Dzieła Cyprjana Norwida/Urywki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cyprian Kamil Norwid
Tytuł Drobne utwory poetyczne
Pochodzenie Dzieła Cyprjana Norwida
Data wydania 1934
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza „Parnas Polski”
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały wstęp
Pobierz jako: Pobierz Cały wstęp jako ePub Pobierz Cały wstęp jako PDF Pobierz Cały wstęp jako MOBI
Indeks stron

URYWKI

CNÓT OBLICZE.

Cnoty spotkałem trzy różne oblicza:
Jak światło, cień i złudzenie;
Lecz głosić nie chcę, która z nich zwodnicza
Strona — całość trzech ocenię.

Cnotę tragiczną widziałem, od wieków
Jako zwyciężała opór,
Od hardych mieczów do krzyżowych ćwieków,
Od więzień pod sznur i topór,

Od łez połkniętych do pogody czoła,
Wszechkrólującej wielmożnie,

Jako, gdy posąg wwodzą do kościoła,
Nie chylą się on ostrożnie,

Lecz owszem, w górne świątyni sklepienia
Poglądać zda się, jak w domu,
Lub twarde członki na łoże z kamienia
Idzie wyciągnąć bez sromu.

Tragicznej cnoty widziałem to ijście
W kościół tryumfu wysoki,
A wieńce za nią padały, jak liście,
A drżały przed nią obłoki.

Widziałem potem dramatyczną cnotę,
Pełną giętkości, jak fala,
Co łan użyźnia pod pszenice złote,
Skały przybrzeżne obala.

Przez jej zawistnych im samym zakryta,
Jak w masce nieobmyślonéj,
Dzieł dokonywa, których hipokryta
Sam nie dociekłby zasłony!...

(Końca brak).


WTEDY TY, MATKO...

............
Wtedy ty, matko, przez zrządzenie boże
Uprzedzasz wszystkich, drogę znając drugą:
I stajesz cicho, gdzie drobne jest łoże,
A świecy jasność okrywszy prawicą
Cień ręki rzucasz, wielki, jak komnata,
Którego palce, szyte błyskawicą,
Drżą, i baldakin stąd nad dzieckiem lata...
Niemowlę śni coś, a gwiazdy się świécą.


2.

Kiedy zaś uśnie jakie społeczeństwo
Organem, który całość uczuć dawa,
I niewidzialne nastanie męczeństwo
Tego, co czuwa lub co raniej wstawa,
I oziębi się wszelkie pokrewieństwo,
Choć w okna jasność już zamży bladawa,
Sen jeszcze radzi stale bezpieczeństwo
I szepta jeszcze, że płonną obawa —
Choć czujność stanie się rzemiosłem stróżów,
Pieczołowitość nadzorców urzędem,
Pewność trwałością niepewnych przedmurzów,
Ciepło ogniska gościnności względem...
I jednak, choć już słońce, na trzy chłopy
Wstawszy, odeszło w safirowe stropy,
Sen, niesłychanie podobny do jawu,
Trwa, sprzeciwiając się bożemu prawu —
Ty wtedy znowu, drogę znając drugą,
Nie czekasz, aż się rozmówi gość z sługą,
Lecz za dom cały czuwasz niewidzialnie —
Ty, społeczeństwa stawszy się zasługą,
Kryjesz znów światłość okrutną realnie!


3.

Niechże ci będzie «Cześć», jak jest rzeczono:
Nietylko kochaj, lecz miej dla rodziców
Układność wdzięku i mowę pieszczoną,
Lub przyrodzone uśmiechnięcie liców
(Które do łani ma też sarnię młode,
Z wymion jej pijąc, jako z dzbanu wodę),
Owszem, jak słowa nieodmienne stoją:
«Będziesz czcił ojca i czcił matkę twoją!»



SZLACHCIC.

Zygmunt[1] nieboszczyk raz mówił mi żartem,
Nie półuśmiechu, lecz stilusa[2] wartym.
Twierdząc, że, mimo opóźnionej pieczy
Kto dziś się jeszcze w dzieje...
............
Gdy czar słów jego i wzięcie urzeka
Nie znawstwem ludzi, jakby ziarna w plewie,
Lecz znajomością siebie i człowieka.



