Dwaj poeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Dwaj poeci
Pochodzenie Człowiek w oknie
Data wydania 1933
Wydawnictwo „Wydawnictwo Współczesne“
Druk Zakł. Graf. "Drukarnia Bankowa"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
DWAJ POECI
Juljanowi Tuwimowi.

Poeta Karaif ułożył ciało swe na szerokim tapczanie i oparłszy głowę swoją o dwa śpiące, sjamskie koty, — zawołał donośnie na sługi; gdy się zjawili dwaj różowoocy albinosi, Karaif odezwał się do nich: — Słońce dzisiaj przesadziło w swem miłowaniu ziemi i upał jest niebywały; przeto mimo, że brałem kąpiel przed chwilą, przynieście mi misę, zimną wodą do połowy napełnioną, abym mógł w niej — leżąc — nogi mieć zanurzone. Następnie przywołajcie pisarza mego, Pimonę; niechaj zabierze ze sobą sprzęt zawodu swego. No, ruszajcie się żwawo! — a misa niech będzie — ta, wiecie — w sceny lesbijskie malowana. Słudzy odeszli, a Karaif, poruszając rękoma ogony śpiących kotów, zrzucił z nóg sandały seledynowe, przymrużył oczy i począł w myśli układać rymy.
Z ogrodu, wraz z tchnieniem łagodnego wietrzyka, dobiegały uszu Karaifa brzęczenia pszczół, świegot ptaków, pobzyk muszek maleńkich i poszum drzew wysokich. Mimo wietrzyka, upał był istotnie nieznośny i co chwila gorące fale powietrza przenikały ciało poety. Karaif jednak zbyt długo był zajęty tworzeniem nowego wiersza i nie zwracał na to uwagi. Po pewnym czasie przyszedł pisarz Pimona z przyrządami do pisania i usiadłszy nieopodal, czekał na słowa poety. Za Pimoną, słudzy przynieśli wielką, polerowaną misę i ustawiwszy ją obok tapczana, zanurzyli w wodzie nogi pana i odeszli cicho.
Karaif począł dyktować: — Suńbo, gdy się obudzisz, ujrzysz spojrzenie me gorące, utkwione w ust twoich korale, — czekaj Pimonie — nie, tak będzie źle, korale — zbyt to banalnie brzmi, ten partacz Tespis, może sobie pozwolić na to; użyjemy tu lepiej określenia — mgły różowe, — tak będzie lepiej: Suńbo, gdy się obudzisz — ujrzysz spojrzenie me gorące, utkwione w ust twoich mgły różowe. — Ach, czekaj, czekaj — to też zła metafora, — ust kobiety do mgły nie można przyrównać, — pamięć o nich — jeżeli się je kochało — jest zbyt trwała, — pozwól chwilę — ja to jakoś inaczej obmyślę.
W tej chwili do Karaifa podszedł odźwierny murzyn olbrzymiego wzrostu i powiedział chrapliwym głosem:
— Panie, poeta Tespis pragnie mówić z wami, — czy mam go wpuścić?
Karaif poruszył się niecierpliwie i zbudzone koty wyskoczyły z pod jego głowy. — Ach, jaka szkoda, że nie umiem kłamać, — chętnie powiedziałbym, że mnie niema w domu, — gorzej trafić nie mógł? — prawda Pimonie? — Jestem pełen natchnienia, — ale trudno, proś go, lecz, — na łaskę mego protektora — nie nazywaj go poetą, — jego wiersze są, jak woda, w której w tej chwili nogi mam zanurzone, — proś go więc — tego tam — Tespisa.
Tespis wszedł krokiem spokojnym i dumnie, lecz uprzejmie skłonił się Karaifowi. Sandały jego zakurzone były, a płaszcz poplamiony w miejscach wielu. Był to człowiek ubogi.
