Dziennik wycieczki do Oberammergau/Wtorek, 20-go

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerome K. Jerome
Tytuł Dziennik wycieczki do Oberammergau
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1903
Drukarz A. T. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Emilia Węsławska
Tytuł orygin. Three Men on the Bummel
vel Three Men on Wheels
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Wtorek, 20-go.
Kwestya bagażu. — Rada 1-go przyjaciela. — Rada 2-go przyjaciela. — Rada 3-go przyjaciela. — Rada pani Briggs. — Rada naszego wikarego. — Rada jego żony. — Rada doktorska. — Rada literacka. — Wskazówki Jerzego. — Pomoc mojej bratowej. — Rada młodego Smita. — Mój własny pomysł. — Pomysł B.

Kwestya bagażu nie mało mi sprawiła dzisiaj kłopotu. Spotkany rano znajomy rzekł mi:
— O! jeżeli pan jedziesz do Oberammergau, musisz się zaopatrzyć w ciepłe rzeczy. Przydadzą ci się wszystkie zimowe ubrania.
Dodał, że jeden z jego przyjaciół przed kilku laty pojechał tam i nie zaopatrzył się dostatecznie w ciepłe ubranie; wróciwszy do domu, z przeziębienia umarł.
— Posłuchaj pan dobrej rady, co masz ciepłego, zabierz ze sobą.
Trochę później spotkałem drugiego znajomego.
— Słyszałem, że pan wyjeżdżasz — zawołał. — W jakąż stronę Europy udajesz się?
Odparłem, że zdaje mi się, iż miejscowość ta leży gdzieś w Europie środkowej.
— A! to posłuchaj pan mojej rady — rzekł — spraw sobie płócienne ubranie i parasolkę. Nie dbaj o wygląd, ale o wygodę. Nie masz pojęcia, jakie tam upały panują w tej porze roku. Anglicy upierają się nosić w podróży po kontynencie te same ubrania, do których w domu przywykli. Dlatego tak częste są wypadki porażenia słonecznego i chorób poważnych.
W klubie zetknęłem się z jednym z moich przyjaciół, korespondentem do gazet, który podróżował dużo i zna doskonale Europę. Powiedziałem mu, co słyszałem od tamtych, i spytałem, która rada jest lepsza. Odrzekł mi:
— Widzisz, mój kochany, jeden i drugi miał racyę. W tamtych górzystych okolicach powietrze ulega nadzwyczaj szybkim zmianom. Rano może być taki upał, że topnieć będziesz, a wieczorem przyda ci się bardzo koszula flanelowa i futrem podszyte palto.
— Ale przecie to samo mamy w Anglii! — zawołałem. Jeżeli więc wszyscy cudzoziemcy oswojeni są z tem we własnych krajach, jakiemże prawem zjeżdżają tu i wyrzekają, ile mogą, na nasz klimat?
— Nic na to nie poradzisz, prawa nie mają, a wyrzekać nie przestaną. Posłuchaj mej rady i bądź na wszystko przygotowany. Zabierz letnie rzeczy na wypadek gorąca, a zimowe na wypadek zimna.
Wróciwszy do domu, zastałem panią Briggs; gdy się dowiedziała o projektowanej podróży, zawołała:
— O! jeżeli pan jedzie gdzieś w okolice państwa Niemieckiego, to musisz wziąć z sobą zapas mydła. Mój mąż kiedyś w wielkim pośpiechu musiał tam jechać, zapomniał zabrać mydło, nie umiał po niemiecku, więc nie wiedział, jak je nazwać, a nigdzie mydła nie widząc, nie mógł nawet na migi pokazać, że tego potrzebuje; przebył całe trzy tygodnie, nie myjąc się ani razu i tak brudny przyjechał do domu, że go nie poznałam, myślałam, że to kominiarz przyszedł oglądać piece!
Radzę też wziąć zapas ręczników, dają tam tak małe, że obetrzeć się niemi niepodobna.
Po śniadaniu poszedłem się przejść; spotkałem wikarego, ten zawołał:
— Jedziesz, słyszałem, weź-że koniecznie kołdrę!
Ostrzegł mnie, że w hotelach niemieckich nietylko nie dają kołder, ale nie suszą należycie prześcieradeł. Opowiedział mi, że jeden z jego przyjaciół, wróciwszy z podróży po państwie Niemieckiem, gdzie spał w wilgotnych prześcieradłach, z reumatyzmu umarł.
W tej chwili zbliżyła się ku nam jego żona, która załatwiała sprawunek w sąsiednim sklepie i kazała mężowi czekać na siebie na ulicy.
Dowiedziawszy się, że jadę do Niemiec, rzekła:
— Nie zapomnij pan o poduszce, albo wcale ich nie dają, albo tak złe, że oka nie zamkniesz przez cały czas, jeżeli nie weźmiesz swojej poduszki. Możesz pan kazać uszyć rodzaj worka, to i widać nie będzie, że wieziesz poduszkę.
Kilka kroków dalej spotkałem doktora; ten rzekł mi:
— Weź z sobą koniecznie buteleczkę koniaku, ona ci wiele miejsca nie zabierze, a zanim przywykniesz do kuchni niemieckiej, koniak nieraz ci będzie w nocy potrzebny.
Objaśnił, że koniak, kupowany w hotelach zagranicznych, jest trucizną, więc podróżowanie bez dobrej butelki koniaku równa się poważnemu niebezpieczeństwu; parę kieliszeczków koniaku, może nieraz życie uratować.
Wróciłem do domu i zastałem kolegę po piórze:
— Słuchaj, przyjacielu — zawołał — pewno nigdy długo nie podróżowałeś i nie wiesz, co to nuda w wagonie!
— Spędziłem w wagonie po kilka godzin.
