Dzieła Wiliama Szekspira/Objaśnienia/Koryolan

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Biegeleisen
Tytuł Koryolan
Pochodzenie Dzieła Wiliama Szekspira Tom II: Objaśnienia
Data wydania 1897
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Wszystkie obj. do tomu II
Pobierz jako: Pobierz Wszystkie obj. do tomu II jako ePub Pobierz Wszystkie obj. do tomu II jako PDF Pobierz Wszystkie obj. do tomu II jako MOBI
Wszystkie objaśnienia
Cały tom II
Cały zbiór:
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
Koryolan

W cyklu tragedyi rzymskich należy się pierwsze miejsce „Koryolanowi“, nie ze względu na czas powstania — bo utwór ten napisany był około 1605 r. t. j. po „Juliuszu Cezarze“, a prawdopodobnie przed „Antoniuszem i Kleopatrą“ — ale przez wzgląd na wątek historyczny tych sztuk, z których dwie ostatnie tworzą pewną całość, pierwsza zaś poprzedza je historycznie. Następstwo to wskazane było również niedostatecznie ustalonymi wynikami badań nad powstaniem dzieł Szekspirowskich.
Głownem źródłem „Koryolana“ są żywoty Plutarcha (Bioi), znane Szekspirowi z przekładu angielskiego Tomasza North’a. Zestawiam tu, dla porównania z tragedyą, życie „Koryolana“ podług Plutarcha.
Koryolan w młodości utracił ojca a osierocenie to zostawiło na nim niezatarte ślady. Jak bowiem bujna rola, nieuprawiona chwast wydaje, tak i w tym mężu znamienitym, złe wychowanie wywołało;upór, zbytnią czułość i popędliwość nad miarę, a te przywary mimo wielkich jego przymiotów, były przykre.
Za czasów Koryolana najwięcej w Rzymie popłacała waleczność. Sposobił się więc przez ustawiczną szermierkę i zapasy ku nabraniu siły, wytrzymałości, zręczności i nikt mu w tem nie mógł wydołać. Upał, zimno, głód, tak znosił, jakby czucia nie miał, gdy zaś przyszło do bitwy, nigdy inaczej z placu nie schodził, tylko zwycięzcą.
Zbyt wczesne nagrody zatrzymują niekiedy w wspaniałym ku sławie pochodzie. Inaczej się rzeczy miały z Koryolanem. Wodzowie, pod którymi walczył, ubiegali się, który z nich miał większą nagrodą waleczność jego uwieńczyć. Kiedy inni brali za cel zysk lub sławę, on sławy dlatego najbardziej szukał, aby nią pocieszył matkę, którą serdecznie kochał, która chowała nagrody i wieńce, a płacząc z radości, ściskała ulubionego syna. Pomnąc co był winien matce, całem życiem wypłacał się z obowiązków. Jakoż i żonę pojąwszy, wraz z dziećmi w domu macierzyńskim mieszkał.
W owym czasie zaszły spory między ludem a patrycyuszami, którzy jako wierzyciele nielitościwie obchodzili się z dłużnikami. Gdy nic nie ustanowiono, coby złemu mogło zapobiedz, lud z Rzymu wyszedł i osiadł na górze świętej, którą nie daleko od miasta oblewała rzeka Anium. Wysłano z senatu poselstwo, złożone z dziesięciu starszych. Na czele ich będący Menenius Agrypa od tego rzecz zaczął: „Czasu jednego zbuntowały się były członki przeciw żołądkowi o to, iż wśród nich osadzony, w niczem się nie przykładał do pracy, którą dla niego ponosiły. Ale on się śmiał z tego, iż nie wiedziały, jak strawiwszy to, co mu dawały, każdego z nich żywił i orzeźwiał. Tak to z nami dzieje się Rzymianie; senat radą publiczną rzecz trawi, a to trawienie żywi, rzeźwi i udziela każdemu z obywateli. co mu się należy“.
Przypowieść ta zręcznie przystosowana odniosła skutek. Lud powrócił do Rzymu, pod warunkiem, iż corocznie z pomiędzy siebie obierać będzie trybunów, którzyby się za nim ujmowali.
