Eliza Orzeszkowa, jej życie i pisma/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jadwiga Marcinowska
Tytuł Eliza Orzeszkowa,
jej życie i pisma
Wydawca „Księgarnia Polska“
Data wydania 1907
Druk Wł. Łazarski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Zwrócimy się raz jeszcze do pięknej opowieści: „Nad Niemnem“.
Pamiętamy, że jeden z braci Benedykta Korczyńskiego, Dominik, osiadłszy w Rosji, stopniowo zobojętniał dla wszystkiego, co ojczyste, bolesne, swoje. Dotknęła w tym Orzeszkowa jednego ze smutków społeczeństwa, a mianowicie tego smutku, który ona sama odczuwała głęboko. Oto — nie wszyscy mają siłę wypełnić obowiązek i wytrwać tam, gdzie ciężko. Z przestrzeni mrocznej uciekają ludzie, szukając pogody; od pracy twardej, a nie przynoszącej osobiście nic, albo bardzo mało, uciekają tam, gdzie ich czeka łatwość zdobycia smacznego chleba i rozrywki.
A przecież ta mroczna przestrzeń i ta twarda praca — to Ojczyzna. Każde oderwanie rąk, które dla niej działać powinny, każde odsunięcie serca, które w niej i dla niej się narodziło, to krzywda i kradzież.
Orzeszkowa z głęboką troską pisała o tym w różnych utworach. Dziełem całkowicie tej myśli poświęconym jest powieść „Australczyk.“ Występuje w niej człowiek młody, zdolny, który dla zdobycia wygodnego bytu i znaczenia czyli dla tak zwanej „karjery“ zamieszkał w Petersburgu.
Z powodu jakichś wyjątkowych okoliczności przyjeżdża do krewnych na Litwę w dawne rodzinne strony. Przyjeżdża na czas krótki. Znajduje ludzi i warunki, sposób życia i myślenia, tak od wszystkiego, czym się przejął, odmienny, że się niezmiernie i bez przerwy dziwi. Przywykł myśleć tylko o sobie, pracować tylko dla siebie, tak jakby sobie powtarzał nieustannie i w kółko: ja, moje, dla mnie, we mnie. Tu zaś spotyka ludzi wyraźnie i całkowicie żyjących dla społeczeństwa i z których każdy wprowadza w czyn właśnie przeciwną, nie samolubną zasadę. Tego przybysza i tych pracowników miejscowych dzieli taka odległość przekonań, jak przestrzeń mórz pomiędzy dwoma lądami, dwoma częściami świata. A ponieważ Orzeszkowa za prawdziwą cywilizację uważa zrozumienie i wypełnienie obowiązków społecznych, przeto człowieka, który odbiegł od nich, odwyknął i już nie pojmuje, nazywa dzikim czyli Australczykiem.
Po pewnym czasie, po okresie zdumienia, a potym walki z samolubstwem, budzi się jednak w tym Australczyku uśpione od tak dawna sumienie. A zbudziwszy się, przemawia tak silnie i tak głośno, że już go niczym stłumić nie można i Australczyk, zaniechawszy widoków „karjery,“ w ojczyźnie pozostaje.
Pomiędzy uciekającemi od obowiązku są nietylko ci, którzy wyjeżdżają z kraju. Widzimy niejednokrotnie pozostałych na miejscu, a przecie tak obojętnych, obcych, dalekich wszystkim potrzebom, pracom i niedolom narodu swego, jakby oddzieleni byli niepomierną przestrzenią. Stoją jakgdyby na przeciwległym krańcu ziemi. Są niby na jednym biegunie, a zaś na drugim wszystko, co dzieje się w narodzie i odzywa wspomnieniem, pracą, wysiłkiem, krzykiem pragnień i bólu.
