Dziennik wycieczki do Oberammergau/Poniedziałek, 19-go

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerome K. Jerome
Tytuł Dziennik wycieczki do Oberammergau
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1903
Drukarz A. T. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Emilia Węsławska
Tytuł orygin. Three Men on the Bummel
vel Three Men on Wheels
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
DZIENNIK PIELGRZYMKI.

Poniedziałek, 19-go.
Mój przyjaciel B. — Zaproszenie do teatru. — Bardzo nieprzyjemne przepisy. — Aspiracye turysty w zawiązku. — Jak można najlepiej spożytkować własne otoczenie. — Piątek—szczęśliwy dzień. — Pielgrzymka zdecydowana.

Dziś rano odwiedził mnie mój przyjaciel B., pytając, czy zechcę pójść z nim do teatru w przyszły poniedziałek.
— Ależ naturalnie — odparłem — przysłano ci bilety?
— Tam nie dają bezpłatnych biletów, będziemy musieli zapłacić.
— Płacić! Płacić za wstęp do teatru! — krzyknęłem zdziwiony. — Co za niedorzeczność! Kpisz chyba ze mnie?
— Kochany przyjacielu — odparł B. spokojnie — czyż tak mało mnie znasz, że sądzisz, iż płaciłbym, gdyby istniała możliwość uniknięcia tego? Ale widzisz, administracya tego teatru nie rozumie nawet, co to jest „wolny wstęp,” to barbarzyńcy nieucywilizowani! Napróżno wmawiałbyś im, że należysz do prasy; oni za nic ją mają i nie chcą o niej słyszeć. Nie wiedzą, co to jest „robić kasę”, nie mają „dyrektora,” chcesz zobaczyć ich przedstawienie — płać. Nie zapłacisz — to cię nie wpuszczą; taki przepis brutalny jest u nich prawem!
— Cóż za nieprzyjemne urządzenie! — rzekłem. — I gdzież jest ten nadzwyczajny teatr? Zdaje mi się, że nigdy w nim nie byłem.
— Pewny jestem tego — odparł mój przyjaciel. — Teatr ten znajduje się w Oberammergau. Od stacyi Ober należy się zwrócić zaraz na lewo i przebyć pięćdziesiąt mil od Monachium.
— No, no! to trochę nie po drodze. Nigdybym nie przypuszczał, że taka buda teatralna może nadawać sobie takie tony!
— Ta buda pomieścić może siedem tysięcy ludzi — odparł przyjaciel — i za każdem przedstawieniem jest przepełniona. Pierwsze tegoroczne przedstawienie odbędzie się w przyszły poniedziałek. Pojedziesz? — Zamyśliłem się przez chwilę, spojrzałem w notatnik i przekonałem się, że w sobotę przyjeżdża ciotka Emma i do następnej środy ma u nas zabawić, jeżeli więc wyjadę, to nie spotkam się z nią i znów na lata całe uniknę jej widoku. To mnie zdecydowało. Co prawda, sama podróż więcej mnie nęciła, niż przedstawienie. Najdawniejszem mojem pragnieniem było zawsze stać się wielkim podróżnikiem.
Tęskniłem za tem, by módz tak pisać:
„Paliłem wonne hawana, chodząc po słonecznych ulicach Madrytu, a pykałem niezbyt pachnącą fajeczkę pokoju, w przewiewnych wigwamach Dzikiego Wschodu i popijałem wieczorną kawę w cichym namiocie, gdy uwiązany dromader szczypał trawę pustyni; łykałem palący trunek Północy, a renifery przeżuwały obrok, stojąc przy mnie w szałasie; blade światło nocnego słońca wydłużało na śniegu cienie sosen i jodeł; przeszyły mnie błyszczące uduchowione oczy, wyzierające z pod gęstych zasłon na wązkich uliczkach Bizancyum; odpowiedziałem uśmiechem (czuję, że nieładnie postąpiłem) na zaczepne spojrzenie czarnookiej córy Yedd; włóczyłem się tam, gdzie „dobry” Harun Alraszyd szukał przygód pod zasłoną ciemnej nocy i w zręcznem przebraniu, mając u swego boku wiernego Mesrora, stałem na moście, gdzie Dante oczekiwał na przejście ubóstwianej Beatryczy; bujałem się na wodach, unoszących niegdyś łódź Kleopatry; stałem, gdzie Cezar padł; słyszałem słodki szelest bogatych szat w salonach Mayfir i chrzęst naszyjników z zębów na hebanowych szyjach piękności z Tongatabu; dyszałem pod palącemi promieniami indyjskiego słońca i marzyłem pod lodowatemi podmuchami w Grenlandyi; żyłem z wędrującemi hordami i owinięty w kołdry, leżałem w gąszczach lasów, oddalony o tysiące mil od wszelkiej siedziby ludzkiej.”
