Czytanie (1926)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Czytanie
Podtytuł Opowiadanie starego wróbla
Pochodzenie Partja winta
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Mieczysław Birnbaum
Tytuł orygin. Чтение
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Czytanie
(Opowiadanie starego wróbla)

Pewnego razu w gabinecie naszego naczelnika, Iwana Piotrowicza Semipałatowa, siedział impresario teatralny, Gałamidow i rozprawiał z nim o grze i urodzie aktorek.
— A ja się z panem nie zgadzam — mówił Iwan Piotrowicz, podpisując asygnaty. — Zofja Jurjewna — to duży, oryginalny talent. Taka miła, powabna... ach! piękna taka... Iwan Piotrowicz chciał prawić dalej lecz z zachwytu nie mógł wymówić ani słowa uśmiechnął się więc tak słodko i obleśnie, że patrzący nań impresario poczuł jakiś słodkawy smak w ustach.
— Mnie się w niej podoba... e-e-e wzruszenie i dreszcz młodego ciała, w chwili, gdy zaczyna coś recytować... Ogniem dyszy, ogniem! Niech pan jej powie, że w takim momencie... gotów jestem na wszystko.
— Ekscelencjo, proszę o podpisanie odpowiedzi na pismo chersońskiego urzędu policyjnego w sprawie...
Scmipałatow podniósł uśmiechniętą twarz: przed nim stał urzędnik Merdiajew. Podając akt do podpisu, Merdiajew wyprostował się i wytrzeszczył oczy.
Semipałatow skrzywił się: proza zwyciężyła poezję w najciekawszem miejscu.
— Z tem można było później — oznajmił. — Widzi pan przecież, że jestem zajęty! Strasznie niedelikatni i źle wychowani ludzie! Proszę, panie Gałamidow... mówił pan, że już nie mamy gogolowskich typów... A oto ma pan! Może to nie typ? Niechluj, dziury na łokciach, zezowaty... nigdy się nie czesze... Niech no pan spojrzy, jak on pisze! Licho wie, co to jest! Pisze jak analfabeta, bez sensu... jak szewc! Proszę spojrzeć!
— Hm... tak... — mruknął Gałamidow, rzuciwszy okiem na papier. — Rzeczywiście... Pan, panie Merdiajew, z pewnością mało czyta?
— E... tak nie można, panie drogi! — dodał naczelnik... — Wstyd mi za pana! Czytałby pan jakie książki, albo co!...
— Lektura dużo znaczy! — westchnął bez powodu Gałamidow. — O, bardzo dużo! Czytaj pan, a przekona się pan odrazu, jak się nagle rozszerzy pański horyzont. W książki może się pan zaopatrzeć, gdzie pan chce. Chociażby u mnie... Z przyjemnością... Jeśli pan chce, nawet jutro mogę je panu przynieść.
— Podziękuj pan, panie drogi! — wtrącił Semipałatow.
Merdiajew ukłonił się niezgrabnie, poruszył ustami i wyszedł z gabinetu.
Nazajutrz zjawił się w naszym urzędzie Gałamidow i przyniósł paczkę książek. Od tej chwili zaczyna się właściwa historja. Potomstwo nigdy nie wybaczy Semipałatowowi tego lekkomyślnego kroku! Możnaby to było wybaczyć jakiemuś młodzikowi, ale doświadczonemu rzeczywistemu radcy stanu — przenigdy! Po przybyciu Gałamidowa Merdiajew wezwany został do gabinetu.
— Oto proszę, niech pan czyta — oznajmił Semipałatow, wręczając mu książkę. — Proszę czytać uważnie.
Merdiajew wziął drżącemi rękami książkę i wyszedł z gabinetu. Był blady. Zezowatemi oczyma rzucał niespokojne spojrzenia, jak gdyby szukał ratunku otaczających go przedmiotów. Wzięliśmy od niego książkę i zaczęliśmy ją ostrożnie oglądać.
Był to „Hrabia Monte Christo“.
— Nie sprzeciwisz się jego woli! — westchnął nasz stary buchalter Prochor Semionycz Budyłda. — Postaraj się jakoś, wysil się... Czytaj sobie powolutku, a da Bóg, przez ten czas on zapomni o tem i będzie można czytaniu dać spokój... Tylko nie lękaj się... A co najważniejsze, nie wnikaj... Czytaj i nie wnikaj w te mądrości.
Merdiajew zawinął książkę w papier i zasiadł do biurka. Ale praca nie szła mu jakoś tym razem. Ręce drżały, a oczyma zezował w różne strony: jedno utkwił w sufit, drugie — w kałamarz. Nazajutrz przyszedł do biura zapłakany.
