Egzamin urzędniczy (1926)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Egzamin urzędniczy
Pochodzenie Partja winta
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Mieczysław Birnbaum
Tytuł orygin. Экзамен на чин
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Egzamin urzędniczy.

— Nauczyciel geografji Gałkin coś do mnie cierpi i jak dwa razy dwa, dzisiaj tego egzaminu u niego nie zdam — mówił, pocąc się i nerwowo zacierając ręce, przyjmujący korespondencję funkcjonarjusz X oddziału pocztowego, Jefim Zacharycz Fendrykow, człowiek już siwy, brodaty, z porządną łysiną i niezgorszym brzuszkiem. — Nie zdam... Jak Bóg w niebie... A zły jest na mnie o głupstwo. Przychodzi kiedyś do mnie z listem poleconym i wali przez całą publiczność, żebym ja niby przyjął najpierw jego list, a potem inne. To nie w porządku... Chociaż on należy do sfery wyższej, a jednak dla porządku musi i on czekać. Zrobiłem mu grzecznie uwagę: „Proszę stanąć w ogonku“ — mówię mu. A on się oburzył i od tego czasu nastaje na mnie, jako ten Saul izraelski. Synkowi memu, Jegoryszce, pały stawia, a mnie różne przezwiska na mieście przypina. Przechodzę kiedyś obok szynku Kuchtina, a on wychylił się z kijem bilardowym i po pijanemu ryczy na całe gardło: „Panowie! spójrzcie: „oto idzie używana marka!“
Nauczyciel języka rosyjskiego, Piwomiodow, który stał w korytarzu X-ej szkoły powiatowej obok Fendrykowa i pobłażliwie palił jego papierosa, wzruszył ramionami i uspokoił go:
— Niech się pan nie denerwuje. Jeszcze się u nas nie zdarzył wypadek, aby którego z waszych ścięli na egzaminach. Pro forma!
Fendrykow uspokoił się, ale na krótko. Przez korytarz przeszedł Gałkin młody człowiek, o rzadkiej, jak gdyby obszarpanej bródce, w płóciennych spodniach i nowym granatowym fraku... Spojrzał surowo na Fendrykowa i poszedł dalej.
Potem rozeszła się wiadomość, że inspektor jedzie. Fendrykow zmartwiał ze strachu i czekał z uczuciem, tak dobrze znanem wszystkim, którzy po raz pierwszy stają przed sądem lub po raz pierwszy składają egzamin. Przez korytarz przebiegł kierownik etatowy szkoły powiatowej Chamow. Za nim pospieszył na spotkanie inspektora katecheta Żmijeżałow w birecie i złoconym krzyżu na piersiach. Tam też skierowali się inni nauczyciele. Inspektor szkół powszechnych Achachow, przywitał się głośno, wyraził niezadowolenie z kurzu i wszedł do szkoły. Po upływie pięciu minut rozpoczął się egzamin.
Poddano egzaminowi dwu popowiczów na nauczycieli wiejskich. Jeden zdał, a drugiego ścięli. Ten ścięty wysmarkał się w czerwoną chustkę, przez chwilę jeszcze postał, pomyślał i wyszedł. Następnie zdało dwu ochotników trzeciej kategorji. Wreszcie wybiła godzina Fendrykowa.
— Gdzie pan służy? — zwrócił się do niego inspektor.
— Przyjmuję korespondencję w tutejszym oddziale pocztowym — wyrecytował Fendrykow, stając na baczność i starając się ukryć przed wzrokiem obecnych drżenie rąk. — Przesłużyłem 21 lat, panie inspektorze, a obecnie zażądano mojej ewidencji dla awansowania mnie na registratora kolegjalnego, dla czego też ośmielam się poddać egzaminowi na pierwszą rangę urzędniczą.
— Taak... Napisz pan dyktando.
Piwomiodow wstał, chrząknął i zaczął dyktować przeraźliwym basem, starając się „złapać“ delikwenta na wyrazach, których pisownia wywołać może pewne wątpliwości: „prolągata raty, któro pan Jan miał uiścić bez procętów“ i t. p. Pomimo wysiłków cwanego Piwomiodowa, dyktando udało się. Przyszły registrator kolegjalny zrobił niewiele błędów, choć kładł większy nacisk na kaligrafję, niż na ortografję. W słowie „niekompetentny“ wpakował „ą“ i „ę“, zamiast „lepiej“ napisał „lepi“, a słowami „owczy pęd“ wywołał uśmiech na twarzy inspektora, bo napisał „o wszy pęd“... Ale to przecież nie są grube błędy....
