Ewa (Wassermann)/Bose nogi/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
23.

Krystjan przyszedł do Ewy nazajutrz po nocnej wędrówce i o dziwo, zastał mnóstwo ludzi. Byli to Rosjanie, Anglicy, Francuzi i Belgowie. Do tej pory unikała towarzystwa, lub gościom była widzialną tylko w godzinach wspólnie oznaczonych. Ta niespodziana zmiana uczyniła Krystjana jednym z gości i został ze środka zepchnięty na obwód koła.
Mówiono o przybyciu hr. Maidanowa i roztrząsano jaki ma cel, oraz jak długo potrwa. Z całą obłudą ustawiano kulisy polityczne... wizyta u króla, pertraktacje z ministrami itp.
Zrazu zamieszkał w hotelu „Littoral“, w Knocke, niebawem atoli przeniósł się do wspaniałej willi „Herzynja“, wynajętej dlań przez faworyta Szilagina.
Szilagin przybył zaraz po Krystjanie. Mając widocznie zlecenie, zapoznał ich ks. Wiguniewski.
— Będzie u mnie jutro wieczór kilku przyjaciół, — rzekł doń Szilagin z ugrzecznieniem wielkiego komedjanta — sądzę, że i pan zechcesz mnie zaszczycić obecnością.
Objął go lodowałem spojrzeniem, tak że nerwy Krystjana napięły się boleśnie. Złożył ukłon i postanowił nie iść.
W komnacie balkonowej pozowała Ewa rzeźbiarce Beatrix Vanleer, która robiła szkice ołówkiem. Wiodła przy tem rozmowę z kilku panami. Krystjanowi podała dłoń do pocałunku, nie bacząc na jego pytające spojrzenie.
Miała suknię barwy cynamonowej i wysoką fryzurę, zwieńczoną brylantowym djademem. Wyglądała obco niezwykle, twarz jej podobna była do emalji, a drganie mięśni skroniowych, zwiastowało burzę. Ale mijało to i tylko obezwładniający chłód wiał od niej.
Gdy rzeźbiarka skończyła, Ewa jęła się przechadzać po pokoju z młodą księżną Helfersdorf, polem zaprowadziła ją na balkon zalany słońcem i wreszcie do buduaru, gdzie czytywała, lub odpoczywała po swych ćwiczeniach.
Krystjan poszedł za niemi, po raz pierwszy w życiu czując, że się upokarza. Przed godziną niespełna, sama myśl o tem sprawiłaby mu wielki ból.
W progu buduaru zastał markiza Taverę i zaczęli rozmawiać o błachostkach. Słyszał, jak Ewa opowiadała księżnie, że za tydzień pojedzie do Hamburga tańczyć na pokładzie olbrzymiego parowca spuszczonego na wodę.
— Cieszę się tem nawet, — dodała wesoło — dla Niemców jestem bowiem dotąd samem tylko nazwiskiem. Będą mnie egzaminować, tak że dowiem się nareszcie co umiem i gdzie moje miejsce.
Młoda dama patrzyła na nią z zachwytem, Krystjan zaś pomyślał, że musi z Ewą pomówić niezwłocznie. W każdem jej słowie czuł nastrój wrogi dla siebie i coraz to bardziej drwiący. Opuścił Taverę i wszedł tak stanowczo, że Ewa spojrzała nań mimo woli. Uśmiechnęła się zdziwiona i wzruszyła ramionami, z wyrazem nagany.
Markiz Tavera przystąpił do księżnej i oboje uczynili krok ku drzwiom, wydało się, że Ewa chce wyjść z nimi. Wstrzymał ją gest Krystjana. Zamknął drzwi, a Ewa była coraz bardziej zdumiona. Czując, że ona gra komedję, nie wiedząc co mówić, stał zmieszany.
Jęła chodzić, dotykać różnych przedmiotów, w końcu spytała, patrząc lodowało:
— I cóż?
— Znieść nie mogę tego Szilagina! — mruknął, spuszczając oczy. — Przypominani sobie widziane raz w akwarjum tęczowej barwy zwierzę morskie, piękne i straszne zarazem. Pociągało mnie, a budziło strach.
— Głupstwo! — odparła. — I cóż dalej? Były w jej tonie lekceważenie i niecierpliwość. Po chwili przystanęła, mówiąc twardo — Nie lubię, gdy mnie ktoś aresztuje, wyrywa z pośród gości polo, by mówić rzeczy zgoła nieinteresujące. Przebacz, ale nic mnie nie obchodzi wrażenie, jakie wywiera na tobie Fjedor Szilagin.
Patrzył w milczeniu, jak obity i blady. Uczucie upokorzenia rosło, niby gorączka.
— Zaprosił mnie na jutro do siebie, — wybąknął. — Chciałem ci tylko powiedzieć, że nie pójdę.
— Pójdziesz! — odrzuciła żywo. — Proszę, byś poszedł! — potem unikając jego zdumionego spojrzenia, dodała: — Będzie tam Maidanow. Chcę, byś go zobaczył.
— Z jakiego powodu?
— Powinieneś wiedzieć gdzie sięgam, co czynię i dokąd idę. Czy umiesz czytać w twarzach? Sądzę, że nie. Mimoto idź lam.
— Co postanowiłaś? — spytał płochliwie.
Zatrzęsło nią zniecierpliwienie:
— To tylko, co dawno już było zadecydowane! — powiedziała tonem wysokim, krzykliwym. — Czyż mam nasz szalony, piękny maj, snuć aż do ponurego listopada? Zbyteczna była wczoraj ścisłość twoja. Sen skończył się dla nas jednocześnie. Wszakże wiesz o tem, człowiek wykwintny nie odkłada kart, w tej dopiero chwili, kiedy partner dobywa ostatniej stawki.
Zasługujesz na uczciwą rozłąkę. Mogłabym cię wziąć na łańcuszek i ogłodzić, jak le wszystkie małe pieski, które skuczą i gotowe są zrujnować się dla mnie. Oni zwą to namiętnością, płomieniem, ja jednak nie chciałabym od płomienia tego zapalić świecy, w celu rozsznurowania sobie trzewików.
Skrzyżowała ramiona, zaśmiała się zcicha i ruszyła ku drzwiom.
— Nie zrozumiałaś mnie wcale! — powiedział przerażony i zastąpił jej drogę. — To nie są puste słowa. Ja cię przecież kochani i życia sobie bez ciebie nie wyobrażam. Jestem jak ktoś, trapiony ogromnymi długami, który nie ma czem płacić i nie wie komu. Zrozumże, byłem zbyt porywczy, ale sadziłem, że mi możesz dopomóc.
Nie dosłyszała tego okrzyku rozpaczy. Napięła do ostateczności łuk, gdy zaś pękł, chciała szczątki rzucić w jaknajgłębszą otchłań. Nie miała już uszu, ni oczu. Rozstrzygnęła swój los. Bala się każdego kroku naprzód, ale wstecz iść zabraniał jej temperament i duma.
— Dość tegol — przecięła słowa Krystjana władczym gestem. — Niema nic szkaradniejszego, jak roztrząsanie uczuć. Hipochondrja i długie epilogi odpychają mnie. Zaś wierzycieli swoich pozwij i zapłać. Niema nic gorszego nad gospodarkę z zaległościami.
Rzekłszy to, wyszła.
On stał, zwolna pochylił głowę i twarz zasłonił dłońmi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.