B., któremu wytłomaczyłem moją tęsknotę do opisów tego rodzaju, powiedział, że można ten sam efekt osiągnąć, opisując miejsca znajdujące się tuż pod ręką.
— Nie opuszczając Anglii — rzekł — pisałbym tak: „Paliłem dobre cygaro, chodząc po żwirowanych alejach Fleet-Street, i pykałem tanie Manilla w złoconych salach Kriteryonu; popijałem pieniące się piwo z Burton, gdzie znany Anioł Islingtona chroni pod swe skrzydła spragnione dusze; ciągnęłem wódeczkę w niejednej, cuchnącej czosnkiem szynkowni na Soho. Na grzbiecie dziwnie sporego osła, którego do ruchu zmusiłem — raczej właściciel osła, krocząc z tyłu, nakłonił go do tego — przybyłem piaszczystą pustynię Hampstead, a na widok łodzi mojej podniosło się z wrzaskiem dzikie ptactwo w podzwrotnikowych okolicach Battersea.
Stoczyłem się ze wzgórza na łeb na szyję, a dziewice Wschodu otoczyły mnie kołem, śmiały się, klaskały w ręce i piszczały z radości, a w starych pałacowych ogrodach, gdzie bawiły się niegdyś jasnowłose dzieci nieszczęsnych Stuartów, przechadzałem się długo, obejmując kibić jednej z cór Ewy, gdy jej matka, pieniąc się z oburzenia, nie mogła nas dogonić. Odbywałem dalekie podróże na małym twardym koniku, który kręcąc się w koło, woził mnie po wybrzeżach wielkiego Atlantyku. A nad głowami tłumów w Barnet ujrzałem się w jaskrawo malowanym wózku, poruszanym przez człowieka, trzymającego sznur. Kroczyłem z powagą po sali w Kenigston-Town (za opłatę gwinei dostawałeś i napoje orzeźwiające, jeżeli mogłeś się do nich przez tłum przecisnąć), a na zielonej murawie lasów odbywałem dziwaczne ceremonie z pierścieniem; przebywałem z wędrującemi hordami w Drury Lane, i w czasie przedstawienia klasycznej sztuki czułem się wielkim w samotności, siedząc w pierwszym rzędzie galeryi; żałowałem wówczas, że pieniędzy swych nie zużyłem lepiej we wschodnich salach Alhambry.”
— Widzisz — zawołał B. — mój opis nie jest mniej od twego ciekawy, a przedmiot do niego znajdziesz, wydalając się zaledwie na parę godzin z Londynu.
— Nie gadajmy lepiej o tem — odparłem. — Jak widzę, nie możesz zrozumieć moich odczuć. Gorące serce podróżnika nie bije w twej piersi, a więc nie jesteś w stanie pojąć jego aspiracyj. Dajmy więc temu pokój. W każdym razie tę podróż odbędę razem z tobą. Kupię rozmówki niemieckie, książeczkę czekową, niebieską woalkę, biały parasol i podobnie niezbędne rzeczy dla Anglika, podróżującego po państwie niemieckiem. Kiedyż wyjeżdżamy?
— A cóż, trzeba jechać przynajmniej dwa dni. Proponuję więc wyjechać w piątek.
— Mnie się zdaje, że to nieszczęśliwy dzień do podróży — zauważyłem wahającym tonem.
— Boże święty! — zawołał — co za niedorzeczność! Jakby Opatrzność kierowała sprawami Europy, zależnie od tego, czy wyjedziemy we wtorek, czy w piątek!
Dodał jeszcze, że nie może pojąć, by tak rozsądny, jak ja czasami bywam, człowiek, przywiązywał wagę do takich babskich przesądów. Przyznał jednak, że przed laty, gdy był jeszcze młodym chłopcem, za nic w świecie nie puściłby się w drogę w piątek. A gdy raz się zdarzyło, że był do tego zmuszony, bo miał do wyboru: albo jechać w piątek lub nie jechać wcale — zaryzykował i był przygotowany na rozmaite wypadki i nieszczęścia.
Pragnął tylko żywym wrócić do domu.
Tymczasem okazało się, że nigdy w życiu nie doznał tylu przyjemności, co w czasie tej podróży. Powiedział więc sobie, że wyjeżdżać będzie zawsze w piątek, że za nic w świecie innego dnia nie wyjedzie i tego się trzymał całe życie.
Nastąpiła więc stanowcza decyzya, że w piątek wyjedziemy. Mam go oczekiwać na stacyi Wiktorya, o ósmej wieczorem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jerome K. Jerome i tłumacza: Emilia Węsławska.