Dwa światy/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.

Wdowa po chorążycu szukała w nowém małżeństwie słodyczy wzajemnego przywiązania, wyrzekała się domu, rodziny, dzieci, sądząc, że zyszcze serce, że idealną ukochana miłością, nagrodzi sobie młodość straconą. Uczucie, którego raz pierwszy doznała, obłąkało ją i zatarło w niéj macierzyński nawet instynkt obowiązku; z łatwowiernością dziecięcia rzuciła się ku człowiekowi, który dla niéj okazywał, jak się zdawało, prawdziwą i gorącą miłość; wyjechała z Karlina odmłodzona, swobodna, mierząc okiem łzawém od radości przyszłość, jakiéj się już nie spodziewała. Ale na świecie niema nadziei, któreby nie wyrosły na zawody! Tu zresztą potrzeba było żądzy przywiązania ślepéj, gwałtownéj, niepomiarkowanéj, żeby odrazu nie spostrzedz, jak się serce omyliło. Pułkownik Delrio, starszy od wdowy, choć bardzo piękny mężczyzna, nie był już młodzieńcem w kwiecie wieku, ze świeżością serca mogącego pokochać namiętnie; za to umiał miłość odegrać z biegłością starego aktora, wiedzącego doskonale, gdzie jakich użyć środków scenicznych. Niegdyś był to jeden z najpiękniejszych ludzi swojego wieku: pamiętał o tém i utrzymywał starannie resztki świeże jeszcze dawniéj znakomitéj piękności męskiéj. Włócząc się po świecie miał mnóstwo przygód miłosnych i wierzył w swą umiejętność zdobywania serc; jak Richelieu, miał się za niezwyciężonego. Natura, która mu dała twarz dziwnie wdzięczną i melancholicznego wyrazu, zrobiła sobie igraszkę tylko, bo ta powierzchowność zwodnicza pokrywała w nim brak wykształcenia, chłód serca i najprozaiczniejsze skłonności. Był to człowiek dobrego wychowania, ale największy w świecie egoista, dobry, ale nieumiejący się poświęcić, dosyć łagodny, ale próżniak, zasadzający wszystko na spokoju, na używaniu, na błogosławionym dostatku. Nie miał przekonań i zasad żadnych, służył sile, kłaniał się bogactwu, klękał przed pięknością, żeby ją pochlebstwem ku sobie pociągnąć, słowem, nie myślał tylko o sobie.
Nikt nie znał z pewnością jego pochodzenia, o którém zresztą nigdy nie mawiał, wysoko tylko w ogólności ceniąc szlachectwo i ród, co zdawało się dowodzić, że je sam posiadał. Syn losu, dobił się z szablą w ręku pewnego położenia, tytułu, pensyi i znaczenia, ale nie mając ambicyi tylko tyle, ile się jéj zmieściło przy innych wymaganiach egoizmu, już wyżéj sięgać nie pragnął. Pierwszy włos siwy na skroni zmusił go pomyśleć o ustaleniu swego losu i przywiązaniu go do miejsca. Przed poznaniem chorążycowéj, mieszkał w blizkiém powiatowém miasteczku, w najętym domu, żył dostatnio, dawał wieczory, bywał w sąsiedztwie, czasem do stolic odbywał podróże i wiódł życie człowieka, który nic do czynienia nie mając, dogadza sobie we wszystkiém. Ci, co u niego bywali, nie zwracali uwagi na piękną warszawiankę, która czasami ukazywała się przy herbacie, uchodząc to za kuzynkę pułkownika, to za wychowankę ubogą... Jak tylko Delrio poznał wdowę, warszawianka znikła, mówiono, że zamąż wyszła za jakiegoś małego urzędnika na prowincyę. Biednéj wdowie tak smutnie spłynęło życie przy mężu, który się starał wzbudzić w niéj miłość, a wywoływał z serca tylko niechęć i zniecierpliwienie, tak żal było lat zmarnowanych, że pierwsze obietnic pełne spojrzenie pułkownika, pierwsze jego słodziuchne słowo i westchnienie zwyciężyło ją odrazu. Delrio nadto był doświadczony, żeby z tego nie korzystał, widział to, zrozumiał i obrachowawszy się dobrze, postanowił dobić targu. A że przed okiem jego nie mogła się ukryć skłonność wdowy do sentymentalności, grał dobrze rolę młodego kochanka, od któréj choć odwykł trochę, powoli ją sobie przypomniał. Zresztą chorążycowa piękna jeszcze, rozkochana, gotowa na poświęcenie ślepe, mogła bardzo chłodne nawet rozgrzać serce.