Pobłażanie takowe nie w smak poszło Koryolanowi i byłby się układowi sprzeciwił, gdyby nie wzgląd na potrzebę ojczyzny. Wolskowie bowiem napadli właśnie na Rzym.
Stanęło w krótkim czasie liczne wojsko na pogotowiu a Kominiusz objąwszy nad niem dowództwo, wszedł w kraj Wolsków i obiegł najcelniejsze ich miasto, Koryole. Marcyusz, który przyszedł mu na pomoc, zmusił Wolsków do ucieczki, ścigał ich i oparł się aż o bramy miejskie. Rzymianie, wzmożeni i pobudzeni jego przykładem, uderzyli na miasto i zdobyli je. Gdy konsul uwielbiał jego czyny przeznaczając dlań dziesiątą część wszystkiej zdobyczy, Marcyusz tak się odezwał: „Niech zdobycz cała idzie na moich współbraci, ponieważ jednak w liczbie niewolników znajduje się jeden, z którym zostaję w przyjaźni, proszę, aby mógł być wolnym“. Zezwolił na to konsul a wojsko podziwiało pogardę bogactw i czułość znakomitego bohatera. Gdy okrzyki ustały, rzekł Kominiusz: „Towarzysze! nie rzecz przymuszać Marcyusza do brania darów. To mu dajmy, czego odrzucić nie może: na wieczną pamiątkę swych dzieł znamienitych, niech się zwie odtąd Koryolanem“. Jakoż do dwóch, które przedtem nosił nazwisk, Kajus Marcyusz otrzymał teraz trzecie.
Po szczęśliwie zakończonej wojnie, znowu lud powstał przeciw patrycyuszom, z przyczyny drożyzny zboża. Trybunowie widząc niedostatek żywności, złożyli winę tego stanu na majętnych, jakoby oni zamknąwszy swoje spichlerze byli przyczyną głodu, jedynie z zemsty nad ludem.
Gdy czas przyszedł obierania konsulów, stanął w liczbie starających się o ten urząd Koryolan. Lud, chociaż mu był przeciwny, nie mógł jednak odrzucić prośby tak zasłużonego ojczyźnie męża, zwłaszcza, gdy pokazywał blizny ran i przypominał siedemnastoletnie wojny, na których odniósł tyle zwycięstw. I już był skłonił ku sobie umysły. Ale dnia ostatniego wszedł na plac, otoczony senatem i w wielkim orszaku patrycyuszów, z okazałością, która zdawała się być mniej przyzwoitą proszącemu; odrzucili go więc powszechnie i wyznaczyli dwóch innych konsulów.
Postępowanie to oburzyło senat i patrycyuszów. Koryolan popędliwy odchodził prawie od siebie z gniewu i pałał zemstą. Ujęło mu bowiem było przyrodzenie dwóch najistotniejszych przymiotów do jednania sobie serc ludzkich: umiarkowania i cierpliwości, a zbyt ulegające wychowanie nie wykorzeniło, przynajmniej nie zmniejszyło tych przywar.
Właśnie w tych czasach nadesłano do Rzymu wiele żywności. Zgromadził się natychmiast lud zgłodniały i otoczył miejsce rady, spodziewając się, że zboże będzie rozdane darmo, albo przynajmniej tanio sprzedawane. I takie było zdanie niektórych senatorów. Ale Koryolan sprzeciwił się podziałowi i taniej sprzedaży, mieniąc w obraźliwych wyrazach lud buntowniczym, zuchwałym i zbyt zaufanym w swojej mocy motłochem. Powstał przeciw świeżo nadanemu przywilejowi obierania trybunów, ustanowionych jakoby w nagrodę rokoszu i obelżywej secesyi. To słysząc trybunowie wyszli z senatu i udali się do ludu, opowiadając, jak go znieważano i wzywając ku wspólnej obronie. Obruszyło to lud niezmiernie i ledwo go trybunowie wstrzymali, iż się na senat nie rzucił, zwalając tę winę na samego tylko Koryolana. Posłano więc, aby go senat stawił, ale gdy liktorów odepchnął od siebie, szli sami trybunowie wraz z edylami, aby go przywieść. Jakoż już był ujęty, lecz go patrycyusze z rąk ich wyrwali.