— Dyktando jest zadowalające — zawyrokował inspektor.
— Ośmielam się niniejszem zakomunikować panu inspektorowi — powiedział Fendrykow, nabierając odwagi i spoglądając z ukosa na swego wroga Gałkina — ośmielam się zakomunikować, że geometrji uczyłem się według podręcznika Dawydowa, a częściowo u siostrzeńca Warsonofjusza, który na wakacje przyjechał z Troicko-Sergiejewskiego seminarjum. I planimetrji się uczyłem, takoż i stereometrji... wszystko, które jego jest...
— Stereometrja nie jest objęta programem.
— Nie objęta? A ja cały miesiąc nad nią ślęczałem... Jaka szkoda!... — westchnął Fendrykow.
— Narazie dajmy spokój geometrji. Weźmiemy się do nauki, którą pan, jako funkcjonarjusz pocztowy, prawdopodobnie lubi. Geografja jest nauką pocztowców. Wszyscy nauczyciele uśmiechnęli się z poszanowaniem. Fendrykow nie zgadzał się z tem, aby geografja miała być nauką pocztowców (nigdzie tego nie czytał, ani w regulaminie pocztowym, ani też w rozkazach okręgowych), ale przez grzeczność powiedział: „Tak jest“, poczem chrząknął nerwowo i z trwogą czekał na pytania. Jego wróg Gałkin oparł się wygodnie o poręcz krzesła i, nie patrząc na niego, zapytał przeciągle:
— Eee... proszę mi powiedzieć, jaki jest ustrój w Turcji?
— Wiadomo jaki... turecki.
— Hm... turecki... To jest pojęcie rozciągłe. Tam jest ustrój konstytucyjny. A jakie pan zna dopływy Gangesu?
— Ja uczyłem się według geografji Smirnowa i, przepraszam, nauczyłem się nie bardzo dokładnie... Ganges, to taka niby rzeka, co pływa w Indjach... Rzeka ta wlewa się do oceanu.
— Ja nie o to pana pytam. Jakie dopływy ma Ganges? Nie wie pan? A gdzie płynie Araks? I tego pan nie wie? Dziwne... W jakiej guberni jest Żytomierz?
— Szlak 18, punkt 121.
Fendrykow oblał się zimnym potem. Zamrugał oczyma i tak dziwnie przełknął ślinę i mlasnął wargami, jakgdyby połknął własny język.
— Jak na Świętej spowiedzi panie inspektorze — bąknął. Sam ojciec protojerej może zaświadczyć... Dwadzieścia jeden lat przesłużyłem, i na to mi przyszło... Bóg panu wynagrodzi...
— Dobrze dajmy spokój geografji. Co pan przygotował z arytmetyki?
— Artmetykę też nie bardzo... Nawet ojciec protojerej potwierdzi... Do Boga modły wznosić będę... Od samego Św. Jana uczę się, uczę i... i nic z tego nie wychodzi... Za stary jestem dla... umysłowości... Niech się pan zmiłuje, panie inspektorze, całe życie wdzięczny będę.
Na rzęsach Fendrykowa ukazały się łzy.
— Służyłem uczciwie, nieskazitelnie... Rok rocznie chodzę do spowiedzi... Nawet ojciec protojerej może zaświadczyć. Błagam o wspaniałomyślność, panie inspektorze!
— Nic pan więc nie przygotował?
— Wszystkom przygotował, tylko nic jakoś nie pamiętam... Już sześćdziesiątka za pasem, panie inspektorze, jakże tu nauki do głowy? Błagam pana inspektora!
— Już sobie zamówił nawet czapkę z gwiazdką — wtrącił protojerej Żmijeżałow i uśmiechnął się.
— Dobrze. Może pan już iść.
Po upływie pół godziny Fendrykow szedł już razem z nauczycielami do szynku Kuchtina i triumfował. Twarz miał uroczystą, w oczach świeciło szczęście, ale ustawiczne podrapywanie się w głowę wskazywało, że coś go trapi.
— Jaka szkoda! — mruknął pod nosem. — Takie, proszę panów, głupstwo zrobiłem.
— O cóż chodzi? — zapytał Piwomiodow.
— Po kiego licha obkuwałem się stereometrji, skoro jej niema w programie? Przecież cały miesiąc nad taką kanalją ślęczałem. Jaka szkoda!...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: Mieczysław Birnbaum.