Ewa (Wassermann)/Bose nogi/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
25.

Amadeusz przegrał dwadzieścia ośm tysięcy franków, jakie potrosze wydobył z mr. Bradshawa i ks. Wiguniewskiego. Wstał od stołu i wyszedł chwiejnym krokiem na świat. Jak przez mgłę wiedział, że powinien zawiadomić Krystjana, by mógł w ciągu doby dług zapłacić.
Nadał doń depeszę.
Potem stanął pod rozkwitłym kasztanem i jął mruczeć:
— Bracie! Bracie!
Spostrzegłszy starą kobietę, przyłączył się do niej. Nagle jednak, z dzikim śmiechem zboczył w ulicę i poszedł dalej sam.
Maszerował tak przez sześć godzin i o drugiej nad ranem stanął w Heyst. Mózg skurczył mu się w jakąś gruzłę bezświatła, ni myśli.
Szare zwały chmur wydały mu się z postaci ciałami kobiet. Odczuwał głuche pożądanie być kędyś, daleko, w kraju miłości, której nie zaznał.
Stanąwszy u kraty domu, spojrzał w okna Krystjana. Były otwarte i oświetlone.
— Bracie! Bracie! — jęknął.
Krystjan przystąpił do okna, a na ten widok uczuł Amadeusz szaleńczą nienawiść.
— Strzeż się, Wahnschaffe! — krzyknął.
Krystjan odstąpił od okna i po chwili stanął w bramie. Amadeusz czekał nań, zacisnąwszy pięści. Gdy jednak podszedł bliżej, obrócił się i uciekł. Krystjan patrzył za nim w ulicę. Amadeusz kroczył coraz wolniej, a on ruszył jego śladem.
Po bezcelowej włóczędze, uczuł Amadeusz palące pragnienie. Przystanął przed knajpą marynarską i wszedł po namyśle. Kazał sobie podać grog, ale go nie tknął. Kilku ludzi siedziało przy stolikach. Trzej spali pijani, reszta gapiła się tępo z oszołomienia.
Gospodarz, typowy łotr z wejrzenia obejrzał późnego gościa w eleganckiej odzieży, z pobladłą, zniszczoną twarzą. Osądził, że to musi być człowiek, któremu zagraża stryczek i dał znak kelnerce czarnowłosej, brudnej Walonce, by się doń przysiadła.
Istotnie zbliżyła się bezczelnie, zaczynając rozmowę. Nie rozumiał. Wybuchnęła prostackim śmiechem i położyła mu dłoń na kolanie. Piersi jej poruszały się za cienką, pstrą materją, niby zwierzęta. Wszystko w niej było nacechowane zwierzęcością. Uczuł zawrót głowy i żądzę mordu.
Sięgnąwszy do kieszeni, dobył pieniędzy, jakie jeszcze posiadał. Było tego siedmdziesiąt franków, trzy monety złote i pięć srebrnych.
— Liczba czarodziejska! — mruknął, blednąc bardziej jeszcze. Trzy i pięć...
Walonka patrzyła chciwie, pieszcząc pieniądze spojrzeniem. Węsząc dobry interes, przytoczył się i sam gospodarz.
— Rozbierz się, a wszystko twoje! — powiedział Amadeusz.
Ogarnęła spojrzeniem jego usta. Gospodarz przełożył jej te słowa na walońszczyznę. Z wrzaskliwym chichotem przystała, wskazując drzwi. Amadeuusz[1] potrząsnął głową.
— Nie, tutaj! — upierał się.
Dziewczyna rozpoczęła z patronem cichą naradę. Widać było, że nic sobie nie robią ze śpiących i pijanych. Po chwili znikła poza firanką brunatną dziś, a dawniej żółtą. Gospodarz zgarnął ze stołu pieniądze i jął badać czerwone firanki w oknach, czy niema gdzie szpary, potem zaś stanął na straży pod drzwiami.
Amadeusz siedział, jak w ukropie. Po chwili odsunęła się firanka i wyszła naga Walonka. Marynarze podnieśli głowy, jeden wstał, gestykulując, inny śmiał się szaleńczo. Ona stała ze spuszczonemi oczyma, ale zuchwale, pocierając nogę o nogę. Była dość tłusta, bez wszelkiego wdzięku i miała zwiędnięte kształty ciała.
Dla Amadeusza była atoli nadziemską zjawą, na którą patrzył w zachwyceniu. Łokcie oparł na stole, palce zakrzywił jak pazury, a usta mu drgały. Rybacy i gospodarz patrzyli teraz na niego, nie na dziewczynę i to ze strachem, gdyż nie widzieli dotąd czegoś takiego. Pod tem wrażeniem uszło ich uwagi otwieranie drzwi. Gwizd ostrzegawczy gospodarza rozebrzmiał za późno, a wchodzący Krystjan zobaczył jeszcze naga, spiesznie biegnącą za firankę.
Podszedł do Amadeusza, który go nie zauważył wcale, zapatrzony we firankę, za którą znikła dziewczyna.
Krystjan dotknął jego ramienia i to dopiero poskutkowało. Zwrócił nań pytające spojrzenie, a usta jego wypowiedziały dziwne w tej chwili słowa: Est Deus in nobis agilante callocimus illo...
Potem padł głową na skrzyżowane ramiona, a kark i grzbiet jego przebiegło drżenie.
Gospodarz wydał pomruk.
— Chodź, Amadeuszu! — rzekł Krystjan spokojnie.
Pijani marynarze wybałuszyli oczy.
Amadeusz wyprostował się i jak ślepiec jął szukać omackiem ręki Krystjana.
— Chodź, Amadeuszu! — powtórzył, a pod wrażeniem tych słów Amadeusz wstał i wyszedł bez oporu.
Gospodarz i rybacy cisnęli się za nimi, aż w ulicę.
Gospodarz rzekł rybakom:
— A to panowie dopiero! Świat jest źle rządzony, widać to wyraźnie z postępków takich panów.
— Już dnieje! — zauważył jeden z rybaków, pokazując pasmo purpury na wschodzie.
Krystjan i Amadeusz patrzyli także na czerwoną poświatę.
— Est Deus in nobis agilante callocimus illo! — powtórzył Amadeusz.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Amadeusz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.