Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XXIX.

Koło piątej Twardowski zajechał po panie, ażeby je swą limuzyną zawieźć do Zbychowa. Ich automobil odszedł o godzinę wcześniej, wioząc służącego, pokojówkę i kuferki. Wanda chciała nim pojechać, ale matka jej nie pozwoliła.
W drodze pani Czarnkowska opowiadała Twardowskiemu o Zbychowie i o dziecinnych latach Wandeczki, widocznie chcąc oderwać od obecnej chwili myśl dziewczyny, która siedziała w milczeniu, od czasu do czasu ocierając łzy, cisnące się jej do oczu.
Już było dobrze ciemno, kiedy zajechali przed dom zbychowski, obszerny dwór wielkoszlachecki, zbudowany, sądząc ze stylu, w końcu 18 wieku. Służący na wstępie zaraportował, że ciało złożono już do trumny i wystawiono w wielkiej sali.
Wanda, nie zdejmując płaszcza, pobiegła do sali. Pani Czarnkowska powoli się rozbierała, zatrzymując Twardowskiego.
— Niech mi pan nie próbuje w niczem pomagać — mówiła do niego. — Ja sobie sama ze wszystkiem poradzę. Niech się pan zajmie Wandeczką — ona jest bardzo biedna.
W tonie jej i ruchach Twardowski zauważył jakąś nową energję. Później stwierdził, że ta energja nie opuszczała jej ani na chwilę przez cały czas pobytu w Zbychowie. Była w wielkim stylu panią domu, pamiętającą o wszystkiem, wydającą rozkazy spokojnie, bez podniesienia głosu, rozkazy, które były natychmiast ściśle wykonywane.
Powoli przeszli do sali, gdzie zastali dziewczynę, klęczącą przed trumną ojca i zalaną łzami. Pani Czarnkowska zatrzymała się, wzrok jej padł na otwartą trumnę, na którą, dwie wysokie świece woskowe rzucały żółte, falujące światło, poczem uklękła i zaczęła się modlić. Oczy jej były suche...
Twardowski patrzył to na jedną, to na drugą z klęczących kobiet, porównywał je i próbował sobie odtworzyć, co się dzieje w duszy każdej z nich... Przypomniał sobie słowa pani Czarnkowskiej o Wandzie: “ona jest bardzo biedna”... A ty? — zapytał w duchu ze ściśniętem sercem.
Śmierć Czarnkowskiego była dużym wypadkiem nietylko dla okolicy. Miał on stosunki w całym kraju i niemało krewnych. Telegramy kondolencyjne napływały jeden za drugim tak, iż należało się spodziewać wielkiego zjazdu na pogrzeb.
Pani Czarnkowska o wszystkiem myślała. Zarządziła pogrzeb: pojutrze rano nabożeństwo żałobne w miejscowym kościele, po nabożeństwie złożenie zwłok do grobów rodzinnych. Rozpisała listy do okolicznego duchowieństwa z zaproszeniami do udziału w obrzędzie. Przygotowywała dom na przyjęcie licznych gości i wielkie śniadanie dla nich po pogrzebie. Wszystko robiła równo, ze spokojem. Twardowski nie mógł zrozumieć, skąd się w tej kobiecie wzięło tyle energji.
On sam starał się przebywać jaknajwięcej w towarzystwie Wandy. Mówił dużo, usiłując oderwać jej myśli, od tej stojącej w domu otwartej trumny; opowiadał jej wiele o sobie, o swej przeszłości od lat dziecinnych, wiedząc, że to ją interesuje. Dziewczyna była bierna, uległa, wpatrzona weń słuchała wszystkiego, co mówił. Straciwszy ojca, całkowicie już oparła się o niego, trzymała się go jakby w strachu, że bez niego zginie. Wszystko, co jej zalecał, wykonywała jak posłuszne dziecko...
— Mama postanowiła — mówił do niej — przedstawić mię krewnym i znajomym, jako twego oficjalnego narzeczonego. To dobrze, prawda?..
Przytuliła się do niego.
— Jaka ona dobra! — szepnęła. — O wszystkiem myśli i wszystko rozumie. Ja już nie mam siły grać dłużej komedji. Będę mogła mówić głośno, żeś mój...