O tych samolubach myśląc, o tych wyziębionych, albo nierozwiniętych, lecz w każdym razie najbardziej i najpowszechniej szkodliwych, z głębokim smutkiem rozmyślając, napisała Orzeszkowa powieść p. t. „Dwa bieguny.“
Przedstawiony jest w tym utworze niejaki Zdzisław Gronowski. Młody, zdolny i wykształcony, więc mógłby nietylko z innemi działać, ale przodem idąc, innym świecić. Bardzo zamożny, więc mógłby oddać pracy obywatelskiej nietylko czas swój, lecz i majątek. Posiada nawet niezgorsze serce i pewną przyrodzoną szlachetność. Te zalety jednakże ostały się w nim w zarodku, nie zdołają rozwinąć się, są stłumione. W tej istocie, stworzonej na człowieka, właśnie stłumione jest prawdziwe człowieczeństwo. Jak się to stało?
Od pierwszych lat młodości Gronowski ćwiczył się jedynie, jak sam powiada, w sztuce „uprzyjemniania sobie życia“. Najstaranniej odsuwał od siebie wszelki trud, przymus wszelki; unikał wejrzenia na rzeczywistość, która bywa jeśli nie zawsze gorzką, to w każdym razie wymagającą walki i pracy.
Dużo jest u nas takich wyosobnionych, ludzi nie ludzi, żyjących jakby na wyspie wpośrodku społecznego morza. Istnieją oni i gdzieindziej, lecz w kraju naszym, wobec wyjątkowo ciężkich warunków narodowego bytu, taki fakt staje się szczególniej dotkliwym, krzywdzi dobro ogólne i boli.
Zdzisław Gronowski posiadał obszerne koło znajomych, wszyscy z poglądów i sposobu życia do niego i między sobą podobni.
Cóż ich zajmuje? Smaczne jedzenie i picie, piękny ubiór, a już w pierwszym miejscu zabawa. Bawić się! Do znajdowania rozrywki zmierzają ich myśli i chęci, rozrywka stała się dla nich prawem, a drugim prawem moda. Nawet wykształcenie, nauka, o tyle w ich oczach warte, o ile przynoszą miłą rozrywkę i są w modzie.
Trafia się między niemi zamiłowanie do pięknych rzeczy np. malarstwa, rzeźby, muzyki, ale i to powinno nie sprawiać nigdy trudu, nigdy istotnego ludzkiego wysiłku, nie mącić, broń Boże! wygody.
Ciasny i marny światek! a jednak istotom w nim żyjącym wydaje się właśnie, że są prawdziwym, całym światem. Ludzi nie należących do tej sfery, do tego kółka, pomijają spojrzeniem tak obojętnym, jakby to były przedmioty jakieś martwe.
Pomijają też oczywiście wiele najważniejszych rzeczy.
Tak wychowany i w takim otoczeniu przebywający Gronowski spotyka wypadkowo kobietę, której życiową treść stanowi służba dla kraju. Imię tej kobiety: Seweryna Zdrojowska. Jest to sierota po niedawnej śmierci ojca i ukochanego nad wyraz brata.
Brat ten zginął w powstaniu, gdyż wypadki, opisywane przez autorkę, toczą się w niewiele lat po 1863 roku.
Na Sewerynę spadły dość znaczne, dziedziczne dobra. Jednakże nie uważała się ona za właścicielkę, jeno za szafarkę — dla ludzi.
Na zapytanie, dlaczego? odpowiada:
„Bo posiadaczem tego majątku byłby brat mój, gdyby żył“.
— Ale ponieważ umarł? — mówią jej pytający.
— „Powinnam obrócić go na jak największą korzyść tego, co on ukochał.“
Jakoż tak w całej rozciągłości czyni.
Żadna sprawa społeczna nie uchodzi jej uwagi. Wszystkie zasoby, wszystkie dochody znacznego majątku obracane są na krzewienie oświaty wśród okolicznych wiosek, na podnoszenie rolnictwa i wogóle dobrobytu, na pomoc ludziom, jak dalece stosunki sięgają, ratunek w chorobach, niedostatku, utrapieniu.
Seweryna i całe jej otoczenie to jakby jeden biegun na kuli ziemskiej, a Zdrojowski, wraz z swoim światkiem, przeciwległy biegun drugi.