— Witaj szczęśliwy synu muz — powiedział Karaif. — Hej, czyż wczoraj spodziewałem się, że w dniu dzisiejszym powitam gościa, tak duszy mej bliskiego. — Siadaj wielki Tespisie obok mnie, na tapczanie i rozsyp perły wymowy swojej, a może ja się czegoś nauczę. — Ty zaś, Pimonie, — zostaw nas samych i poleć pachołom, aby przynieśli wino i brzoskwinie, oraz tkaninę miękką, dla wytarcia nóg moich. — Mów więc, Tespisie boski, bowiem przez gadulstwo wrodzone nie pozwoliłem Ci dojść do słowa.
Tespis usiadł skromnie na brzegu tapczana i patrząc na swe, zdarte nieco, sandały, — począł mówić:
— Przesyłam ci — Karaifie, swe poetyckie pozdrowienie, lecz, — nie jest ono głównym powodem mej wizyty, pragnę...
— Oh, pozwól, że ci przerwę; — słowa Twoje, wielki Tespisie, zapładniają myśl moją i dlatego ci przerywam, pchany żądzą wymowy. — Czuję, drogi Tespisie, że zadowolisz dzisiaj ambicję moja, żądając czegoś ode mnie; rady jakiejś, lub też, duma rozsadza mi pierś — sonet mi pragniesz dedykować swój?
— Nie, Karaifie, — niestety, rady twej nie potrzebuję, a i sonetu dedykować ci nie mogę, bo ani jeden z tych niewielu nie jest godny twego imienia. — Wiesz, że jestem ubogi?
— Tespisie! — co mówisz?! — Wychyl tę czarę i zjedz brzoskwinię, a potem zastanów się nad tem, coś powiedział. Ty i ubogi! — haha, — nie lubię się zaklinać, lecz zaklnę się na Twą wielkość, że pragnąłbym posiadać jedną setną część bogactw twej duszy i talentu twego. — Jakżeż ja się mam nazwać, skoro ty siebie nazywasz ubogim?
— Nie zrozumiałeś mnie Karaifie, lub też nie pozwoliłeś dokończyć zdania. — Potrzeba mi pieniędzy.
— Ha, a ja sądziłem, że masz na myśli swoje ubóstwo duchowe — odparł Karaif zamyślony. Dlatego się tak zdziwiłem, — cóż, pieniądz — głupstwo, — wiesz, że ja rzadko myślę o pieniądzach. W tej chwili przypomniałeś mi właśnie...
— Potrzebuję pięćdziesięciu kampilów bitych, — czy możesz mi je pożyczyć — Karaifie?
— No właśnie, przerwałeś mi; — chciałem ci powiedzieć, że przypomniałeś mi o moich długach. Nie lubię mówić o pieniądzach, to męczy mnie; — myślałem, że przyszedłeś do mnie na pogawędkę duchową, a ty o pieniądzach — to brzydko — Tespisie.
— Czy jednak będziesz mógł pożyczyć mi te pięćdziesiąt kamapilów?
— Ach, skądże, — nie lubię pożyczać ludziom, którzy są mile sercu memu widziani, a zresztą nie mam ich.
— Nie masz pięćdziesięciu kampilów — Karaifie?
— Cóż to mówisz z takiem powątpiewaniem w głosie? — rzeczywiście nie mam.
— Nie wierzę, abyś nie posiadał tak drobnej sumy, — jesteś tak bogaty! — nie chcesz mi pożyczyć poprostu!
— Hej! — ośmielasz się obrażać mnie, — nędzny wierszokleto! — nadużyłeś praw gościnności, — opuść dom mój natychmiast!!!
— Opuszczę go w towarzystwie pogardy dla ciebie — fałszywy wytwornisiu — to mówiąc, Tespis zabierał się do odejścia.
Karaif porwał się z tapczana i biegnąc mokremi stopami po posadzce, począł krzyczeć i klaskać na służbę.
— Wyrzucić mi tego psa bez talentu i przyłożyć mu parę kijów na drogę. A to bezczelna kreatura, hę!
Olbrzymi murzyn porwał Tespisa za ramiona i począł popychać go naprzód, po drodze dwóch albinosów tłukło go kijami, klnąc, na czem świat stoi.
Poturbowany, z głową ciężką od wina, czując w ustach smak doskonałych brzoskwiń, powlókł się Tespis do domu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.