NIE TRZEBA ROBIĆ...

— Nie trzeba robić z pokoleń ofiary,
Iż one nie są tylko dalszym ciągiem;
Strona jest, z której człek rodzi się stary,
Choć kształtowanym urasta posągiem.
Przenosić w drugich swą własną zawziętość
Godzi się tyle, ile czcisz ich świętość.
Lecz, jeśli mniemasz, że ty tworzysz człeka,
Jak Bóg, na obraz twój, to radbym wiedział,
Czemu jest czasów i pokoleń przedział?...
Skąd postęp? Czemu się go wdali czeka?...
Nie trzeba robić się karykaturą

Twórcy, mniemając o naszym planecie,
Że on wszechświata środkiem albo górą,
Gród zaś ojczysty że najpierwszym w świecie,
A w grodzie jeszcze, że nad genjusz wszelki
Sąsiad, z którym się wypienia butelki.
Nie trzeba siebie, wciąż siebie, mieć środkiem,
By mimowiednie się nie stać wyrodkiem —
Nie trzeba myśleć, że jest podobieństwo
Być demokratą bez Boga i wiary
(Czego jak świat ten nie bywało stary!),
Ni bez wyznania, że bywa męczeństwo!
Nie trzeba kłaniać się okolicznościom,
A prawdom kazać, by za drzwiami stały,
Przedawać laury starym znajomościom,
Myśląc, że dziejów rytm zgłuszą tymbały![3]
Nie trzeba stylu nastrajać ulicznie,
Ni ewangelji brać przez rękawiczkę,
Być zacnym ckliwo, być podłym praktycznie,
Zapełniać próżnię sensu przez potyczkę,
I rejterować... lubo heroicznie!

(Reszty brak).


IDEAŁ I REFORMY.

Słynny monarcha, nieco mędrzec przytém,
Jako był Trajan lub Marek Aureli,
W swojej warowni i w kraju podbitym
Tak się użalał na obywateli:

«Czemuż ich sama nie prowadzi cnota,
Sama wzajemność nie administruje?
Gdy ten ma prawdy więcej, owy złota.
Wiedzy lub pracy, gdy wszystkim brakuje!

«O, jak potężne wzrosłoby stąd ciało
(Monarcha mówił), gdyby w każdej chwili
I zło się zbytkiem dobra prostowało;
Wszyscy słuchaliby — wszyscy

(Końca brak).



............
Lapońscy wzięli księdza w swe obroty,
Że łzę narodu zniżył do wilgoci.
Kładąc pomiędzy stanu kwestie poty.
Trwał taki zamęt sto lat... Lecz znów wróci,
Nim w chrześcijaństwie zaświta wiek złoty,
I ponad drobiazg herbów narodowych
Herb Portugalji w obłokach umieści,
To jest: na tarczy pięć ran Chrystusowych
I rozrzucone srebrników trzydzieści...




............
Takie są głębie tam, na oceanie,
Że fali ogrom, gdy pornie się z dołów,
Odrzuca-ć z sznurem wypuszczony ołów —
Bo pionu już się kończy panowanie...
I gwiazdom odtąd zwierzony a słońcu
Nie z ziemią radzisz o wędrówki końcu...
1857.



DO Z. KRASIŃSKIEGO[4]

(URYWEK LISTU).

............
Marzyłem o powieści bynajmniej okaźnej,
A która działaby się prozaicznej pory,
Nie czasu fantastycznej doby, niewyraźnej,
Nie czasu świtów mgławych, czerwonych zachodów,
Co dziwne tła dla ludzi mają i narodów.
I chciałem właśnie ową że wykazać prozę,
Której się pisarz dotknąć uważa za zgrozę,
W pałace tęcz, w tęcz szlaki wabiąc czytelnika,
By mu się świat tam zamknął, gdzie książkę zamyka.
Owszem więc, mój bohater i jeden i drugi
Wielkich nie czynią rzeczy, to zaś ich spotyka,
Co ludzi miernych albo mało znaczne sługi.
Homo-Quidam, z wejrzenia coś do ogrodnika
Podobny... (acz przez łzawe oczy Magdaleny
I Chrystus Pan nie większej wydawał się ceny,
Ani się jej jak Jowisz nagle stawił Stator,
Ani jak mąż wielmożny i rzymski senator).
To więc w nawiasie kładąc, dodać mam niewiele.
Jedno, iż do dziś jeszcze mądrość nasza cała