W dzień pogrzebu od wczesnego rana zaczął się ruch pojazdow, zwożących gości na pogrzeb. Bliżsi zajeżdżali do domu, dalsi do kościoła. Wielu z nich znało cały bukiet wieści, puszczanych po Warszawie o Twardowskim, a byli między nimi i tacy, którzy mieli sposobność mu okazać, że tym plotkom wierzą. Pani Czarnkowska wszakże, która istotnie myślała o wszystkiem, zdążyła szepnąć paru paniom, że Twardowski jest bardzo bogaty i w ozy parę miljonów w Zbychów, aby podwoić jego dochody. Ta wieść z błyskawiczną szybkością rozeszła się wśród całego zgromadzonego towarzystwa. Natychmiast zapomniano o wszystkich plotkach, zaczęto mówić o świetnej partji, jaką robi panna Czarnkowska, a jej narzeczony stal się centralną osobą wśród zgromadzonych. W czasach takiego braku gotówki człowiek, rozporządzający miljonami, był bohaterem.
Dyskretnie, ze względu na smutną chwilę, składano młodej parze życzenia.
Twardowski przez cały czas porównywał ten okazały pogrzeb z bezdennie smutnym w swem ubóstwie obrzędem, odprawionym wśród nocy zimowej przez księdza Rybarzewskiego.
Podczas pogrzebu pani Czarnkowska trzymała się mężnie, ani na chwilę nie opuściły jej siły. Niemniej dobrze trzymała się przy śniadaniu, na które zaproszono kilkadziesiąt osób. Tylko ból, wypisany na twarzy Wandy, i takt zebranych sprawił, że nie wykoleiło się ono w ucztę zaręczynową. Gdy goście się rozjechali, gdy Twardowski, odprowadziwszy ostatniego do samochodu, wrócił do pań, siedzących w małym saloniku, zastał Wandę w ramionach matki i ujrzał łzy na twarzach obu kobiet.
Pani Czarnkowska otrząsnęła się.
— No, dziecinko rzekła — idź, gotuj się do drogi. I my pojedziemy.
— Dokąd? — spytała dziewczyna.
— Do Turowa.
Wanda zdziwiła się, że to następuje tak rychło, ale spojrzała na Twardowskiego i szybko wyszła wykonać rozkaz.
Jej przybrana matka odetchnęła z ulgą i rzekła do Twardowskiego:
— Ostatnie obowiązki pani Czarnkowskiej spełnione. Już ten dom nie jest moim domem.
Uprzejmy a nieinteligentny narzeczony panny Czarnkowskiej byłby ją upewnił, że zawsze jej domem będzie. Twardowski wszakże zrozumiał myśl nieszczęśliwej kobiety i nic nie odpowiedział.
Poszedł do swego pokoju przebrać się. Kazał przysłać sobie Marka. Szofer już był uprzedzony i gotów do drogi. Z mapą w ręku obliczył, że bocznemi drogami, niezawodnie bardzo lichemi, można się będzie dostać do Turowa w ciągu trzech godzin.
Twardowski, zeszedłszy nadół, zastał przed domem oba automobile. Wszystkie rzeczy były złożone w wielkim, otwartym samochodzie Czarnkowskich, do którego styłu były przymocowane dwa duże kufry. Siedziała w nim pokojówka.
Za chwilę zeszły panie.
— Pan nas zabierze do siebie — rzekła pani Czarnkowska — a Antosia pojedzie za nami.
Widać było, że wszystko do końca obmyśliła i przygotowała.
Już mieli wsiadać, gdy do przedpokoju wszedł administrator Zbychowa, którego Twardowski przedtem był poznał.
— Pani była łaskawa mię wezwać — rzekł do pani Czarnkowskiej.
— Tak. Chciałam panu podziękować za pańskie trudy w tej smutnej chwili i pożegnać się z panem — mówiła to tak, jakby opuszczała Zbychów na zawsze. — Pan wie, że pan Twardowski jest przyszłym mężem mej córki. Otóż on tu teraz rządzi: jemu pan będzie łaskaw składać sprawozdania i do niego się zwracać po zarządzenia.
Twardowski był zaskoczony; nie myślał jeszcze o tych nowych obowiązkach, które musiały nań spaść z konieczności. Nie okazał tego jednak. Wyciągnął rękę do administratora ze słowami:
— Zobaczymy się wkrótce.
Jechali dłuższy czas w milczeniu. Każde z nich pogrążyło się w swych myślach. Najbardziej skupioną była pani Czarnkowska: brwi jej ściągnęły się, oczy patrzyły wdał nieskończoną, a zaciśnięte usta świadczyły o powzięciu jakichś decyzyj nieodwołalnych.
— Dopiero dziś dowiedziałem się — przerwał milczenie Twardowski — że ze Zbychowa do mnie nie jedzie się przez Warszawę.
