Ewa (Wassermann)/Bose nogi/1

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
1.

Hrabina Brainitz podróżowała po świecie z dama do towarzystwa, panną Stóhr.
Przez czas pewien bawiła u prastarej księżny Neukirch, w Berchtesgaden, potem znudziwszy się, pojechała do Wenecji, Ravenny i Florencji. Uzbrojona w Baedekera i Cicerona, oglądała galerje, kościoły, bazyliki, pałace, nagrobki, pomniki, doprowadzając swą niezmordowaną aktywnością pannę Stóhr do rozpaczy.
Targowała się z gondoljerami o należność, z kelnerami o napiwki, a z kupcami, o ceny towarów. Każdą monetę uważała za fałszywą, a z obawy przed zakażeniem i brudem nie tykała klamki, krzesła, ni ręki niczyjej. Myła się nieustannie, skrzeczała bez końca, a apetyt jej budził senzację przy table-d'hocie.
Zagniewana mocno, opuściła kraj cudów i drobnostkowego oszustwa. Odwiedziła swych siostrzeńców w Berlinie, braci Stojenczyn, którzy zachwyceni nią, kazali dać ostryg i szampana, a przy okazji pożyczyli od cioteczki tysiąc marek. Polem wyruszyła do sióstr swych, Hiłdy Stojenczyn i Elzy Febronius do Starogardu.
Pokpiwała z dam starogardzkich, z których każda poczuwała się do obowiązku dworskiego ukłonu. Podczas wieczorków kawianych królowała pośrodku kanapy, obitej perkalem w centki, opowiadając historję z wielkiego świata. Były one często tak drażliwe, że sędzina-wdowa, skubała zlekka ramię swej siostry-hrabiny.
Pani Febronius od początku zimy czuła się źle. Przeziębiona podczas przejażdżki sankami, dostała zapalenia opłucnej, a stan jej pogarszał się stale. Hrabina, która nietylko sama bała się chorób, ale nienawidziła je w innych, zaniepokojona wielce, zaczęła mówić o wyjeździe.
— Gdy mój mąż nieboszczyk czuł się bliskim śmierci, — powiedziała do panny Stöhr — wysłał mnie do Men tony. Mimo swej, właściwej zresztą wszystkim mężczyznom, głupoty i niedomyślności, okazał na tym punkcie prawdziwą delikatność. Znieść nie mogę widoku cierpień. Nie czuję powołania do miłosierdzia.
Panna Stöhr wzniosła natchnione oczy w niebo. Znając dobrze panią swoją, wiedziała, że cała ta historja z umierającym hrabią i wysłaniem do Mentony, to wytwór wyobraźni. Odparła jednak:
— Człowiek powinien zawczasu oswoić się z myślą o śmierci, pani hrabino.
— Droga Stöhr, — wykrzyknęła z oburzeniem — oszczędź mi tej mądrości bramińskiej. Schowaj na stosowną chwilę. Nie lubię pociech religijnych. Zadaniem pani nie jest głosić mi wielkie prawdy, ale bawić w miły sposób.
Pewnego wieczoru pani Febronius zapragnęła widzieć siostrę. Hrabina poszła w kapeluszu, szalu i grubych wełnianych rękawiczkach. Była blada i drżała ze strachu. Z westchnieniem siadła u łoża chorej, odmierzywszy w ten sposób odległość, by jej nie dosięgał oddech siostry.
Pani Febronius uśmiechnęła się pobłażliwie. Choroba usunęła z jej czoła zmarszczki trosk i smętek dnia powszedniego. Leżąc tak na białych poduszkach, podobną była niezmiernie do córki swej, Letycji.
— Przebacz Marion, żem cię fatygowała — zaczęła chora, — ale muszę z tobą pomówić. Ciężar wielki uciska mi piersi. Muszę to komuś zwierzyć, by wszystko wraz ze mną nie poszło do grobu.
— Zaklinam cię, droga Elo, biedna moja siostro, nie wspominaj o grobie i tym podobnych rzeczach! — wykrzyknęła hrabina płaczliwie. — Przez cały tydzień nie będę miała apetytu. Usłuchaj mojej rady, wyrzuć za okno flaszki z lekarstwami, wygoń szarlatanów, a jutro ozdrowiejesz. Proszę cię także, zaniechaj spowiedzi, to przypomina rzeczy straszne.
Pani Febronius ciągnęła dalej:
— Daremnie, Marion, muszę to wyznać. Zwracam się do ciebie, gdyż okazywałaś Letycji tyle miłości, a także dlatego, że Hilda, mimo swego rozsądku i przywiązania, nie zrozumiałaby mnie jak należy. Ma poglądy bardzo ciasne.