— To głupstwo wobec tego, co cię czeka teraz, otóż radzę ci wziąć z sobą szachy. Podziękujesz mi za to!
Wieczorem wpadł Jerzy:
— Jeżeli chcesz posłuchać dobrej rady, to ci powiem — rzekł — weź z sobą dobre cygara i tytoń. Nawet najlepszy gatunek cygar niemieckich zasługuje na miano „smrodiferów”, przypuszczam, że za krótko tam będziesz bawił, by do ich miłego zapachu przywyknąć.
Bratowa moja, osóbka bardzo praktyczna, przyniosła mi wieczorem pudełko wielkości dobrej tacy.
— Weź to z sobą — rzekła — odda ci to niezliczone usługi. Będziesz sobie mógł przyrządzać sam herbatę. W Niemczech nie mają pojęcia o herbacie, obejdziesz się bez ich ziółek.
Otworzyła pudło i pokazała mi jego tajemnicę. Zdumiałem się, widząc przedmioty tam pomieszczone. Bo czego tam nie było! Puszka z herbatą, butelka mleka, pudełko narąbanego cukru, butelka spirytusu, puszka z masłem i biszkoptami; prócz tego maszynka spirytusowa, kociołek, czajnik, dwie filiżanki, dwa spodki, dwa talerzyki, dwa noże i dwie łyżeczki. Gdyby się jeszcze tam łóżko znajdowało, nie potrzebowałbym już troszczyć się o hotele.
Sekretarz naszego klubu fotograficznego, młody Smit, wpadł o dziewiątej, prosząc, bym mu zdjął fotografię ze statuy umierającego gladyatora w Monachijskiej galeryi rzeźb. Odpowiedziałem, że zrobiłbym to z prawdziwą przyjemnością, gdyby nie to, że nie mam zamiaru zabierać z sobą kamery.
— Nie zabierasz kamery! — krzyknął. — Jedziesz do Niemiec, do krainy Renu! Przejeżdżać będziesz przez najbardziej malownicze okolice, zatrzymasz się w najstarszych i najsławniejszych miastach Europy i zostawiasz aparat fotograficzny w domu — i to się nazywa artysta! Będziesz całe życie żałował, jeśli nie weźmiesz z sobą kamery!
Zawsze myślałem, że dobrze jest posłuchać rad człowieka, lepiej znającego się na rzeczy. Doświadczenie jednych wygładza drogę innym, wstępującym w ślady pierwszych, po kolacyi więc zebrałem wszystkie rzeczy, które mi radzono zabrać, dołożyłem niektóre już z własnej inicyatywy i rozłożyłem to wszystko na łóżku.
Nie zapomniałem o pace papieru i butelce atramentu, o dykcyonarzu i kilku innych książkach na przypadek, gdyby mnie napadła ochota do pracy.
Lubię, gdy mam wszystko do pracy przygotowane, nie można wiedzieć, kiedy nadejdzie wena. Bywały wypadki, że gdy wyjeżdżałem bez papieru i atramentu, napadała mnie szalona ochota do pisania i z braku tych marnych rzeczy skazany byłem na włóczenie się z rękami w kieszeniach.
Od tej pory zabieram z sobą zawsze zapas papieru i atramentu, by nie marnować tak cennej i rzadkiej weny do pracy.
Niejednokrotnie rozmyślałem nad tem, dlaczego ta ochota napada mnie wtedy, gdy nie mam pod ręką potrzebnych mi materyałów, no, teraz jestem zawsze przygotowany. Położyłem jeszcze na łóżku kilka tomów Goethe’go; czytany w jego własnej ojczyźnie wyda mi się jeszcze piękniejszym. Zdecydowałem się jeszcze wziąć dużą gąbkę i małą przenośną wannę gumową; zimna kąpiel, wzięta rano, dodaje sił na cały dzień.
B. przyszedł właśnie, gdy wszystko złożyłem na kupę, spojrzał na łóżko, pytając, co robię?
— Pakuję się — odparłem.
— Boże święty! — zawołał. — Myślałem, że się przenosisz! Cóż ty myślisz, z taborem całym wozić się będziemy?
— Ależ to są wszystko rzeczy, które mi poradzono zabrać ze sobą. Jakaż korzyść pytać o rady, jeżeli się ich nie zamierza słuchać?
— Radź się ile chcesz — zawołał — to nie szkodzi, ale na miłość Boga, nie zabieraj tego wszystkiego. Ludzie pomyślą, że należymy do bandy cyganów.
Zbrakło mi cierpliwości, więc odparłem szorstko:
— Pleciesz niedorzeczności. Połowa tu leżących rzeczy chroni od pewnej śmierci. Kto jedzie bez nich do Niemiec, to wróciwszy do domu — umiera.
Opowiedziałem mu, co powiedział doktór, wikary i inne osoby, że jeżeli chcę żywy wrócić do domu, muszę zabrać kołdry, parasole i ciepłą odzież.
B. nie wierzy w niebezpieczeństwa, przez które inni przechodzili, machnął więc ręką — mówiąc:
— Dajże pokój! Nie jesteś przecież gagatkiem, który z bylejakiego przeziębienia umiera. Zostaw te narzędzia ochronne w domu, a spakuj szczotkę do zębów, grzebień, parę skarpetek i koszulę, oto wszystko!
Zabrałem trochę więcej rzeczy; w każdym razie zmieściło się wszystko w niewielką paczkę. Miałem ogromną ochotę wziąć przybór do herbaty, tak przyjemnie byłoby manewrować z nim w wagonie, ale B. nie chciał słyszeć o tem.
Mam nadzieję, że zmiany atmosferyczne nie będą zbyt gwałtowne.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jerome K. Jerome i tłumacza: Emilia Węsławska.