Pomimo tej odległości zawiązuje się między tych dwojgiem młodych ludzi serdeczna miłość. Trzeba się tedy zbliżyć, trzeba aby jedno zeszło ze stanowiska, odstąpiło od swojego sposobu życia. Seweryna uczynić tego nie może, bowiem to, w co wierzy, jest prawdą i dobrem, a to, co czyni — obowiązkiem. Gronowski przeciwnie czuje, iż powinienby się odmienić, ale — nie ma dość woli i siły.
I tak się smutni rozchodzą.
Dwie powieści Orzeszkowej, jedna p. t. „Niziny“, druga: „Dziurdziowie“ przedstawiają opłakaną ciemnotę panującą wśród ludu w wielu miejscowościach naszego kraju, oraz smutne, a częstokroć straszne ciemnoty owej skutki.
W „Nizinach“ opisany jest wyzysk łatwowiernych i nieoświeconych przez nieuczciwego, pokątnego doradcę, wrzekomo adwokata. Doradca ten obiecuje ubogiemu fornalowi odzyskanie gruntu, z którego stryj niegdyś sierotę małoletniego wygnał. Prowadzi też drugą sprawę: nieszczęśliwej matce obiecuje to wyrobić, iż syn jej odsługujący wojskowość zostanie w okolicy, a nie pojedzie kędyś na krańce Rosji, czy Sybiru. Młody żołnierz jest chłopcem chorowitym, słabym, nie zniósłby może pobytu w odległych stronach, matka w rozpaczy chce go wszelkiemi sposobami ratować. Pokątny doradca wyłudza od niej grosz po groszu wszystkie, krwawą pracą uciułane pieniądze. Tak samo postępuje w drugim interesie z fornalem. W rzeczywistości zaś nic na korzyść tych nieszczęśliwych nie działa, bo ani umie, ani może. Okłamuje haniebnie łatwowiernych; poczym wycisnąwszy z nich grosz ostatni, pozostawia w najcięższej niedoli i nędzy.
W powieści „Dziurdziowie“ jeszcze smutniejszy, nawet straszny wynik ciemnoty. Oto na młodą, dobrą i roztropną kobietę, matkę kilkorga drobnych dzieci pada najgłupsze podejrzenie o czary. Nieszczęśliwa kobieta tym jeno zawiniła, że zna się cokolwiek na ziołach, na różnych lekach i chętnie w każdym wypadku śpieszy z pomocą. Przyjmują to ludzie życzliwie, chociaż z powodu ciemnoty i nieuctwa przypuszczają w tym wszystkim działanie jakiejś nadprzyrodzonej siły.
I tak jest przez czas dość długi. Na nieszczęście pojawia się we wsi, w chałupie jednego z gospodarzy, choroba. Rzecz przecie zwyczajna, aż nadto pospolita, tym niemniej o sprowadzenie jej oskarżają Pietrusię (takie imię tej biednej kobiety).
Życzliwość ustępuje miejsca niechęci i strachowi. Odtąd wszystko dokuczliwe, wszystko w codziennym życiu trapiące składa ta ciemna ludność na karb złej siły, ujawnionej w Pietrusi. Nienawiść poczyna wzrastać dokoła biednej kobiety.
Zdarza się właśnie, iż we wsi krowy nagle z mlekiem ucięły. Zamiast dochodzić rozsądnie istotnych tego przyczyn, jeden wspólny głos oskarżenia: to zapewne sprawa Pietrusi! I uciekają się ludzie do starego zabobonu. Przy drogach rozstajnych jest rozniecone ognisko; otoczyli je kołem, czekają. Która kobieta teraz pierwsza na ogień przyjdzie, ta bezwątpienia czarownica, winowajczyni ubytku mleka. I oto nieszczęśliwy zbieg okoliczności, że pierwsza przechodzi tamtędy wracająca z pola Pietrusia.
Ciemni ludzie uważają to za znak nieomylny i dowód. Nienawiść codzienna prześladuje niewinną. Wreszcie pewnej nocy zimowej kilku chłopów z zamieszkałej we wsi rodziny Dziurdziów okrutnie zabija kijami biedną, młodą, dobrą kobietę. Drobne dzieci pozostały w sieroctwie, pozostał w rozpaczy pogrążony mąż zabitej, Dziurdziowie zabójcy wyrokiem sądu skazani do ciężkich robót w Sybirze. Takie są owoce wylęgłego w ciemnocie zabobonu.
