Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzi na pismo chersońskiego urzędu policyjnego w sprawie...
Scmipałatow podniósł uśmiechniętą twarz: przed nim stał urzędnik Merdiajew. Podając akt do podpisu, Merdiajew wyprostował się i wytrzeszczył oczy.
Semipałatow skrzywił się: proza zwyciężyła poezję w najciekawszem miejscu.
— Z tem można było później — oznajmił. — Widzi pan przecież, że jestem zajęty! Strasznie niedelikatni i źle wychowani ludzie! Proszę, panie Gałamidow... mówił pan, że już nie mamy gogolowskich typów... A oto ma pan! Może to nie typ? Niechluj, dziury na łokciach, zezowaty... nigdy się nie czesze... Niech no pan spojrzy, jak on pisze! Licho wie, co to jest! Pisze jak analfabeta, bez sensu... jak szewc! Proszę spojrzeć!
— Hm... tak... — mruknął Gałamidow, rzuciwszy okiem na papier. — Rzeczywiście... Pan, panie Merdiajew, z pewnością mało czyta?
— E... tak nie można, panie drogi! — dodał naczelnik... — Wstyd mi za pana! Czytałby pan jakie książki, albo co!...
— Lektura dużo znaczy! — westchnął bez powodu Gałamidow. — O, bardzo dużo! Czytaj pan, a przekona się pan odrazu, jak się nagle rozszerzy pański horyzont. W książki może się pan zaopatrzeć, gdzie pan chce. Chociażby u mnie... Z przy-