— To dobrze — odezwała się Wanda. — To mi daje poczucie, że będę niedaleko tatka.
Pani Czarnkowska drgnęła.
— Dziecko moje — rzekła — to jest bardzo daleko...
I jakby się spostrzegła, że powiedziała to niepotrzebnie, poprawiła się:
— Oczywiście nie dla ciebie. Cóż w twoim wieku znaczą trzy godziny choćby najgorszej drogi...
Wyrwana raz z zadumy zrobiła się rozmowna. Wypytywała Twardowskiego o dom turowski, o okolicę, o odległość od kościoła...
Droga, którą jechali, prowadziła przez miasteczko, które Twardowski znał dobrze, gdyż odwiedzał tam doktora Zemłę, i przez wieś kościelną.
Właśnie zbliżali się do miasteczka.
— Tu mieszka — rzekł Twardowski — zacny człowiek, doktór Zemła, który leczył mego stryja...
Pani Czarnkowska ożywiła się.
— Bardzo chciałabym go poznać.
— Zaprosimy go na jutro na obiad razem z proboszczem, dobrze?...
Przerwał i na brudnej ulicy miasteczka zatrzymał samochód. Wyskoczył na ulicę i podbiegł do idącego wpobliżu starego, małego wzrostu człowieka. Serdecznie się przywitali, zamienili parę słów i podeszli do automobilu.
— Pozwolą sobie panie przedstawić mojego przyjaciela, doktora Zemłę...
Doktór przez drzwiczki ucałował rękę pani Czarnkowskiej, czyniąc to niezgrabnie, tak, że się o mało nie przewrócił. Stał, poprawiając sobie okulary, i nie widział wyciągniętej do niego ręki Wandy, która się uśmiechnęła po raz pierwszy od śmierci ojca. Nareszcie się spostrzegł i zaczął ją przepraszać za swoje gapiostwo.
— Mój narzeczony — rzekła Wanda, której widocznie zależało na tem, żeby wszyscy wiedzieli — obiecał nam, że będzie pan u nas jutro na obiedzie. Ogromnie się z tego cieszymy.
— Czułabym się bardzo pokrzywdzona — dodała pani Czarnkowska — gdyby pan nam zrobił zawód.
Doktór wyjąkał obietnicę stawienia się, otrzymał za to podziękowanie i, pożegnany serdecznie przez towarzystwo, pozostał na środku ulicy. Tyle wrażeń w ciągu tak krótkiej chwili oszołomiło go. Wolnym krokiem ruszył ku domowi, gdzie czekało nań niezawodnie kilkanaścioro brudnych żydów.
— Coż to za oryginalny człowiek! — zawołała Wanda. — Jeszcze takiego nie widziałam. Ale ogromnie miły: musi być bardzo dobry. Ja się z nim zaprzyjaźnię.
Twardowski cieszył się, że dziewczyna nareszcie się ożywiła.
— Oto nasza wieś kościelna — informował panie.
— To tu jest ten cmentarz?... — zapytała pani Czarnkowska.
— Tak.
— Niech pan każe stanąć przed cmentarzem — rzuciła jakby rozkaz.
Wysiedli, weszli przez otwartą bramę.
— Gdzie? — zapytała.
— Tam, gdzie ten człowiek klęczy.
Nieco większa i wyższa od sąsiednich wznosiła się usypana z ziemi, zieleniejąca mogiła; u jej głowy stał wkopany w ziemię duży z prostego, okrągłego drzewa krzyż, a u stóp klęczał wysoki, barczysty człowiek.
— To Grzegorz — szepnęła do Twardowskiego Wanda, która widocznie dobrze zapamiętała służącego.
Ten, słysząc za sobą kroki, obrócił się. Zerwał się na nogi, złożył głęboki ukłon zbliżającym się i oddalił się, ustępując im miejsca przy grobie.
Pani Czarnkowska szła szybko naprzód. Padła na kolana, oparła głowę o mogiłę i tak pozostała bez ruchu.
Na widok tej kobiety w grubej żałobie, leżącej na mogile, nikt nie mógł mieć wątpliwości, po kim nosi żałobę.
Wanda stanęła, jak wryta. Z przerażeniem patrzyła na Twardowskiego, pytając oczyma, co to znaczy. Ten był niemniej przerażony; dziewczyna była zbyt inteligentna, żeby nie zrozumieć...
Obejrzał się, jakby szukając pomocy. W bramce cmentarza stał ksiądz Rybarzewski, patrząc ze zdumieniem na tę scenę.
— Chodź — rzekł do Wandy — poznam cię z moim proboszczem.
