Eliza Orzeszkowa, jej życie i pisma/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jadwiga Marcinowska
Tytuł Eliza Orzeszkowa,
jej życie i pisma
Wydawca „Księgarnia Polska“
Data wydania 1907
Druk Wł. Łazarski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Drobną szlachtę zaściankową przedstawioną w powieści „Nad Niemnem“, opisała Orzeszkowa również dokładnie i żywo w książce noszącej tytuł łaciński: „Bene nati.“ Wykłada się to po polsku: „Dobrze urodzeni“. Wiemy, że czasu dawnej Rzeczypospolitej szlacheckiej głęboko zakorzenionym i nieubłaganym był przesąd dotyczący „dobrego“ albo „złego“ urodzenia. Szlachcic uważał się za coś zgoła odmiennego od mieszczanina, a tymbardziej od chłopa li tylko z tej przyczyny, iż się urodził w herbownej rodzinie. Niby to insza krew! Zdawałoby się, że w naszej epoce, z postępem chociaż jakim takim oświaty, podobny przesąd powinien był uledz doszczętnie zapomnieniu. A jednak tak nie jest. Utrzymuje się to jeszcze tu i ówdzie, a uwydatnia się bodaj najjaskrawiej w niektórych zaściankach czyli „okolicach“ szlacheckich. I jest to w tym wypadku zarazem bardzo śmieszne i bardzo smutne. Taka szlachta zagonowa niczym, ale to zgoła niczym się nie odróżnia od sąsiadujących z nią włościan; ani większą oświatą, ani odmiennym trybem życia. A przecież za nic w świecie nie chciałaby uznać tych sąsiadów za równych sobie. „Dobrze urodzeni“ czyli „Bene nati“ są tacy szlachta, — więc chociaż częstokroć dosyć obdarci i bosi, a jeszcze częściej nie umiejący czytać, zadzierają głowę z pychą i wielkim o wyższości swej rozumieniem. Trzeba mieć nadzieję, że gdy oświata nareszcie bez przeszkód rozleje się po kraju naszym dostatecznie szerokim strumieniem, gdy przeniknie wszędy aż do ustronnych, zapadłych kątów, to rychło i tryumfalnie wypłoszy z nich one przykre przesądy, a natomiast obdarzy ludzi myślą mocną i zdrową.
„Bene nati“, dobrze urodzeni, niejednokrotnie przez ową głupią, nieusprawiedliwioną niczym pychę, przez ten swój szlachecki zabobon, gotują sami sobie kłopoty, troski, a nawet zupełną niedolę. Podobny wypadek mamy opisany w niniejszej powieści Orzeszkowej.
Jest sobie młoda dziewczyna, szlachcianka na zagrodzie, Salusia Osipowiczówna. Piękna, bardzo piękna, czarnowłosa i „jak maj różowa“. Siostra najmłodsza z licznego rodzeństwa, wychowała się pod opieką starszego brata, gospodarza w rodzinnym domu. Przebywając w miasteczku poblizkim, u jednej ze starszych sióstr zamężnych, śliczna Salusia poznaje młodego, dorodnego chłopca, Jerzego Chutkę. W prędkim czasie miłość przybliżyła ku sobie tych dwoje. Zmówili się, zaręczyli, niebawem pobrać się mają. Jerzy jest chłopcem rozgarniętym, dość wykształconym, uczciwym i śmiałym. Śmiałości swej, zdolnościom i nauce zawdzięcza pozyskanie posady nadleśnego w dobrach bogatego księcia. Ma zapewniony kawałek chleba i to niezgorszy, wystarczający aż nadto dla niego i dla żony. Wszystko zapowiada się doskonale. Ale cóż? W niwecz obróciły się rojenia o szczęściu i tak słuszne młodych nadzieje. Rodzina Salusi, brat, siostry starsze, szwagrowie, ani słyszeć o zamiarach takich nie chcieli, za ubliżenie to sobie mając, za hańbę, za poniewierkę. Dlaczego? Bo oto Jerzy, aczkolwiek bez porównania od nich rozumniejszy i bardziej wykształcony, a nawet posiadający lepsze stanowisko w świecie, jednakże ich nie godzien; jest chłopem, synem pańszczyznianego ongi chłopa.