W obu powieściach, o których była mowa, występujące osoby odzywają się niejednokrotnie po białorusku. Dzieje się tak, ponieważ wypadki opisywane przez autorkę mają miejsce w dzisiejszej guberni Grodzieńskiej, gdzie ludność włościańską stanowią przeważnie Białorusini.
Trzecia obszerna powieść Orzeszkowej o stosunkach i życiu wiejskiego ludu nosi nazwanie: „Cham“.
Występuje w niej rybak nadniemeński Paweł. Człowiek to lat czterdziestu kilku, cichy, małomówny, zamknięty w sobie. Z ludźmi niewiele i nawet niebardzo chętnie przestaje, odzywa się nader rzadko.
Ale gdy się do kogo zwróci, to zawsze z czynem pomocy, współczucia braterskiego, ulitowania; jeżeli do bliźniego przemówi, to nieodmiennie z uśmiechem łagodnym wielkiej dobroci. Bo też głęboko dobrą jest prosta i cicha dusza owego Pawła. Zawierają się w niej bogactwa miłości i przebaczenia.
Zdarzyło się, iż ten nadniemeński rybak poznał dziewczynę z miasta imieniem Franka. Nieszczęśliwe to jakieś stworzenie, które zaznało niejednokrotnie niedoli i poniewierki, a w tej poniewierce stargało się zdrowie ciała i zepsuło zdrowie duszy.
Franka jest chora, a przytem leniwa i próżna, złośnica, kapryśna, a co najgorzej, zupełnie niezdolna do zastanowienia się nad sobą i czynami swemi.
Paweł uczuwa nad tą nieszczęsną ogromną litość, pragnie wydźwignąć ją z ciężkiej niedoli i uzdrowić na duszy. Potym do litości przyłącza się miłość. Dalszy ciąg taki, że rybak pojmuje Frankę za żonę.
Z początku dobrze obojgu. Niebawem jednak w kobiecie odzywają się przygłuszone tylko złe, nieszczęśliwe skłonności.
Spowszedniała jej miłość dla męża, którego teraz nazywa wzgardliwie „Chamem“.
Narzeka na los swój, na chłopską dolę, pomiata całym otoczeniem, krewnemi, uważa się za coś nieskończenie od nich lepszego i wyższego. Przewrócone ma pojęcia o wartości człowieka, goni za świecidłami; chłystka lokaja z sąsiedztwa rychło poczyna przekładać nad swego Pawła, a to ze względu na modne ubranie i uczesanie.
Pożycie małżeńskie staje się pasmem kłótni, wybryków różnych i bałamuctwa Franki, nareszcie doszło do opuszczenia męża i ucieczki w świat za owym eleganckim lokajem.
A ów „Cham“, którym tak żona pomiata? Cóż na to wszystko mówi, co przeciw temu poczyna?
„Cham“ ponieważ wziął tę kobietę i przysiągł przed Bogiem, że jej nie opuści do śmierci i nie da na zatracenie nieszczęsnej duszy, dotrzymuje tej obietnicy z prawdziwą siłą i wielkością charakteru. Jest dla żony niewyczerpanie łagodny i dobry; dobrocią tą ma nadzieję trafić do zbałamuconego serca, ginące życie jeszcze na dobrą wyprowadzić drogę.
Gdy Franka porzuca go niegodziwie, nie złorzeczy jej, a przeciwnie przed napaściami języków ludzkich, jako może, osłania i broni. Siebie obwinia, powiada: nie umiałem jej jak należy do poprawy przywodzić, zanadto pobłażałem, nie ona grzeszna, ja grzeszny.
W długie noce jesienne i zimowe stawia lampkę w okienku chaty, aby światełko w ciemności wskazywało kierunek, jeżeli przypadkiem — ta nieszczęśliwa powróci. Ze wzruszającą tkliwością serca o tym myśli, że może w tej chwili biedna, zziębnięta i głodna, i żałująca błąka się niedaleko wioski i nie śmie do mężowskiej chałupy zapukać. Więc niechże ten płomyk lampki i drogę jej pokaże i upewni, że tu ją czekają, że tu przyjętą będzie.