Konsulowie z obawy o bezpieczeństwo publiczne, ustąpili naleganiom trybunów, którzy ręczyli za lud pod warunkiem, iż Koryolan, jako obrażający, stawi się na usprawiedliwienie. Dlatego zaś uczynili to, aby jeśli się nie stawi, (czego spodziewać się było można po jego sposobie myślenia), obruszył jeszcze bardziej na siebie lud, jeśliby zaś stanął, przełamaliby upór swego nieprzekonanego w zawziętości wroga.
Stanął Koryolan, ale zamiast próśb i upokorzenia przywdział postać oskarżyciela, lżąc zuchwałymi wyrazami gmin nieposłuszny i krnąbrny. Gdy mówić przestał, weszli trybunowie w radę. Poczem wydał wyrok jeden z nich (Sycyniusz), iż lud skazuje Koryolana na śmierć: przez zepchnięcie ze skały Tarpejskiej.
Chcieli go tedy jąć edylowie, jak im polecono, ale otaczający go zewsząd patrycyusze, uśmierzyli trybunów, i na tem stanęło, aby pierwej złożono sąd, nim zapadnie wyrok. Zarzucano mu kuszenie się o tyranię.
Stanę — rzekł Koryolan — przed ludem niezawistnym, nieuprzedzonym i gotów jestem śmierć ponieść, jeśli zostanę przekonanym. Jakoż w dniu wyznaczonym stanął u sądu. Oskarżono go, iż chciał znieść, urząd trybunów, iż sprzeciwiał się rozdawaniu i sprzedaży nadeszłego zboża, a wreszcie, iż zdobyczy z Ancyatów nie wniósł do skarbu, ale rozdał miedzy swoich. Gdy przyszło do kreskowania, padł wyrok skazujący go na wieczne wygnanie. Zdał się być nań nie czuły, a powróciwszy do domu, gdy żegnał płaczącą żonę i matkę, nakłaniał je, aby los swój znosiły cierpliwie. Poczem wyszedł z miasta i dni kilka na wsi przemieszkał, myśląc o tem, gdzieby się potem udać.
Po długim namyśle przemógł nakoniec zły duch zemsty, postanowił więc pójść do nieprzyjaznych Rzymowi sąsiadów, nakłonić ich do wojny i walczyć na ich czele przeciw niewdzięcznej ojczyźnie. Najodpowiedniejszy ku temu przedsięwzięciu wydał mu się naród Wolsków, lubo świeżo przez niego zwyciężony, przecież jeszcze potężny.
Był w mieście Ancyum Tulus Amfidyus, mąż między Wolskami tak dalece sławny, iż go jak króla szanowali. Do jego domu przyszedł wprost Koryolan, i nie mówiąc żadnego słowa, usiadł w przysionku. Zadziwieni domownicy nie śmieli go ruszyć z miejsca, dali tylko znać gospodarzowi, który natychmiast przyszedł i zapytał Koryolana, kim jest i czego żąda. Podniósł głowę naówczas Koryolan i rzekł: „Jeśli mnie jeszcze nie poznajesz, albo jeżeli nie dowierzasz swemu wzrokowi, wiedz, iż ja jestem ów Marcyusz, który tyle złego zdziałał Wolskom. Przydomek mój Koryolana dowodem tego, co mówię. Jeżeli śmiesz wojować z Rzymianami, korzystaj z mojego nieszczęścia. Stanę na czele i dzielniej jeszcze, niż przeciw wam niegdyś, będę przeciw nim walczyć. Jeśli mimo to, coć mówię, lękasz się, na nic mi się zda żyć, ani tobie oszczędzać nieprzyjaciela“. Niezmiernie tem ucieszony odpowiedział Tulus: „Wstań Marcyuszu i zaufaj mi; ofiarowujesz nam dar nieoceniony, oddając siebie, bądź pewien u Wolsków wdzięczności“.
Tymczasem po wygnaniu Koryoiana zwiększyły się jeszcze bardziej w Rzymie zamieszania. Walka patrycyuszów z ludem doszła do ostatniego stopnia zaognienia, a bojaźń coraz większych rozruchów przerażała umysły spokojnych obywateli.
Złączony z Tulusem Koryolan nakłaniał tymczasem Wolsków do wojny. Uchwalono więc wyprawę przeciw Rzymowi i wezwano Koryolana do rady, na której oddano władzę nad wojskiem jemu i Tulusowi.