Krzykami, gniewem, groźbą pozbawienia posagu, przywodzą do tego Salusię, iż nareszcie odstępuje narzeczonego, odsyła mu dany na zrękowiny pierścionek. Konstanty Osipowicz, brat i opiekun, do pożegnalnego listu dziewczyny kazał posłańcowi dodać od swego imienia kilka słów pysznych, złych i głupich, urągających chłopskiemu pochodzeniu Chutki.
Salusię chce wydać rodzina za najbogatszego w okolicy młodzieńca, jedynaka u ojca sknery. Jest to jednakże chłopak od narzeczonej trzema latami młodszy, a przytym nikły jakiś, niedojda, niezdarny, głupi. W Salusi jeno wstręt budzi, odrazę; przyrównuje go do ślimaka.
Dziewczyna ta ma dwoistą naturę. Pewna chciwość i próżność skłoniła ją do posłuchu namowom rodziny. Uśmiechają się jej bogactwa i panowanie w zasobnej chacie przyszłego męża. Obok tego jednakże nurtuje w sercu tęsknota; od czasu do czasu straszny ból piersią wstrząsa; dziewczyna miłuje Jerzego, zapomnieć pomimo wszystko nie może. I walczy w niej ta dwoistość; przemaga to jedna, to druga strona.
Nareszcie przychodzi wyznaczony a uroczysty dzień wesela. Zjechali się goście, ruch, wrzawa.
Lecz cóż się staje? W Salusi jakoby buchnęła odraza do niemiłego a narzuconego jej oblubieńca. W jego oczach ciska pierścionek zaręczynowy na ziemię. Następnie korzystając ze świątecznego zamieszania w domu, ucieka. Całą noc i dzień cały idzie, a raczej biegnie, leci. Spieszy tak do Jerzego. Powie mu: Przebacz, daruj winy! wróciłam! Wszystkiegom poniechała dla ciebie, nic i nikogo już teraz nie mam na świecie i jestem tylko twoja.
Z temi słowami w gorącym, wzburzonym sercu leci. Długa droga; pięć mil oddziela ją od miejsca zamieszkania Jerzego.
Gdy nareszcie przybyła, znajduje dom oświetlony świątecznie, widzi przez okno gości; wystawny, weselny obiad jedzą. Czyjże to ślub się odbył? czyje teraz wesele? Dowiaduje się nieszczęśliwa, że właśnie Jerzego.
I oto głupi przesąd zniweczył wszelką radość i złamał życie biednej, młodej Salusi.
Jerzy po brzydkim, małodusznym postępku narzeczonej był narazie ogromnie przybitym. Najgorzej mu dolegała obraza wyrządzona przez Konstantego i jego uczciwemu pochodzeniu i jego zacnym, a kochanym rodzicom. Utracił z tego powodu i spokój wewnętrzny i zaufanie do ludzi. Obawiał się zewsząd powtórzenia obelgi i przeto sam się hardo począł usuwać od życzliwości i przyjaźni wszelkiej. Znaleźli się wszakże ludzie rozsądniejsi i lepsi, którzy potrafili mu przynieść ulgę i zwolna zadaną ranę zagoić. Takim lepszym i rozsądniejszym był Florjan Kulesza, dzierżawca folwarku, w którym jako nadleśny mieszkał Jerzy. Kulesza, z pochodzenia również szlachcic zaściankowy, przecierał się, jak sam powiadał, po świecie, tak, że mu z głowy wyleciały doszczętnie głupie uprzedzenia i fochy. Przyjacielską rękę wyciągnął był ten Kulesza do Jerzego, przekonał go do siebie, uspokoił. Właśnie z córką Kuleszy, Aurelką, żenił się Chutko, w chwili, gdy doń śpieszyła biedna, zapóźno przychodząca Salusia.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jadwiga Marcinowska.