Ale Franka nie wraca, choć mija niejedna noc zimowa.
Z niezachwianą cierpliwością Paweł co wieczór lampkę wystawia i czeka.
Dusza owego „Chama“ jest pełna tej prawdziwej, wielkiej miłości, której ani czas nie wygryzie, ani wyziębią nieszczęścia i zawody.
Nareszcie — kiedyś po paru leciech nieobecności przychodzi. Zziębnięta jest, jak przewidywał Paweł, i głodna, i chora i żałująca. Ale — nadomiar wszystkiego nie sama przychodzi.
Przynosi dziecko.
W pierwszej chwili straszny gniew i ból już zanadto wielki szarpnęły duszę męża. Poczuł, że chciałby tych dwoje natychmiast wyrzucić z chałupy. Pohamował się jednak wysiłkiem, nic nie rzekł narazie. Przez całą noc okropnie walczył sam z sobą. Rano, spojrzawszy na dziecko, rzekł tylko: Cóż ono temu winno? A do żony zwrócił się z poleceniem, by po dawnemu gospodynią tu była.
Poszedł ku rzece, cały dzień czółnem gdzieś pływał pomimo wiatru przejmującego i chłodu i słoty. Wieczorem wrócił jak zawsze łagodny, uspokojony.
Ogromna dobroć męża z początku głęboko wzruszyła Frankę. Przez kilka miesięcy snuło się zgodnie pożycie.
Paweł polubił dziecko żony, przyjął je serdecznie za swoje. Zdawało się, że skończone są ciężkie próby. Na nieszczęście Franka była stworzeniem nietylko zepsutym, ale przedewszystkim chorym na cierpienie nerwowe zwane „histerją“. Ludzie w wysokim stopniu chorobą tą dotknięci niezdolni już są do porządnego pracowitego życia i częstokroć dochodzą do różnych niepokojów, wybryków, nawet do obłąkania. Cóś podobnego działo się z żoną Pawła. Po krótkim uciszeniu powróciły dawne narowy z tym większym wyrzekaniem, wyklinaniem i lamentem, że rybak, pomny złych skutków dawnego pobłażania, obecnie za wszystko surowo karcił i do roboty bez ustanku naganiał.
Czynił to zawsze bez gniewu i z jednaką w sercu miłością, li­‑tylko dla dobra tej duszy, której nie chciał dać na zagładę.
Franka jednakże nie była w stanie tego zrozumieć i poczęła nietylko sobie przykrzyć wymagania męża, ale poprostu go nienawidzieć. Poczęła go ponownie zdradzać. Powzięła gwałtowne upodobanie do młodego chłopca z sąsiedniej chałupy. Sama narzucała mu się, wszędy za nim latając. Ludzie zwrócili na to uwagę, cała wieś zatrzęsła się ze zgorszenia. Doszło to wtedy oczywiście do wiadomości Pawła, który poraz pierwszy w życiu postanowił wybić żonę. Nie z gniewu, nie dla dogodzenia swej zemście, ale, jak sam powiadał, aby nieszczęsną duszę choć tym sposobem od grzechu ratować.
A pamiętajmy, że nie był ten Paweł człowiekiem tępym, albo nieczułym. Przeciwnie, uderzenia wszystkich bólów i zniewag trafiały go w serce głęboko i nosił w sobie ich ślady niezagojone bardzo długo. Ale umiał miłować. Nietylko zmysłowo, żarem krwi, jak się najczęściej pomiędzy ludźmi zdarza, ale bez porównania lepiej, wznioślej i trwalej, tą prawdziwą i zupełną miłością, którą człowiek powinien uczuwać do bliźniego człowieka.
Franka z pogardą nazywała go „Chamem“, uważając za coś godnego lekceważenia, a przecież ten prosty rybak na największy zasługuje szacunek, bowiem umie w życie swoje wprowadzić i wcielić wyznawaną przez się zasadę.