Poszła posłusznie. Ksiądz ruszył na ich spotkanie.
— Moja narzeczona, panna Czarnkowska — rzekł Twardowski, wymawiając nazwisko z naciskiem.
Ksiądz machinalnie wyciągnął do niej rękę, a oczy jego pobiegły ku kobiecie, leżącej na mogile. Wanda czytała w tych oczach, że rozumie on to, czego ona jeszcze nie zrozumiała.
— Zostawcie ją w spokoju — rzekł ksiądz, zatrzymując dziewczynę za rękę. Wyprowadził ich za ogrodzenie cmentarza.
Chcąc widocznie odwrócić uwagę od tamtej kobiety, rzekł do Wandy:
— To pani! Nic dziwnego...
— Co ja? i co księdza nie dziwi?
— Oddawna już zauważyłem w pan u Twardowskim wielką zmianę. Byłem pewien, że spotkał nareszcie tę, którą m u Bóg przeznaczył. I nawet mu to powiedziałem, ale on się nie chciał przyznać. Patrząc na panią, nie dziwię się, że zrobił ten wybór.
Blada twarzyczka dziewczyny zaróżowiła się. Patrzyła to na księdza, to na narzeczonego.
— Nie wiedziałam — rzekła zmieszana — że w tej okolicy księża mówią paniom komplementy.
— Niesłuszny zarzut — odparł proboszcz zadowolony, że udało mu się zająć uwagę dziewczyny. — Ksiądz mówi szczerze to, co myśli. Nie uwierzy pani, jaki będę szczęśliwy, jeżeli to ja będę wam ślub dawał. Bez żadnego wahania biorę ten akt na swoją odpowiedzialność.
Poczciwie się uśmiechnął.
— Ho — rzekł po chwili — ale pani już pewnie skończyła modlitwę. Chodźmy do niej.
Gdy się zbliżali, pani Czarnkowska podniosła głowę i otarła szybko łzy z twarzy. Wanda pochyliła się nad nią.
— Mamusiu, tu jest z nami ksiądz proboszcz.
Twardowski skoczył i pomógł podnieść się kobiecie, która stanęła przed nim blada, z wyrazem dziwnej pokory na twarzy. Znikła gdzieś wielka pani z dworu zbychowskiego.
Patrzyła badawczemi oczyma na księdza, którego jej przedstawiano.
— Czy ksiądz może mię jutro rano przyjąć do spowiedzi? — zapytała cichym głosem.
Twardowski poprowadził Wandę ku wyjściu z cmentarza, zostawiając panią Czarnkowską z księdzem. Dziewczyna, idąc obok niego, głośno myślała:
— Mamusia tak traktuje tego księdza, jakby go znała oddawna...
— Słyszała wiele o nim ode mnie — objaśnił ją Twardowski.
Spojrzała mu w oczy, jakby chcąc się więcej dowiedzieć, ale Twardowski dorzucił tylko:
— Ten ksiądz to duży człowiek.
Doszli do automobilu. Za chwilę zbliżyła się pani Czarnkowska z proboszczem, który na zaproszenie Twardowskiego obiecał przybyć nazajutrz na obiad.
Parę ostatnich kilometrów przejechali w milczeniu. Wanda ukradkiem spoglądała na matkę i myślała z widocznym wysiłkiem. Nie spostrzegły się obie, jak automobil stanął przed domem.
Twardowski sam poprowadził panie na górę do ich pokoi i objaśnił im ich rozkład.
— Za chwilę przyniosą rzeczy pań — rzekł — przyjechały one tuż za nami.
Wyszedł, zostawiając je w buduarze.
Wanda posadziła przybraną matkę na szezlongu i sama usiadła przy niej. Popatrzyła jej w oczy i rzekła:
— Mamusiu, czy mogę cię o jedną rzecz zapytać?
— Słucham.
— Dlaczegoś ty była zawsze dla mnie, jak rodzona matka? dlaczegoś mnie tak kochała?...
Pani Czarnkowska, zaskoczona tem nieoczekiwanem pytaniem, chwilę milczała. Wreszcie odpowiedziała cichym głosem:
— Dziecko, przecie ty jesteś córką mojej biednej, kochanej siostry.
— Rozumiem.
Rzuciła się przybranej matce na szyję.
— Mamusiu, mamusiu, jaka ty byłaś nieszczęśliwa!...
Pani Czarnkowska patrzyła na nią z przestrachem.
— Tyś tatka nie kochała, tyś kochała tamtego...
— Czy on był taki, jak Zbigniew?
