Dzieci złapane w sieci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sylwia Chutnik
Tytuł Dzieci złapane w sieci
Pochodzenie My, dzieci sieci: wokół manifestu
Data wydania 2012
Wydawnictwo Fundacja Nowoczesna Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło E-book na Commons
Inne Cała część III
Pobierz jako: Pobierz Cała część III jako ePub Pobierz Cała część III jako PDF Pobierz Cała część III jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SYLWIA CHUTNIK
Dzieci złapane w sieci

Teza Piotra Czerskiego zawarta w jego tekście My, dzieci sieci o wartościach wolności: słowa, dostępu do informacji czy kultury poparta jest swoistym „antypokoleniowym” manifestem skonstruowanym na przekór — w formie wspólnotowego głosu. Trudno się z nim nie zgodzić, wszak liczne próby sztucznego ujednolicenia młodych ludzi kończyły się koturnowym szufladkowaniem na potrzeby kolejnej jałowej dyskusji medialnej. Tak, jesteśmy pokoleniem wyrastającym z przekształcenia rzeczywistości, która poziom realny rozszerzyła o wirtualny, cyfrowy i porusza się teraz swobodnie między podwórkiem a ekranem komputera. Rzeczywistość jest bardziej elastyczna niż zwykle: pozwala się lepić w zależności od potrzeb, kusi zmiennością i tymczasowym ukorzenieniem. Dla tradycjonalistów to sytuacja alarmująca, zmierzch jasnych podziałów i hierarchii. Dla ludzi swobodnie poruszających się między wersją trójwymiarową a sieciową takie zmiany są czymś naturalnym. Czymś, co zastali, wchodząc w świadome życie, i nie wyobrażają sobie innej sytuacji niż ta obecna. Wspólnotowość sieci, jej nieskończona pojemność i globalna uniwersalność jest wygodnym „dyskiem zewnętrznym” naszej świadomości, jak pisze o niej Czerski. Dobrze jest mieć coś wspólnego, jakąś bazę. Może nie wartości, ale z pewnością informacji i produktów, z których można od biedy przygotować zaczyn wspólnych doświadczeń. Według tej zasady dzieci na całym świecie wychowują się na takich samych filmach i grają w takie same gry. Niezależnie od miejsca zamieszkania posługują się podobnymi sformułowaniami zaczerpniętymi z bajek, bawią figurkami postaci z wysokobudżetowych hitów i mają dzięki temu ujednoliconą bazę: rozmów i, być może, poglądów. Ich dysk zewnętrzny napełnia się równomiernie, niezależnie od poziomu ekonomicznego. Zgodnie z wolnym dostępem do kultury, masowością i wielokrotnym przetwarzaniem obrazów (telewizja, komputer, komórka, tablet).
Mimo wszystko pozostajemy indywidualistami spędzającymi czas niczym voyeuryści podglądający ekscytujące sceny na YouTube czy serwisach społecznościowych. Indywidualizm tworzy tymczasowe wspólnoty, bazujące na dzieleniu się, share'owaniu, linkowaniu i udostępnianiu. Zapraszamy na chwilę do swojego świata zbudowanego z części, które można znaleźć na dysku zewnętrznym. Od czasu do czasu dodajemy coś od siebie: memy, film, hasło w Wikipedii. Na zasadach peer to peer rozszerzamy coraz bardziej bezgraniczne pola eksploatacji kultury i informacji. Robimy to w imię spontanicznej sprawiedliwości: wzięłam coś od dysku, to chcę również coś dodać od siebie. Nikt nas nie rozlicza i nie sprawdza, dzielimy się i dodajemy według swoich zasad i subiektywnie pojmowanej kwestii dzielenia się i korzystania z dóbr sieci.
Jak to się odnosi do życia w świecie 3D? I, najważniejsze, jak to się ma do wolnościowego widzenia świata? Sama wolność jako cnota — zgadzam się. Ale postrzeganie tej wolności nas różni, a czasem przybiera karykaturalne wręcz formy.
Piotr Czerski stawia tezę, że nowe pokolenie dzięki technologicznym zdobyczom ma niemal naturalną wiarę w wolność i demokratyczne procesy, niehierarchiczne struktury, a dzięki globalnej sieci jej uczestnicy odczuwają wspólnotę zainteresowań i poglądów zarówno z sąsiadem z tej samej ulicy, jak i kimś, kto mieszka na drugiej półkuli.
Niewątpliwie internet staje się na naszych oczach medium dominującym, w niektórych dziedzinach wypierającym na przykład tytuły prasowe, zastępowane przez wydawców wersjami elektronicznymi. Głośny był przypadek rezygnacji z wersji papierowej tygodnika „Newsweek”. Na razie decyzja dotyczy tylko wydania amerykańskiego, ale nie trzeba być szczególnie przewidującym, aby dostrzec, że mamy tu raczej do czynienia nie tyle z incydentem, co z początkiem pewnego procesu. W Polsce coraz głośniejsze są plotki o podobnej decyzji dotyczącej „Gazety Wyborczej”, jeszcze dekadę wcześniej niekwestionowanego lidera prasy codziennej.
