgadnąć, co myśli. Czasem chodzi po pokoju, wygląda oknem. Potem idzie nie wiem dokąd, jak nie wiem skąd przybył.
Matka powiada, że jest przygłupiasty i naciąga go, bo czując gdzieś żer nie popuszcza nigdy. Szkoda tylko, że mi wsadziła na kark Nielsa Henryka. Jest on coraz to bezczelniejszy. Już na schodach zaczyna wrzeszczeć! W poniedziałek przyszedł, bym mu dała floty. — Nie mam floty! — powiadam — Idź do roboty! — Uczy się na montera, ale woli leniuchować. Zapowiedział, że mnie zbije na kwaśne jabłko. W tej chwili przyszedł Krystjan, a Niels wbił weń dzikie spojrzenie. Zadygotały podmeną[1] nogi, odciągnęłam go na bok, mówiąc:
— On chce floty.
Ale nie zrozumiał. Powiedziałam, że chce pieniędzy, a on dał mu sto marek, potem zaś zaraz wyszedł. Niełs za nim. Myślałam, że zacznie bójkę, ale nie przyszło do tego. Wstręt mnie przejął, a strach długo jeszcze dusił w gardle.
Umilkła dysząc ciężko.
— Stwierdzono szeregiem faktów, że Niels Henryk napastuje go żądaniami! — wtrącił Girke dla ścisłości.
Nie dosłyszała nawet słów jego. Jeszcze bardziej nachmurzona przycisnęła ręce do piersi i wstawszy ociężale rozejrzała się po stancji.
— Przychodzi i odchodzi, przychodzi i odchodzi! — podjęła tonem gniewnym, wrzaskliwie niemal. — Tak jest i tak będzie. Byle przynajmniej nie pytał! Zimno i gorąco mi się robi. Jest to, jak rewizja kieszonkowa. Wie pan co znaczy rewizja kieszonkowa? Wszystko przewracają do góry nogami, biorą w ręce, obwąchują... straszna rzecz. Niechby mnie zostawił w tych czterech ścianach, chcę wypocząć... wszak los rzucał mną po świecie, niby kawałkiem ścierwa. Ale głowa pęka, gdy przyjdzie siedzieć i opowiadać w kółko jak było lam, a lam, co się tu siało i co się siało tam znowu... doprawdy, nie wytrzymam.
Stuknęła pięścią w skroń. Wychynęło zwierzę, o szkaradnych, pokurczonych rysach człowieka, dzikie i nieopętane.
Przerażony Girke wsiał, osłaniając się na wszelki wypadek krzesłem i rzekł:
— Nie chcę zabierać czasu. Proszę rozważyć mą propozycję. Przy sposobności złożę znowu swe uszanowanie.
Wyszedł, drżąc z obawy, że zostanie napadnięty z tyłu.
Karen nie zauważyła wcale, iż jest sama. Dumała, w sposób zresztą bardzo prymitywny. Dręczyła ja dwojaka niepewność, aż do chorobliwej wściekłości posunięta. Szło po pierwsze o to, czemu Krystjan wypytuje ją ciągle na nowo, z tąsamą cierpliwością, dobrocią i zaciekawieniem, zaś po drugie, jaka siła tajemnicza zmusza ją do opowiadania, do zdawania sprawy i snucia szczegółowych nieraz opowieści.
Zawsze się zrazu broniła, polo jednak tylko, by ulec zaraz. Przerażeniem napełniało ją zapuszczanie spojrzeń w przeszłość własną, ale przemożna siła zmuszała ją do tego nieubłaganie, tak że wszystkie przeżycia, wszystko co znikło w rozpasaniu, ciemni, głuszy i grozie, ujawniło się teraz w jednym strasznym obrazie. Własne jej życie wydało jej się życiem osoby innej, było podobne i nie podobne zarazem. Zaczynało się od początku, dwakroć okropniejsze, groźniejsze i bardziej ciemne, a smutny koniec dnia każdego tkwił w pamięci.
Dawne rzeczy znalazły się znów na swojem miejscu, przeważnie wyglądały z ciemni izby, łóżka, ściany, miasta, ulice, rozstaje, szynki, kurytarze w gmachach urzędów, ludzie, słowa, godziny, noce, łzy, wrzaski. Wracały wszystkie momenty strachu. Wszystko to, zjawione na nowo zazębiało się o przeszłość.
Wyobraźnia poddała obraz taki: długi kurylarz, kędy się już raz szło. Nagle ktoś chwyta, nakazując wracać po rzecz zapomnianą. Człowiek broni się rozpacznie, czyni ostateczny wysiłek, by tego nie uczynić, ale musi wracać, po coś zgoła nieznanego, co zapomniał. Kiedy się tak idzie, ktoś kroczy naprzeciw, a jest to własne ja człowieka. Zda się odbicie, ale nie, tamten sobowtór jest, jakby rozszarpany, a w pośrodku krwawych piersi połyska serce.
Cóż to było? Co mogło znaczyć?
Padła na krzesło z jękiem, zakrywając twarz dłońmi. Niechże dręczyciel zapłaci przynajmniej dobrze, niech drogo zapłaci.
Postać jej wsiąkła w zapadający mrok.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pode mną.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.