Wpadł więc Koryolan w kraj Rzymski, paląc i niszcząc naokół, szedł już prosto na Rzym. Poznał naówczas senat błąd swój i wysłał posłów z oznajmieniem Koryolanowi, iż wyrok potępienia jego zniesiony zostanie, jeżeli odstąpi od przedsięwzięcia.
W obecności zgromadzonego wojska słuchał Koryolan posłów i tak im odpowiedział: „Oddajcie coście wzięli dotąd Wolskom, przyjmijcie ich jako naród latyński w skład społeczeństwa rzymskiego a wtenczas otrzymacie pokój — daję wam dni trzydzieści do namysłu“. To wyrzekłszy odprawił posłów.
Nie podobało się to Wolskom. Tulus zazdrościł mu jego przewagi; odtąd wszczęła się wzajemna nieufność, która się potem zmieniła w nienawiść.
Po trzydziestu dniach przybyło znów do Koryolana poselstwo Rzymskie. Otrzymawszy odmowną odpowiedź, wysłali Rzymianie kapłanów, przybranych w strój uroczysty, błagając go o litość. Ale i starców widok, i ich usilne prośby, nie wzruszyły jego serca; odprawił ich z tą odpowiedzią, co i pierwszych posłów.
W powszechnej trwodze wyczekiwał już naród rzymski ostatniej chwili. Niewiasty i dzieci zachodziły się od płaczu. Z tych Walerya, siostra owego sławnego Publikoli, przyszła do matki Koryolana, Wolumnii, i zastawszy ją wraz z synową, wskazała na wielki orszak niewiast, które z sobą przywiodła, i tak się odezwała: „Wolumnio, matko! i ty Wirginio, małżonko Koryolana, widzicie, nie z rozkazu senatu po was przychodzą obywatelki Rzymu, ale z woli bogów, którzy skłaniając się do naszych pokornych próśb, natchnęli nas do tego kroku, od którego może los Rzymu zawisł, a wam wieczysta urośnie sława. Idźcie z nam i do Koryolana i dajcie ojczyźnie waszej świadectwo, że ona zemstą się nie uwodzi wobec matki za czyny syna“.
Zezwoliła ochotnie na żądanie Rzymian Wolumnia, i wkrótce ujrzeli Wolskowie zbliżające się ku ich obozowi niewiasty, na których czele była matka i małżonka Koryolana. Przyjął je siedząc na wyniosłem krześle, ale gdy spostrzegł matkę, rzucił się do nóg jej, uściskając razem z nią małżonkę i dzieci, a ukoiwszy się w rozrzewnieniu, pytał, czegoby żądały. Naówczas tak się odezwała do niego Wolumnia: „Po smutku na twarzach naszych i po żałobnej odzieży poznajesz, do jakiego nas stanu przywiodło twoje wygnanie. Zważ, jakieśmy nieszczęśliwe, gdy to, co mamy najpożądańszego, staje się nam najstraszniejszem. Ty, synu! na czele nieprzyjaciół! Co jest dla innych pociechą w nieszczęściu, gdy udać się mogą do bogów, to się nam staje przyczyną żalu i trwogi. Jak błagać ich o to, abyś i ty i Rzym ocalał? Ja tego nie doczekam i doczekać nie chcę, abyś ty Rzym, lub Rzym ciebie pokonał. Pamiętaj jednak na to synu, iż zwycięzca, ojczyznę zgubisz — zwyciężony i nas i siebie“. Padła mu tedy do nóg, on jednak zawołał z płaczem: „Co czynisz?“ i podniósłszy ją z ziemi, rzekł rozrzewniony: „Zwyciężyłaś matko! Zwycięstwo twoje przynosi Rzymowi niepodległość, lecz synowi twemu zgubę“.
Odstąpił od Rzymu, ale gdy powrócił do Ancyum, odjęto mu władzę nad wojskiem i kazano, aby zdał sprawę z swoich czynności. Gdy się w tym celu stawił na zgromadzeniu, Tulus z przyjaciółmi wszczął tumult, porwano się do broni. Ze wszech stron otoczony Koryolan zginął zabity. Sprawiono mu wspaniały pogrzeb, godny bohatera.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Biegeleisen.