Potem opowiedziała szeptem historję urodzenia córki. Mówiła o tem, jak to mąż jej, nie mając skutkiem przebytej choroby, nadziei na potomstwo, a pragnąc dziecka, tak dalece usunął na bok wszelkie wahania i uczucia osobiste, że sympatycznego mu człowieka obrał za narzędzie kontynuowania rodu. Opowiadała, jak to kochając nad wyraz żonę, namówił ją, a ona po długich walkach zgodziła się na tę rzecz niesłychaną. Gdy atoli dziecko przyszło już na świat ogarnęła go straszna melancholja, przeszła w chorobę nieuleczalną, pod której wpływem doprowadził do ruiny dom, majątek i samego siebie. Nie posiadł urojonego szczęścia, przeciwnie okazywał Letycji zawsze wzgardliwy wsi ret i unikał jej.
Nie dziwi mnie to wcale! — zauważyła hrabina. — A ty droga moja, dziwiąc się okazałaś wielką naiwność. Kukułka jest kukułką, bez względu jak się dostała do gniazda. To istotnie bajeczne zdarzenie i widzę, żem cię nie doceniała. A któż jest jej ojcem. Kto powołał na świat tego słodkiego aniołka? W każdym razie zasługuje na pochwałę.
Pani Febronius wymieniła nazwisko. Hrabina wrzasnęła i zerwała się z krzesła, jak ukłuła.
— Crammon? Bernard Crammon! — klasnęła w dłonie. — Czy to prawda? Czy nie śnisz? Namyśl się droga moja, masz chyba gorączkę. Ach tak, majaczysz, widzę. Napij się wody, uczyń to dla mnie i nie wygaduj głupstw.
Chora patrzyła na siostrę ze zdumieniem.
— Ty go znasz? — spytała.
— O, znam dobrze! — odrzekła hrabina z goryczą.— Ale powiedzże... czy wie o tem ten... ten człowiek? Czy wiedział od początku?
— Wie. Widział Letycję dwa lata temu w KleinDaussen. Od tej pory, wie. Ale droga Marion, zachowujesz się, jakby ci się zjawił szatan. Czy była między wami zwada, czy coś innego zaszło. Jakże ty zawsze przesadzasz.
Wzburzona hrabina chodziła szybko po pokoju.
— Wie o tem, wie ten nikczemnik! — mruczała do siebie. — Wiedział o tem gałgan. Cóż za udawanie! Jaka obłuda. Czekajno łotrze, już ja ci zapłacę, czekaj, czekaj, potrafię cię odnaleźć! — potem, zwrócona do siostry, powiedziała głośno: — Przebacz droga moja. Znowu uniósł mnie temperament. Masz słuszność, nazwisko to zbudziło mój dawny gniew. Kipię... poprostu kipię i basta! W młodości, musiał on być człowiekiem honoru i kawalerem, skoro puściłaś się z nim na jakie bezdroża. Czem jest teraz, nie badajmy bliżej. Pozostała mu tylko bezwzględna dyskrecja, ale poza pewną granicą, nad laką dyskrecją chwieje głową człowiek uczciwy, a cnota wygląda na nikczemność. Voila!
— Wszystko co mówisz jest dla mnie zagadką, — odparła pani Febronius, łonem znużenia, — a nie mam ochoty rozwiązywać jej. Uczyniłam ci tylko zwierzenie, które zachowaj dla siebie, a użyj go wówczas dopiero, gdyby szlo o usunięcie nieszczęścia, albo przysługę dla Letycji. Nie wiem, wprawdzie jak się to stać może, rada jestem atoli, że prócz mnie i lego człowieka, ktoś jeszcze zna całą prawdę.
Hrabina spojrzała w zadumie na chorą siostrę.
— Życie twoje nie było zgoła wesołe, Elo! — zauważyła.
— O nie, wesołe nie było! — odparła pani Febronius.
Przez kilka dni następnych czuła się lepiej, potem
jednak przyszła recydywa beznadziejna i w połowie marca nastąpiła śmierć.
W tym czasie była hrabina od dawna już, bardzo daleko. Jak zawsze działała bez planu i na różne sposoby. Teraz jednak ulubionym jej celem było odnaleźć Crammona, stanąć przed nim z wiadomością, zemścić się, wyzwać i zdruzgotać, to znaczy odnieść triumf.
Często gdy była sama, albo nawet wobec zdziwionej panny Stöhr, marszczyło się nagle dziecięce czoło hrabiny, małe piąstki zwijały w kułak, wyszorowana do lśnienia twarz czerwieniała, a oczy, barwy niezabudek łyskały wojowniczo.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.