To pytanie dodało pani Czarnkowskiej odwagi. Zdobyła się na odpowiedź:
— Zbigniew bardzo podobny do niego.
— Toś musiała go kochać.
Temi słowy córka Czarnkowskiego po jego śmierci dała absolucję jego owdowiałej żonie.
Po obiedzie, przy którym rozmowa toczyła się o doktorze Zemle i o księdzu Rybarzewskim, pani Czarnkowska, powołując się na zmęczenie, poszła do siebie na górę, a Twardowski z Wandą pozostań w hallu.
Nie chcąc, ażeby panie wchodziły, wieczorem do bibljoteki, nie kazał jej oświetlać, kawę zaś kazał stale podawać w “sieni.”
Zaraz po oddaleniu się pani Czarnkowskiej Wanda zwróciła się do narzeczonego.
— Teraz musisz mi powiedzieć wszystko o mojej mamusi i o twoim stryju.
Twardowski oniemiał.
— Nie bój się — rzekła — ja wiem, że mamusia kochała twojego stryja i jako żona mego tatka była bardzo nieszczęśliwa. Domyśliłam się tego i jej to powiedziałam, a ona nie zaprzeczyła. Tego tylko nie wiem, dlaczego, kochając twego stryja, była żoną mego tatka. Jej o to pytać nie mogłam, więc ty mi musisz powiedzieć.
Widział, że niema wyjścia. Zresztą, jeżeli dziewczyna wiedziała tyle, lepiej było, żeby wiedziała wszystko. Opowiedział jej więc całą historję w postaci jaknajmniej drastycznej.
Dziewczyna słuchała chciwie, wkońcu zaś rzekła:
— Więc ona aż do spotkania się z tobą żyła w przekonaniu, że ukochany przez nią człowiek był dotknięty obłędem?...
— Tak.
— I dopiero od ciebie dowiedziała się, że to jest kłamstwo? że wszystko zmyślił Culmer?... Boże, jakie to okropne!
Zamilkła. Otwarła szeroko oczy; na twarzy jej malowało się przerażenie.
— Gdybym ja uwierzyła temu, co o tobie mówiono...
Rzuciła mu się na szyję.
— Nie! nie! jabym nigdy nie uwierzyła! Nigdy!...
Tuliła się do niego cała drżąca. Bezskutecznie usiłował uspokoić ją pocałunkami.
— Ja od ciebie nie uciekłam... i nie pójdę od ciebie nigdy... choćbyś był najgorszy dla mnie. Ale ty?...
— Nie wierzysz we mnie?...
— Ja? w ciebie?... Niema nic na świecie, coby mogło moją wiarę zachwiać. Ale... ale jeżeli ciebie stracę? Ja już nie będę mogła żyć!
— Dlaczegóż masz mię stracić?
— Ja wiem, że to nie ma sensu, ale znów się boję o ciebie...
— Bądź spokojna, kochanie — mnie już nic nie grozi.
Drzwi się uchyliły, i wpadł Piorun.
Z oznakami szalonej radości rzucił się ku panu i z widoczną rozkoszą przyjmował jego pieszczoty. Twardowski wskazał m u Wandę.
— Przywitaj swoją panią. Rozumiesz, to twoja pani.
Pies zwrócił się do niej i położył łeb na jej kolanach. Twarz dziewczyny rozjaśniła się.
Wzięła łeb Pioruna w swe ręce, przytuliła do twarzy i pocałowała.
— Co ty robisz, Wandeczko? — zawołał Twardowski.
— To za ten gramofon — odpowiedziała. — Gdyby nie on... Boże, ja o tem myśleć nie mogę!...
— Nie trzeba myśleć o tem — rzekł Twardowski. — Nie trzeba, kochanie. Wiele strasznych rzeczy mogłoby nas spotkać, gdyby.. gdyby nie to, że nas nie spotkały. Trzeba iść przez życie i walczyć z wiarą w zwycięstwo, a zwycięstwo przyjdzie. Ja nie jestem z tych, którzy są bici... Mam pewność, że prędzej czy później zwyciężę.
Wpatrzyła się w niego: widział w jej oczach, że pod wpływem słów jego i w nią wiara wstępuje. Twarz jej zaczęła się rozjaśniać.
— Wiesz, mamusia, gdy się dowiedziała, że mam być twoją żoną, powiedziała: “Będziesz szczęśliwa za siebie i za mnie.”
Odprowadził ją do drzwi jej pokoju, i żegnając się z nią, spostrzegł, że u pani Czarnkowskiej jeszcze się świeci...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.