Warto się zastanowić, czy nowa era podłączenia milionów ludzi do globalnej sieci rzeczywiście przyczynia się do propagowania ducha wolności i demokratycznych ideałów. Najlepiej zacząć od własnego podwórka, bo tu też pewne procesy mogą być lepiej zrozumiałe niż przykłady z bardziej odległych krajów.
Pozornie demonstracje w sprawie nowych regulacji dotyczących internetu, znane jako anty-ACTA, mogą tylko potwierdzać tezę. Tysiące młodych Polaków wyległo, pomimo mrozu, na ulice, aby wykrzyczeć niezgodę na zwiększenie kontroli nad przestrzenią internetową. Głośno domagali się prawa do wolności w sieci i nieingerowania w tą przestrzeń przez czynniki rządowe albo korporacyjne. Wydawałoby się, że nic, tylko się cieszyć. Oto rzesze podpiętych pod „dysk” walczą w imię wspólnotowej świadomości, niezależnej od pieniędzy czy hierarchii. Mogliśmy potem zobaczyć, jak na węgierskich czy niemieckich demonstracjach zainspirowanych masowymi polskimi protestami skandowane są niektóre hasła po polsku, jakby w podziękowaniu za zwrócenie uwagi przez Polaków na problem wprowadzania wirtualnej cenzury po cichu. Wszak regulacje, o których mowa, dotyczyły wszystkich krajów Unii Europejskiej. I tu dochodzimy do zasadniczej kwestii — czy ktoś, kto krzyczał: „Nie dla ACTA”, może być z automatu traktowany jak zwolennik nieskrępowanej wolności wypowiedzi i dostępu do informacji, jak to chciało widzieć wielu komentatorów?
Należy raczej stwierdzić, że jest to przykład myślenia życzeniowego, podobnie jak przekonanie Czerskiego, że ludzie wychowani na powszechnym dostępie do internetu cenią sobie ten dostęp jako kanał umożliwiający uczestnictwo na przykład w kulturze i że to wszystko przekłada się mimochodem jeszcze na wiarę w prawdziwą demokrację, o „jakiej nie śniło się publicystom” starszej daty. Dlaczego trudno podzielać ten hurraoptymizm, mimo zgody na wspólnotowość? Ano dlatego, że nic nie wskazuje na to, żeby młodzi ludzie cenili sobie jakoś szczególnie mocniej takie wartości, jak wolność i demokrację, niż starsze pokolenia. Faktycznie, pewne rozwiązania technologiczne są dla nich oczywiste i lepiej się w nich obracają. Proste: bo w nich dojrzewali i bez nich świat staje się coraz bardziej niemożliwy. It’s the end of the world as we know it — and I feel fine[1], ponieważ nie muszę wysyłać listów na poczcie i czekać tygodniami na odpowiedź, tylko wchodzę na Skype’a i konwersuję, kiedy chcę. Szybkość i niezawodność, brzmi jak idealny slogan. Ale czy reklamować on może poczucie wolności?
Rozwój technologii sprzyja, ale nie przekłada się automatycznie na wyznawane poglądy czy deklarowane wartości. Jeżeli już mowa o demonstracjach ACTA, to organizowali je w niektórych miastach (na przykład w Łodzi) przedstawiciele skrajnie prawicowych formacji politycznych w rodzaju Obozu Narodowo-Radykalnego. Liderzy tej organizacji nie kryją nienawiści do demokracji i otwarcie deklarują chęć zastąpienia obecnego ustroju narodową dyktaturą. Organizowali demonstracje przeciw ACTA głównie dlatego, że szczerze gardzą obecną ekipą rządową z premierem na czele, a poza tym internet stał się dla nich doskonałych polem do własnej propagandy. Gdy na warszawskiej demonstracji pod Pałacem Prezydenckim pojawił się Janusz Palikot, znienawidzony przez narodowych radykałów za swoje poglądy w kwestiach obyczajowych, został szybko otoczony, a potem nawet uderzony w twarz przez działacza Młodzieży Wszechpolskiej. Pochwalił się potem tym wyczynem swego kolegi na jednym z prawicowych portali prezes tej organizacji Robert Winnicki. Jak wolność w wyrażaniu poglądów, to na całego.
O tym, że internet może być miejscem do szerzenia wszelkich poglądów, w tym tych zupełnie przeciwnych wolnościowym, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Ilość agresywnych komentarzy jest wprost proporcjonalna do stopnia frustracji ich autorów i wpisuje się w stosunkowo nowe zjawisko zwane cyberprzemocą. W skrajnych przypadkach możemy mówić nawet o linczu internetowym. Głośna była sprawa pielęgniarki opiekującej się brytyjską księżną Kate. Po tym, jak dała się podejść parze radiowych dziennikarzy podszywających się pod rodzinę królewską, nie wytrzymała ciśnienia i fali złośliwych komentarzy w internecie. Znaleziono ją martwą w jej domu. Wszystko wskazuje, że popełniła samobójstwo. W tym momencie ostrze internetowych haterów natychmiast zwróciło się przeciwko dziennikarzom i ich redakcji. Ktoś musi być winny.