— Cztery razy już zaczynałem — mówił — ale nic a nic nie rozumiem... To jakieś zagraniczne...
Po upływie pięciu dni, Semipałatow, przechodząc koło biurek, zatrzymał się przy Merdiajewie i zapytał:
— Jakże tam? Przeczytał pan książkę?
— Czytałem, ekscelencjo.
— O czem-że pan czytał? Opowiedz pan, proszę!
Merdiajew zadarł głowę w górę i poruszył wargami.
— Zapomniałem, ekscelencjo... — powiedział po dłuższej chwili.
— W takim razie pan nie czytał, albo e-e-e pan czytał nieuważnie! Au-to-mmma-tycz-nie! Tak nie można! Proszę jeszcze raz przeczytać! Wogóle panowie, polecam! Proszę czytać! Wszyscy — czytać! Weźcie, panowie, książki z mojego okna i czytajcie. Panie Paramonow, proszę iść za mną i wziąć książkę. Panie Podchodcew, niech i pan idzie, kochany panie! Smirnow i pan także! Wszyscy panowie, proszę!
Poszli wszyscy i każdy wziął książkę.
Jeden tylko Budyłda odważył się zaprotestować. Rozłożył ręce, pokiwał głową i oświadczył:
— A mnie ekscelencja wybaczy... Raczej do dymisji... Ja już wiem, co bywa od tych wszystkich krytyk i wymysłów. U mnie po nich starszy wnuk wyzywa w oczy swoją rodzoną matkę od idjotek, a przez cały post mleko żłopie. Ekscelencja daruje!
— Pan nic nie rozumie — zawyrokował Semipałatow, który zazwyczaj wybaczał staruszkowi wszystkie jego nietakty.
Ale Semipałatow był w błędzie: staruszek wszystko dobrze rozumiał. Po tygodniu widzieliśmy już skutki tego czytania. Podchodcew, który czytał drugi tom „Żyda — wiecznego tułacza“, nazwał Budyłdę „jezuitą“; Smirnow zaczął zjawiać się w urzędzie w nietrzeźwym stanie. Ale czytanie najgorzej podziałało na Merdiajewa: schudł, opuścił się, zaczął pić.
— Prochorze Siemionyczu! — błagał Budyłdę — Bóg pana wynagrodzi! Niech pan poprosi ekscelencję, żeby mi darował... Ja nie mogę czytać. Czytam po całych dniach i nocach, nie sypiam, przestałem jeść... Żona zamęczyła się już, czytając mi na głos, a niech mnie Bóg skarze, jeślim choć jedno słówko zrozumiał! Oddajcie mi tę przysługę chrześcijańską!
Budyłda kilkakrotnie zdobywał się na odwagę i meldował o tem naczelnikowi, ale Semipałatow machał tylko ręką i, przechadzając się po biurze z Gałamidowem, wytykał wszystkim nieuctwo. W ten sposób minęły dwa miesiące a cała ta historja miała najokropniejszy epilog.
Pewnego razu Merdiajew, przyszedłszy do pracy, zamiast zasiąść przy swym biurku, padł po środku biura na kolana, rozpłakał się i jęknął:
— Przebaczcie mi, chrześcijanie prawosławni, że fałszywe monety robię!
Potem wszedł do gabinetu, ukląkł i oznajmił:
— Wybacz, ekscelencjo, wczoraj niemowlę do studni wrzuciłem!...
Uderzył czołem o podłogę i zalał się łzami...
— Co to ma znaczyć?! — zdumiał się Semipałatow.
— To znaczy, wasza ekscelencjo — powiedział Budyłda ze łzami w oczach, — że chłop zmysły stracił! Kręćka dostał! Bo Pan Bóg wszystko widzi, wasza ekscelencjo. A jeżeli się waszej ekscelencji słowa moje nie podobają, to proszę o dymisję. Lepiej mi z głodu umrzeć, niż na stare lata podobne rzeczy oglądać!...
Semipałatow zbladł i przeszedł się z kąta w kąt.
— Nie wpuszczać tu więcej Gałamidowa — oznajmił zduszonym głosem. — A wy, panowie, uspokójcie się. Teraz już widzę mój błąd. Dziękuję ci, stary!
Od tego czasu nic podobnego się nie wydarzyło. Merdiajew wyzdrowiał, ale nie zupełnie. Dotychczas jeszcze na widok książki drży i odwraca się.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: Mieczysław Birnbaum.