Wielu jest ludzi bardzo głośnych, wygłaszających różne wzniosłe zasady, a przecież w życiu własnym nie postępują podług tej swojej wiary. Przekonanie odmienne od czynu.
Np. jakże wielu powiada o sobie, że są chrześcijanie, a jak nieliczni, wyjątkowi ci, którzy istotnie i zupełnie podług chrześcijańskiej zasady żyją. Paweł wierzy po chrześcijańsku, że trzeba przebaczać, że trzeba kochać duszę bliźnią, tak aby ją podźwignąć, a więc cierpliwie, niewyczerpanie i do końca pomimo wszystko. I okazuje tę swoją wiarę w czynach.
Po ukaraniu złej żony bardzo cierpiał, pokrzepiał się jednak nadzieją, że to już sposób skuteczny, ostatni.
Tymczasem rozszalała z gniewu Franka we wpółprzytomnej swej głowie powzięła zamiar zemsty, otrucia męża. Miała ukryty w skrzynce przyniesiony ze sobą z ostatniej wędrówki proszek trujący. Wsypała go mężowi do jadła.
Paweł dnia tego niegłodny, spożył strawy niewiele, jednakże trucizna o tyle poskutkowała, że dostał boleści, omdlał. Zlecieli się krewni, sąsiedzi, powstał lament, niepokój: co? skąd choroba? Rychło zmieszanie Franki, jej skrzynka wpółotwarta, porzucony po proszku papierek, naprowadziły na słuszne domysły. Właśnie przejeżdżał przez wieś urzędnik, doniesiono mu wnet o wszystkim; kobietę zaaresztował.
Paweł, przychodząc do siebie po omdleniu, usłyszał i obaczył, co zaszło. Co się tam dziać musiało w jego sercu, tego nigdy nie wyjawił nikomu. A przecież musiała być straszna męka. Oto istota, którą jak duszę własną miłował, nie dała się niczym ujednać i za wszystkie dobrodziejstwa płaciła mu teraz zbrodnią, zamachem na jego życie.
Postanowił jednakże uczynić jeszcze to, co uważał za obowiązek swego kochania. Gdy noc nadeszła, zebrawszy siły, popłynął wiernym czółnem swoim do miejscowości nadrzecznej, w której mieszkał urzędnik. Prosił, by mu oddano żonę, gdyż jej przebacza. Postępek jej w rozmaity sposób tłómaczył, byle oddalić pozór usiłowania zabójstwa. Urzędnik zdumiony wielkodusznością, której nawet należycie ocenić nie umiał, naprzemian śmiał się i dziwił, a w końcu na prośbę przystał. Rankiem chłodnym i mglistym przywiózł Paweł żonę do domu i tutaj po raz wtóry powiedział bez goryczy: będziesz, jak byłaś, w chałupie gospodynią.
Franka słucha i uszom nie wierzy, a potym nie mieści się to wszystko w jej biednej, nawpółprzytomnej głowie. Poraziła ją nadludzka dobroć męża. Już sobie tego wcale wytłómaczyć nie umie. Czuje się tą wielkodusznością przelękniona, zgnębiona.
Przez dzień, czy też dni parę jakby w obłędzie chodzi, a w wietrzną, burzliwą noc, wykradłszy się z chałupy, wiesza się opodal na przydrożnym drzewie.
Paweł wychowuje osierocone dziecko.
O France nie odezwał się nigdy potępiającym słowem. Ale również ani chciał, ani mógł wygładzić ją z pamięci.
W jego duszy przetrwała niezachwiana miłość i troska.
W długie, ciemne wieczory, gdyby się kto był zakradł pod chałupę Pawłową, mógłby się snadnie przekonać, że rybak nie śpi, do późna czuwa. I oto jak czas odpoczynku spędza. Modli się żarliwemi, prostemi słowy: „Boże, bądź miłościw jej grzesznej! Boże! Boże!“
Piękność charakteru Pawła stanowi główną cechę tej powieści, a także bardzo godnemi uwagi są pełne uczucia i prawdy opisy uroczej nadniemeńskiej przyrody.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jadwiga Marcinowska.