Wracając do krajowego podwórka, niestety nie ma przesłanek, aby uważać, że zwiększający się z każdym rokiem dostęp do internetu wzmacniał tendencje prodemokratyczne czy też wolnościowe. Na naszych oczach możemy obserwować swoisty przechył na prawo wśród młodych ludzi, czego najlepszym przykładem jest porównanie frekwencji na rozmaitych marszach z okazji 11 listopada. Kilkadziesiąt tysięcy w większości młodych ludzi przyszło na Marsz Niepodległości organizowany przez wspomniany ONR i Młodzież Wszechpolską. Obie organizacje otwarcie wypowiadają się za przejmowaniem ulic, działaniami radykalnymi i wrogo odnoszą się nie tylko do jakichkolwiek przejawów lewicowości (nazywanych tam pogardliwie lewactwem), a nawet do takich formacji politycznych, jak Prawo i Sprawiedliwość. Dla nich to zgniła i „umoczona” prounijna partia zdrady. Taką demonstrację ochoczo wsparły środowiska kibicowskie z niemal całej Polski, zjednoczone hasłem „Donald, matole, twój rząd obalą kibole”. Agitacja na demonstrację 11 listopada odbywała się równolegle na stadionach i w internecie. Na prawicowy radykalizm wśród kibiców niewątpliwie miała wpływ nieprzemyślana, delikatnie mówiąc, wojna rządu ze stadionowym chuligaństwem, gdzie wszystkich kibiców wrzucono do jednego worka. Wiele z tych grup w ostatnich latach jednoznacznie opowiedziało się bardzo mocno po prawej stronie sceny politycznej. Oczywiście, sporo w tych deklaracjach jest frazeologii odnoszącej się do wolności, jednak jest to wolność szczególnie pojmowana, gdzie słowo „tolerancja” jest epitetem, a hasło „śmierć wrogom ojczyzny” jest traktowane dosłownie i jako obietnica jedynie odroczona w czasie. Wystarczy wejść na najpopularniejsze fora kibicowskie, aby przekonać się o sympatiach i wyznawanych wartościach. Nawet pobieżna lektura niektórych nicków nie pozostawia złudzeń, z kim ma się do czynienia. Bynajmniej nie należą do wyjątków uczestnicy politycznych dysput na tych forach, dopisujący do swych nicków nieprzypadkowe cyfry 14 albo 88 (obie odpowiadają kolejnym literom w alfabecie i są zakamuflowanym oddaniem czci Adolfowi Hitlerowi), wstawiający banery z logiem Blood & Honour. Krzyż celtycki z dopiskiem White Pride jako avatar nikogo specjalnie tam nie dziwi. Wpisy w rodzaju: „potrzeba nam nowego führera” albo serwujące listę „prawdziwych” nazwisk najważniejszych polityków ostatniego 20-lecia też nie pozostawiają złudzeń co do wyznawanej ideologii. Niezgoda na obecność obcych, wrogość do innych religii czy zwykły antysemityzm jest tam oznaką posiadania własnych poglądów. Jeżeli ktoś ośmiela się je zakwestionować, zarzuca mu się indoktrynację przez TVN, Blumsztajna i Michnika. Problem w tym, że poza pojedynczymi przypadkami, nikt z ludźmi o skrajnych poglądach na tych forach właściwie nie polemizuje. A jeżeli już, to niemal natychmiast pojawiają się agresywne wpisy (w rodzaju: mamy twoje IP, namierzymy cię) skierowane wobec tych nielicznych, którzy ośmielają się wyrazić inne niż dominujące zdanie na dany temat. Obowiązujący kanon poglądów jest wypracowany i co tu dużo mówić, daleki od wolności rozumianej w duchu liberalnym (nawiasem mówiąc, to słowo również jest w tych kręgach traktowane jako obelga). Dlatego trzeba naprawdę wykazać się sporą odpornością na rzeczywistość, aby wciąż utrzymywać, że mamy do czynienia z prodemokratycznie i niehierarchicznie nastawionym pokoleniem dzieci z sieci. No chyba że mamy na myśli naprawdę dzieci, dzielące się kodami do gier na serwerach.
Nie chodzi tu przecież o utyskiwanie nad tymi „z innymi poglądami niż nasze”. Pojemność i dostępność sieci wyzwala różne emocje i zbiera różnych ludzi, często o wykluczających się systemach wartości. Nie można jednak udawać, że — mimo różnic — łączy ich poczucie wolności. A jeśli już, to do wyrażania swoich poglądów. To fakt. Pozostaje tylko pytanie, co te poglądy ze sobą niosą i gdzie kończy się wolność w przypadku, gdy ktoś wykorzystuje ją do jawnego wzywania do nienawiści?
Współpraca: Zbigniew Modrzewski



Przypisy

  1. Ang.: To koniec świata takiego, jaki znamy — i czuję się z tym dobrze. (Tytuł piosenki amerykańskiej grupy rockowej R.E.M. z 1987 r.) Red. WL.