Składa się z greckiej, rzymskiej i tej, co w kościele
(A która przez żydowski ród nam się dostała).
Zaś Artemidor Grek jest i Zofja z Hellady,
Mag z Izraela. — Młodzian, co upada blady
Pomiędzy tłumem, wszystko miał za bohatera,
Lecz Prawdy chciał i, idąc za mistrzami w ślady,
Tuła się, i fatalność jakaś go obdziera.
Trud współczucia zawodów nastręcza obficie,
Ten i ów, nim mu prawdę da, zabierze życie
I, pięknym będąc, nie jest ukochan od onej,
Miękkością popsowanej, a rytmem natchnionej,
Która ma wiele z Grecji, lecz perska tkanina,
Azjacki płaszcz, jak wężów obwija ją ślina.
I, jakby nie czas już był na miłość, mój młodzian,
Wywróconego kosza kwiatami przyodzian,
Przypadkiem więc pogrzebion, jak zabit przypadkiem
W miejscu, gdzie go sprzeczności zawiodły przypadki,
Prawdy nie znając (lub może jej był świadkiem),
Bohater, a za pole bitw cóż znalazł? Jatki!
Miałżeby to być przeto obraz pokolenia,
Co, w wilję chrześcijańskiej prawdy objawienia,
Między zachodem greckiej i żydowskiej wiedzy
Dziko rośnie i ginie, jak zioło na miedzy,
A za patronów jeśli w niebiosach ma kogo,
To chyba rzezi ciosem duszki wypędzone
Z ciał, które żołdak rzymski popychał ostrogą,
Przedmęczeńskie i w wieków wieki uwielbione.
............




............
Nowy się wiek po ścianach rozpłomienił świtem,
A w kątach cieniu zawisł pająk kazuista!...[5]


∗             ∗



............
Niewiasta igłą krzyż na piersiach kole.
Co gdy uczynią, im starczy!
Lecz nikt nie pomni, kto, kiedy, lub poco
Znaków sprowadził, a krzyże
Sterczą na skałach i w zorzach się złocą,
I morze im stopy liże.


∗             ∗


MIŁO BYĆ OD SWOJEGO CZASU...

«Miło być od swojego czasu zrozumianym,
Przyjętym od epoki, stąd tak czytywanym,
Iż żaden odcień słowa nie tonie w papierze,
Lecz wszystkie drżą w powietrzu namiętnie i szczerze.
To zaś nietylko, że jest obcowaniem myśli,
Lecz i onej wyrobu warunkiem istotnym;
Tak dalece, że będąc sam i sam najściślej,
Odkąd myślisz, nie jesteś już przeto samotnym.
Już ty się pytasz, już ty odpowiadasz — wcale
Nie mówisz, lecz rozmawiasz, jakkolwiek niedbale.
Bądźmyż więc przystępnymi i od innych bytów
Żądajmy spółuczucia!»
Tak wachlarz ulotny,
Gładki, chwiejny, lubownik gaz i aksamitów,
Dumał, a jak ów gołąb, co grucha samotny,
Przeciągał skrzydła swoje wdzięcznie, acz leniwo,
I zatęsknił...












Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cyprian Kamil Norwid.
  1. Zygmunt, autor «Irydjona». (P. P.).
  2. stilus (łac.) = rylec.
  3. Tymbaly (z franc. timbale, w spolszczeniu: cymbały), tutaj: instrument orkiestralny, kotły.
  4. Urywek ten odnosi się do poematu «Quidam».
  5. kazuista (łac.) — krętacz w sprawach sumienia.