Uwagi braci nieboszczyka jéj męża, wyrzuty Atanazego, grzeczne ale usilne nastawania pana Pawła, zamiast upamiętać chorążycową, rozdrażniły ją tylko. Wyrzekła się dzieci i cała oddawszy się swemu przywiązaniu, biegła się niém spragniona napoić. Krótko trwały złudzenia! Miłość pułkownika tak, niestety! znalazła się podobną do miłości męża, charakter jego tak inny był od tego, jakiego się spodziewała... że wprędce pierwsza łza kryjoma spadła na twarz zasmuconą... Zblizka Delrio ukazał się jéj tak prozaiczny, i przy dobroci swéj tak chłodny! Marzenia lat kilkunastu wystawiały jéj przyszłe szczęście czémś niebiańskiém, nadziemskiém, uroczém, jak wspomnienie młodości — a choć pułkownik był czuły, miłość jego daleko pozostała za tą, jakiéj pragnęła wdowa. W bliższych stosunkach musiał się dać uczuć egoizm podstarzałego w nim i nieprzywykłego do ofiar, bo zawsze otoczonego uległemi mu istotami, człowieka. Zrazu pułkownikowa sądziła, że się myli; była pobłażająca, czekała, spodziewała się, i objawami przywiązania wywołać się starała gorętszą wzajemność. Niestety! człowiek się nie przerabia, każdy daje tylko, co może, z próżnego serca nie nalać — Delrio był grzeczny, był po swojemu czuły, uprzedzający, ale tak prędko stał się mężem, a przestał być kochankiem!
Kochanka nad wszystko pragnęła w nim chorążycowa — i z rozpaczą ujrzała popełnioną omyłkę, bo zaraz po ślubie stał się najczulszym z mężów, ale niestety, mężem tylko! W dodatku, sztuczna jego młodość, podrobiona piękność, nie wytrzymały próby zbliżenia i poufalszych stosunków; miłość nie mogła się pogodzić z flanelą, pigułkami i różnemi środkami profilaktycznemi, higienicznemi, lekarskiemi, jakich przeszłe lata nakazywały używać panu Delrio.
Otwarły się, ale zapóźno oczy zawiedzionej kobiecie; i serce téż matki odezwało się o prawa swoje. Nie zdawała się kochać dzieci, gdy je miała, teraz oddaloną od nich pożerała tęsknota... we snach marzyła o Anusi... o Emilku, o Julianie... pustkę czuła nie widząc ich przy sobie, niepokój ją ogarniał, i ochłonąwszy z zapału, wstydziła się obojętności, braku serca, szału, z jakim rzuciła się od obowiązków matki do wymarzonych rozkoszy, które wiekowi jéj nie przystawały.
Pułkownik był zawsze najprzywiązańszym i najprzykładniejszym z małżonków, nie zjawiła się w domu żadna podejrzana kuzynka, pilnował strzechy, grał skromnie, odpoczywał na łonie hymenu, ale szalenie postarzał i nagle przekwitł tak, że się z młodzieńca stał prawie starcem bez przejścia. Nie czuł już potrzeby odgrywania pracowitej komedyi. Biedna pułkownikowa nie pokazała po sobie, jak była nieszczęśliwą i ile sobie wyrzucała swój postępek, owszem udawała szczęście, ale pocichu płakała, a żal dzieci codzień srożéj, boleśniéj jéj serce uciskał.
Nie było-bo może dwojga ludzi związanych z sobą na wieki, którychby charaktery mniéj się z sobą zgadzały. Wdowa miała usposobienie sentymentalne i głowę przewróconą czytaniem francuskich romansów; pułkownik zaś stał się, skutkiem rodzaju życia, materyalistą i pokrywał tylko wychowaniem egoizm wyrosły olbrzymio. Niedługiego potrzeba było czasu pani Delrio, aby się na tém poznać i przestać spodziewać szczęścia — uciekała z pod dachu, do którego przykuwały ją obowiązki nowe, myślą i sercem do dzieci.
Tymczasem opiekunowie ich, powierzchownie sądząc o kobiecie, która popełniła w oczach ich niedarowane odstępstwo, obawiając się jéj wpływu na wychowanie młodych Karlińskich, odsuwali ją potrosze od wszelkiego w niém udziału. Biedna matka, im mniéj teraz matką być mogła, tém goręcéj nią być pragnęła; życie jéj stało się pasmem pragnień macierzyństwa, niepokojów i zawodów. Z mężem byli najlepiéj, ale codzień daléj od siebie i chłodniéj, pułkownik widząc się nieco opuszczonym, cały się oddał staraniu około zdrowia i wygód a przyjemnostek, o które dbał niezmiernie. Żyjąc na łasce żony, był zawsze dla niéj z największemi względami, ale przestał udawać zakochanego i rozpoczął życie prozaiczne, regularne, obrachowane.
Cios, który dotknął pułkownikową, zawód, którego doznała, nadwerężył jéj zdrowie i wypiętnował się na zesmutniałéj twarzy... ostatnią straciła nadzieję. Była to jedna z tych istot, z których nic, nawet boleść nie zedrze piękności, jaką je obdarzyła natura; pozostała więc, mimo lat, piękną zawsze, ale pozbyła energii, pragnienia życia i wszelkiego wesela. Usta jéj śmiać się zapomniały; nieustannie zamyślona, rwała się do swych dzieci i niepokoiła o nie... chciała miéć córkę przynajmniéj przy sobie, ale i téj zazdrośni opiekunowie dać jéj nie chcieli. Kiedy niekiedy więc tylko, jak teraz, odwiedzała Karlin, posiedziała i popłakała z niemi, wracając do swoich dóbr, do Lutkowa, jak skoro pan Paweł nadjechał, co niechybnie w dni kilka najdaléj po przybyciu jéj miało miejsce, bo mu zaraz znać dawano o przyjeździe pułkownikowéj.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.