Ewa (Wassermann)/Bose nogi/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
24.

Nazajutrz otrzymał Krystjan telegram od Crammona z zapowiedzią przyjazdu w połowie tygodnia. Patrzył roztargniony na papier i musiał, z trudem dopiero przypominać sobie jak wygląda przyjaciel. I zaraz zapomniał wszystko.
U Fjedora Szilagina zastał około dwudziestu osób, ośmiu, czy dziesięciu Rosjan, pośród nich Wiguniewskiego, dalej braci Malbeck, młodych arystokratów belgijskich, francuskiego kapitana marynarki, markiza Taverę, mr. Bradshawa, księżnę Helfersdorf z matką, bardzo pospolitej postaci, Bealrix Vanleer i Zenejdę Gamaleja.
Krystjan przybył ostatni, a Szilagin powitał go rozparty w fotelu. Młody wilk siedział mu na kolanach, zaś na poręczy przykucnęła zielona papuga. Przeprosił Krystjana z uśmiechem, podając dłoń i wskazał gestem zwierzęta, które mu wstać nie pozwalały.
Krystjan wiedział od Wiguniewskiego, że Szilagin lubi wszelakie występy. W Oksfordzie wziął na łańcuch osia, przywiązał go do łódki i popłynął sam jeden, nocą. W Rzymie wynajął palazzo i urządził bal dla najgorszych szumowin miasta. Pyszałkostwo wywołało w Krystjanie uczucie, że na dnie jego mieści się chorobliwość przesady, a nawet rozpacz. Toteż doznał przewlekłego przygnębienia.
Komnaty były niezwykle licho oświetlone, a że okna z powodu dusznego powietrza pootwierano, zaś nadciągała burza, przeto każda błyskawica rzucała snop sinego blasku do wnętrza.
Poproszona przez kilka osób Zenejda Gamaleja wzięła gitarę i usiadłszy pod wysokopienną różą, zaczęła pieśń rosyjską. Na plecach miała złotolity szal, a matowe włosy zdobiła przepaska z djamentami. Smukła, o wydatnych kościach policzkowych, miała szerokie usta i płonące tajemnie oczy, o szerokich powiekach.
Wilk leżący na kolanach Szilagina, szaro-żółtej maści, podniósł głowę i jął mrugać w stronę śpiewaczki, której pieśń obudziła w nim, zda się, marzenia o stepie rodzinnym. Poruszyła się też papuga, wyskrzeczała niezrozumiałe słowo i napuszyła barwny kołnierz piór. Szilagin pogroził jej palcem, a ptak wtulił zaraz głowę w pierze. Jakiś stary, gadatliwy Rosjanin mówił do pana domu, który nie słuchał go wzgardliwie i jął śpiewać drugą zwrotkę.
Miał piękny, dźwięczny baryton, ale Krystjan dosłyszał w nim coś odpychającego. Tosamo tliło w napół rozwartych, złych, smutnych i gardzących oczach, oraz szlachetnie rzeźbionej twarzy młodzieńca ośmnastoletniego, kryjącej doświadczenie wyuzdanego starca, oraz w długich płazowatych jakby, nerwowych dłoniach i słodkawym, znużonym, dowcipnym uśmiechu.
Wigumiewski, Maelbeckowie, kapitan i Tavera zasiedli w przyległym pokoju do bakareta. Poprzez pieśń dolatał brzęk złota i szmer kart. Te dziwne odgłosy wzburzyły papugę, tak że zapominając o przestrodze, zawrzasła znowu obrzydliwie. Zenejda rzuciła jej gniewne spojrzenie i przez sekundę skurcz palców uniemożliwił granie.
Szilagin podniósł się, chwycił ptaka jedną ręką za nogi, drugą za głowę i jednym obrotem skręcił kark papudze, wrzeszczącej przeraźliwie i broniącej się zaciekle. Zielony zewłok cisnął z wyrazem obrzydzenia na ziemię, polem zaintonował zwrotkę trzecią.
Zenejda rzuciła mu spojrzenie zadowolenia. Gadatliwy Rosjanin, napastujący teraz rzeźbiarkę, umilkł znagła. Wilk ziewnął i oparł łapę na ramieniu swego pana, dla okazania dobrych chęci.
Krystjan patrzył na martwego ptaka, który leżał rozczapierzony i w świetle błyskawic muskającem posadzkę lśnił, niby ogromny szmaragd fantastyczny.
Nagle papuga ta wydala mu się uosobieniem wszystkiego co wstrętne, puste, kłamliwe, wystrojone i niebezpieczne w tem środowisku.. Spojrzał na Szilagina, Gamaleję z gitarą, gadatliwego starca, graczy i obrócił się plecami. Gryzło go w gardle i piekło w oczach.
Przystąpił do okna. Deszcz szemrał po liściach drzew i rozlegały się grzmoty. Nagle zadał sobie pytanie, skąd się bierze to zło i dlaczego tak trudno otrząsnąć się z niego.
Goś go pędziło w świat, w noc, w deszcz i burzę. Zapragnął zgubić się w ciemni i huraganie, kędyś daleko od ludzi. Czuł, po raz pierwszy w życiu wzbierające łzy. Drżał od wzburzenia, które dotąd zawsze umiał trzymać w ryzach. W chwili, gdy dotknął klamki, w progu ukazał się Maidanow z Ewą. Pobladły śmiertelnie przystanął.
Towarzystwo ożywiło się bardzo. Szilagin skoczył z fotelu, biegnąc na spotkanie przybyłych. Zbutwiała chudość Maidanowa kontrastowała ponuro z kwitnącą harmonją postaci Ewy. Miała suknię niby opar mgły. Głębokie wycięcie przytrzymywały na ramionach sznury pereł. Pleć jej była złota, a przez skórę karku, ramion, tułowia i nóg prześwietlała pulsująca krew.
Krysljanowi była czarodziejskiem zjawiskiem. Patrzył na nią, podczas przedstawiania Maidanowowi, jak na zaziemską istotę. W sercu miał zamróz, straszne uczucie opuszczenia, dzikość i głuszę. Zaczęto nań spoglądać. Wyszedł, jęcząc z nieopisanego bólu, co jednak słyszeli na szczęście, tylko lokaje, zdumieni jego ucieczką. Inaczej ośmieszyłby się był i upokorzył wobec towarzystwa.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.